poniedziałek, 22 grudnia 2014

Przed świętami

Okna umyte... tylko od środka, ale to nie ma znaczenia, bo od zewnątrz okazały się czystsze niż od środka. Tak to już jest, gdy ma się kuchnię na węgiel i piec kaflowy. Firanki zmienione. Na ulubionym obrusie w gwiazdki niespodziewanie zmaterializowała się plama po czymś smacznym. Skąd wiem, że po smacznym? Bo u nas wszystko jest pyszne :) Pierniczki upieczone, twarde jak skała, ale póki zęby dają im radę, jest w porządku. Lampki choinkowe skontrolowane, świecą już któryś rok z kolei i żal je zastąpić nowymi. Bo są kolorowe i wesołe, a te nowe są tylko zielone i to nic, że modne, ledowe i elektrooszczędne. To już nie byłoby to samo, nie ten klimat. 

Stroik zrobiony z gałązek świerkowych uciętych z drzewka pod oknem. Najskromniejszy jaki może być, gałązki wsunięte w dzbanek do herbaty, który znalazłam na jednym ze spacerów po lesie. Latem sieję w nim bazylię, zimą służy za podstawę do stroika świerkowego. Między gałązki wetknięty aniołek na długim patyku. Tylko bez patyka, bo Milcia złamała. Ozdoby świąteczne zniesione, filcowe zwierzątka nieco przykurzone, plastry z pomarańcza świeżo wysuszone. Kilka filczaków trzeba doszyć, bo nie wiadomo, gdzie poszły. Choinka jeszcze nie wyszorowana, najgorszą robotę lubię zostawiać na koniec, po co mam sobie zawczasu humor psuć? 

Jutro dzień pieczenia i sałatkowania. Wieczorem mam zamiar ugotować kompot z suszu i nareszcie zapachnie świętami na całego. Uwielbiam ten czas i czekam na niego z wręcz dziecięcą radością. 

A Wy?

środa, 17 grudnia 2014

Pochwała dobra rzecz :)

Kojarzycie tę scenę z filmu Służące, kiedy główna bohaterka zwraca się do swojej podopiecznej słowami: "Jesteś śliczna, jesteś mądra, jesteś ważna" (lub innymi, ale utrzymanymi w tym stylu)? To bardzo ważna i symboliczna scena, pokazuje, jak ważne w naszym życiu są pochwały i dobre słowo pochodzące od innego człowieka. To, jak zwracają się do nas inni, jakie zdanie mają na nasz temat , ma kluczowe znaczenie dla naszego osobistego poczucia wartości. Dziecko, które słyszy od swoich rodziców; "Jesteś zdolny" - puchnie z dumy, cieszy się i wierzy w swoje możliwości. Czy muszę pisać, co myśli o sobie dziecko, które słyszy: "Jesteś beznadziejny, niegrzeczny, wstyd się z tobą pokazać, zawsze coś rozlejesz..." ?

Uświadomiłam sobie, jak bardzo muszę uważać na słowa, by nie uczynić nimi krzywdy mojemu dziecku. Zaczęłam więcej chwalić, zaczęłam lepiej dobierać słowa, kiedy muszę ochrzanić. Widzę, jak rozjaśnia się jej buzia, kiedy mówię "Brawo!", jak się cieszy i podskakuje, widzę, jak wsuwa kciuk do buzi, gdy coś nabroi i matka czerpie powietrza, zanim wygłosi przemówienie :) Dzieci widzą swoje odbicie w nas, więc w znacznym stopniu to od nas zależy, jak siebie postrzegają. Oczywiście nie mówię, że mamy bezkrytycznie chwalić, a nawet hołubić... Musimy być mądre i tak, to wcale nie jest łatwe. Ale czy ktoś mówił, że będzie? 

Pochwała ... wspaniała rzecz. Kilka dni temu mój własny osobisty mąż wytargał z półki przedmiot, w którego wykonaniu miałam swój udział, by pochwalić się przed swoim bratem. Poczułam, że jest ze mnie dumny i powiem wam, że to wspaniałe uczucie. Do wieczora chodziłam uśmiechnięta. 

Z czego jesteś dumna? 
Masz za co pochwalić swoich bliskich?
Na co czekasz? :)

niedziela, 14 grudnia 2014

Kocurzaści gotują: Pstrąg łososiowy w marynacie cytrynowo-koperkowej

Ostatnimi czasy bardzo rozsmakowaliśmy się w rybach i podczas niedzielnego obiadu chętnie zastępujemy drób i mięso rybami: z piekarnika lub z patelni. Nie będę ukrywać: w niedziele, ponieważ w niedziele gotuje mąż. Razem z Milcią kuchcą na całego, przygotowują marynaty do mięs i ryb, Milcia przy okazji wyjada miód ze słoika lub inne smakowitości. W tygodniu nie ma za bardzo czasu na wymyślne potrawy, w niedzielę prędzej. Poza tym: Kocurzastego to cieszy, to całe wyszukiwanie przepisu i próbowanie. Rzadko robimy coś kolejny raz, chyba że nam bardzo, ale to bardzo zasmakuje. 

Dzisiaj Kocurzasty z Milcią przygotowali pstrąga łososiowego w marynacie cytrynowej, to tego ja przygotowałam frytki z piekarnika (prawda, że się wysiliłam? :P ), jako dodatek posłużyły kapusta czerwona i dip czosnkowo-ziołowy z papryczkami chili. 




Do przygotowania potrawy dla dwóch osób (plus dziecko i pies) potrzebujemy:

2 większe płaty z pstrąga łososiowego

Marynata do rybki: 

3 łyżki oliwy
sok i skórka z połowy cytryny
1/2 łyżeczki czerwonej papryki w proszku
1 łyżeczkę suszonego koperku (może być świeży. W naszym sklepie brakło :] )
szczypta soli i pieprzu

W przygotowanej marynacie trzymać rybkę około pół godziny. 

Smażyć ją na niedużej ilości tłuszczu, z dwóch stron. 

Dip czosnkowo- ziołowy z papryczką chili

150 ml jogurtu naturalnego
ząbek czosnku przeciśnięty przez praskę lub drobniutko posiekany
łyżeczka koperku
drobniutko posiekane kawałeczki papryczki chili ( my użyliśmy trzech kolorów: czerwonej, zielonej i żółtej. Każdej daliśmy po około 1 cm. ) Trzeba zachować umiar, bo są bardzo ostre!
sól i pieprz do smaku

Smacznego! 




czwartek, 11 grudnia 2014

Jak zarobić dwie dychy, czyli o organiście podrywaczu :)

Nie wiem, jak jest u Was, ale u nas opłatki przed świętami roznosili przedstawiciele rady parafialnej. Miły starszy pan w ubiegłym roku zostawił mi opłatki, zainkasował piątkę, bo tyle miałam drobnych i tubalnym głosem życzył wesołych świąt. Spodziewałam się, że w tym roku będzie podobnie, a tu niespodzianka! Pies się rozszczekał, a w drzwiach ukazał się organista. W pierwszej chwili nie wiedziałam, kto to. Organista siedzi na chórze przy organach i nawet głowy mu nie widać, pierwszy raz go więc widziałam.  Ale przedstawił się, powiedział, że przyniósł opłatki, więc grzecznie poprosiłam, żeby poczekał, aż uwiążę dziecko i uspokoję psa, tfu! na odwrót. Zamknę psa w pokoju i wytrę dziecku buzię. Poczekał grzecznie, zrobiłam co zrobić miałam, pan wszedł, wydobył opłatki, złożył życzenia i... zaczął się we mnie tak intensywnie wpatrywać, że zrobiło mi się głupio. 

Najpierw pomyślałam, że mam brudną twarz... No, bo dziecku buzię wytarłam, o sobie nie pomyślałam. Nie myślcie, że siedzę w domu, jak ten kocmołuch, ale rano paliło się w piecu, wynosiło popiół, przy takich pracach nie trudno zafundować sobie dodatkowe kreski w makijażu. Pan wpatrywał się intensywnie, ja nie miałam, jak zerknąć, czy wpatruje się, bo jestem brudna, czy po prostu podziwia moją wysublimowaną urodę. Milcia rżała jak konik po kuchni, Uszaty warczał zza drzwi, a ja uświadomiłam sobie, że za opłatki trzeba dać co łaska... (swoją drogą pan z Rady parafialnej miał zeszyt i notował wpłaty, a pan organista nie. Ale przypomniałam sobie, że od czerwca jest nowy proboszcz, więc i rządy inne).

Rozpoczęłam poszukiwanie portfela i drobnych w portfelu. Jak na złość był cały papierek 20 zł, czyli nie tak drobno. Pan wpatrywał się już tak intensywnie, że poczułam niepokój... że on mnie chyba podrywa! Bo się tak w tym wpatrywaniu uśmiechał, że aż mi było głupio. Wcisnęłam mu czym prędzej te 20 zł, ze słowami, że bardzo dziękuję, i że wesołych świąt i w ogóle. Pan mnie złapał za rękę i najwyraźniej chciał po dłoniach całować, ale wzięłam i solidnie po męsku dłoń mu uścisnęłam, poprosiłam dziecko, by powiedziało "do widzenia" i pana za drzwi wypchnęłam. Kiedy był już na drodze przypomniało mi się, że to ten organista co za godzinę - a w gruncie rzeczy 30 minut!-  grania na naszym ślubie zażyczył sobie 200 zł. 

Przeanalizowałyśmy z Martą zachowanie pana organisty i doszłyśmy do wniosku, że jego zachowanie jest zamierzone. Bo albo się babki cieszą, że je podrywa i ładują grubsze pieniądze, albo chcą się go jak najszybciej pozbyć i nie czekają na resztę. Ja reprezentuję drugą grupę, żeby nie było:)

środa, 10 grudnia 2014

To ci kołtun...

W książce o zwyczajach i przesądach góralskich wyczytałam, że kołtun był uznawany za chorobę i w żadnym razie nie wolno było obcinać skołtunionych włosów. Oczywiście w dziewiętnastym wieku kołtun był zjawiskiem powszechnym, brał się z braku higieny. Jeśli jednak myślicie, że w obecnych czasach kołtun się nie zdarza, jesteście w błędzie. Moje dziecko jest najlepszym przykładem, że kołtuna można nabawić się w pół godziny. 

