piątek, 25 kwietnia 2014

Zima jeszcze wróci

Wiem, że zaniedbuję tego bloga, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Inaczej nie będzie. Czasu mam mało, książek dużo :) Więc sami wiecie, jak jest. Ale dziś przychodzę do was z informacją na wagę złota: zima wróci jeszcze tej wiosny i wiem to ze sprawdzonego źródła, czyli od... mojej córki.

Misia od kilku dni mierzy się z dziwaczną traumą, mianowicie śpi w skarpetkach i wpada w ogromną histerię, gdy skarpetki są ściągane. Nawet jeśli ściągane są tylko do mycia i wymiany na świeże. Nie wiem, w czym rzecz, ale potrafi się przebudzić z najgłębszego snu, jeśli któreś z nas pozbawi ją skarpetki lub jeśli nie daj panie Boże skarpetka zahaczy się pod kołdra i sama spadnie... Jest wrzask na cały dom i już wiemy, nauczeni doświadczeniem, że nie chce się ani pić, ani jeść, ani nie śni się koszmar, tylko po prostu trzeba szukać pod kołdrą zsuniętej skarpetki i pospiesznie naciągnąć ją na wściekle kopiącą stopę...

Przeanalizowaliśmy problem dokładnie i doszliśmy do wniosku, że albo Mimi chce powstrzymać wzrost stopy (jak gejsze) poprzez zakładanie skarpet, albo chce wyhodować pieczarę potolubną między palcami, albo po prostu spodziewa się powrotu zimy i mrozu minus dziesięć... Tym samym ostrzegam lojalnie, wstrzymajcie się z wysiewem ogórków i fasolki szparagowej, bo i tak przemarznie. Ja przynajmniej czekam z zasadzeniem do ziemi  krzewów i trzymam je w doniczkach :)

ps. A tymczasem na podwórku pojawiła się nowa atrakcja. Pominąwszy skalniak oczywiście. Zdolna matka polka nie mogąc doczekać się, aż dziecko wejdzie w posiadanie piaskownicy ( i zejdzie jej z pleców, kiedy zajmuje się wyrywaniem trawy i kwiatków . ) wyczarowała ją z plastykowej skrzynki, worka na śmieci i dwóch doniczek piasku. Misi nowa atrakcja smakuje, a jakże. Matka robi babki, Misi je zjada - równowaga zachowana. Ale to się wytnie...

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Jawa- sen czyli sposób na drugie życie?

Trzeci. Naprawdę trzeci raz usiłuję Miśkę uśpić. I nic z tego. Poddałam się. Miśka hasa po kuchni, a ja się biorę za coś pisanego. Bo tak się nie da. Naprawdę. Ale dziś nie o Misi będzie, ale o snach, o!

Lubicie śnić?
Ja uwielbiam, zawsze lubiłam. Koszmary mnie nie dręczą, więc nie mam się czego bać. A nawet, jak mi się coś nieprzyjemnego przyśni, to nic, bo raz że to traktuję, jak oglądany film, a dwa że się zaraz budzę. Czasem, to aż zła jestem, bo jak mi się na ten przykład śni seryjny morderca, chciałabym do końca "obejrzeć", a tu pobudka? No, nie za bardzo mi to pasuje, szczególnie, że tego filmu nie powtarzają, jak seriali na jedynce!

Czasami mi się śnią bardzo ładne miejsca. Właściwie to one są bardzo podobne do tych, które znam, ale jednak zmienione. Droga, która wije się wśród zielonej łąki, na której kwitną kwiaty. Pomarańczowe, zakurzone leśne dukty wśród drzew, strome wzgórza porośnięte lasem, czasami miasta z szarymi ścianami kamienic lub bloków, ciągnące się między nimi ulice, sklepy i parki. Często śnią mi się także cmentarze i kiedy przez nie idę, nigdy się nie boję. Czasami, kiedy się budzę, tęsknię do tych miejsc i mam ochotę zamknąć oczy i wrócić tam. Właściwie nie wiem, dlaczego, bo nie są jakieś piękniejsze od tych, które mnie otaczają na co dzień. Z pewnością jest tam mniej ludzi i panuje cisza. Jest spokojnie. Czasem mi się wydaje, że tak wygląda życie po śmierci, ten raj do którego zmierzamy. Że to będzie jednym długim snem, z którego już nie będzie powrotu.

Ostatnio wiele myślę o snach.
Dlaczego?

