wtorek, 16 lutego 2016

17/366. Jak Asia krem z brokuła gotowała

Plan był ambitny: zupa-krem z brokułów, podana z pulpecikami mięsnymi, posypana startym żółtym serem. I wszystko wyszło tak ładnie: zupka zielona, że aż wiosenna, kuleczki krągłe i nie rozleciały się podczas gotowania, a ser żółty tak ładnie starł się na tarce, jakby tylko to w życiu robił. I to naprawdę mógł być udany obiad!

Mógłby, ale...

Kocur zaraz po wejściu do domu najpierw poszedł otwierać wszystkie okna, bo "znów ciągnie z ubikacji". Nie, kochanie, to brokuł się gotował...

Po wszystkich "ble" wydanych nad garnkiem parującej zielonej zupki, podniósł pokrywkę z rondelka i zauważył pulpeciki. Od razu podzielił się z ukochaną żoną spostrzeżeniem, że pulpeciki są jedyną formą mielonego mięsa, której nie lubi, bo powodują u niego mdłości. "Nie mówiłem ci?", zapytał zdziwiony. 

Na to wszystko żona zdecydowała się spróbować pulpecika i ... zauważyła u siebie mdłości. W tej sytuacji zmierzyła mięsko podejrzliwym spojrzeniem i ... zjadła samą zupę. Wcześniej przywołała do siebie dziecko i skutecznie zakleszczyła między kolanami. Tym sposobem udało się podać z pięć łyżek gęstej zupy i to bez uszczerbku na garderobie. Tak się jednak tym podawaniem zmęczyła, że z pozostałości na talerzu zrezygnowała.

Tym sposobem zupę z pulpecikami i serem zjadł tylko Kocurzasty... odmówił jednak "repety", zasłaniając się pełnym żołądkiem. Że niby taka gęsta i pożywna ta zupa?

Zwieńczeniem wieczoru był pies. Który wszedł na stół i zjadł ser do zupy... (zupy z resztkami mięsa nie tknął)


sobota, 13 lutego 2016

16/366. Plan był taki

Przyjemny plan zaadaptowałam sobie na potrzeby weekendu. Postanowiłam pić dużo kawy i pisać, pisać, pisać... A do tego jeszcze czytać i oglądać serial. Powtórkę z Cieni Calendy sobie zrobiłam i ponownie się wciągnęłam na maksa. Nic to, że dobrze pamiętam, jak się skończyło. Już sama atmosfera małego hiszpańskiego miasteczka fajnie na mnie działa :)

Mój katar miał jednak co do weekendu inne plany. Zdecydował sobie, że weekend należy do niego. On zajmuje wszelkie strategiczne pozycje, powoduje cieknięcie, drapanie, swędzenie, pieczenie i obrzęk. Zaprasza na weekendowe spotkanie pudełko chusteczek higienicznych i wspólnie robią imprezę. A ja mam się przyłączyć i właściwie nie mam nic do gadania, bo zdecydowano beze mnie. 

Kocur mnie straszy świńską grypą, Mila mnie straszy pokasływaniem, a ja łudzę się resztkami nadziei, że coś jednak z tego walentynkowego weekendu skorzystam. Może napiszę nawet jakąś scenkę miłosną lub kryminalną? Uczczę walentynki tym, co lubię robić. Bo na miłosne ekscesy z własnym mężem chęci brak - nie żeby była ochota na ekscesy z mężem cudzym. W myśl zasady, że jak pierdzieli się wszystko to wszystko, a jak cieknie to cieknie, z okazji walentynek fundnę sobie tampony... 


poniedziałek, 1 lutego 2016

15/366 Leniwy lutowy poranek

Luty rozpoczynam niespiesznie, wręcz leniwie. Wiedząc, że z samego rana nie mam żadnych zleceń, po odprawieniu Kocurzastego do pracy, wróciłam do łóżka. Przytuliłam się do cieplutkiej Mili, przygniotłam psa piętą i zamknęłam oczy. Mogłam wstać, wypić kawę i napisać recenzje (dwie zaległe przez weekend, w tym jedna raczej negatywna), ale po co? Nieczęsto mam okazję wrócić do łóżka i jeszcze mieć w nim miejsce. Poleżałam jeszcze godzinkę w pół śnie. Ale kiedy przyśniło mi się, że zbieramy się do przedszkola i zakładam niebieskie skarpetki, zdecydowałam się wstać. Mili też dobrze się spało. Zjadła śniadanko i zaraz do przedszkola. A ja poczekam na zlecenia i biorę się za pracę. Na dziś planuję też fryzjera. U Angel Oskuro wyczytałam, że zapowiada się intensywny miesiąc. U mnie też, kochana, u mnie też. Ale poranek jeszcze leniwy, więc korzystam :)

Miłego dnia!