Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmiech. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmiech. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Mikołajusia

- Mama jest moją mikołajusią! - oświadczyło z rana dziecko, czym wzbudziło mój bardzo szeroki uśmiech. Cieszę się, że pomimo tych różnych niedogodności i zaburzeń, Milenka mówi tak pięknie i wyraźnie, że zawsze jestem w stanie zrozumieć, co mówi :) Dzięki temu nie przegapiam takich "tekściorów". 

Pies złapał z rana zrąbkę, bo wyłożył się na moim nowym płaszczyku. Czyja wina? Ano moja bo położyłam na oparciu łóżeczka, a przecież bestia wszystko ściągnie i udepcze, by mieć pod tyłkiem sześć warstw jak księżniczka na ziarnku grochu. Po pięciu minutach wchodzę do pokoju a dziecko macha mu palcem przed nosem i powtarza: 
- To nowy płaszcz, nowy!


czwartek, 2 kwietnia 2015

Grudniowy poranek i ogłoszenie :)

Na początek ogłoszenie. Szukam: surowego poganiacza z cienkim batem, który będzie motywował mnie do pracy. Bo spod mojej lewej pachy wyszedł leń i rozlazł się po domu. Nie dość, że wyspałam się  do siódmej (w czwartek?? - babo!), to jeszcze nie mogę się zabrać za pisanie. Ktoś powie: przecież piszesz. Ale nie TO miałam pisać, tylko TAMTO. A mnie wystarczy, że mam trochę luzu na smyczy i już fikam sobie koziołki. Najwyraźniej ja wolę z wywieszonym językiem i paniką w oczach, może to jakieś hormony we mnie wyzwala? Aha, zapowiadam też  stanowczo, że nie będę myć szafek kuchennych na święta. Zupełnie straciłam motywację, bo malowanie odłożone na "po świętach" i "przy pogodzie", a zamówionych krzeseł ani widu...

Poza tym witam Was w ten grudniowy poranek. Tak, wiem, że dopiero co się zaczął kwiecień, a prima aprilis był wczoraj... I co z tego, skoro dziś u nas na podwórku jest śniegu po kostki? Krajobraz taki piękny, grudniowy, szkoda że szlag trafi kwiatuszki i listki, czyli to co wiosennie mnie cieszyło w ogródku. No i po co kupiłam cienką kurteczkę na święta za 28 zł w ciucholandzie, skoro nawet jej nie założę? A taka miałam iść ładna do święcenia! I do teściowej na jajo! Czy ta pogoda ma źle w głowie? 

A Wy już macie wszystko porobione?
Dalej nie wzięłam cebuli ze sklepu...
No, kurczak. Ja mówię, że się do Wielkanocy nie nadaję~!

niedziela, 29 marca 2015

No i jestem obrzydliwa

Wspominałam, że nie lubię litanii typu "ten umarł,a ten ma to" ale jest jedna rzecz, której w rozmowach nie lubię jeszcze bardziej. Jestem mianowicie okropnie obrzydliwa i nie cierpię debatowania nad rzeczami krwawymi i śmierdzącymi, szczególnie w okolicach talerza. I ponownie kłania się scenka rodzajowa z udziałem mojej teściowej. I to wcale bynajmniej nie temu, że teściowa jest niewychowana w każdym względzie lub klasycznie mnie drażni (to czasem też), ale po prostu jest najczęstszym gościem w naszym domu i dzięki niej mam o czym pisać :P

Dalej będzie niesmacznie, więc jeśli ktoś je, albo coś... to wiecie :)

Mianowicie zasiedliśmy sobie do konsumowania kotleta mielonego z ziemniakiem i mizerią, kiedy nie wiedząc,co sprowokuję, poruszyłam kwestię, że muszę jechać córce po pieluchy. Dziecko mam nocnikowe, ale na noce zakładamy jeszcze pieluszkę i pewnie długo będziemy, a czasami o 20,00, kiedy już biegam po domu w piżamie, okazuje się, że nie ma ani sztuki podrabianego pampersa i trzeba się w te pędy ubierać i lecieć do pobliskiego sklepu. A więc ja wyszłam z tekstem, że trzeba kupić, a teściowa wyszła z tekstem, że ostatnio chciało jej się śmiać, bo żona mojego szwagra nie zauważyła, że córcia zrobiła kupę, a dziecko się tak zaklajstrowało, że aż mu pod pachami wyszło. Moja wyobraźnia jest bogata, pewnie za bogata, bo aż mi się kotleta odechciało. Spojrzałam na męża, ale on konsumował dalej z uduchowionym wyrazem twarzy. Spojrzałam na córkę, ale ona chyba nie załapała komizmu sytuacji, spojrzałam na teściową i napotkałam szeroki uśmiech i gestykulację, która miała podkreślać, że jej młodsza wnuczka robi kupy jak smok :D Na szczęście temat szybko się wyczerpał i z ulgą wróciłam do talerza, choć muszę wam powiedzieć, że przełykałam ślinę jak kaczor. 

