Ostatnimi czasy przyjrzałam się krytycznie mojej diecie i pogroziłam jej palcem. Nie o to chodzi, że jadam jakoś specjalnie niezdrowo, albo bardzo dużo, niemniej odznaczenia za zdrowe nawyki żywieniowe raczej nikt by mi nie przyznał. Ale jednak parę zmian udało mi się wprowadzić w ostatnim roku, nawet w ostatnich miesiącach i tygodniach. Doszło do kilku pożegnań, ale powitałam też kilka nowości.
Chipsy przepędziłam już jakiś czas temu, owszem zdarza się raz na trzy-cztery tygodnie wtrąbić paczkę przy filmie. Coli, pepsi czy innych takich nie kupuję do domu już dawno, bo po pierwsze drogie toto, po drugie po co ma nas kusić, po trzecie małej nie potrzebne takie wzorce. Colę i pepsi pijam więc u kogoś i to jedynie, jeśli nie ma mineralnej w alternatywie. Wciąż nie mogę oduczyć się pić gazowanej wody mineralnej, ale zauważyłam, że woda, którą kupuję (i podbieram dziecku), nie czuć mi już kranówą. Więc jest postęp. I może bąbelki też się odstawi niedługo.
Ale już zastąpienie porannej kawy herbatą owocową zasługuje na medal, prawda? ;)
Szczerze mówiąc, gdyby ktoś przed kilkoma laty powiedział mi, że nie będę pijać porannej kawy, postukałabym się znacząco po czole. Jak to tak? Rozpocząć dzień bez kawy? A jednak. Zauważyłam, że kawa na pusty żołądek mi szkodzi i odcięłam ją gwałtownie i bez bólu. Na to miejsce kupiłam sobie smaczną herbatę owocową i okazało się, że do blogów, Facebooka czy innych rozrywek i obowiązków smakuje równie dobrze. Początkowo sądziłam, że będzie to chwilowa zmiana, jednak wszystko wskazuje, że zaprzyjaźniłam się z poranną herbatą owocową już na stałe, w związku z tym postanowiłam ograniczyć się do jednej kawy rozpuszczalnej dziennie. A piłam trzy :)
Czasem jednak mnie język swędzi za drugą kawą. Wtedy biorę Inkę i piję bez mleka. Z mlekiem jest łagodna bardzo, ale bez mleka smakuje jak Jacobs Velvet :P Trochę oszukuję te moje smaczki, ale z korzyścią dla żołądka.
Kolejnym nowym produktem, który na stałe zagościł w mojej codziennej diecie, jest siemię lniane. Siemię kupiłam z myślą, że upiekę chleb posypany apetycznymi ziarenkami. Na pieczenie czasu zabrakło, składniki "wyszły" do czegoś innego... i zostało samo siemię. Niestety, moja praca wiąże się z wielogodzinnym siedzeniem, a to bardzo źle wpływa na układ trawienny. Nie chodzi nawet o to, że tyję, bo ostatnio pięknie poleciałam w dół, jednak coraz częściej zdarzają się dolegliwości żołądkowe i nie tylko. Pisałam kiedyś o zbawiennym działaniu siemienia i coś mi w głowie zostało, więc doczytałam jeszcze więcej, dowiedziałam się ile i jak mam zjadać i rozpoczęłam swoją przygodę z siemieniem. Teraz codziennie zjadam łyżeczkę siemienia i odpukać kłopoty nie wróciły. Siemię nie jest najsmaczniejsze, ale można je sprytnie dodawać do jedzenia, by nieco ten smaczek gubić. Ja posypuję kanapki i musli, ale na ogół po prosty "cap" łyżeczkę do buzi i rozgryzam. Nie mam młynka, bo bym mieliła, a na ucieranie szkoda mi czasu.
Kolejnym składnikiem, który nie tak dawno miał premierę w naszej kuchni, jest ciasto francuskie. Przyznam się wam szczerze, że nigdy go nie lubiłam, bo było... mało słodkie. A teraz mi to absolutnie nie przeszkadza, szczególnie, że chętniej je widzę, jako dodatek do dań mięsnych. Macie ochotę na przepis na roladki z ciasta francuskiego z kurczakiem, pomidorami i fetą? Gwarantuję, że są mega! Oczywiście ciasto francuskie kupujemy gotowe, bo na jego robienie jestem zbyt leniwa albo za bardzo zajęta, jak kto woli :)
Niestety, do świętości w kwestiach żywieniowych nadal mi wiele brakuje :) Dowodem niech będzie zupka chińska, na którą uchciwiłam się w piątek i dwa pikantne kurczak-burgery. Wątroba mi podziękowała natychmiast :)