Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żarełko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żarełko. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 grudnia 2014

Pożegnania i powitania :)

Ostatnimi czasy przyjrzałam się krytycznie mojej diecie i pogroziłam jej palcem. Nie o to chodzi, że jadam jakoś specjalnie niezdrowo, albo bardzo dużo, niemniej odznaczenia za zdrowe nawyki żywieniowe raczej nikt by mi nie przyznał. Ale jednak parę zmian udało mi się wprowadzić w ostatnim roku, nawet w ostatnich miesiącach i tygodniach. Doszło do kilku pożegnań, ale powitałam też kilka nowości. 

Chipsy przepędziłam już jakiś czas temu, owszem zdarza się raz na trzy-cztery tygodnie wtrąbić paczkę przy filmie. Coli, pepsi czy innych takich nie kupuję do domu już dawno, bo po pierwsze drogie toto, po drugie po co ma nas kusić, po trzecie małej nie potrzebne takie wzorce. Colę i pepsi pijam więc u kogoś i to jedynie, jeśli nie ma mineralnej w alternatywie. Wciąż nie mogę oduczyć się pić gazowanej wody mineralnej, ale zauważyłam, że woda, którą kupuję (i podbieram dziecku), nie czuć mi już kranówą. Więc jest postęp. I może bąbelki też się odstawi niedługo.

Ale już zastąpienie porannej kawy herbatą owocową zasługuje na medal, prawda? ;)

Szczerze mówiąc, gdyby ktoś przed kilkoma laty powiedział mi, że nie będę pijać porannej kawy, postukałabym się znacząco po czole. Jak to tak? Rozpocząć dzień bez kawy? A jednak. Zauważyłam, że kawa na pusty żołądek mi szkodzi i odcięłam ją gwałtownie i bez bólu. Na to miejsce kupiłam sobie smaczną herbatę owocową i okazało się, że do blogów, Facebooka czy innych rozrywek i obowiązków smakuje równie dobrze. Początkowo sądziłam, że będzie to chwilowa zmiana, jednak wszystko wskazuje, że zaprzyjaźniłam się z poranną herbatą owocową już na stałe, w związku z tym postanowiłam ograniczyć się do jednej kawy rozpuszczalnej dziennie. A piłam trzy :)

Czasem jednak mnie język swędzi za drugą kawą. Wtedy biorę Inkę i piję bez mleka. Z mlekiem jest łagodna bardzo, ale bez mleka smakuje jak Jacobs Velvet :P Trochę oszukuję te moje smaczki, ale z korzyścią dla żołądka.  

Kolejnym nowym produktem, który na stałe zagościł w mojej codziennej diecie, jest siemię lniane. Siemię kupiłam z myślą, że upiekę chleb posypany apetycznymi ziarenkami. Na pieczenie czasu zabrakło, składniki "wyszły" do czegoś innego... i zostało samo siemię. Niestety, moja praca wiąże się z wielogodzinnym siedzeniem, a to bardzo źle wpływa na układ trawienny. Nie chodzi nawet o to, że tyję, bo ostatnio pięknie poleciałam w dół, jednak coraz częściej zdarzają się dolegliwości żołądkowe i nie tylko. Pisałam kiedyś o zbawiennym działaniu siemienia i coś mi w głowie zostało, więc doczytałam jeszcze więcej, dowiedziałam się ile i jak mam zjadać i rozpoczęłam swoją przygodę z siemieniem. Teraz codziennie zjadam łyżeczkę siemienia i odpukać kłopoty nie wróciły. Siemię nie jest najsmaczniejsze, ale można je sprytnie dodawać do jedzenia, by nieco ten smaczek gubić. Ja posypuję kanapki i musli, ale na ogół po prosty "cap" łyżeczkę do buzi i rozgryzam. Nie mam młynka, bo bym mieliła, a na ucieranie szkoda mi czasu. 

Kolejnym składnikiem, który nie tak dawno miał premierę w naszej kuchni, jest ciasto francuskie. Przyznam się wam szczerze, że nigdy go nie lubiłam, bo było... mało słodkie. A teraz mi to absolutnie nie przeszkadza, szczególnie, że chętniej je widzę, jako dodatek do dań mięsnych. Macie ochotę na przepis na roladki z ciasta francuskiego z kurczakiem, pomidorami i fetą? Gwarantuję, że są mega! Oczywiście ciasto francuskie kupujemy gotowe, bo na jego robienie jestem zbyt leniwa albo za bardzo zajęta, jak kto woli :)

Niestety, do świętości w kwestiach żywieniowych nadal mi wiele brakuje :) Dowodem niech będzie zupka chińska, na którą uchciwiłam się w piątek i dwa pikantne kurczak-burgery. Wątroba mi podziękowała natychmiast :)