Ale wtedy teściowa przypomniała sobie, jak ostatnio była świadkiem, jak pan w stanie wskazującym na spożycie przewrócił się na chodniku, pozostawiając po sobie mokrą plamę. Tutaj nastąpił wyraźny opis tego, co panu wypłynęło i spłynęło. I nie zdzierżyłam, wyszłam do łazienki. Może teściowa robiła zamach na mój kawałek kotleta i chciała się mnie z kuchni pozbyć? Ale szczerze mówiąc to wątpię, bo moje kotlety mielone nie należą do wybitnych rarytasów, poza tym teściowa nie za bardzo może smażone. Najlepsze że oni dalej jedli niewzruszeni, no dziecku się nie dziwię, bo mogła nie zrozumieć pewnych słów, ale mój mąż i teściowa pałaszowali aż im się uszy trzęsły. I tylko ja miałam przed oczyma obydwie te scenki i nie dałam rady dokończyć obiadu, na czym skorzystał Uszaty Pies. 

Teraz tak sobie myślę, że nie zawsze tak miałam, a z różnymi rzeczami człowiek się stykał. Może po trzyletnim zmienianiu pieluch zrobiłam się nadwrażliwa? Ale chyba powinno być na odwrót. Nie mniej nie cierpię takich wstawek, unikam spotkań mam, które chcą porównywać kupki swoich dzieci, bo choć "nic co ludzkie nie jest mi obce" to jednak "nie wszystko jest smaczne". A jak Wy macie? Trochę taki śmierdzący temat i być może brzydko zapytam,: jesteście obrzydliwe, czy dajecie z tym radę? 

niedziela, 15 lutego 2015

Kinomani z od siedmiu boleści

Z okazji walentynek wybraliśmy się z Kocurzastym do kina. Choć w gruncie rzeczy trochę kłamię, bo nie wybraliśmy się wcale z okazji walentynek, ale walentynki przypadkowo zbiegły nam się z filmem. Ale to tak ładnie brzmi: wybraliśmy się z okazji Walentynek do kina. Na dodatek na film o miłości, choć bynajmniej nie na Greya, a przedstawiona miłość nie była słodka. Poszliśmy do kina tradycyjnego, żadnego multi pleksi i podobne, piękne stare kino, z aksamitnymi zasłonami, kameralne, ciche, z eleganckim żyrandolem zwieszającym się z korytarzowego sufitu. W kamienicy krakowskiej, ze schodami stromymi, aż głowa boli. Cichutko, żadnego chrupania popcornu, miło. Taka inna atmosfera, aż się człowiekowi od środka tak przyjemnie i kulturalnie zrobiło ;)

Przy okazji bytności w kinie obliczyliśmy, że to nasz trzeci wspólny seans. Czyli do kina chodzimy średnio co pięć lat. Tacy z nas kinomani od siedmiu boleści. Przez takich jak my kina się zamykają. Obiecaliśmy sobie solenną poprawę, ale jak to będzie, czas pokaże. 

Na to miejsce poszliśmy zobaczyć, kiedy można się wybrać do muzeum w Sukiennicach. I sympatyczny pan nam powiedział, że w niedziele jest wstęp gratis. Prawdopodobnie więc się w którąś niedzielę wybierzemy. Ja już byłam, choć blisko 15 lat temu, Kocurzastego muszę ukulturalnić. ;)

A Wy często chodzicie do kina?
Jakie filmy lubicie?
Co ostatnio widzieliście na dużym ekranie?

poniedziałek, 9 lutego 2015

Nietrafione prezenty :)

Podczas sobotniej wizyty teściowa niespodziewanie wydobyła z torby poszewki na "jaśki" i oddała mi je ze słowami: Może ci się przydadzą. Pewnie, że się przydadzą, szczególnie przy dziecku, które uważa, że każde miejsce na sen z "jaśkiem" pod głową jest dobre, a im bliżej pieca (tak, tego z sadzami i popiołem) tym lepiej. Mimo wszystko wpadłam w pewną konsternację i zamiast wrzucić poszewki do szafy i podziękować, a tym samym ugryźć się w język, stałam z nimi jakąś chwilę i wypaliłam rozżalonym tonem. 

- Ale przecież ja ci je dałam w zeszłym roku na imieniny! 

Możecie sobie wyobrazić minę teściowej (jakby żabę połknęła), moją (święte oburzenie) i śmiech pozostałych gości, którzy mało co się nie pokładali na podłodze. Oczywiście teściowa się obraziła. Ja się nie obraziłam, bo przecież wybierałam według swego gustu, więc co mi biedne poszewki winne. Na następne imieniny pójdą  rajtki, kawa i piwonia spod płota sąsiadki. Ale widzicie ile zamieszania z nietrafionymi prezentami? 