Siedzę w kuchni i klepię. Dziecko ogląda Numeraki i głośno daje znać o swoim zadowoleniu. Nagle zapada cisza, wchodzę więc do pokoju, by przekonać się, że siedzi, jak ten aniołek. I wtedy mój wzrok pada na włosy. Włosy, które jeszcze chwilę wcześniej były owijane na palec wskazujący, a teraz poplątane niebosko zwisają w jednym sztywnym strąku. Na strąku setki pętelek i supełków, gorzej niż puzzle na 5000 elementów. 

Pierwsze spojrzenie i czarna rozpacz. Tyle zaplątanych włosów, że tylko nożyczki ratują. Kołtunik tak zaplątany, że sterczy w górę jak antenka na berecie. Dziecko ryczy i wierzga wszystkimi kończynami, ponieważ jest z gatunku tych, które do swoich włosów nie dają podejść ze szczotką, a co dopiero w celu ciągnięcia i rozplątywania. Już... już sięgałam po nożyczki, ale oczyma wyobraźni ujrzałam jej włosy z wyciętą z tyłu wielką dziurą. Unieruchomiłam dziecko kolanami i powoli, dosłownie po jednym włosku, wyplątałam. Potem wyczesałam. Spociłam się przy tym jak mysz, serducho mi waliło jak oszalałe, a nogi się trzęsły. Ją bolało, jak choinka, płakała tak strasznie, ale udało się, włosy zostały na swoim miejscu...

Dziecko potrafi, nie ma co. To prawda, że jest włosolubna, ale takiego dzieła dokonała pierwszy raz. A przecież przed nami przeboje z gumą do żucia... Miałam, gdy byłam dzieckiem, więc wiem, jak boli...

niedziela, 7 grudnia 2014

Mikołaj wie co dobre :) Na pewno?

Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie Mikołajki od zawsze były tym sygnałem, takim punktem orientacyjnym, że święta tuż tuż. Właściwie to już od pierwszego grudnia czuło się ten niezwykły nastrój, a to za sprawą Rorat, na które chodziło się wieczorami. Zawsze chciałam iść z lampionem przez kościół i nigdy nie szłam. Dlaczego? Bo taka byłam uzdolniona plastycznie, że nie umiałam sobie lampionu zrobić. A mamcia była zajęta, pracowała, zresztą ona też nie lubiła takich "zajęć".

Jednak tak naprawdę świąteczny klimat zaczynało się odczuwać szóstego grudnia, kiedy to chodził święty Mikołaj. Kiedy byłam malutka, mamcia zabierała mnie na tak zwanego mikołaja zakładowego, gdzie brodaty dziadek rozdawał paczki. Paczki były fajne, bo jak niektórzy pamiętają, to był okres, gdy słodycze były fajną sprawą i każdy z nich się cieszył. No, ale jak się tu nie cieszyć skoro na co dzień ich nie było? A w takiej paczce były i wafelki (obowiązkowo trójkąty) i cukierki i czekolada, a nawet i pomarańcz się trafił. Pomarańcze były tak kwaśne, że trzeba było je maczać w cukrze, ale prawda, że pomarańcze pachną bardzo świątecznie?

W domu była taka zasada, że Mikołaj wsuwał paczkę pod poduszkę. U nas w domu Mikołaj przynosił paczki dwie, jedną podkładał pod moją poduszkę, a drugą pod poduszkę mojej babci. Nie wiem, dlaczego tak jest, że leciwe osoby traktuje się jak dzieci, ale tak jest. Babci paczka była obojętna, ale mnie nie. Ledwie się obudziłam, odsuwałam poduszkę, a tam paczka już czekała. Potem szło się do szkoły, gdzie od rana kursował święty Mikołaj i roznosił paczki przygotowane przez komitet rodzicielski. Oczywiście wszystkie paczki były niemal takie same, w każdej znajdowała się góra słodyczy, a czasami jakiś drobiazg. W pamięci utkwił mi rok, kiedy wszyscy dostaliśmy kulkowe pióra. Kto pamięta, jaki to był hit, ręka w górę :) 

Paczki roznosił Mikołaj, któremu towarzyszyli uczniowie ze starszych klas przebrani za diabła i anioła. Diabeł był ciekawszy, pomalowany sadzą. Straszył dzieci, podchodząc i brudząc łapami policzki. Nadejścia Mikołaja oczekiwało się, siedząc jak na szpilkach, a poprzedzały je dźwięki dzwoneczków rozlegające się na szkolnym korytarzu. I wiecie co? Czuło się taki dziwny niepokój, bo nieraz Mikołaj pytał, czy było się grzecznym. A czy się było? Hm :)

W starszych klasach zapał na Mikołaja minął i zmieniły się zasadny. Modne zrobiło się losowanie i kupowanie sobie wzajemnie prezentów. Szybko jednak okazało się, że zmieniło się to w wyścig. Dzieci wiedziały, kto komu kupuje, a czasami wymieniały się karteczkami, by kupować dla koleżanki z ławki lub pierwszego chłopaka. Było wiadome, że biedniejsze dzieci zastosują się do pułapu 15 zł, a bogatsze kupią coś ekstra. Dochodziło to tego, że pewne grupki dostawały prezenty bardzo kosztowne, typu perfumy, kosmetyki, a inni maskotki z marketu. Wtedy nasza mądra wychowawczyni wpadła na ciekawy pomysł. Mianowicie zrobiła listę postaci z bajek i każdemu przypisała taką postać. Dziewczęta miały żeńskie postaci, np. smerfetkę, chłopcy gargamela i inne męskie postaci, nikt nie wiedział, kto jest kim, tylko nasza pani. Wiedzieliśmy więc, że kupujemy dla określonej płci, musieliśmy opisać paczkę imieniem postaci a kiedy przyszło wręczanie prezentów, nasza wychowawczyni sama je roznosiła, wzbudzając wybuchy śmiechu z powodu nadanych "osobistości". Utkwiła mi w pamięci smerfetka, gdyż ja nią zostałam :)

Kiepsko wspominam na to miejsce Mikołajki na salce katechetycznej, gdzie chodziliśmy na religię. Tam rodzice sami przygotowywali prezenty, a ja byłam w takim wieku, że jeszcze wierzyłam w Świętego. Pamiętam jak dziś, jak pisałam list i kładłam go na parapecie kuchennym, pamiętam swoje podniecenie, kiedy znikł! Podczas Mikołajek siedziałam obok chłopca, który powiedział mi że bardzo liczy na klocki Lego, ponieważ pisał o nich w liście. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że je dostał! Z jaką niecierpliwością czekałam więc na moją paczkę, gdzie pewnie prosiłam o lalkę Barbie lub coś w ten deseń. Kiedy rozpakowałam swój prezent, znalazłam kawałek ślicznego materiału na sukienkę :P Haha, był piękny, ale ja o niego nie prosiłam w liście :)) Kilka lat później kuzynka, która uczyła się na krawcową, uszyła mi z niego kostium: spódniczkę i bluzkę. Uszyła, ale za ciasny i nic nie skorzystałam z tamtego prezentu. No, poza słodyczami rzecz jasna :))
Ale mamcia zawsze była praktyczna, poza tym podejrzewam, że nie miała pieniędzy na dodatkowe mikołajki na salce, a przecież inny prezent dostawałam w jej zakładzie pracy. Więc po prostu zrobiła mi paczkę z tego, co było w domu, dokładając materiał, który kupiła na moją sukienkę :)

Cóż, mamcia mamcią - ale Mikołajowi nie darowałam, że tak mnie wkręcił. Mógł przecież dorzucić jakąś lalkę do paczki, co nie? Zresztą na mamci nieświadomie zemściłam się rok lub dwa później, gdy własnoręcznie przygotowałam dla członków rodziny paczki mikołajkowe z otrzymanej w szkole paki słodyczy. Jak wiadomo same słodycze są nudne, dołożyłam więc... stary grzebień, portmonetkę i plastykową okładkę na bilet miesięczny. Musieli być wzruszeni, co nie? :P


A może Wy też macie swoje kiepskie prezenty? Pochwalcie się :)



wtorek, 2 grudnia 2014

Pożegnania i powitania :)

Ostatnimi czasy przyjrzałam się krytycznie mojej diecie i pogroziłam jej palcem. Nie o to chodzi, że jadam jakoś specjalnie niezdrowo, albo bardzo dużo, niemniej odznaczenia za zdrowe nawyki żywieniowe raczej nikt by mi nie przyznał. Ale jednak parę zmian udało mi się wprowadzić w ostatnim roku, nawet w ostatnich miesiącach i tygodniach. Doszło do kilku pożegnań, ale powitałam też kilka nowości. 

Chipsy przepędziłam już jakiś czas temu, owszem zdarza się raz na trzy-cztery tygodnie wtrąbić paczkę przy filmie. Coli, pepsi czy innych takich nie kupuję do domu już dawno, bo po pierwsze drogie toto, po drugie po co ma nas kusić, po trzecie małej nie potrzebne takie wzorce. Colę i pepsi pijam więc u kogoś i to jedynie, jeśli nie ma mineralnej w alternatywie. Wciąż nie mogę oduczyć się pić gazowanej wody mineralnej, ale zauważyłam, że woda, którą kupuję (i podbieram dziecku), nie czuć mi już kranówą. Więc jest postęp. I może bąbelki też się odstawi niedługo.

Ale już zastąpienie porannej kawy herbatą owocową zasługuje na medal, prawda? ;)

Szczerze mówiąc, gdyby ktoś przed kilkoma laty powiedział mi, że nie będę pijać porannej kawy, postukałabym się znacząco po czole. Jak to tak? Rozpocząć dzień bez kawy? A jednak. Zauważyłam, że kawa na pusty żołądek mi szkodzi i odcięłam ją gwałtownie i bez bólu. Na to miejsce kupiłam sobie smaczną herbatę owocową i okazało się, że do blogów, Facebooka czy innych rozrywek i obowiązków smakuje równie dobrze. Początkowo sądziłam, że będzie to chwilowa zmiana, jednak wszystko wskazuje, że zaprzyjaźniłam się z poranną herbatą owocową już na stałe, w związku z tym postanowiłam ograniczyć się do jednej kawy rozpuszczalnej dziennie. A piłam trzy :)

Czasem jednak mnie język swędzi za drugą kawą. Wtedy biorę Inkę i piję bez mleka. Z mlekiem jest łagodna bardzo, ale bez mleka smakuje jak Jacobs Velvet :P Trochę oszukuję te moje smaczki, ale z korzyścią dla żołądka.  

