Plan był ambitny: zupa-krem z brokułów, podana z pulpecikami mięsnymi, posypana startym żółtym serem. I wszystko wyszło tak ładnie: zupka zielona, że aż wiosenna, kuleczki krągłe i nie rozleciały się podczas gotowania, a ser żółty tak ładnie starł się na tarce, jakby tylko to w życiu robił. I to naprawdę mógł być udany obiad!
Mógłby, ale...
Kocur zaraz po wejściu do domu najpierw poszedł otwierać wszystkie okna, bo "znów ciągnie z ubikacji". Nie, kochanie, to brokuł się gotował...
Po wszystkich "ble" wydanych nad garnkiem parującej zielonej zupki, podniósł pokrywkę z rondelka i zauważył pulpeciki. Od razu podzielił się z ukochaną żoną spostrzeżeniem, że pulpeciki są jedyną formą mielonego mięsa, której nie lubi, bo powodują u niego mdłości. "Nie mówiłem ci?", zapytał zdziwiony.
Na to wszystko żona zdecydowała się spróbować pulpecika i ... zauważyła u siebie mdłości. W tej sytuacji zmierzyła mięsko podejrzliwym spojrzeniem i ... zjadła samą zupę. Wcześniej przywołała do siebie dziecko i skutecznie zakleszczyła między kolanami. Tym sposobem udało się podać z pięć łyżek gęstej zupy i to bez uszczerbku na garderobie. Tak się jednak tym podawaniem zmęczyła, że z pozostałości na talerzu zrezygnowała.
Tym sposobem zupę z pulpecikami i serem zjadł tylko Kocurzasty... odmówił jednak "repety", zasłaniając się pełnym żołądkiem. Że niby taka gęsta i pożywna ta zupa?
Zwieńczeniem wieczoru był pies. Który wszedł na stół i zjadł ser do zupy... (zupy z resztkami mięsa nie tknął)