Na chwilę obecną mamy dwa koty, dokarmiamy dwa razy tyle. Każdej zimy przeklinam na nie, ale jak nie dać temu jeść, kiedy siedzi i patrzy żałośnie? Nasze kotki Zośka i Ryśka zamieszkują korytarzyk koło łazienki. Zośka nie odwiedza domu, przestała zaraz jakoś po śmierci mamci. Ryśka jest bardziej bezczelna i jak się ją wyprasza oknem to przychodzi drzwiami. Jak się ją wyprosi drzwiami, zjawia się na parapecie i tak długo froteruje przednimi łapkami szyby, aż się człowiek ulituje (albo dosadnie szału z powodu zabrudzonych szyb) i wpuści. Czasem froteruje tak godzinę i zastanawiam się, czy nie założyć jej flanelowych rękawiczek. Miałabym najczystsze okna na wsi :)
Koty "nie nasze" przez lato mieszkają gdzie popadnie, a gdy przychodzi zima - przeprowadzają się do piwnicy lub na strych. Przez wakacje dokarmia je sąsiadka, która przyjeżdża z miasta i wtedy nawet nie patrzą w stronę naszego podwórka. Ale co się dziwić, skoro sąsiadka kupuje puszki i chrupki projektowane specjalnie pod koci ząb? U nas w misce dla kotów spotkać można chrupki psie lub chleb rozmoczony w mleku. Ale kiedy przychodzi jesień i sąsiadka wyjeżdża, nasza miska też smakuje. Aha, uprzedzam, nie wieszać mi tu kotów na sąsiadce za to, że kotów nie bierze ze sobą. To są dzikie koty, podejść się nie dadzą, zanim je człowiek nakarmi to "opierdzielają" go równo. Gdyby się dały podejść to bym wysterylizowała, a tak to z jednego kota zrobiły się trzy.
Koty nasze to zupełnie inna historia. Ryśka na kolana człowiekowi się pcha nawet, jak siedzi na WC. Swoją drogą to musi być śmieszny widok, taka Ryśka o posturze tygrysa rozłożona na kolanach sikającego człowieka. Zośka, czyli nasza Królowa Sofii, chodzi ze mną do sklepu. Mówię cholerze, żeby nie szła, ale nie słucha. Jak idę do sklepu to chyba z trzy razy przez ulicę przechodzę, niby blisko, ale ruch! Ale Zośka jak ta królowa wyniosłym krokiem na małych łapkach idzie za mną. Czasem czeka pod bramą sąsiadki, czasem idzie dalej. I tak Zośka lepsza niż ta koza co poszła do sklepu za moim wujkiem... Tylko żeby jej się nic nie stało. Znaczy Zośce, bo koza już zjedzona...
Swoją drogą z naszymi kotami dziwna historia jest... Niby się wszystkim nadaje jakieś śmieszne imiona w rodzaju Bąbli, Kici i Diabłów, a jak przyjdzie co do czego to potem się okazuje, że one noszą ludzkie imiona. Mamy więc Zośkę, mamy Ryśkę, mieliśmy Stefcię, a ta w piwnicy dzika to ma na imię Agatka :)
Moja ciotka - nomen omen Zośka - obraziła się kiedyś na mnie.
- Jak ten kot ma na imię?
- Zośka.
- Co, moim imieniem kota nazwałaś? A ten drugi?
- Hm.... Rysiek...
Bo Ryśka przez krótki czas była Ryśkiem. Zupełnie jak mąż ciotki Zośki :P
Ale niech się ciocia nie czepia.
Zapomniała, że mieli psa Kubę?
I że kozę Baśką nazwała?
(jak własną synową? )