piątek, 21 sierpnia 2015

Tanie sentymenty

Odkąd pamiętam w naszym domu kuchnia była bardzo ważnym miejscem. Kiedy mieszkaliśmy jeszcze w starym domu, kuchnia była malutka. Kiedy wybudowali dom nowy, babcia cieszyła się, że kuchnia będzie wielka i wyposażona w porządny kaflowy piec. W kuchni koncentrowało się życie domu, tu się jadało posiłki, spotykało po pracy, rozmawiało, a nawet myło - w domu nie było wtedy łazienki - czy spało na małej wersalce. Kuchnia była królestwem babci i musiała być wyposażona odpowiednio do swojego statusu. 

Pewnie nie zdziwię Was, kiedy napiszę, że dawniej robiono porządne rzeczy i wyposażenie kuchenne nie stanowi tutaj wyjątku. Te rzeczy przetrwały naprawdę wiele lat. Większość kuchennych przedmiotów w naszym domu pochodziło jeszcze ze starego domu i kiedyś należało do babci. Jeszcze parę lat temu tarłam na plastykowej tarce ogórki na mizerię. Gdzieś na strychu zagubiła się metalowa maszynka do mięsa (taka ciężka, wiecie jaka?), gdybym ją znalazła i wyszorowała, pewnie mogłabym robić z jej pomocą kotlety mielone. Sól zawsze stała na piecu kuchennym, w starym glinianym dzbanku. Podobny dzbanek nasz historyk z podstawówki demonstrował nam na lekcjach jako zabytek, a ja siedziałam cicho, żeby nie kazał przynieść :)

Ze mnie jest marna gospodyni, chyba już o tym wspominałam. Do tego gapa okropna, więc pewnie Was nie zdziwi, że dzbanek stłukłam. Bardzo mi go szkoda, ale... No właśnie. Ale. Bo przecież coraz częściej dążymy do tego, by nasze wnętrza, nie tylko kuchenne, były coraz bardziej eleganckie i nowoczesne. Być może odrapany dzbanek by do nich nie pasował i zaległ gdzieś w piwnicy. Makutrę z tłuczkiem zastępujemy mikserem. Maszynkę do mięsa z korbką elektrycznym robotem. Młynek do kawy - ekspresem. To zupełnie naturalne. 

A jednak szkoda mi tych babcinych gratów. Gratów pisanych z czułością i sentymentem. Tak, jestem sentymentalna. Tak, nie umiem wyrzucić starej chochelki z ruszającą się główką. Tak, stosuję mikser przy każdym cieście i przekładam w szufladzie bezużyteczną pałkę do ucierania. A kiedy wchodzędo starych domów, czuję nie tylko ich zapach ale ich duszę. 

W naszym niestety jej nie czuję. Może musi się zestarzeć? Może kiedyś się jej dorobi? 

ps. Tanie sentymenty. Dlaczego? Bo ekonomicznie, to proste :)

środa, 19 sierpnia 2015

Świętowanie

Piętnastą rocznicę naszego poznania uświetniliśmy chipsami o smaku grillowanych warzyw i łykiem niebieskiego drinka z Biedronki. Na dodatek uczyniliśmy to we własnym łóżku, po oddelegowaniu dziecka do jego własnego łóżeczka. Chipsy gryźliźmy ostrożnie, co by malucha nie zbudzić. Jeszcze by się zechciała przyłączyć, a jak tu tłumaczyć, że niezdrowe, skoro samemu się wcina? Dodatkiem do świątecznego menu były czułe całusy i strony dobrych książek. U mnie papierowe, u Kocura na czytniku. 

Prezentów nie przewidziano. Jesteśmy już na tym etapie, kiedy bardziej świętuje się rocznicę ślubu niż ten dzień poznania. A kiedyś to było takie OJEJ! Pamiętam, jak zaznaczałam każdy 18 w kalendarzyku serduszkiem, potem zaznaczałam serduszkiem każdy 29, bo to nasz umowny pierwszy dzień związku. Teraz nie umiem sobie przypomnieć, czy braliśmy ślub 16 czy 17 a serduszkiem zaznaczam urodziny Mili :P

Jednak piętnastka to taka ładna, okrągła liczba, i zawiera piątkę, a ja piątkę lubię od czasów szkolnych :) Kocurzasty to nawet stwierdził że moglibyśmy sobie coś fajnego na tę rocznicę zafundować i zaproponował koncert Erosa Ramazzottiego (nie chce mi się iść sprawdzać, jak się pisze). Niestety, za bilety dla nas dwojga zapłacilibyśmy 500 zl, więc westchnęłam tylko żałośnie i oświeciłam męża, że za te pieniądze kupilibyśmy nowe panele do pokoju, albo pół pralki, albo opłacilibyśmy Mili 10 godzin zajęć. Tak, na tym etapie też już jesteśmy :)

Niemniej moja żałość skutkowała chwilą zadumy i stwierdzeniem. 
- Wiesz kochanie, ale w sumie to chciałabym kolejną rocznicę ślubu (piątą!!!) świętować jakoś fajnie. Może kolacja w restauracji, może wyjazd do Spa...
- Ale tak tylko my dwoje?
- Tak, tylko my...
Po chwili czytania i pochrupywania chipsów spojrzałam w kierunku łóżeczka, gdzie pod żółto-błękitną kołderką śpi Mila i weschnęłam. 
- Nie, no ale Milę też trzeba zabrać. Jej też się świętowanie należy...
- Czyli Spa odpada, ale do restauracji możemy ją zabrać... - zgodził się Kocur 
Chwila ciszy i nagle gdzieś z okolicy moich kostek doszło donośne burczenie. 
Podniosłam oczy i napotkałam pełne wyrzutu spojrzenie dwóch paciorków. 
- Ale przecież nie możemy zostawić w domu Sanczeza... on też należy do rodziny. 
Kocur najpierw westchnął, potem zaczął się śmiać, a jeszcze potem nakarmił samego zainteresowanego chipsami. Rodzina jest najważniejsza, zapamiętajcie! A rodzina to Ci, których obiejmuje się ciepłem serca. 