Ponieważ odkryłam jedną ważną rzecz, która sprawiła mi wielką radość i z której chcę korzystać, czerpać pełnymi garściami. Moje sny, te miejsca, które w nich odwiedzam, są w tej chwili jedynym miejscem, w jakim mogę spotkać moją mamę. I M. Oni oboje pojawiają się w moich snach kilka razy w tygodniu. Mama częściej, śni mi się niemal każdej nocy. Dzięki temu czuję, że jest blisko, tak jakbym spotykała ją codziennie, mogę z nią porozmawiać. Oczywiście na głupkowate tematy, jakich dotyczą moje sny, ale jednak mogę. Inna forma komunikacji to moja modlitwa i jej pomoc, którą wciąż odczuwam, to także jest ważne. Ale TAM moja mama jest przy mnie, wracam do domu, w którym ona na mnie czeka, spotykam ją na ulicy. Podobnie jest z M. Tej nocy śniłam, że razem penetrowaliśmy ogródek sąsiada. Sen głupi jak nie wiem co, bo kto to widział włamywać się do ogródka sąsiada? Ale dla mnie ważne jest to, że byliśmy tam razem, że znowu był przy mnie mój ukochany pies :D

Wiecie, to trochę dziwne. Cieszę się z powodu moich snów. Pamiętam, jak moja mamcia mówiła, że jej własna mama przyśniła się jej tylko dwa razy. Nie chciałabym tak. Kocham moje sny. Ale równocześnie czuję się z nimi trochę dziwnie. Jakbym odkryła tajemne przejście do innego świata i mogła z niego korzystać. Tylko ja jedna. Moje uczucia zaowocowały pomysłem na nową powieść lub opowiadanie. Nie wiem, czy powstanie. Na razie postanowiłam zapisywać moje sny, aby móc do nich wracać.

Są sny, które pamiętam od lat, są takie, które uciekają zanim otworzę oczy... Wy swoje pamiętacie?

ps. Wiecie, nie śnię tylko o mamie czy M.... dziś nad ranem całowałam się z Facundo Arana (tym ze Zbuntowanego Anioła) na wyspie z mojej gry Online. Tak więc moje sny są na ogół normalne. Czyli głupie :)


środa, 9 kwietnia 2014

Miś ogrodnik czyli ciąg dalszy o malinach :)

No, przecież skoro już łaziłam po tym placu, to musiałam coś kupić, no nie?
Place po to są!
Miałam w kieszeni sześć złotych, paliło mnie jak jasna cholerka, na lody za zimno, na książkę za mało, malin nie było.
Poszłam więc do stoiska z nasionami i się głęboko zastanowiłam.
Bo to nic kupić nasiona do siania.
Trzeba je potem jeszcze zasiać.
A żeby zasiać trzeba mieć gdzie.
A żeby mieć gdzie, trzeba najpierw skopać choć kawałek ogródka.
A żeby skopać, trzeba mieć kopaczkę.
A żeby mieć kopaczkę, to trzeba jej najpierw poszukać.

O, o! I tu jest pies (niech mu ziemia lekką będzie) pogrzebany.

No, ale skoro mnie paliło, to wydać musiałam, jasna sprawa?

- Czego pani potrzebuje? - spytała uprzejmie pani zza stoiska.
- Jeszcze nie wiem. Zastanawiam się. Kwiatki chciałam posiać.
- A jakie te kwiatki mają być?
- Kolorowe!

I bądź tu człowieku sprzedawcą. Przyjdzie taka pindzia i cię wkurzy.

- Tu ma pani kolorowe.
- Ale wie pani, bo ja potrzebuję takie, żeby je wsypać do ziemi.
- Wszystkie są do ziemi.
- Ale ja potrzebuję PROSTO do ziemi. Hop. Nie do przesadzania.

Wybierałam chyba z pół godziny.
W końcu wybrałam.
Cztery opakowania.
Groszek pachnący, maciejkę, astra i jakieś jeszcze co nazwy nie pamiętam.
Czyli to samo co w zeszłym roku.

Tylko że w zeszłym roku mi nie wyrosło.
Czemu?
Bo zapomniałam, gdzie posiałam i trawą zarosło :D

W tym roku to się nie powtórzy. Zrobiłam skalniak i wszystko na nim sadzę. Nawet truskawki przesadziłam na skalniak. Nie zginie mi :)

I w ogóle to kwestię mojego ogrodnictwa traktuję w tym roku bardzo poważnie i nie ma że boli. Przytargałam z 15 wiaderek ciemnej ziemi. Przesadziłam truskawkę i jukę. I irysa. Którego mi się niechcący ukopało. Bo robiłam grządkę pod fasolkę szparagową i koperek.

A maliny posadzę na jesień. Chyba. Bo tam gdzie M leży strasznie ponuro jakoś. A ja bym chciała żeby psisko ładnie miało... Truskawki to nie za bardzo, ale maliny w sam raz :)

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Wszystko :)

Przechodziłam przez plac, oglądając nowalijki, sadzonki kwiatów i nasiona. Uśmiechnął się do mnie starszy pan, więc podeszłam. Stoisko z różnymi roślinkami, sadzonkami w doniczkach, cebulkami.
- Co pani u mnie kupi? - pyta.
- A co pan ma?
- Wszystko!
- A krzaczki malin pan ma?
- Nie, malin to nie.
- A borówkę?
- Borówki też nie.

No i okazało się, że z tego wszystkiego nie miałam co wybrać.
Potem żałowałam, trzeba było choć ze trzy krzaki truskawek kupić. Truskawka nie zginie. No, chyba że w trawie.

Ale kto to by taszczył?
Ja przecież jeszcze w księgarni nie byłam...