Też takie dostawałam, nie powiem. Ale ja mam takie podejście, że zawsze się przyda, a jak się nie przyda to trzeba temu znaleźć inne zastosowanie. (Teściowa pewnie ma podobne podejście, tylko osoby pomyliła). Generalnie ja niewiele prezentów dostaję. Kocur pyta, na co mam ochotę. Kiedyś mu powiedziałam, że bieliznę, pojechał do H&M i kupił gorset. Bielizna? Bielizna. No i super, raz czy dwa było gorąco, minie parę lat i znów się ubierze. Mamcia kupiła bluzkę XXL, zatem robi za koszulkę do spania. O depilatorze marzyłam, ale nie wiedziałam, że to tak boli. To leży i się kurzy, a ja podbieram Kocurowi maszynki. Denerwują mnie tylko prezenty dla dziecka, czasami. Jak na przykład dostaje takie o rok do tyłu, albo za małe ciuchy. Wtedy sprzedaję i kupuję jej na to miejsce coś innego. Przecież jak dostała, niech skorzysta. 

No a co Wy robicie z nietrafionymi prezentami? 
Macie takie?

czwartek, 11 grudnia 2014

Jak zarobić dwie dychy, czyli o organiście podrywaczu :)

Nie wiem, jak jest u Was, ale u nas opłatki przed świętami roznosili przedstawiciele rady parafialnej. Miły starszy pan w ubiegłym roku zostawił mi opłatki, zainkasował piątkę, bo tyle miałam drobnych i tubalnym głosem życzył wesołych świąt. Spodziewałam się, że w tym roku będzie podobnie, a tu niespodzianka! Pies się rozszczekał, a w drzwiach ukazał się organista. W pierwszej chwili nie wiedziałam, kto to. Organista siedzi na chórze przy organach i nawet głowy mu nie widać, pierwszy raz go więc widziałam.  Ale przedstawił się, powiedział, że przyniósł opłatki, więc grzecznie poprosiłam, żeby poczekał, aż uwiążę dziecko i uspokoję psa, tfu! na odwrót. Zamknę psa w pokoju i wytrę dziecku buzię. Poczekał grzecznie, zrobiłam co zrobić miałam, pan wszedł, wydobył opłatki, złożył życzenia i... zaczął się we mnie tak intensywnie wpatrywać, że zrobiło mi się głupio. 

Najpierw pomyślałam, że mam brudną twarz... No, bo dziecku buzię wytarłam, o sobie nie pomyślałam. Nie myślcie, że siedzę w domu, jak ten kocmołuch, ale rano paliło się w piecu, wynosiło popiół, przy takich pracach nie trudno zafundować sobie dodatkowe kreski w makijażu. Pan wpatrywał się intensywnie, ja nie miałam, jak zerknąć, czy wpatruje się, bo jestem brudna, czy po prostu podziwia moją wysublimowaną urodę. Milcia rżała jak konik po kuchni, Uszaty warczał zza drzwi, a ja uświadomiłam sobie, że za opłatki trzeba dać co łaska... (swoją drogą pan z Rady parafialnej miał zeszyt i notował wpłaty, a pan organista nie. Ale przypomniałam sobie, że od czerwca jest nowy proboszcz, więc i rządy inne).

Rozpoczęłam poszukiwanie portfela i drobnych w portfelu. Jak na złość był cały papierek 20 zł, czyli nie tak drobno. Pan wpatrywał się już tak intensywnie, że poczułam niepokój... że on mnie chyba podrywa! Bo się tak w tym wpatrywaniu uśmiechał, że aż mi było głupio. Wcisnęłam mu czym prędzej te 20 zł, ze słowami, że bardzo dziękuję, i że wesołych świąt i w ogóle. Pan mnie złapał za rękę i najwyraźniej chciał po dłoniach całować, ale wzięłam i solidnie po męsku dłoń mu uścisnęłam, poprosiłam dziecko, by powiedziało "do widzenia" i pana za drzwi wypchnęłam. Kiedy był już na drodze przypomniało mi się, że to ten organista co za godzinę - a w gruncie rzeczy 30 minut!-  grania na naszym ślubie zażyczył sobie 200 zł. 

Przeanalizowałyśmy z Martą zachowanie pana organisty i doszłyśmy do wniosku, że jego zachowanie jest zamierzone. Bo albo się babki cieszą, że je podrywa i ładują grubsze pieniądze, albo chcą się go jak najszybciej pozbyć i nie czekają na resztę. Ja reprezentuję drugą grupę, żeby nie było:)

piątek, 7 marca 2014

Kobiet dzień...

Wzięłam sobie za obowiązek przypomnieć kochanemu mężowi, co za dzień jutro mamy. Plus jeszcze taką kwestię, że kobiety w domu ma dwie i zwiędniętym tulipanem się nie wykpi. Z młodszą kobietą sprawa wydaje się być prosta. Kupi Kinder Czekoladę i zaskarbi sobie miłość do 2032 roku. Ze starszą problem powtarza się, co roku. No, bo co jej kupić, jak ona nic nie chce (poza książkami)?


