wtorek, 25 listopada 2014

Królowa Sofii

Na chwilę obecną mamy dwa koty, dokarmiamy dwa razy tyle. Każdej zimy przeklinam na nie, ale jak nie dać temu jeść, kiedy siedzi i patrzy żałośnie? Nasze kotki Zośka i Ryśka zamieszkują korytarzyk koło łazienki. Zośka nie odwiedza domu, przestała zaraz jakoś po śmierci mamci. Ryśka jest bardziej bezczelna i jak się ją wyprasza oknem to przychodzi drzwiami. Jak się ją wyprosi drzwiami, zjawia się na parapecie i tak długo froteruje przednimi łapkami szyby, aż się człowiek ulituje (albo dosadnie szału z powodu zabrudzonych szyb) i wpuści. Czasem froteruje tak godzinę i zastanawiam się, czy nie założyć jej flanelowych rękawiczek. Miałabym najczystsze okna na wsi :)

Koty "nie nasze" przez lato mieszkają gdzie popadnie, a gdy przychodzi zima - przeprowadzają się do piwnicy lub na strych. Przez wakacje dokarmia je sąsiadka, która przyjeżdża z miasta i wtedy nawet nie patrzą w stronę naszego podwórka. Ale co się dziwić, skoro sąsiadka kupuje puszki i chrupki projektowane specjalnie pod koci ząb? U nas w misce dla kotów spotkać można chrupki psie lub chleb rozmoczony w mleku. Ale kiedy przychodzi jesień i sąsiadka wyjeżdża, nasza miska też smakuje. Aha, uprzedzam, nie wieszać mi tu kotów na sąsiadce za to, że kotów nie bierze ze sobą. To są dzikie koty, podejść się nie dadzą, zanim je człowiek nakarmi to "opierdzielają" go równo. Gdyby się dały podejść to bym wysterylizowała, a tak to z jednego kota zrobiły się trzy. 

Koty nasze to zupełnie inna historia. Ryśka na kolana człowiekowi się pcha nawet, jak siedzi na WC. Swoją drogą to musi być śmieszny widok, taka Ryśka o posturze tygrysa rozłożona na kolanach sikającego człowieka. Zośka, czyli nasza Królowa Sofii, chodzi ze mną do sklepu. Mówię cholerze, żeby nie szła, ale nie słucha. Jak idę do sklepu to chyba z trzy razy przez ulicę przechodzę, niby blisko, ale ruch! Ale Zośka jak ta królowa wyniosłym krokiem na małych łapkach idzie za mną. Czasem czeka pod bramą sąsiadki, czasem idzie dalej. I tak Zośka lepsza niż ta koza co poszła do sklepu za moim wujkiem... Tylko żeby jej się nic nie stało. Znaczy Zośce, bo koza już zjedzona...

Swoją drogą z naszymi kotami dziwna historia jest... Niby się wszystkim nadaje jakieś śmieszne imiona w rodzaju Bąbli, Kici i Diabłów, a jak przyjdzie co do czego to potem się okazuje, że one noszą ludzkie imiona. Mamy więc Zośkę, mamy Ryśkę, mieliśmy Stefcię, a ta w piwnicy dzika to ma na imię Agatka :) 

Moja ciotka - nomen omen Zośka - obraziła się kiedyś na mnie. 
- Jak ten kot ma na imię?
- Zośka.
- Co, moim imieniem kota nazwałaś? A ten drugi?
- Hm.... Rysiek... 

Bo Ryśka przez krótki czas była Ryśkiem. Zupełnie jak mąż ciotki Zośki :P

Ale niech się ciocia nie czepia. 
Zapomniała, że mieli psa Kubę?
I że kozę Baśką nazwała? 
(jak własną synową? )


poniedziałek, 24 listopada 2014

Drzwi do dorosłości

Dziwnie tutaj wrócić i znowu pisać, ale mam nadzieję, że szybko załapię bakcyla i na powrót się przestawię. Nie będę obiecywać (sobie i wam) że wróciłam na otwarty blog na długo, bo nie wiem, jak to będzie, za parę chwil może znów czasu braknąć, może odechcieć się pisania, może zrodzić się obawa, że ktoś ze znajomych trafi. Kochałam tę anonimowość, którą dawały nam stare blogi i to wcale nie dlatego, że mogłam sobie bezkarnie ponarzekać na teściową i wspomnieć o problemach, które zauważam na około :P

No, ale przejdźmy do tematu notki :)

Ostatnie imprezowe klimaty sprawiły, że wróciłam wspomnieniami do chwili, kiedy wkraczałam w dorosłość. Od tamtego momentu minęło już kilkanaście lat, kawał czasu. Zabawne, bo młody człowiek z takim utęsknieniem czeka na to, gdy przekroczy ten magiczny próg i stanie się dorosły. Tak jakby jedna noc mogła przestawić trybiki w głowie i sprawić, że zacznie się poważniej postrzegać otaczający świat i jego problemy. A kilkanaście lat później nostalgiczną myślą wraca do czasu, kiedy był dzieckiem i mógł do świata podchodzić beztrosko. Dziś wiele bym dała, by cofnąć się choć na jeden dzień i poczuć tą lekkość. 