środa, 8 stycznia 2014

Super żywienie :)

Jakiś czas temu poczułam się źle. Zauważyłam, że coś mnie gniecie w okolicach brzucha,  ssie i ogólnie czułam się zupełnie beznadziejnie. Tak, wiem, co powiecie, na badania marsz. Ale jak wiecie, ja do laboratorium nie jestem pierwsza, raz że nie za bardzo przepadam, dwa że ciężko mi się wybrać, bo nie mam co zrobić dzieckiem i psem :) Ale jak się okazało, wcale nie potrzebowałam laboratorium, żeby zdiagnozować moją przypadłość. Wystarczył zmysł obserwacji i dziwne skojarzenie, że ta przypadłość nigdy nie dopada mnie w weekendy...

Przeanalizowałam więc swój dzień roboczy i z okrzykiem eureka - mało entuzjastycznym musicie wiedzieć - odkryłam, o co biega. Rozłóżmy więc mój dzień na czynniki pierwsze wspólnymi siłami.
- 7,00 - pobudka toaleta strojenie et cetera :)
- 7,10 - palimy w piecu
- 7,20 - krótka przechadzka po ogródku z psem w wiadomym celu
- 7.30 - pijemy kawę i zwiedzamy świat wirtualny
- 8,00 -9,00 - wstaje dziecko, podsuwamy nocnik, toaleta, strojenie itd
- 9,00 - obowiązkowa kaszka, czasem z butelki, zależy od humoru. Oczywiście nie mojego.
- 9,30 -12,00 zabawy, figle, sprzątanie, podnoszenie z podłogi, obieranie jabłka, wyrzucanie jabłka, pojenie wodą z miodem, wyciąganie butelki zza łóżka, oznaki pierwszego znużenia, spacer jeśli jest pogoda
-12,30 - dziecko zasypia
-13,00 - dłuższa przechadzka z psem w wiadomym celu
-13,30 - pijemy kawę, piszemy, czytamy, odwiedzamy blogi
-15,00  -wstaje dziecko, przekąska lub obiad, w zależności co mamy na ten dzień w menu
-16.00 - zabawa, figle, muzyka, humory itd.
-17,30 - wraca mąż, obiad, potem czary gary, zakupy i tak dalej :)
-19,30 - kąpiele, kolacja, łóżko, książka, film

I teraz mi powiedzcie, moja kochane, czy widzicie, czego brakuje?

Mnie rzuciło się to w oczy od razu. Szkoda, że potrzebowałam do tego aż tak głębokiej analizy. I w tym momencie pretensje pod adresem mojego żołądka, dlaczego żeś mi chamie nie przypominał, że powinnam zjeść śniadanie? A on się broni i mówi zgodnie z prawdą, że przypominał, jak najbardziej. Ssał mnie od środka i wiercił mi dziurę, czasem nawet posunął się do mdłości, ale ja jestem jakaś oporna na sugestie. I że ciężko mu się przebić, skoro, ja cały czas mam coś ważniejszego do zrobienia i nie mam czasu pomyśleć, by coś przegryźć. Często moim pierwszym posiłkiem jest kanapka do popołudniowej kawy... Ups, i jak tu czuć się dobrze?

A w weekendy czuję się dobrze, bo celebrujemy rodzinne śniadanka. Jajeczniczki, paróweczki, kanapeczki, naleśniczki, pierdółeczki, więc mój żołądek jest w jak najlepszej formie. Zadowolony, zapełniony, burczący ze szczęścia. A od poniedziałku znów musi przechodzić na ostrą dietę...

I w tym miejscu powinnam obiecać solenną poprawę, prawda? Mogłoby to nawet być dodatkowe postanowienie noworoczne: będę pamiętać o śniadaniu i koniec kropka. A nawet i o przekąskach i w ogóle o tym, że ma się jeść pięć posiłków dziennie, owoce i warzywa i jeszcze ryby. Tylko, że ja wiem, że mi nie wyjdzie, nie ma co nawet obiecywać. Choćby dziś, pamiętam, bo przecież piszę o tym, ale co z tego, skoro wczoraj ludzie rzucili się na chleb jak za komuny i o jedenastej półki sklepowe były puste? I do domu wróciłam, taszcząc jak Indianin bawoła ... trzy drożdżówki :D No, ale ważne, że pamiętam prawda?

Tak na serio mówiąc, chciałabym się zdrowo odżywiać. Chciałabym wyrobić w sobie ten nawyk. Patrzę łaskawym okiem na owsiankę i obiecuję jej, że zostanie przyrządzona na śniadanie z rodzynkami i cynamonem. A potem znów nie mam dla niej czasu i pospiesznie smaruję kromkę serem topionym...