Nawet Facebook wie, że jutro jest święto laseczek. Co druga firma oferuje wysyłkę gratis, nawet jeśli sprzedaje części zamienne do wiertarki udarowej. Same kobiety o swoim święcie nie mają szans zapomnieć. Przeglądając maile, przypomniałam sobie z rozczuleniem, jak w podstawówce kupowaliśmy sobie prezenty na dzień kobiet i dzień chłopka. Głupawe misie, długopisy, gumki serduszka, tulipany w celofanie. 
Co roku trzeba było się wysilić i wymyślić coś, czego jeszcze nie było :) Faceci mieli łatwiej, zawsze ten kwiatek, zawsze czekolada....

Ale pewnego razu...

Chłopaków w klasie miałyśmy dziesięciu. Zebrałyśmy fundusze i poszłyśmy do apteki. Nie, nie kupiłyśmy prezerwatyw o smaku malinowym. To nie były te czasy. Podeszłyśmy do okienka i poprosiłyśmy o dziesięć smoczków dla dzieci, tzw. cumelków. Pani farmaceutka rozdziawiła gębę i wpatrywała się dobre pięć minut, jakby pierwszy raz widziała dwunastolatki kupujące dziesięć smoczków. Dopiero włascicielka apteki trąciła ją w ramię i wyjaśniła, że to jakiś kawał. 

Kawał. I to jaki. Do każdego cumelka przywiązałyśmy cukierki. Chłopcom prezent się spodobał. Nauczycielom trochę mniej. Cały dzień ciumkali te smoczki :)

Rok później każda z nas dostała czekoladę zapakowaną w pampersa... na szczęście czystego :)


piątek, 7 lutego 2014

Dialog ze szklanką :)

Dzień dobry, jak się macie?

My mamy się dobrze, bardzo dobrze.
Misia właśnie wbija wymyślone gwoździe wymyślonym młotkiem.
Uszaty usiłuje wyczarować jeszcze trochę serka Danio z pustego opakowania. Prawdziwego, nie wymyślonego.
Matka zmywa naczynia.
I mówi tak.

- Czekaj, czekaj... przecież ty byłaś wczoraj brudna. Gdzie się podziałaś? Wieczorem z ciebie piłam... O, tutaj jesteś! W szafce? Przecież jesteś nieumyta, gdzie się pchasz!

Po czym chwila konsternacji. Spojrzenie na szklankę. I śmiech.

Niech ta misia zacznie szybciej nawijać jęzorem, bo z potrzeby gadania nawiązuję dialogi z przedmiotami użyteczności osobistej. A nawet z węglem, który wrzucam do pieca... i zużytą pieluchą, kiedy przewijam dziecko (Ale ty śmierdzisz, paskudo jedna!)

Boże, czemu ja nic nie poważnieję z wiekiem?
Powinnam Wam tu zapodać jakiś poważny temat, a ja gorzej niż o głupotach. Ale mówiąc szczerze, mnie cieszą takie bzdety, malutkie uśmiechy dnia. Celebruję je. Świętuję. Chyba powinnam się wziąć za pisanie, bo dobry humor mnie nie opuszcza.Ale to wiecie, tak przed wizytą teściowej :)

U nas dzień Dialogu ze szklanką :)
A u was?
Pamiętacie by polubić fp z poprzedniego postu?

czwartek, 6 lutego 2014

Powariowały!




Oświadczam, że moje kubki smakowe powariowały :)

Kiedy dwa dni temu zrobiłam sobie wieczorem kawę ( i zasiadłam by oglądać najlepszego polskiego detektywa, czyli Ojca Mateusza), o mało się nie splułam. Nie, żeby mi nie smakowało! Bardzo mi smakowało! Otóż moja normalna neska posłodzona dwiema łyżeczkami cukru i z łykiem mleka smakowała... orzechami laskowymi.

Ki diabeł... myślę.
Ale to nic. Przecież ja uwielbiam orzechy. Wypiłam, czując się jak w najlepszej krakowskiej kawiarni :)

Przez ostatnie dwa dni moja poranna neska (jak wyżej) miała posmak ... mięty.
I żeby nie było, mamy cytrynowy płyn do naczyń. Nie myślcie, że kubek był źle wypłukany.
No, nic. Przez dwa dni delektowałam się kawą miętową. Całkiem niezła, polecam.

Dzisiaj rano aż przebierałam z niecierpliwości nogami.
Co wymyśli mój prywatny własny wyhodowany na języku ekspres do kawy?

Jak myślicie, była niespodzianka?
Była, a jakże.

Dzisiejsza kawa smakuje ziemniakami z ogniska. Też lubię. Tylko nie wiem, czy koniecznie z kawą...

ps. Nie pytajcie, jak to możliwe, bo nie wiem.