Kolejnym nowym produktem, który na stałe zagościł w mojej codziennej diecie, jest siemię lniane. Siemię kupiłam z myślą, że upiekę chleb posypany apetycznymi ziarenkami. Na pieczenie czasu zabrakło, składniki "wyszły" do czegoś innego... i zostało samo siemię. Niestety, moja praca wiąże się z wielogodzinnym siedzeniem, a to bardzo źle wpływa na układ trawienny. Nie chodzi nawet o to, że tyję, bo ostatnio pięknie poleciałam w dół, jednak coraz częściej zdarzają się dolegliwości żołądkowe i nie tylko. Pisałam kiedyś o zbawiennym działaniu siemienia i coś mi w głowie zostało, więc doczytałam jeszcze więcej, dowiedziałam się ile i jak mam zjadać i rozpoczęłam swoją przygodę z siemieniem. Teraz codziennie zjadam łyżeczkę siemienia i odpukać kłopoty nie wróciły. Siemię nie jest najsmaczniejsze, ale można je sprytnie dodawać do jedzenia, by nieco ten smaczek gubić. Ja posypuję kanapki i musli, ale na ogół po prosty "cap" łyżeczkę do buzi i rozgryzam. Nie mam młynka, bo bym mieliła, a na ucieranie szkoda mi czasu. 

Kolejnym składnikiem, który nie tak dawno miał premierę w naszej kuchni, jest ciasto francuskie. Przyznam się wam szczerze, że nigdy go nie lubiłam, bo było... mało słodkie. A teraz mi to absolutnie nie przeszkadza, szczególnie, że chętniej je widzę, jako dodatek do dań mięsnych. Macie ochotę na przepis na roladki z ciasta francuskiego z kurczakiem, pomidorami i fetą? Gwarantuję, że są mega! Oczywiście ciasto francuskie kupujemy gotowe, bo na jego robienie jestem zbyt leniwa albo za bardzo zajęta, jak kto woli :)

Niestety, do świętości w kwestiach żywieniowych nadal mi wiele brakuje :) Dowodem niech będzie zupka chińska, na którą uchciwiłam się w piątek i dwa pikantne kurczak-burgery. Wątroba mi podziękowała natychmiast :)






wtorek, 25 listopada 2014

Królowa Sofii

Na chwilę obecną mamy dwa koty, dokarmiamy dwa razy tyle. Każdej zimy przeklinam na nie, ale jak nie dać temu jeść, kiedy siedzi i patrzy żałośnie? Nasze kotki Zośka i Ryśka zamieszkują korytarzyk koło łazienki. Zośka nie odwiedza domu, przestała zaraz jakoś po śmierci mamci. Ryśka jest bardziej bezczelna i jak się ją wyprasza oknem to przychodzi drzwiami. Jak się ją wyprosi drzwiami, zjawia się na parapecie i tak długo froteruje przednimi łapkami szyby, aż się człowiek ulituje (albo dosadnie szału z powodu zabrudzonych szyb) i wpuści. Czasem froteruje tak godzinę i zastanawiam się, czy nie założyć jej flanelowych rękawiczek. Miałabym najczystsze okna na wsi :)

Koty "nie nasze" przez lato mieszkają gdzie popadnie, a gdy przychodzi zima - przeprowadzają się do piwnicy lub na strych. Przez wakacje dokarmia je sąsiadka, która przyjeżdża z miasta i wtedy nawet nie patrzą w stronę naszego podwórka. Ale co się dziwić, skoro sąsiadka kupuje puszki i chrupki projektowane specjalnie pod koci ząb? U nas w misce dla kotów spotkać można chrupki psie lub chleb rozmoczony w mleku. Ale kiedy przychodzi jesień i sąsiadka wyjeżdża, nasza miska też smakuje. Aha, uprzedzam, nie wieszać mi tu kotów na sąsiadce za to, że kotów nie bierze ze sobą. To są dzikie koty, podejść się nie dadzą, zanim je człowiek nakarmi to "opierdzielają" go równo. Gdyby się dały podejść to bym wysterylizowała, a tak to z jednego kota zrobiły się trzy. 

Koty nasze to zupełnie inna historia. Ryśka na kolana człowiekowi się pcha nawet, jak siedzi na WC. Swoją drogą to musi być śmieszny widok, taka Ryśka o posturze tygrysa rozłożona na kolanach sikającego człowieka. Zośka, czyli nasza Królowa Sofii, chodzi ze mną do sklepu. Mówię cholerze, żeby nie szła, ale nie słucha. Jak idę do sklepu to chyba z trzy razy przez ulicę przechodzę, niby blisko, ale ruch! Ale Zośka jak ta królowa wyniosłym krokiem na małych łapkach idzie za mną. Czasem czeka pod bramą sąsiadki, czasem idzie dalej. I tak Zośka lepsza niż ta koza co poszła do sklepu za moim wujkiem... Tylko żeby jej się nic nie stało. Znaczy Zośce, bo koza już zjedzona...

Swoją drogą z naszymi kotami dziwna historia jest... Niby się wszystkim nadaje jakieś śmieszne imiona w rodzaju Bąbli, Kici i Diabłów, a jak przyjdzie co do czego to potem się okazuje, że one noszą ludzkie imiona. Mamy więc Zośkę, mamy Ryśkę, mieliśmy Stefcię, a ta w piwnicy dzika to ma na imię Agatka :) 

Moja ciotka - nomen omen Zośka - obraziła się kiedyś na mnie. 
- Jak ten kot ma na imię?
- Zośka.
- Co, moim imieniem kota nazwałaś? A ten drugi?
- Hm.... Rysiek... 

Bo Ryśka przez krótki czas była Ryśkiem. Zupełnie jak mąż ciotki Zośki :P

Ale niech się ciocia nie czepia. 
Zapomniała, że mieli psa Kubę?
I że kozę Baśką nazwała? 
(jak własną synową? )


poniedziałek, 24 listopada 2014

Drzwi do dorosłości

Dziwnie tutaj wrócić i znowu pisać, ale mam nadzieję, że szybko załapię bakcyla i na powrót się przestawię. Nie będę obiecywać (sobie i wam) że wróciłam na otwarty blog na długo, bo nie wiem, jak to będzie, za parę chwil może znów czasu braknąć, może odechcieć się pisania, może zrodzić się obawa, że ktoś ze znajomych trafi. Kochałam tę anonimowość, którą dawały nam stare blogi i to wcale nie dlatego, że mogłam sobie bezkarnie ponarzekać na teściową i wspomnieć o problemach, które zauważam na około :P

No, ale przejdźmy do tematu notki :)

Ostatnie imprezowe klimaty sprawiły, że wróciłam wspomnieniami do chwili, kiedy wkraczałam w dorosłość. Od tamtego momentu minęło już kilkanaście lat, kawał czasu. Zabawne, bo młody człowiek z takim utęsknieniem czeka na to, gdy przekroczy ten magiczny próg i stanie się dorosły. Tak jakby jedna noc mogła przestawić trybiki w głowie i sprawić, że zacznie się poważniej postrzegać otaczający świat i jego problemy. A kilkanaście lat później nostalgiczną myślą wraca do czasu, kiedy był dzieckiem i mógł do świata podchodzić beztrosko. Dziś wiele bym dała, by cofnąć się choć na jeden dzień i poczuć tą lekkość. 

Ale o imprezie być miało. Osiemnastka. Wielu młodych ludzi chce ją świętować wyjątkowo, w gronie przyjaciół i rodziny. W moim przypadku impreza w domu nie wchodziła w grę. Domek mały, właściwie jeden pokój i kuchnia, przecież nie wyrzucę rodziny, by bawić się na imprezie. Mamcia zaproponowała, że dołoży mi się do wynajęcia stolika w dyskotece, takiej niby loży. W tym czasie w dyskotece w naszej okolicy można było wynająć taką lożę, przynieść swój alkohol, a nawet tort. Pewnie, że nie była to jakaś mega alternatywa, ale dla mnie wystarczająca. Koleżanki robiły imprezy w domach, wynajmowały lokale gastronomiczne, nas na to nie było stać i powiem Wam, że nigdy nie żałowałam, nigdy mi tego nie brakowało. 

Ledwie zamówiłam stolik, przystąpiłam do przygotowań. Wielkich przygotowań nie było, bo do takiej dyskoteki jedzenia się nie weźmie. Ale za punkt honoru postawiłam sobie, że zrobię sama torty. Nauczycielka technologii pozwoliła mi upiec biszkoptowe blaty na zajęciach (tak naprawdę robiła to moja przyjaciółka Doria, bo dla mnie znaleźli inną robotę), a kiedy przyjechałam do domu w piątkowe popołudnie zajęłam się dekorowaniem. Mamcia pracowała na popołudnie, ale czekałam, jak wróci do domu, by się jej pochwalić, jak mi torty wyszły. Do sprawy podeszłam ambitnie, żadnych mas ze sklepu, tylko najprawdziwsza masa czekoladowa z masła, ucierana na kąpieli wodnej. Nie pamiętam, jak te torty wyszły, ale pamiętam, że byłam z siebie naprawdę dumna. 

Kiedy mamcia weszła do domu, okazało się, że przyszła z prezentem. Oniemiałam, kiedy weszła do kuchni. W ręku trzymała bukiet z osiemnastu czerwonych róż. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie dostałam takiego bukietu. Poza tym kupiła mi najpiękniejszy złoty łańcuszek pod słońcem. Kosztował pięćset złotych, jeszcze nie zdążyła zdjąć ceny. To była wtedy minimalna pensja, domyślam się, że odkładała kilka miesięcy lub wzięła pożyczkę, Ten łańcuszek zakładam tylko na wyjątkowe okazje, na swój ślub, na wesela, na chrzciny Mili. Noszę go z wisiorkami od chrzestnej i za każdym razem, gdy zakładam, boję się, że zgubię. I za każdym razem, kiedy zakładam - mam pod powiekami łzy, bo wiem, ile ją kosztował. 

