Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie Mikołajki od zawsze były tym sygnałem, takim punktem orientacyjnym, że święta tuż tuż. Właściwie to już od pierwszego grudnia czuło się ten niezwykły nastrój, a to za sprawą Rorat, na które chodziło się wieczorami. Zawsze chciałam iść z lampionem przez kościół i nigdy nie szłam. Dlaczego? Bo taka byłam uzdolniona plastycznie, że nie umiałam sobie lampionu zrobić. A mamcia była zajęta, pracowała, zresztą ona też nie lubiła takich "zajęć".
Jednak tak naprawdę świąteczny klimat zaczynało się odczuwać szóstego grudnia, kiedy to chodził święty Mikołaj. Kiedy byłam malutka, mamcia zabierała mnie na tak zwanego mikołaja zakładowego, gdzie brodaty dziadek rozdawał paczki. Paczki były fajne, bo jak niektórzy pamiętają, to był okres, gdy słodycze były fajną sprawą i każdy z nich się cieszył. No, ale jak się tu nie cieszyć skoro na co dzień ich nie było? A w takiej paczce były i wafelki (obowiązkowo trójkąty) i cukierki i czekolada, a nawet i pomarańcz się trafił. Pomarańcze były tak kwaśne, że trzeba było je maczać w cukrze, ale prawda, że pomarańcze pachną bardzo świątecznie?
W domu była taka zasada, że Mikołaj wsuwał paczkę pod poduszkę. U nas w domu Mikołaj przynosił paczki dwie, jedną podkładał pod moją poduszkę, a drugą pod poduszkę mojej babci. Nie wiem, dlaczego tak jest, że leciwe osoby traktuje się jak dzieci, ale tak jest. Babci paczka była obojętna, ale mnie nie. Ledwie się obudziłam, odsuwałam poduszkę, a tam paczka już czekała. Potem szło się do szkoły, gdzie od rana kursował święty Mikołaj i roznosił paczki przygotowane przez komitet rodzicielski. Oczywiście wszystkie paczki były niemal takie same, w każdej znajdowała się góra słodyczy, a czasami jakiś drobiazg. W pamięci utkwił mi rok, kiedy wszyscy dostaliśmy kulkowe pióra. Kto pamięta, jaki to był hit, ręka w górę :)
Paczki roznosił Mikołaj, któremu towarzyszyli uczniowie ze starszych klas przebrani za diabła i anioła. Diabeł był ciekawszy, pomalowany sadzą. Straszył dzieci, podchodząc i brudząc łapami policzki. Nadejścia Mikołaja oczekiwało się, siedząc jak na szpilkach, a poprzedzały je dźwięki dzwoneczków rozlegające się na szkolnym korytarzu. I wiecie co? Czuło się taki dziwny niepokój, bo nieraz Mikołaj pytał, czy było się grzecznym. A czy się było? Hm :)
W starszych klasach zapał na Mikołaja minął i zmieniły się zasadny. Modne zrobiło się losowanie i kupowanie sobie wzajemnie prezentów. Szybko jednak okazało się, że zmieniło się to w wyścig. Dzieci wiedziały, kto komu kupuje, a czasami wymieniały się karteczkami, by kupować dla koleżanki z ławki lub pierwszego chłopaka. Było wiadome, że biedniejsze dzieci zastosują się do pułapu 15 zł, a bogatsze kupią coś ekstra. Dochodziło to tego, że pewne grupki dostawały prezenty bardzo kosztowne, typu perfumy, kosmetyki, a inni maskotki z marketu. Wtedy nasza mądra wychowawczyni wpadła na ciekawy pomysł. Mianowicie zrobiła listę postaci z bajek i każdemu przypisała taką postać. Dziewczęta miały żeńskie postaci, np. smerfetkę, chłopcy gargamela i inne męskie postaci, nikt nie wiedział, kto jest kim, tylko nasza pani. Wiedzieliśmy więc, że kupujemy dla określonej płci, musieliśmy opisać paczkę imieniem postaci a kiedy przyszło wręczanie prezentów, nasza wychowawczyni sama je roznosiła, wzbudzając wybuchy śmiechu z powodu nadanych "osobistości". Utkwiła mi w pamięci smerfetka, gdyż ja nią zostałam :)
Kiepsko wspominam na to miejsce Mikołajki na salce katechetycznej, gdzie chodziliśmy na religię. Tam rodzice sami przygotowywali prezenty, a ja byłam w takim wieku, że jeszcze wierzyłam w Świętego. Pamiętam jak dziś, jak pisałam list i kładłam go na parapecie kuchennym, pamiętam swoje podniecenie, kiedy znikł! Podczas Mikołajek siedziałam obok chłopca, który powiedział mi że bardzo liczy na klocki Lego, ponieważ pisał o nich w liście. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że je dostał! Z jaką niecierpliwością czekałam więc na moją paczkę, gdzie pewnie prosiłam o lalkę Barbie lub coś w ten deseń. Kiedy rozpakowałam swój prezent, znalazłam kawałek ślicznego materiału na sukienkę :P Haha, był piękny, ale ja o niego nie prosiłam w liście :)) Kilka lat później kuzynka, która uczyła się na krawcową, uszyła mi z niego kostium: spódniczkę i bluzkę. Uszyła, ale za ciasny i nic nie skorzystałam z tamtego prezentu. No, poza słodyczami rzecz jasna :))
Ale mamcia zawsze była praktyczna, poza tym podejrzewam, że nie miała pieniędzy na dodatkowe mikołajki na salce, a przecież inny prezent dostawałam w jej zakładzie pracy. Więc po prostu zrobiła mi paczkę z tego, co było w domu, dokładając materiał, który kupiła na moją sukienkę :)
Cóż, mamcia mamcią - ale Mikołajowi nie darowałam, że tak mnie wkręcił. Mógł przecież dorzucić jakąś lalkę do paczki, co nie? Zresztą na mamci nieświadomie zemściłam się rok lub dwa później, gdy własnoręcznie przygotowałam dla członków rodziny paczki mikołajkowe z otrzymanej w szkole paki słodyczy. Jak wiadomo same słodycze są nudne, dołożyłam więc... stary grzebień, portmonetkę i plastykową okładkę na bilet miesięczny. Musieli być wzruszeni, co nie? :P
A może Wy też macie swoje kiepskie prezenty? Pochwalcie się :)