Kochani jeszcze prośba :)
Jeśli macie profil na FB - polubcie proszę ten Fp.
Jedna z gazet obiecała wydrukować dla małej ulotki, warunkiem jest jak najwięcej polubień na FB.
To nas nic nie kosztuje, klikamy!!!

https://www.facebook.com/PomocDlaAmelkiWieczorek

środa, 5 lutego 2014

Jak ściągnąć dziecko z łóżka?

Misia lubi sobie poleżeć oj, lubi :)
Nie powiem, matce się to nawet podoba, no bo niby czemu ma się nie podobać?
Jeśli Misia wstanie za wcześnie, to poranna kawa na bank zamieni się w mrożoną. Nie mówiąc już o tym, że nie powstanie żadna notka, recenzja, nic. Bo gdy dziecko wstaje to po dupie daje, stare polskie przysłowie. Znacie je? ^^

Tak więc Misia lubi poleżeć, a nawet i pospać.
Misia jest z tego powodu zadowolona.
Matka jest z tego powodu zadowolona.
Ojciec - jeśli akurat jest w domu - także jest z tego zadowolony. (Bądź co bądź, ma pretekst, żeby też leżeć, bo jak wstanie to przecie ją obudzi, co nie?)

Jednak jest w domu ktoś, kto z Misi leżenia zadowolony nie jest.
Mam na myśli Uszate Psisko.
Zawsze, kiedy wstaję, Uszaty idzie ze mną do kuchni. Kiedy rozpalam w piecu, wykonuje swoją poranną toaletę. Potem idziemy na podwórko na króciutki spacerek, wracamy, ja piję kawę, a pies się... nudzi. Tak, bo bez Misi jest nudno i trzeba by ją natychmiast postawić na nogi, ściągnąć z łóżka i zachęcić do jakiejś psoty.

Czasem uda się wślizgnąć do pokoju i hop na łóżko. A gdy już jest na łóżku, hulaj duszo piekła nie ma. Najpierw ją obwącha. Potem ją trąca nosem. A ponieważ Misia ma twardy sen i łatwo się nie poddaje... rozkłada się obok niej i... spycha ją łapami z łóżka :)

Jest to tak komiczny widok, że nie sposób się na niego gniewać. Oczywiście Uszaty nie ma tyle siły, żeby Misię zepchnąć na podłogę, ale te manewry wystarczą, żeby ją obudzić. Wtedy najczęściej łapie go za ogon, przyciąga do siebie i ... śpią dalej razem. Już bez spychania.

Być może uda mi się to uchwycić na fotce i pokazać w wiadomym miejscu :)


wtorek, 4 lutego 2014

Smak na ... smaki dzieciństwa :)

Gotowałam Misi grysik z sokiem malinowym i wpadł mi pomysł na tę notkę :)
Wczoraj było wspominanie saneczkowania, obijania tyłka i wszechobecnej bieli, szkoda, że zapomniałam o bałwanie napisać, ale zima jeszcze się nie kończy, więc może zdążę. A dziś będzie o smakach dzieciństwa. Podobną notkę pisałam zdaje się na Onecie, ale chyba nie  rozwijałam tematu zbyt mocno. Dziś postaram się trochę bardziej :)

Czy to, że wspominam dzieciństwo, znaczy że już się starzeję...? O, matko :)

Poniżej lista niezapomnianych smaków mojego dzieciństwa.

1) Barszcz czerwony z ziemniakami.

Barszcz. zupa mojego dzieciństwa. Ulubiona zupa. Przez długi czas jedyna zupa. Dlaczego? Nie pamiętam, byłam zbyt mała. Ale jedno z moich najwcześniejszych wspomnień dotyczy właśnie miski z barszczem. Stoję przy ławce w ogrodzie, na ławce zupa, w łapie łyżka i jazda. Barszcz oczywiście zabielany, z tłuczonymi ziemniakami. Czasami mamcia polewała skwareczkami, ale ja tego nie lubiłam. Dlaczego barszcz jadało się u nas z tłuczonymi ziemniakami, przecież przez to robiła paćka? Nieraz się nad tym zastanawiałam, ale prawdę poznałam, gdy sama zostałam mamą! Chodziło pewnie o to by się gówniarz, czyli ja - nie udławił :)

2) Kogel mogel ... z mlekiem.