W sobotę po południu mój przyjaciel Krzysiek przyjechał do mnie samochodem i pomógł mi zawieźć tort i alkohol do dyskoteki. Bawiłam się z moimi ówczesnymi przyjaciółmi, stanowiliśmy zgraną paczkę. Kilka tygodni później wyjechałam nad morze i już nigdy się nie spotkaliśmy. Nasze drogi rozeszły się naturalnie, jakbyśmy nigdy się nie znali, ale wtedy byliśmy nierozłączni. Dziwnym zbiegiem okoliczności było to, że na tej samej dyskotece był mój przyszły mąż z kuzynkami. Kuzynki nawet załapały się na kawałek tortu. My jednak mieliśmy się poznać dopiero za trzy miesiące, choć los pchał nas do siebie na siłę. Impreza. Było podrzucanie, było bicie paskiem po pupie. Osiemnastka na dyskotece... dziś mnie to trochę śmieszy, lepiej było ognisko zrobić. Ale to był czas, gdy spędzaliśmy w tej dyskotece każdy weekend i nie wyobrażaliśmy sobie, że może nas nie być. Przecież bez nas by chyba nie otworzyli lokalu :P

Do domu wróciłam o szóstej rano, trzeźwa, za to z górą prezentów. Poszłam spać, ale mamcia była bezlitosna. Wstawać i do kościoła, bo to niedziela. Ile bym dziś dała, żeby tego zrzędzenia posłuchać. Po południu spotkała mnie niespodzianka. Przyjechały ciotki i moja chrzestna. Miałam w planach zaprosić je na kolejny weekend, ale one zawsze o mnie pamiętały. To była ostatnia taka impreza w naszym domu. Później spotykaliśmy się na stypach. Po śmierci wujka i mamci. 

Kilka tygodni po osiemnastych urodzinach wyjechałam nad morze, gdzie nasza szkoła miała podpisany kontrakt praktyk zawodowych. Nie czułam się bardzo dorosła, choć mogłam już kupić i pić alkohol. Nawet nie zdążyłam wyrobić dowodu osobistego. Tęskniłam do domu, pisałam listy do mamci, a ona do mnie. Nie wiem, czy je zachowałam. kiedy wróciłam po trzech miesiącach, złożyłam podanie o nowy dowód. Poznałam mojego przyszłego męża i trochę zmieniłam swoje życie. Przyszła klasa maturalna. Zmądrzałam. Więcej się uczyłam, miałam lepsze oceny. Było inaczej.

A jak Wy wspominacie swoje wejście w dorosłość? 





sobota, 22 listopada 2014

Miesiąc

Miesiąc. Tyle czasu nie piłam porannej kawy. Tylko herbatę, owocową. 
Ale dziś wstał pierwszy Kocurzasty i zamiast herbaty zrobił kawę.
I wypiłam, bo przecież szkoda, żeby się zmarnowała :)

Pół roku. Tyle czasu mnie tutaj nie było. 
Ale zatęskniłam. To po pierwsze. 
Ale pora przełamać rutynę. To po drugie. 
A potem się zobaczy. Czasem potrzebna jest zmiana. 

poniedziałek, 5 maja 2014

Czasu nie ma :(

Brakuje mi czasu na notki tutaj. Dodatkowo sprawę komplikuje to, że aby tutaj pisać muszę się przelogowywać. Czasami się zapominam i zanim się spostrzegę komentuję z konta imiennego. Potem usuwać, kombinować. Dlatego Z ciężkim sercem postanowiłam nikki blog znów zablokować. Nie zlikwiduję go, bo jest mi go po prostu żal. Kiedy o nim myślę, widzę wiele ważnych chwil, choć archiwum już dawno przeniosłam na Miskę :) Może jeśli trochę postoi pusty zdecyduję się na bardziej drastyczne kroki i dojrzeję do tego, by pozbyć się go na amen.

Przybyło kilka nowych osób, które prawdopodobnie nie mają dostępu do Miski, więc jeśli chcecie być ze mną w tamtym miejscu, proszę zostawcie maile. Tam zresztą też muszę zrobić porządne wiosenne wietrzenie, bo mam wrażenie, że wystarczyłoby wysłać 20 zaproszeń :)






piątek, 25 kwietnia 2014

Zima jeszcze wróci

Wiem, że zaniedbuję tego bloga, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Inaczej nie będzie. Czasu mam mało, książek dużo :) Więc sami wiecie, jak jest. Ale dziś przychodzę do was z informacją na wagę złota: zima wróci jeszcze tej wiosny i wiem to ze sprawdzonego źródła, czyli od... mojej córki.

Misia od kilku dni mierzy się z dziwaczną traumą, mianowicie śpi w skarpetkach i wpada w ogromną histerię, gdy skarpetki są ściągane. Nawet jeśli ściągane są tylko do mycia i wymiany na świeże. Nie wiem, w czym rzecz, ale potrafi się przebudzić z najgłębszego snu, jeśli któreś z nas pozbawi ją skarpetki lub jeśli nie daj panie Boże skarpetka zahaczy się pod kołdra i sama spadnie... Jest wrzask na cały dom i już wiemy, nauczeni doświadczeniem, że nie chce się ani pić, ani jeść, ani nie śni się koszmar, tylko po prostu trzeba szukać pod kołdrą zsuniętej skarpetki i pospiesznie naciągnąć ją na wściekle kopiącą stopę...

Przeanalizowaliśmy problem dokładnie i doszliśmy do wniosku, że albo Mimi chce powstrzymać wzrost stopy (jak gejsze) poprzez zakładanie skarpet, albo chce wyhodować pieczarę potolubną między palcami, albo po prostu spodziewa się powrotu zimy i mrozu minus dziesięć... Tym samym ostrzegam lojalnie, wstrzymajcie się z wysiewem ogórków i fasolki szparagowej, bo i tak przemarznie. Ja przynajmniej czekam z zasadzeniem do ziemi  krzewów i trzymam je w doniczkach :)

ps. A tymczasem na podwórku pojawiła się nowa atrakcja. Pominąwszy skalniak oczywiście. Zdolna matka polka nie mogąc doczekać się, aż dziecko wejdzie w posiadanie piaskownicy ( i zejdzie jej z pleców, kiedy zajmuje się wyrywaniem trawy i kwiatków . ) wyczarowała ją z plastykowej skrzynki, worka na śmieci i dwóch doniczek piasku. Misi nowa atrakcja smakuje, a jakże. Matka robi babki, Misi je zjada - równowaga zachowana. Ale to się wytnie...

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Jawa- sen czyli sposób na drugie życie?

Trzeci. Naprawdę trzeci raz usiłuję Miśkę uśpić. I nic z tego. Poddałam się. Miśka hasa po kuchni, a ja się biorę za coś pisanego. Bo tak się nie da. Naprawdę. Ale dziś nie o Misi będzie, ale o snach, o!

Lubicie śnić?
Ja uwielbiam, zawsze lubiłam. Koszmary mnie nie dręczą, więc nie mam się czego bać. A nawet, jak mi się coś nieprzyjemnego przyśni, to nic, bo raz że to traktuję, jak oglądany film, a dwa że się zaraz budzę. Czasem, to aż zła jestem, bo jak mi się na ten przykład śni seryjny morderca, chciałabym do końca "obejrzeć", a tu pobudka? No, nie za bardzo mi to pasuje, szczególnie, że tego filmu nie powtarzają, jak seriali na jedynce!

Czasami mi się śnią bardzo ładne miejsca. Właściwie to one są bardzo podobne do tych, które znam, ale jednak zmienione. Droga, która wije się wśród zielonej łąki, na której kwitną kwiaty. Pomarańczowe, zakurzone leśne dukty wśród drzew, strome wzgórza porośnięte lasem, czasami miasta z szarymi ścianami kamienic lub bloków, ciągnące się między nimi ulice, sklepy i parki. Często śnią mi się także cmentarze i kiedy przez nie idę, nigdy się nie boję. Czasami, kiedy się budzę, tęsknię do tych miejsc i mam ochotę zamknąć oczy i wrócić tam. Właściwie nie wiem, dlaczego, bo nie są jakieś piękniejsze od tych, które mnie otaczają na co dzień. Z pewnością jest tam mniej ludzi i panuje cisza. Jest spokojnie. Czasem mi się wydaje, że tak wygląda życie po śmierci, ten raj do którego zmierzamy. Że to będzie jednym długim snem, z którego już nie będzie powrotu.

Ostatnio wiele myślę o snach.
Dlaczego?

Ponieważ odkryłam jedną ważną rzecz, która sprawiła mi wielką radość i z której chcę korzystać, czerpać pełnymi garściami. Moje sny, te miejsca, które w nich odwiedzam, są w tej chwili jedynym miejscem, w jakim mogę spotkać moją mamę. I M. Oni oboje pojawiają się w moich snach kilka razy w tygodniu. Mama częściej, śni mi się niemal każdej nocy. Dzięki temu czuję, że jest blisko, tak jakbym spotykała ją codziennie, mogę z nią porozmawiać. Oczywiście na głupkowate tematy, jakich dotyczą moje sny, ale jednak mogę. Inna forma komunikacji to moja modlitwa i jej pomoc, którą wciąż odczuwam, to także jest ważne. Ale TAM moja mama jest przy mnie, wracam do domu, w którym ona na mnie czeka, spotykam ją na ulicy. Podobnie jest z M. Tej nocy śniłam, że razem penetrowaliśmy ogródek sąsiada. Sen głupi jak nie wiem co, bo kto to widział włamywać się do ogródka sąsiada? Ale dla mnie ważne jest to, że byliśmy tam razem, że znowu był przy mnie mój ukochany pies :D

Wiecie, to trochę dziwne. Cieszę się z powodu moich snów. Pamiętam, jak moja mamcia mówiła, że jej własna mama przyśniła się jej tylko dwa razy. Nie chciałabym tak. Kocham moje sny. Ale równocześnie czuję się z nimi trochę dziwnie. Jakbym odkryła tajemne przejście do innego świata i mogła z niego korzystać. Tylko ja jedna. Moje uczucia zaowocowały pomysłem na nową powieść lub opowiadanie. Nie wiem, czy powstanie. Na razie postanowiłam zapisywać moje sny, aby móc do nich wracać.