Ale o imprezie być miało. Osiemnastka. Wielu młodych ludzi chce ją świętować wyjątkowo, w gronie przyjaciół i rodziny. W moim przypadku impreza w domu nie wchodziła w grę. Domek mały, właściwie jeden pokój i kuchnia, przecież nie wyrzucę rodziny, by bawić się na imprezie. Mamcia zaproponowała, że dołoży mi się do wynajęcia stolika w dyskotece, takiej niby loży. W tym czasie w dyskotece w naszej okolicy można było wynająć taką lożę, przynieść swój alkohol, a nawet tort. Pewnie, że nie była to jakaś mega alternatywa, ale dla mnie wystarczająca. Koleżanki robiły imprezy w domach, wynajmowały lokale gastronomiczne, nas na to nie było stać i powiem Wam, że nigdy nie żałowałam, nigdy mi tego nie brakowało. 

Ledwie zamówiłam stolik, przystąpiłam do przygotowań. Wielkich przygotowań nie było, bo do takiej dyskoteki jedzenia się nie weźmie. Ale za punkt honoru postawiłam sobie, że zrobię sama torty. Nauczycielka technologii pozwoliła mi upiec biszkoptowe blaty na zajęciach (tak naprawdę robiła to moja przyjaciółka Doria, bo dla mnie znaleźli inną robotę), a kiedy przyjechałam do domu w piątkowe popołudnie zajęłam się dekorowaniem. Mamcia pracowała na popołudnie, ale czekałam, jak wróci do domu, by się jej pochwalić, jak mi torty wyszły. Do sprawy podeszłam ambitnie, żadnych mas ze sklepu, tylko najprawdziwsza masa czekoladowa z masła, ucierana na kąpieli wodnej. Nie pamiętam, jak te torty wyszły, ale pamiętam, że byłam z siebie naprawdę dumna. 

Kiedy mamcia weszła do domu, okazało się, że przyszła z prezentem. Oniemiałam, kiedy weszła do kuchni. W ręku trzymała bukiet z osiemnastu czerwonych róż. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie dostałam takiego bukietu. Poza tym kupiła mi najpiękniejszy złoty łańcuszek pod słońcem. Kosztował pięćset złotych, jeszcze nie zdążyła zdjąć ceny. To była wtedy minimalna pensja, domyślam się, że odkładała kilka miesięcy lub wzięła pożyczkę, Ten łańcuszek zakładam tylko na wyjątkowe okazje, na swój ślub, na wesela, na chrzciny Mili. Noszę go z wisiorkami od chrzestnej i za każdym razem, gdy zakładam, boję się, że zgubię. I za każdym razem, kiedy zakładam - mam pod powiekami łzy, bo wiem, ile ją kosztował. 

W sobotę po południu mój przyjaciel Krzysiek przyjechał do mnie samochodem i pomógł mi zawieźć tort i alkohol do dyskoteki. Bawiłam się z moimi ówczesnymi przyjaciółmi, stanowiliśmy zgraną paczkę. Kilka tygodni później wyjechałam nad morze i już nigdy się nie spotkaliśmy. Nasze drogi rozeszły się naturalnie, jakbyśmy nigdy się nie znali, ale wtedy byliśmy nierozłączni. Dziwnym zbiegiem okoliczności było to, że na tej samej dyskotece był mój przyszły mąż z kuzynkami. Kuzynki nawet załapały się na kawałek tortu. My jednak mieliśmy się poznać dopiero za trzy miesiące, choć los pchał nas do siebie na siłę. Impreza. Było podrzucanie, było bicie paskiem po pupie. Osiemnastka na dyskotece... dziś mnie to trochę śmieszy, lepiej było ognisko zrobić. Ale to był czas, gdy spędzaliśmy w tej dyskotece każdy weekend i nie wyobrażaliśmy sobie, że może nas nie być. Przecież bez nas by chyba nie otworzyli lokalu :P

Do domu wróciłam o szóstej rano, trzeźwa, za to z górą prezentów. Poszłam spać, ale mamcia była bezlitosna. Wstawać i do kościoła, bo to niedziela. Ile bym dziś dała, żeby tego zrzędzenia posłuchać. Po południu spotkała mnie niespodzianka. Przyjechały ciotki i moja chrzestna. Miałam w planach zaprosić je na kolejny weekend, ale one zawsze o mnie pamiętały. To była ostatnia taka impreza w naszym domu. Później spotykaliśmy się na stypach. Po śmierci wujka i mamci. 

Kilka tygodni po osiemnastych urodzinach wyjechałam nad morze, gdzie nasza szkoła miała podpisany kontrakt praktyk zawodowych. Nie czułam się bardzo dorosła, choć mogłam już kupić i pić alkohol. Nawet nie zdążyłam wyrobić dowodu osobistego. Tęskniłam do domu, pisałam listy do mamci, a ona do mnie. Nie wiem, czy je zachowałam. kiedy wróciłam po trzech miesiącach, złożyłam podanie o nowy dowód. Poznałam mojego przyszłego męża i trochę zmieniłam swoje życie. Przyszła klasa maturalna. Zmądrzałam. Więcej się uczyłam, miałam lepsze oceny. Było inaczej.

A jak Wy wspominacie swoje wejście w dorosłość? 





sobota, 22 listopada 2014

Miesiąc

Miesiąc. Tyle czasu nie piłam porannej kawy. Tylko herbatę, owocową. 
Ale dziś wstał pierwszy Kocurzasty i zamiast herbaty zrobił kawę.
I wypiłam, bo przecież szkoda, żeby się zmarnowała :)

Pół roku. Tyle czasu mnie tutaj nie było. 
Ale zatęskniłam. To po pierwsze. 
Ale pora przełamać rutynę. To po drugie. 
A potem się zobaczy. Czasem potrzebna jest zmiana.