Kiedy inne dzieci wsuwały na śniadanie kakao, na moim stole królował wspaniały, żółciutki specyfik. Przygotowywała go moja babcia. Pamiętam, że ucierała żółtka z cukrem, a następnie zalewała wrzącym mlekiem. Tworzyło się żółciutkie "kakao" z bardzo smakowitą pianką. Uwielbiałam ten napój, jednak zanikł on w naszym domu, gdy babcia zachorowała. I sami powiedzcie: które dziecko dziś zna smak kogla mogla? Którzy rodzice odważą się go zrobić ze sklepowych jaj? W naszym domu jaja były prosto od kury, babcia zawsze pilnowała, żeby były świeżo zebrane, a więc można było się koglować bezpiecznie :)

3) Omlet z cukrem

Gruby omlet tworzyła mi na kolację mama. Taki niby naleśnik, ale o wiele bardziej puchaty i gruby. Najczęściej jadałam go po prostu posypany łyżeczką cukru, ale czasami pokusiłam się na dżem. Kurczę, jak ja lubiłam te omlety... Potrafiłam na kolację zjeść trzy. Do tematu omletów powoli wracam we własnej kuchni. Misia ma niebywały apetyt na jajka, a ponieważ u niej z apetytem różnie bywa, cieszę się, że coś lubi. A omlet ma tę zaletę, że można w nim przemycić naprawdę wiele. Choćby brokuł czy szynkę...

4) Gofry z dżemem!

Jeśli jechałam gdzieś z mamcią, a najczęściej jechałam z nią po wypłatę do zakładu pracy i potem na zakupy - było pewne, że wylądujemy na gofrach. Myślę, że w tamtych czasach gofry były bardziej popularne niż hamburgery, czy zapiekanki, a może to kubki smakowe dziecka tak kojarzą? Tak czy siak, miejsca gdzie sprzedawano gofry były dość często spotykane. Najtańsze były puste, troszkę droższe z cukrem pudrem, jeszcze więcej kosztowały z dżemem. Teraz można spotkać też inne dodatki: czekoladę, bitą śmietanę, czy owoce, - ja tego nie pamiętam z dzieciństwa. Najbardziej lubiłam z dżemem, ale jeśli miałyśmy gdzieś jeszcze iść, mamcia kupowała mi z pudrem, żebym się nie uciapała :D

5) Placek z jabłkami

Tak, moi kochani, żadna szarlotka. U nas w domu mówiło się "placek z jabłkami" i taki właśnie się piekło. Było to moje ukochane ciasto w dzieciństwie: wszelkie serniki, makowce, galaretki mogły sie schować przy placku z jabłkami. Placek składał się z dwóch blatów kruchego ciasta, pomiędzy którymi była masa z jabłek (renet z naszego ogrodu) i cynamonu. Wierzch placka mamcia nakłuwała widelcem w takie dziwne dziurki, myślałam, że dla ozdoby, ale chyba nie :)

6) Fasolka po bretońsku

W podstawówce żywiłam się na szkolnej stołówce. Z dzisiejszej perspektywy pracę pań kucharek oceniam średnio. Nie pamiętam na przykład żeby dawali surówkę do obiadu, zupa zawsze była zimna, bo nalewali ją o 11,30 a przerwa była o 12,00, a mięso było z "galaretką". Ale muszę przyznać jedno: panie kucharki były kochane, jak miały, to ładowały repety aż miło. Kiedyś dostałam 13 naleśników z dżemem :)) I gotowały najlepszą fasolkę po bretońsku na świecie. Z drobnego groszku i z bułeczką. Pychaaaaa!

7) Bułka i mleko

Był taki okres, gdy w naszym domu codziennie kupowało się dziesięć bułek. Oprócz chleba. Myślę, że pieczywo musiało być tańsze, bo przecież u nas też się nie przelewało. Ale te bułki zawsze były i do tego cieplutkie, z popołudniowej zmiany w piekarni. Mamcia przywoziła je z pracy, a wtedy dziecku wiele do szczęścia nie trzeba było. Obiadu też nie. Buła w łapę, garnuszek zimnego mleka, potem druga buła. Pojedzone.

8) Gumy kulki

Można je kupić w wielu sklepach do dziś. U nas na wsi był stary gs-owski sklep, w którym nic nie było. Ale już w kiosku pod ośrodkiem zdrowia, można było kupić banany i słodycze. I właśnie gumy kulki na długim pasku. O niesamowitym zapachu i smaku :) Do dziś gdy je widzę, ślinka mi cieknie...

9) Pomarańcze

O owoce egzotyczne było trudno. Pamiętam, jak moja chrzestna przywiozła mi kilka bananów. Były zielonkawe i nie smakowały mi. Kojarzyły się z ogórkiem. Plułam i nie chciałam, więc się złościła i mówiła, że jestem niewdzięczna. No, ale jak być wdzięcznym za coś ohydnego? :) W paczkach mikołajkowych mamcia przywoziła pomarańcze. Miały tak grubą skórę, że cięliśmy ją nożem. I były okropnie kwaśne. Pamiętam, że moczyliśmy je w cukrze i dopiero do pyszczka. Wtedy też jadłam pierwszy i ostatni raz czerwone pomarańcze.