Są sny, które pamiętam od lat, są takie, które uciekają zanim otworzę oczy... Wy swoje pamiętacie?

ps. Wiecie, nie śnię tylko o mamie czy M.... dziś nad ranem całowałam się z Facundo Arana (tym ze Zbuntowanego Anioła) na wyspie z mojej gry Online. Tak więc moje sny są na ogół normalne. Czyli głupie :)


środa, 9 kwietnia 2014

Miś ogrodnik czyli ciąg dalszy o malinach :)

No, przecież skoro już łaziłam po tym placu, to musiałam coś kupić, no nie?
Place po to są!
Miałam w kieszeni sześć złotych, paliło mnie jak jasna cholerka, na lody za zimno, na książkę za mało, malin nie było.
Poszłam więc do stoiska z nasionami i się głęboko zastanowiłam.
Bo to nic kupić nasiona do siania.
Trzeba je potem jeszcze zasiać.
A żeby zasiać trzeba mieć gdzie.
A żeby mieć gdzie, trzeba najpierw skopać choć kawałek ogródka.
A żeby skopać, trzeba mieć kopaczkę.
A żeby mieć kopaczkę, to trzeba jej najpierw poszukać.

O, o! I tu jest pies (niech mu ziemia lekką będzie) pogrzebany.

No, ale skoro mnie paliło, to wydać musiałam, jasna sprawa?

- Czego pani potrzebuje? - spytała uprzejmie pani zza stoiska.
- Jeszcze nie wiem. Zastanawiam się. Kwiatki chciałam posiać.
- A jakie te kwiatki mają być?
- Kolorowe!

I bądź tu człowieku sprzedawcą. Przyjdzie taka pindzia i cię wkurzy.

- Tu ma pani kolorowe.
- Ale wie pani, bo ja potrzebuję takie, żeby je wsypać do ziemi.
- Wszystkie są do ziemi.
- Ale ja potrzebuję PROSTO do ziemi. Hop. Nie do przesadzania.

Wybierałam chyba z pół godziny.
W końcu wybrałam.
Cztery opakowania.
Groszek pachnący, maciejkę, astra i jakieś jeszcze co nazwy nie pamiętam.
Czyli to samo co w zeszłym roku.

Tylko że w zeszłym roku mi nie wyrosło.
Czemu?
Bo zapomniałam, gdzie posiałam i trawą zarosło :D

W tym roku to się nie powtórzy. Zrobiłam skalniak i wszystko na nim sadzę. Nawet truskawki przesadziłam na skalniak. Nie zginie mi :)

I w ogóle to kwestię mojego ogrodnictwa traktuję w tym roku bardzo poważnie i nie ma że boli. Przytargałam z 15 wiaderek ciemnej ziemi. Przesadziłam truskawkę i jukę. I irysa. Którego mi się niechcący ukopało. Bo robiłam grządkę pod fasolkę szparagową i koperek.

A maliny posadzę na jesień. Chyba. Bo tam gdzie M leży strasznie ponuro jakoś. A ja bym chciała żeby psisko ładnie miało... Truskawki to nie za bardzo, ale maliny w sam raz :)

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Wszystko :)

Przechodziłam przez plac, oglądając nowalijki, sadzonki kwiatów i nasiona. Uśmiechnął się do mnie starszy pan, więc podeszłam. Stoisko z różnymi roślinkami, sadzonkami w doniczkach, cebulkami.
- Co pani u mnie kupi? - pyta.
- A co pan ma?
- Wszystko!
- A krzaczki malin pan ma?
- Nie, malin to nie.
- A borówkę?
- Borówki też nie.

No i okazało się, że z tego wszystkiego nie miałam co wybrać.
Potem żałowałam, trzeba było choć ze trzy krzaki truskawek kupić. Truskawka nie zginie. No, chyba że w trawie.

Ale kto to by taszczył?
Ja przecież jeszcze w księgarni nie byłam...

poniedziałek, 24 marca 2014

Post wiosenno-optymistyczny :)

Pozostańmy przy pogodnym, wiosennym nastroju. Nic to, że za oknem ciupie deszczem, jakby był listopad, to się nazywa WIOSENNY DESZCZYK i tak właśnie ma być. Jak nie pada deszczyk, to trawka zielona nie rośnie i nie spłukuje psiego gó... przepraszam, nawozu :)

U nas w ogrodzie pojawiły się już pierwsze wiosenne roślinki: oczywiście wszystko dzikie i wspaniałe. Mamy więc pędy bzu, mamy pod krzakiem bzu kępę fioletowych pachnących fiołków. Jak poznać, że fiołki są dzikie? Po tym, że pachną oczywiście. Te ogrodowe tak ładnie nie pachną.

Mamy także narcyzy, pewnie powiecie, że narcyz nie jest dziki, a ja się będę z Wami kłócić że jest. Bo skoro ma ponad 40 lat i jeszcze potrafi kwitnąć, a do tego co roku wyrasta w innej części ogrodu, to znaczy że zdziczał :) Mimo wszystko ładnie kwitną, z roku na rok ładniej, to chyba zasługa tego, że psy je regularnie podlewają :)

Mamy też liścia tulipana. Tulipan też sobie rósł sobie pod bzem i nigdy nie kwitł, aż taka jedna mądra doszła do wniosku, że jak go przesadzi to zakwitnie. Wykopała i przesadziła pod jabłoń. Przyjął się, a jakże. Teraz mamy dwa liście tulipana. Ale jak nie kwitł tak nie kwitnie. Cóż liście też ładne.

Przed domem wyrosła nam mała lipa. Chyba coś ją przywiało i zasiało. Ponieważ jestem z tych romantycznych, co mają hopla na punkcie lipowego kwiecia, to nie dałam jej ściąć razem z trawą. W ubiegłe wakacje lipa była Misi po pas i pozwalała obdzierać się z liści. W tym roku to Misia jest lipie po pas, ale lipa do obdzierania się nie bierze :) Za to pies się bierze do nawadniania. No, ale w sumie zima była bez śniegu, sucho jest.

Z innych roślin wiosennych mamy jeszcze pokrzywę. A wiosenna pokrzywa parzy jak skurczysyn.

ps. Miało być o czym innym, a wyszło jak zawsze.



niedziela, 23 marca 2014

Psie opowieści: Czerwona Obroża

Pierwszą rzeczą, jaką otrzymałem po przyjeździe do tego domu była czerwona obroża. Kiedy ją zakładali, powiedzieli, że wybrali ją specjalnie dla mnie i że w czerwonym będzie mi ładnie. Nie znam się na kolorach, ale obroży trochę się bałem. Nigdy wcześniej żadnej nie nosiłem, no może kiedy byłem całkiem mały i jeszcze kochany? Nie pamiętam. Tam, gdzie mnie porzucono, obroża była zbędna. No, poza tą przeciwpchelną, którą raz na kilka miesięcy kupowała mi wolontariuszka...

Szybko przyzwyczaiłem się do tej czerwonej ozdoby. Okazało się, że to całkiem przydatna rzecz, to do niej pańcia przypina smycz, gdy chce mnie zabrać na spacer. To za nią mnie chwyta, gdy do domu przychodzi ktoś obcy i mam ochotę go capnąć w nogę. Ta czerwona obroża jest dla mnie symbolem nowego życia, jakie zacząłem w tym domu. Jestem karmiony, pieszczony i kochany. Rzucają mi piłką i pozwalają podkradać sobie jedzenie. Jestem z nimi szczęśliwy!

Tamtego popołudnia pańcia wypowiedziała dziwne słowa: Koniec tego dobrego, piesku!
Zaniepokoiłem się, zastrzygłem uszami i na wszelki wypadek schowałem się pod łóżkiem. Z doświadczenia wiem, że gdy ludzie mówią coś takim tonem, nie wróży to psu nic dobrego. Wsunąłem się głębiej pod łóżko, ale nic to nie dało. Przyszli po mnie.

Odpięli czerwoną obrożę i położyli na stole. To koniec, pomyślałem. Zabierają obrożę, zabierają moje nowe życie. Chciałem uciec, ale pańcia kazała trzymać mocno. Idź z nim do łazienki, bo tutaj zachlapiemy, powiedziała. Przełknąłem psią ślinę ściśniętym gardłem. Nie patrz się tak, pogroziła mi palcem, i tak cię nic nie uratuje!

Patrzyłem smutnym okiem na czerwoną obrożę leżącą na kuchennym stole, odprowadzałem ją spojrzeniem, gdy wnosili mnie do łazienki. Jakbyśmy się mieli już nie spotkać. Chwilę później to zrobili. Włożyli mnie do wanny i wyszorowali. Szamponem. Broniłem się, jak mogłem. Nie dałem im rady. Wyszorowali, spłukali i wytarli kocem. Na koniec otrzepałem im się w kuchni trzy razy. Niech wiedzą, że pies jest pamiętliwy i nie ma z nim łatwo...

Założyli mi czerwoną obrożę i pozwolili leżeć na łóżku. Że niby już nie śmierdzę. Że ja śmierdziałem?

ps. Kiedy rano wyszedłem z pańcia na siku, przypomniałem sobie o padlinie, którą mijaliśmy kilka dni wcześniej wracając ze spaceru. Pogalopowałem do niej jak najszybciej. Pańcia biegła za mną i wydzierała się, jakby ją ze skóry obdzierali. Nieładnie tak kląć w niedzielę. I tak nie zdążyła. Teraz znów pachnę jak pies a nie jakiś picuś glancuś. Tylko nie wiem, po co pańcia wodę grzeje, skoro naczynia po śniadaniu już zmyła??


piątek, 21 marca 2014

Różowe okulary

Jak często zdarza się Wam patrzeć na otaczający świat przez różowe okulary? A przede wszystkim na ludzi wokół siebie? Mnie chyba zbyt często... wszystkich lubię, do wszystkich miło, a może tak być nie powinno? I już na wstępie powinna następować selekcja: ty mi nie pasujesz, twój styl życia mi nie pasuje, nie wnosisz nic pozytywnego w moje życie. Tracę na znajomości z tobą. Nie że materialnie, tracę duchowo, bo twój sposób bycie mnie przytłacza, denerwuje, jest dla mnie źródłem stresu?