ps. Tak właśnie powstają książkowe komedie :)

wtorek, 18 sierpnia 2015

Jest kawa - jest notka

Dosłownie przed momentem przyjechałyśmy z miasteczka, w sierpniu zajęcia mamy częściej, bo musimy trochę odrobić za lipiec i początek sierpnia. Dziecko padło w pociągu i o dziwo: nie obudziło sie, kiedy przyniosłam ją do domu. A więc co? Szybko czajnik, kawa i komputer - trzeba wykorzystać wolną chwilę :)

Jest kawa, jest i notka. Przez myśl przemknęło mi: jak za starych, dobrych czasów. Nie żeby nowsze czasy były złe, z pewnością nie :) A jednak z sentymentem wspominam ten okres, kiedy zaczęłam blogować i z niecierpliwością czekałam, aż wrócę z pracy, zrobię kawę, zasiądę przed monitorem, napiszę notkę i zobaczę, co u Was :)

Fajnie jest być panią swojego czasu... Teraz trzeba dostosowywać blogowanie, czytanie i inne fajne czynności do dziecka. Notki podczytuję pomiędzy innymi czynnościami. Własne zaczynam i nie kończę, pozostawiając w kopiach roboczych, a potem usuwam, odczuwając zażenowanie na myśl, że sama nie pamiętam, o czym chciałam napisać. Masakra :) Ciekawe, czy coś drgnie w tej kwestii, kiedy mała pójdzie od września do przedszkola? 

A propo przedszkolnych wieści: dziś kupiłyśmy pantofle, pierwsze przedszkolne pantofle Milciaka, nad którymi matka musiała uronić łezkę wzruszenia oczywiście. Pantofle z rzepem, a jakże, z fioletowymi serduszkami, własnoręcznie przez dziecko wytypowane i określone słowem "fajne". Niech robią za talizman i przyniosą nam przedszkolne szczęście :)

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Pada deszcz

W niedzielne popołudnie od zachodu nadciągnęły ciemne chmury. Parę racy huknęło gdzieś w dali, potem zaszumiało i kiedy wyjrzałam przez okno, okazało się, że pada. Ucieszyłam się. Straszyło od kilku dni, zanosiło się i roznosiło. W czwartek też przyszły chmury, czarne jak noc. Zrobiło się nieprzyjemnie. A potem spadły trzy krople wody, które nawet nie obudziły kota drzemiącego na stole przed oknem. 

Wczoraj to co innego. Solidna ulewa z burzą przy okazji. W momencie zrobiło się ciemno i nieprzyjemnie, trzeba było wyłączyć wszystko z prądu. Mila przespała całą burzę, ja siedziałam przy niej i wpatrywałam się w okno. Do moich kolan przykleił się rozedrgany pies. Parę razy huknęło gdzieś blisko i w niedługim czasie zawyła syrena strażacka. Tego momentu nie lubię najbardziej, dają o sobie znać skutki nawałnicy. Oby tylko połamane gałęzie, nie pioruny...

Ta burza i tak nie była taka straszna, przynajmniej nie u nas. Tym razem nie wydobyłam z barku świeczki. Tak właśnie robiła mamcia - przy tych najgorszych burzach zapalała w oknie gromnicę. Teraz ja tak robię, wtedy kiedy boję się najbardziej. Od palącej świecy strach jest mniejszy, nie wiem, jakim cudem, ale jest...

Dziś ranek obudził nas deszczem i grzmotami gdzieś w oddali. Burza minęła, pozostało przyjemnie chłodne powietrze. Miałam nadzieję, że wyjdzie słońce i będziemy mogły wyjść do ogródka, ale ciapie. Nie dopiszę "niestety", bo deszcz jest w tej chwili bardzo potrzebny. Niech ciapie. 

sobota, 1 sierpnia 2015

Kiedy chce się kawy (bardzo się chce)

Dzisiejszemu dniowi towarzyszy wprost nieziemska ochota na kawę. I to kawę fusiarę, co zdarza się u mnie wyjątkowo rzadko. Po zajęciach, na których byłam z Milą, wpadłam do domu niemal z głodem w oczach. Niestety, szybko mnie postopowało. Zapomniałam, że przed zajęciami nie zdążyłam umyć naczyń po śniadaniu. Uwierzycie, że nie wypiję kawy, jeśli mam w zlewie gary? Nie że jedną zagubioną szklankę, ale tak więcej. Więc najpierw zmywanie, potem przyjemności. A ślinka na kawę cieknie i cieknie.. 

W międzyczasie olśniło mnie, że do kawy z przyjemnością coś by się przegryzło. Na szczęście ucierane z owocami zajmuje 10 minut i prawie zawsze w domu są wszystkie składniki. Raz dwa i ucierane z borówką amerykańską (tudzież kanadyjską, a tak naprawdę małopolską :P ) w piekarniku. 

Po zmywaniu, po ucieraniu, po wstawieniu do piekarnika, przyszła pora na zasłużoną i wyczekaną kawę. A kawę warto wypić w fajnym kubku, doznania wizualne lepsze, co nie? Z wakacji nad morzem przywiozłam sobie ten oto kubeczek: 


I dopiero w domu olśniło mnie, że ten wzór tak mi się podoba, że trzeba było kupić kilka. Na szczęście można dokupić w internecie, nie trzeba jechać nad morze :)

To co: pijemy kawkę? Wcinamy placusia?