10) Maltanki i wafelek "Skawa" (trójkącik)

Musiał być w każdej paczce z prezentem mikołajkowym. Najlepszy wafelek w czekoladzie pod słońcem. Uwielbiałam go, podobnie jak i Maltanki. Na szczęście można je jeszcze kupić :) Pamietam też czekoladę mleczną w fioletowym papierku, ależ była pyszna. I nie chodzi mi wcale o Milkę, to była polska firma, a czekolada wprost rozpływała się w ustach. Ale ja i tak wolałam tę z okienkiem. Zresztą czekolada z orzechami do dziś jest moją ulubioną :)

Teraz Wasza kolej - pochwalcie się swoimi wspomnieniami :)
Ps. Wiem, przeze mnie jesteście głodni :)









poniedziałek, 3 lutego 2014

Z górki na pazurki :)

Ten weekend miał być saneczkowy, ale niestety: pogoda pokrzyżowała nam plany i "zabrała" śnieg. Została ta paskudna szara breja, która przemaka buty i której nienawidzę. Nawet pies jej nienawidzi, bo stara się dotykać podłoże jak najmniejszą ilością łap. Szczególnie przy sikaniu fajnie to wygląda, bo nieraz pada na pyszczek :D

No, w tym roku zima się nie postarała. Ale może to i dobrze? Niemniej wspomnienia obudzone saneczkowym tematem, same biegną ku śnieżnej bieli, mroźnemu powietrzu, błękitnemu niebu i słońcu błyskającemu w zaspach. Tam, moi kochani, wspomnienia ferii szkolnych z prawdziwego zdarzenia. Wspomnienia okresu, gdy dwa tygodnie wolnego od szkoły były czymś fantastycznym, bo spędzało się je na śniegu, na mrozie, na powietrzu i najczęściej na sankach :)

Mieszkam w okolicy, która obfituje w liczne górki, mniejsze i większe. Nawet koło mojego domu jest ich kilka, więc mogłam się saneczkować bez konieczności opuszczania własnego podwórka. Sanki miałam solidne, drewniane, bez oparcia, niejedną zimę przetrzymały. Swój żywot zakończyły, gdy wpadłam na bajeczny pomysł zjeżdżania z górki, która kończyła się zamarzniętym na kość bajorkiem. Z takim impetem wpadły na lód, że się połamały, na szczęście tylko one...

Sanki - sankami, ale i tak najlepiej się zjeżdżało na worku. Z racji, że nasz dom był typowo wiejski i gospodarski, czyli konie, krowy i kurki, worków nie brakowało, jak i siana czy słomy do wypchania także nie brakowało. Worek taki ma nieziemski poślizg, żadnych sanek się do tego porównać nie da. Ma tylko jedną wadę, czasem wyjeżdża spod tyłka i tyle go widziałaś. Ty na górze, worek na dole, a zapewniam, że sam nie przyjdzie :)

Jednej zimy zjeżdżaliśmy też w metalowej misce, ale do tego trzeba być lekkim :)
Teraz bym zaryła się po pachy i tyle by mnie widzieli...

Kiedyś kolega pożyczył mi narty. Bawiłam sie więc, że jestem Andreasem Goldbergerem (Goldie I love you!), zbudowałam skocznię, bardzo niską i ćwiczyłam, póki tyłek nie był siny. Pod koniec nawet się już nie przewracałam, ale właśnie wtedy mi się znudziło.

Zawsze kombinowaliśmy, żeby górka była jak najdłuższa, choć nigdy nie chciało nam się spinać z powrotem. Niedaleko mojego domu jest stroma górka, po której biegnie chodniczek z betonowych płytek. namiętnie zjeżdżaliśmy po tych płytkach, bo były dobrze udeptane. Ludzie pewnie nie byli tym zachwyceni, ale kto zabroni dzieciom? Czasami łączyliśmy sanki w mini kulig, czasami ktoś spadał i nabił guza, ale nic się poważnego się nikomu nie stało.

A w prawdziwym kuligu uczestniczyłam tylko raz. Byłam na zimowisku w górach z młodzieżą oazową i ksiądz zorganizował nam kulig: sanie, konie, góry, śnieg. Niezapomniane.

piątek, 3 stycznia 2014

Napisać książkę chciałam...

Chciałam, oj chciałam napisać książkę...

Ale już na wstępie pojawił się poważny problem. Dylemat, o jakim się najmądrzejszym nie śniło.
Przeczytałam bowiem w Dzienniku Polskim, że teraz wszyscy książki piszą, a nikt ich nie czyta.
I zrobiło mi się tak troszkę łyso, bo jak to tak: napisać książkę, której potem nikt nie przeczyta?
Wobec tego, po co ją pisać, dla kogo? Sama lubię czytać, ale ile można czytać to, co się samemu napisało! Przydałoby się zdobyć innego czytelnika, no choćby jednego! Zawsze to by się człowiek raźniej poczuł, że nie jest sam!

Ale jak zdobyć tego czytelnika, czym go przyciągnąć, a najlepiej zatrzymać?
Co sprawi, że obdarzy autora gorącym uczuciem, będzie spijał słowa z jego ust, lubił posty na facebooku i może nawet kupował jego książki? Jaką książkę napisać, żeby podbić polskie serca i wedrzeć się na szczyt listy przebojów? Czytelniczych, się rozumie!