Ostatnio trafiają mi się bezsenne noce i tak sobie filozofuję. Rozmyślam. Analizuję. Rozkładam na czynniki pierwsze wszystko, nawet moje relacje z innymi ludźmi. Często się rozczarowuję, początkowo widzę daną osobę przez "różowe okulary", jest przecież taka miła, uczynna, sympatyczna, tak dobrze się rozumiemy. A potem nagle spada zasłona i z przerażeniem patrzę na inną twarz, inne rysy charakteru. Zaciekawiło mnie, czy ja również innych ludzi rozczarowuję, a jeśli tak, to czym? Co jest we mnie denerwującego? Zapytałabym męża, ale wiem, co powie: rozczarowujące jest we mnie niskie libido :))) No, ale faceci to podgatunek, ich mózg zszedł poniżej bioder i tam został już na amen :)

Czego nie lubicie w ludziach, co was denerwuje?

Mnie ogromnie denerwują wulgaryzmy, rażą mnie jak cho.le.ra. I nie, nie jestem dewotką, co to jej się "kura" z dzioba nie sypnie. Czasami "kura" jest potrzebna, pomaga upuścić trochę pary. Ale stosowana jako przerywnik traci swoją leczniczą moc, za to kurczy rozumek stosującego do rozmiaru rozumku ... kury :)
No i jak z takim dyskutować, jak co drugie słowo ma się ochotę go wytargać za uszy?

Denerwują mnie ludzie, którzy coś we mnie wmuszają. Czy to kosmetyki, czy ubrania, czy jeszcze inne duperele. Mam przekorną duszę i coś mnie wtedy blokuje. No, bo z jakiej racji ja muszę? Ja mogę. Ale nigdy nie muszę. I skąd w nich to przeogromna pewność, że chcę?

Irytują mnie ci, którzy na siłę chcą być przebojowi. Fajni są ci, których styl jest niewymuszony, bierze się jakby z powietrza i przez to jest naturalny. Nie lubię, gdy ktoś robi z siebie takiego fircyka i robi wszystko by zwrócić na siebie uwagę. Pewnie że mu wolno, ja tylko mówię, że źle się z takimi ludźmi czuję.

Denerwują mnie ludzie napastliwi i kłótliwi. Którzy złością reagują na każdy skierowany ku nim gest czy słowo. Skoro reagują złością, to znaczy chyba że tego słowa nie potrzebują? Skoro szukają pretekstu by wbić szpileczkę, to znaczy że marnuję czas. Lubię rozmawiać, nie nabijać motylki na szpilkę.

Nie lubię niepunktualności. Tutaj niestety zaciskam zęby, bo chodzi o jedną z bliższych mi osób. Rzucam więc "kurami" w duchu i spoglądam na zegarek. Umówione na 17.00. O siedemnastej nie ma. Dziesięć po wiadomość, że wybywa z domu. Aha. Czyli będzie na 18,00. Super. Powiecie: czepiasz się. Bardzo tego nie lubię, czas jest cenny. Niby tylko godzinka, ale de organizuje pracę w domu i wszystko inne.

Nie lubię fałszu i działań za plecami. I kłamstwa też nie lubię. Nie chodzi mi o takie niewinne: Gdzie się podziała ta resztka czekolady z barku? Oj, nie wiem, Kocurku! Czy Jesteście dziś w domu? Nie, nie dziś nas nie ma, jedziemy wyrobić Uszatemu zdjęcia do paszportu! Ale już imprezy za plecami partnera, znikające pieniądze z konta, podstawione osoby w konkursach, robienie sobie "koło pióra" w pracy, opowiadanie na czyjś temat bajek - tego nie umiem zdzierżyć. Aha, żeby nie było: ja taka znowu niewinna nie jestem, też mam swoje za uszami. Człowiek popełnia błędy. Grunt, żeby zrozumieć, co jest złe. I naprawić. O ile się uda.

Przypomniało mi się takie coś: kiedyś należałam do pewnej grupy z czterema innymi dziewczynami, takie babskie ploty. Pewnego dnia otrzymałam kolejne zaproszenie, tym razem do grupy okrojonej o jedną osobę. Dziewczyny założyły ją tylko po to, by mieć miejsce do obgadywania tamtej! Wyszłam trzaskając drzwiami i kręcąc głową. Przynajmniej miały dwa tematy do rozmowy, co nie?

Wracając do tematu: chyba wiem, co ludzi we mnie drażni. Bo ze mną można pogadać:

- o Misi
- o psie
- o piłce
- o książkach :)

Nudna jestem, ot co :)
No, miało być poważnie, a jak zwykle diabeł ze mnie pod koniec wyskoczył.

ps. Dziękuję tym, którzy wpłacili dla Ali pieniążek. :*



wtorek, 18 marca 2014

Zrzutka :)

Jest maleńka, słodka i ma włos gęściejszy niż moja Misia.
Ma także chore serduszko.
Żyje na tym świecie zaledwie tydzień, a już musi zmagać się z choroba.
Nie umiem sobie wyobrazić, co czuje jej mama, o czym myśli, kiedy trzyma ją w ramionach...

Trzeba pomóc. Zróbmy zrzutkę.
Wyślijmy po piątce, po dyszce, nieważne ile. Pomóżmy Ali.

niedziela, 16 marca 2014

Leniwa niedziela :)

Raz na jakiś czas funduję sobie leniwą niedzielę. Proszę męża, żeby zajął się obiadkiem, a sama zajmuję się czymś mega przyjemnym. Odrzucamy kotlety, mizerie i rosoły, Kocurzasty lubi eksperymentować z nowymi daniami, łazi po blogach kulinarnych i kombinuje. Jednym z takich "wygrzebanych" przepisów jest tadżin z kuskusem, w którym się po prostu zakochaliśmy. Kuskus jest czymś co mogłabym jeść trzy razy dziennie, tak uwielbiam, szkoda, że jest drogi. Kurczak w tadżinie jest bardzo aromatyczny, czuję się jakbym pławiła się w tych przyprawach :)

Dziś właśnie jest obiad tadżinowy. Kocurzasty biega po kuchni i zadaje mi dziwne pytania w rodzaju: Gdzie się podziały rodzynki. A ja snuję się leniwie po domu. Zrobiłam przemeblowanie na kociej półce z książkami, podczytuję rosyjski kryminał i czuję burczenie w brzuchu. Za oknem paskudnie, zimno i wietrznie. W sam raz na książkę i precelki czekoladowe :)

czwartek, 13 marca 2014

Marzenie :)

Czasem człowieka dopadnie jakieś marzenie i nie chce puścić. Macie takie niespełnione marzenie, które chodzi za wami, wodzi na pokuszenie, podszczypuje w pośladki i wyskakuje spod łokcia, krzycząc: Hej, tu jestem?

Bo ja mam takich kilka. Jedne większe, inne mniejsze. Te większe rozpychają się i depczą te mniejsze. A jedno mi wyrosło takie całkiem pokaźne i tak mnie męczy, tak mnie dręczy, że aż mnie coś boli w środku, tak bardzo chcę...

No, ale od początku.
Była słoneczna niedziela. Luty co prawda, ale za oknem wiosna, ptaszki ćwierkają, słoneczko mocno grzeje, bo to samo południe, jeszcze przed kotletem. Mąż mój - jak o na ogół w niedzielę ma w zwyczaju - kręci się po domu i kombinuje. Tu by przykręcił, tu by odkręcił, a tę szafę to by przerobił na nie wiadomo co. Ja także się kręcę, bo kotlet na patelni, ziemniaki trzeba by odcedzić i odkręcić ogórki kiszone, a na stole otwarta książka kusi i kusi, bo ciekawe, kto zabił, no nie? I tak właśnie do tego stołu podeszłam, a musicie wiedzieć, że ja mam stół przy kuchennym oknie, tak mi to oko za okno poleciało. A za oknem wiosna, ptaszki, kawałek niewygrabionego trawnika, jeszcze dalej łąka, droga, las... no jednym słowem cud miód i orzeszki. I wtedy własnie ono się narodziło, to podstępne marzenie. A jak się rodziło, to ja od razu męża mojego zawołałam, niech te śrubki zostawi na pięć minut, bo mu koniecznie coś muszę pokazać. Mąż przybiegł zaaferowany, pewnie liczył, że kotlet już na talerzu, a to tylko baba z głupią miną stoi przy oknie i mówi:

- Wiesz co mi się zamarzyło?
- Hawaje?
- Nie. Zamarzył mi się tutaj przed oknem kuchennym ganek. Taki balkonik na drewnianych palach, wiem, że ludzie takie budują, nie wiem jak ale budują. I z tego ganku zejście do ogródka. A tutaj byśmy odgrodzili siatką taki duży prostokąt, posiali trawkę, tutaj cały dzień jest słońce, Misia by się bawiła, pies by gonił swobodnie. A na ganku dużo kwiatów: pelargonii i surfinii, żeby było kolorowo. I stół i krzesła. Moglibyśmy jadać posiłki jak na filmach, na świeżym powietrzu. A ja bym tutaj przychodziła z laptopem i książką. I piłabym tutaj kawę. No, co ty na to?

Ech, mój mąż to kochany człowiek. Nie zwymyślał mnie, nie walnął w łeb patelnią - zresztą zajęta była, bo kotlet się smażył. Spojrzał za okno i powiedział coś, za co go kocham najbardziej na świecie.

- Musiałby być zadaszony ten ganek, żeby ci na głowę nie padało :D

Pomarzyć dobra sprawa, no nie?
No to już wiecie, czemu mnie tak ciśnie i na co pójdzie honorarium z pierwszej książki?
I kolejnych siedmiu? :D

ps. A może macie ochotę podzielić się swoim marzeniem?



środa, 12 marca 2014

Porządki :)

Od kilku dni pięknie, wiosennie, ciepło. Żal w domu siedzieć, dziecko trzeba dotleniać, choć wzbrania się rękami i nogami i każdy spacer okupuje histerią. Choć chyba nawet nie sam spacer, ale ubieranie: buty, kurtka, czapka, apaszka pod szyjkę. Ubieranie to trauma, ryk, histeria, a kiedy ubrane dziecko wychodzi na świeże powietrze, następuje zmiana i dziecko jest prze szczęśliwe. Obrywa zeszłoroczne badylki, niszczy stokrotki, a nawet próbuje, jak smakuje glina. Pewnie dlatego, że ta glina kolorystycznie pod czekoladę podchodzi. :)

A matce żal czas marnotrawić i kiwać głową nad każdym badylkiem. Owszem, trochę można, ale nie za wiele. W zanadrzu ma więc grabki (do grabienia) i łopatę ryjówkę (na kreta) i kiedy dziecko zajęte jest kontemplowaniem przyrody, matka cichaczem porządkuje ogródek. Trochę już uporządkowała, ale niezbyt dużo, bo dziecko kontemplujące przyrodę także wymaga uwagi i nadzoru. Nie za wiele, ale jednak.

A tak poważnie mówiąc i nie bawiąc się w trzecie osoby (za dużo ostatnio klepię w klawiaturę i mi się udziela narracja, kopnijcie mnie w du... i będzie po krzyku) wzięłam się za porządkowanie ogródka. Mocno ściskam kciuki by zima w tym roku nie wróciła w kwietniu i moje marcowe porządki nie poszły na marne. Niestety, ale teren naokoło domu mamy wielgachny, potrzeba sporo czasu żeby to uprzątnąć. W zeszłym roku nie zdążyłam, Misia była malutka, więc nie mogłam jej zebrać ze sobą, czekałam na Kocurowe wolne, ile zrobiłam tyle zrobiłam i czekałam na kolejne wolne. Ale zanim się doczekałam to trawa bujnęła i zarosła to co było do sprzątania. Potem mąż przeklinał, że źle mu się trawę kosi koło domu :)

W tym roku mam o tyle lepiej, że Misia idzie ze mną do ogródka na godzinę dwie. Wynoszę jej stolik i wiaderko zabawek, a ona i tak zbiera kamyki i trawki. Uszatego wiążę na smyczy gdzieś obok, nie może być luzem bo koty się marcują i szwendają. Nie chcę by mi uciekł gdzieś za kotem jak wiecie kto. Ja sobie grabię i rozwalam kretówki, a Misia się bawi i śpiewa. W poniedziałek tak głośno śpiewała, że aż sąsiadka przybiegła do płota, co się dzieje :) A to tylko nasza gwiazda :P

Wiadomo, że i tak ta robota nie wygląda tak jak powinna. Gdybym nie musiała co pięć sekund patrzeć na moje pomysłowe dziecko, zrobiłabym więcej. Jednak póki co nie mogę jej obdarzyć pełnym zaufaniem, co udowodniła minutę po wyjściu z domu pakując do ust garść wyżej wspomnianej gliny :D Mimo wszystko praca na świeżym powietrzu cieszy, a po hasaniu na zielonej trawce Misia śpi dwa razy dłużej, popołudniu oczywiście.

Generalnie ta notka miała być o czym innym, ale nie wyszło. Może wyjdzie następnym razem :)

poniedziałek, 10 marca 2014

Co mnie cieszy?

Chciałam podzielić się z Wami tym, co mnie cieszy w ostatnich dniach. Mianowicie, chodzi o to, że córka mi się rozgadała i tak sobie fajnie konwersujemy. Oczywiście nie rozmawiamy na temat przeczytanych książek, ani kupionych ciuszków, na to mamy kolejne piętnaście a może nawet sześćdziesiąt lat. Obecnie jesteśmy na etapie powtarzania i polega to najczęściej na tym, że albo ja coś mówię i Misia powtarza, albo Misia coś mówi i następuje konsternacja, bo matka powinna powtórzyć, a nie wie co :)

Czasami jednak wychodzą nam całkiem fajne dialogi. Misia jeszcze posługuje się słowem bardzo ostrożnie, powtarza po nas większość wyrazów, jedne wyraźnie, inne po swojemu, ale czasami się zapomni i rąbnie z grubej rury :) Jak na ten przykład wczoraj, gdy siedziała wieczorem na toalecie i nagle wrzasnęła:
- KUPA idzie!
Było to tak komiczne, że wszyscy (za wyjątkiem Misi, która kontynuowała dzieło) tarzaliśmy się po podłodze w kuchni :)

Poza tym całkiem wyraźnie powtarza swoje imię, woła psa, gdy nie ma go przy niej, mama-tata to już norma, podobnie jak misiu :) Słowo "rajtki" wzbudza euforię, aż skacze pod sufit, pić jest równie lubiane, jeść trochę mniej :) Nieźle kombinuje, coraz lepiej jej wychodzi, mam nadzieję, że przed czerwcem się rozgada na całego, bo jedziemy tam, gdzie jest druga rozgadana dziewczynka i mogłyby się przegadywać :)

Ujęłabym to tak, ona jeszcze nie wie, że już umie mówić. Ale pewnie się dowie :)

piątek, 7 marca 2014

Kobiet dzień...

Wzięłam sobie za obowiązek przypomnieć kochanemu mężowi, co za dzień jutro mamy. Plus jeszcze taką kwestię, że kobiety w domu ma dwie i zwiędniętym tulipanem się nie wykpi. Z młodszą kobietą sprawa wydaje się być prosta. Kupi Kinder Czekoladę i zaskarbi sobie miłość do 2032 roku. Ze starszą problem powtarza się, co roku. No, bo co jej kupić, jak ona nic nie chce (poza książkami)?


Nawet Facebook wie, że jutro jest święto laseczek. Co druga firma oferuje wysyłkę gratis, nawet jeśli sprzedaje części zamienne do wiertarki udarowej. Same kobiety o swoim święcie nie mają szans zapomnieć. Przeglądając maile, przypomniałam sobie z rozczuleniem, jak w podstawówce kupowaliśmy sobie prezenty na dzień kobiet i dzień chłopka. Głupawe misie, długopisy, gumki serduszka, tulipany w celofanie. 
Co roku trzeba było się wysilić i wymyślić coś, czego jeszcze nie było :) Faceci mieli łatwiej, zawsze ten kwiatek, zawsze czekolada....

Ale pewnego razu...

Chłopaków w klasie miałyśmy dziesięciu. Zebrałyśmy fundusze i poszłyśmy do apteki. Nie, nie kupiłyśmy prezerwatyw o smaku malinowym. To nie były te czasy. Podeszłyśmy do okienka i poprosiłyśmy o dziesięć smoczków dla dzieci, tzw. cumelków. Pani farmaceutka rozdziawiła gębę i wpatrywała się dobre pięć minut, jakby pierwszy raz widziała dwunastolatki kupujące dziesięć smoczków. Dopiero włascicielka apteki trąciła ją w ramię i wyjaśniła, że to jakiś kawał. 

Kawał. I to jaki. Do każdego cumelka przywiązałyśmy cukierki. Chłopcom prezent się spodobał. Nauczycielom trochę mniej. Cały dzień ciumkali te smoczki :)

Rok później każda z nas dostała czekoladę zapakowaną w pampersa... na szczęście czystego :)


poniedziałek, 17 lutego 2014

Miłosny rosołek :)

Nie było mnie chwilkę, bo się zapisałam na amen. Miałam natchnienie jak ta lala, ale tylko na pisanie głupot... na notki i artykuły natchnienia brakowało i kiedy zaczynałam stukać i czytałam, co wystukałam, okazywało się, że mnie samej wstyd to czytać.Więc lepiej było dać sobie spokój :)

Zresztą o czym tu pisać, skoro niewiele się dzieje? Przez ostatnie dni była tak paskudna pogoda, że nawet nie dało się Misi na spacer zabrać. Może nawet nie tyle pogoda, co to błocko okropne. Jakoś na początku tygodnia wybrałam się z łobuzami do sklepu i zakopaliśmy się po kolana. Dobrze, że Uszaty ciągnął mocno, a ja pchałam i jakoś się wydostaliśmy z błotnej pułapki. Powiedziałam: nigdy więcej, a przynajmniej dopóki nie wyschnie. Ale na razie się nie zanosi.

Na innych blogach możecie poczytać o Walentynkach...
Cóż, my jakoś w ostatnich latach nie mamy ciśnienia na ten dzień. Kiedyś było inaczej, serduszka, duperelki, karteczki, aż mi się coś w żołądku przewraca jak o tym myślę :P
Nie wiem, czy to objaw starzenia, ale z każdym rokiem coraz mocniej mnie ten dzień irytuje. Przecież kocham na co dzień i codziennie tę miłość okazuję. Może nie prezentami, ale gestami, czynnościami.
Przykładowo: moim prezentem dla męża z okazji walentynek był ... rosół.
Bo widzicie, ja nienawidzę rosołu i gotuję go naprawdę rzadko, albo jeszcze rzadziej. A Kocurzasty rosół lubi, więc zdecydowałam się sprawić mu tę przyjemność w sobotę. Kupiłam nawet taki makaron, jak lubi! :)

A nasza Walentynka to biega po całym domu i broi :) I zaręczam, że nie chodzi o Uszatego :)






piątek, 7 lutego 2014

Dialog ze szklanką :)

Dzień dobry, jak się macie?

My mamy się dobrze, bardzo dobrze.
Misia właśnie wbija wymyślone gwoździe wymyślonym młotkiem.
Uszaty usiłuje wyczarować jeszcze trochę serka Danio z pustego opakowania. Prawdziwego, nie wymyślonego.
Matka zmywa naczynia.
I mówi tak.

- Czekaj, czekaj... przecież ty byłaś wczoraj brudna. Gdzie się podziałaś? Wieczorem z ciebie piłam... O, tutaj jesteś! W szafce? Przecież jesteś nieumyta, gdzie się pchasz!

Po czym chwila konsternacji. Spojrzenie na szklankę. I śmiech.

Niech ta misia zacznie szybciej nawijać jęzorem, bo z potrzeby gadania nawiązuję dialogi z przedmiotami użyteczności osobistej. A nawet z węglem, który wrzucam do pieca... i zużytą pieluchą, kiedy przewijam dziecko (Ale ty śmierdzisz, paskudo jedna!)

Boże, czemu ja nic nie poważnieję z wiekiem?
Powinnam Wam tu zapodać jakiś poważny temat, a ja gorzej niż o głupotach. Ale mówiąc szczerze, mnie cieszą takie bzdety, malutkie uśmiechy dnia. Celebruję je. Świętuję. Chyba powinnam się wziąć za pisanie, bo dobry humor mnie nie opuszcza.Ale to wiecie, tak przed wizytą teściowej :)

U nas dzień Dialogu ze szklanką :)
A u was?
Pamiętacie by polubić fp z poprzedniego postu?

czwartek, 6 lutego 2014

Powariowały!