Główkuję więc i główkuję, wy główkować nie mogę - co mam napisać, za jaką książkę się zabrać?

Może romans?
Historię jak to ona i on spotkali się na ulicy i pokochali od pierwszego wejrzenia. Ale on miał żonę. I piątkę dzieci. Mimo to ona postanowiła o niego zawalczyć. Na koniec wpadła pod pociąg i po babie... Ojoj, chyba się nie nadaję na autorkę romansów. Fabuła mi wyszła zbyt skomplikowana. I zbyt łzawa. czytelniczki lubią sobie popłakać, ale nie aż tak... No i jak to mówi Kostek z Listów do M, 300% czytelniczek opowie się za ukamienowaniem tej flądry, co to się wmieszała w rodzinę. I z entuzjazmem przyjmie każdą złamaną kosteczkę w jej ciele .... Nie, romans to nie to.

No, ale skoro nie łzawy romans, to może ognisty erotyk?
Taki, wiecie, namiętny, ponętny i gorący. Ociekający potem, śliną i no, wiecie czym. Rozbudzający, pobudzający i wybudzający. Żeby on ją wiązał, a ona go gryzła. Za nudne, mówicie? To już było? No, tak, macie rację... To może ona go związała, on ją opluł, a ona go przypalała palnikiem gazowym? Tego chyba nie było? Ale nie, wiecie, lepiej nie. Bo jak ja wydam taką książkę, to moi znajomi i rodzina, te wszystkie moje osiemdziesięcioletnie ciotki, wszyscy pomyślą, że ja może tak mężowi robię? I jeszcze pod naszym oknem pojawią się pielgrzymki podglądaczy? A to może lepiej ja podziękuję, żadnych erotyków, szczególnie ognistych...

Mam jeszcze pomysł na kryminał.
Z kryminałem to naprawdę dobry pomysł, bo musicie wiedzieć, że ja jestem rozmiłowana w świecie zbrodni. Im więcej trupa tym lepiej, im trudniejsza zbrodnia tym wspanialej. Oczywiście w książce, żeby nie było, że popieram przemoc! Niemniej mam zapędy w tym kierunku, bo jak idę przez wieś, to zawsze się rozglądam, gdzie by tu można trupa ukryć. Gdyby się go miało, oczywiście. Ja nie mam. Ale nigdy nie wiadomo, jaka wiedza się w życiu człowiekowi przyda co nie? No, ale jeśli napiszę kryminał, a potem kogoś w okolicy zaciupią, to na kogo będzie, no na kogo? Kryminał odpada.

Można by też napisać książkę o dupie maryni. 
Nie, to nie jest kolejny erotyk! O dupie maryni - czyli o życiu po prostu. Takie trele morele, wiecie: wstała rano, zjadła bułkę, poszła do pracy, pracowała, skończyła pracować, wróciła do domu, poszła spać. I z tego trzeba wydobyć na światło dzienne obraz tej kobiety, Maryni na przykład i rozłożyć je na czynniki pierwsze. Bo czemu ona wstała i zjadła bułkę? Może powinna była napić się soku? Bo jest za gruba! A czemu po pracy wróciła do domu, a nie poszła do kina? Bo się bała, że rano zaśpi i nie zdąży zjeść bułki! Rozumiecie? Tylko, że jest jeden problem... takie książki piszą ludzie po studiach, najlepiej psychologicznych, pedagogicznych i takich podobnych. Oni się znają na rozkładaniu takiej Maryni na czynniki, ja się nie znam i jak się pomylę, to jeszcze czyjąś świadomość zachwieję. I ktoś przeze mnie bułki potem nie zje... Nie, to nie to.

Mogłabym napisać także powieść z jajami. Taką do śmiechu.
Bo lubię się pośmiać, lubię pożartować sobie, nawet czasem z kogoś, jak nie słyszy, oczywiście.
Mogłabym w takiej powieści wyciągnąć na światło wszystkie absurdy dwudziestego pierwszego wieku, jak swego czasu Bareja. Wiek się dopiero zaczął, nie ma tego dużo, więc książka nie będzie gruba. A takie śmieszne, to się nawet dobrze czyta, potem można cytować w towarzystwie i udawać że własne. Poza tym ludzie lubią śmiać się z innych, no bo przecież nie z siebie?
Ale tu także jest niedoskonałość. No bo ja napiszę, wyśmieję, a potem mnie znajomi będą na ulicy zaczepiać. I esemesy na mnie nasyłać. Bo na czterdzieste szóstej napisałam o nim samym, na pięćdziesiątej o jego babce ze strony matki. Jak to nie znam jego babki? Przecież o niej pisałam!

Głowię się i głowię, nie mam czego napisać.
Więc chyba będę pisać ... bajki.

ps. A może Wy moje kochane mi doradzicie?
Co mam napisać? Jakie książki najbardziej lubicie?