Oświadczam, że moje kubki smakowe powariowały :)

Kiedy dwa dni temu zrobiłam sobie wieczorem kawę ( i zasiadłam by oglądać najlepszego polskiego detektywa, czyli Ojca Mateusza), o mało się nie splułam. Nie, żeby mi nie smakowało! Bardzo mi smakowało! Otóż moja normalna neska posłodzona dwiema łyżeczkami cukru i z łykiem mleka smakowała... orzechami laskowymi.

Ki diabeł... myślę.
Ale to nic. Przecież ja uwielbiam orzechy. Wypiłam, czując się jak w najlepszej krakowskiej kawiarni :)

Przez ostatnie dwa dni moja poranna neska (jak wyżej) miała posmak ... mięty.
I żeby nie było, mamy cytrynowy płyn do naczyń. Nie myślcie, że kubek był źle wypłukany.
No, nic. Przez dwa dni delektowałam się kawą miętową. Całkiem niezła, polecam.

Dzisiaj rano aż przebierałam z niecierpliwości nogami.
Co wymyśli mój prywatny własny wyhodowany na języku ekspres do kawy?

Jak myślicie, była niespodzianka?
Była, a jakże.

Dzisiejsza kawa smakuje ziemniakami z ogniska. Też lubię. Tylko nie wiem, czy koniecznie z kawą...

ps. Nie pytajcie, jak to możliwe, bo nie wiem.


Kochani jeszcze prośba :)
Jeśli macie profil na FB - polubcie proszę ten Fp.
Jedna z gazet obiecała wydrukować dla małej ulotki, warunkiem jest jak najwięcej polubień na FB.
To nas nic nie kosztuje, klikamy!!!

https://www.facebook.com/PomocDlaAmelkiWieczorek

środa, 5 lutego 2014

Jak ściągnąć dziecko z łóżka?

Misia lubi sobie poleżeć oj, lubi :)
Nie powiem, matce się to nawet podoba, no bo niby czemu ma się nie podobać?
Jeśli Misia wstanie za wcześnie, to poranna kawa na bank zamieni się w mrożoną. Nie mówiąc już o tym, że nie powstanie żadna notka, recenzja, nic. Bo gdy dziecko wstaje to po dupie daje, stare polskie przysłowie. Znacie je? ^^

Tak więc Misia lubi poleżeć, a nawet i pospać.
Misia jest z tego powodu zadowolona.
Matka jest z tego powodu zadowolona.
Ojciec - jeśli akurat jest w domu - także jest z tego zadowolony. (Bądź co bądź, ma pretekst, żeby też leżeć, bo jak wstanie to przecie ją obudzi, co nie?)

Jednak jest w domu ktoś, kto z Misi leżenia zadowolony nie jest.
Mam na myśli Uszate Psisko.
Zawsze, kiedy wstaję, Uszaty idzie ze mną do kuchni. Kiedy rozpalam w piecu, wykonuje swoją poranną toaletę. Potem idziemy na podwórko na króciutki spacerek, wracamy, ja piję kawę, a pies się... nudzi. Tak, bo bez Misi jest nudno i trzeba by ją natychmiast postawić na nogi, ściągnąć z łóżka i zachęcić do jakiejś psoty.

Czasem uda się wślizgnąć do pokoju i hop na łóżko. A gdy już jest na łóżku, hulaj duszo piekła nie ma. Najpierw ją obwącha. Potem ją trąca nosem. A ponieważ Misia ma twardy sen i łatwo się nie poddaje... rozkłada się obok niej i... spycha ją łapami z łóżka :)

Jest to tak komiczny widok, że nie sposób się na niego gniewać. Oczywiście Uszaty nie ma tyle siły, żeby Misię zepchnąć na podłogę, ale te manewry wystarczą, żeby ją obudzić. Wtedy najczęściej łapie go za ogon, przyciąga do siebie i ... śpią dalej razem. Już bez spychania.

Być może uda mi się to uchwycić na fotce i pokazać w wiadomym miejscu :)


wtorek, 4 lutego 2014

Smak na ... smaki dzieciństwa :)

Gotowałam Misi grysik z sokiem malinowym i wpadł mi pomysł na tę notkę :)
Wczoraj było wspominanie saneczkowania, obijania tyłka i wszechobecnej bieli, szkoda, że zapomniałam o bałwanie napisać, ale zima jeszcze się nie kończy, więc może zdążę. A dziś będzie o smakach dzieciństwa. Podobną notkę pisałam zdaje się na Onecie, ale chyba nie  rozwijałam tematu zbyt mocno. Dziś postaram się trochę bardziej :)

Czy to, że wspominam dzieciństwo, znaczy że już się starzeję...? O, matko :)

Poniżej lista niezapomnianych smaków mojego dzieciństwa.

1) Barszcz czerwony z ziemniakami.

Barszcz. zupa mojego dzieciństwa. Ulubiona zupa. Przez długi czas jedyna zupa. Dlaczego? Nie pamiętam, byłam zbyt mała. Ale jedno z moich najwcześniejszych wspomnień dotyczy właśnie miski z barszczem. Stoję przy ławce w ogrodzie, na ławce zupa, w łapie łyżka i jazda. Barszcz oczywiście zabielany, z tłuczonymi ziemniakami. Czasami mamcia polewała skwareczkami, ale ja tego nie lubiłam. Dlaczego barszcz jadało się u nas z tłuczonymi ziemniakami, przecież przez to robiła paćka? Nieraz się nad tym zastanawiałam, ale prawdę poznałam, gdy sama zostałam mamą! Chodziło pewnie o to by się gówniarz, czyli ja - nie udławił :)

2) Kogel mogel ... z mlekiem.

Kiedy inne dzieci wsuwały na śniadanie kakao, na moim stole królował wspaniały, żółciutki specyfik. Przygotowywała go moja babcia. Pamiętam, że ucierała żółtka z cukrem, a następnie zalewała wrzącym mlekiem. Tworzyło się żółciutkie "kakao" z bardzo smakowitą pianką. Uwielbiałam ten napój, jednak zanikł on w naszym domu, gdy babcia zachorowała. I sami powiedzcie: które dziecko dziś zna smak kogla mogla? Którzy rodzice odważą się go zrobić ze sklepowych jaj? W naszym domu jaja były prosto od kury, babcia zawsze pilnowała, żeby były świeżo zebrane, a więc można było się koglować bezpiecznie :)

3) Omlet z cukrem

Gruby omlet tworzyła mi na kolację mama. Taki niby naleśnik, ale o wiele bardziej puchaty i gruby. Najczęściej jadałam go po prostu posypany łyżeczką cukru, ale czasami pokusiłam się na dżem. Kurczę, jak ja lubiłam te omlety... Potrafiłam na kolację zjeść trzy. Do tematu omletów powoli wracam we własnej kuchni. Misia ma niebywały apetyt na jajka, a ponieważ u niej z apetytem różnie bywa, cieszę się, że coś lubi. A omlet ma tę zaletę, że można w nim przemycić naprawdę wiele. Choćby brokuł czy szynkę...

4) Gofry z dżemem!

Jeśli jechałam gdzieś z mamcią, a najczęściej jechałam z nią po wypłatę do zakładu pracy i potem na zakupy - było pewne, że wylądujemy na gofrach. Myślę, że w tamtych czasach gofry były bardziej popularne niż hamburgery, czy zapiekanki, a może to kubki smakowe dziecka tak kojarzą? Tak czy siak, miejsca gdzie sprzedawano gofry były dość często spotykane. Najtańsze były puste, troszkę droższe z cukrem pudrem, jeszcze więcej kosztowały z dżemem. Teraz można spotkać też inne dodatki: czekoladę, bitą śmietanę, czy owoce, - ja tego nie pamiętam z dzieciństwa. Najbardziej lubiłam z dżemem, ale jeśli miałyśmy gdzieś jeszcze iść, mamcia kupowała mi z pudrem, żebym się nie uciapała :D

5) Placek z jabłkami

Tak, moi kochani, żadna szarlotka. U nas w domu mówiło się "placek z jabłkami" i taki właśnie się piekło. Było to moje ukochane ciasto w dzieciństwie: wszelkie serniki, makowce, galaretki mogły sie schować przy placku z jabłkami. Placek składał się z dwóch blatów kruchego ciasta, pomiędzy którymi była masa z jabłek (renet z naszego ogrodu) i cynamonu. Wierzch placka mamcia nakłuwała widelcem w takie dziwne dziurki, myślałam, że dla ozdoby, ale chyba nie :)

6) Fasolka po bretońsku

W podstawówce żywiłam się na szkolnej stołówce. Z dzisiejszej perspektywy pracę pań kucharek oceniam średnio. Nie pamiętam na przykład żeby dawali surówkę do obiadu, zupa zawsze była zimna, bo nalewali ją o 11,30 a przerwa była o 12,00, a mięso było z "galaretką". Ale muszę przyznać jedno: panie kucharki były kochane, jak miały, to ładowały repety aż miło. Kiedyś dostałam 13 naleśników z dżemem :)) I gotowały najlepszą fasolkę po bretońsku na świecie. Z drobnego groszku i z bułeczką. Pychaaaaa!

7) Bułka i mleko

Był taki okres, gdy w naszym domu codziennie kupowało się dziesięć bułek. Oprócz chleba. Myślę, że pieczywo musiało być tańsze, bo przecież u nas też się nie przelewało. Ale te bułki zawsze były i do tego cieplutkie, z popołudniowej zmiany w piekarni. Mamcia przywoziła je z pracy, a wtedy dziecku wiele do szczęścia nie trzeba było. Obiadu też nie. Buła w łapę, garnuszek zimnego mleka, potem druga buła. Pojedzone.

8) Gumy kulki

Można je kupić w wielu sklepach do dziś. U nas na wsi był stary gs-owski sklep, w którym nic nie było. Ale już w kiosku pod ośrodkiem zdrowia, można było kupić banany i słodycze. I właśnie gumy kulki na długim pasku. O niesamowitym zapachu i smaku :) Do dziś gdy je widzę, ślinka mi cieknie...

9) Pomarańcze

O owoce egzotyczne było trudno. Pamiętam, jak moja chrzestna przywiozła mi kilka bananów. Były zielonkawe i nie smakowały mi. Kojarzyły się z ogórkiem. Plułam i nie chciałam, więc się złościła i mówiła, że jestem niewdzięczna. No, ale jak być wdzięcznym za coś ohydnego? :) W paczkach mikołajkowych mamcia przywoziła pomarańcze. Miały tak grubą skórę, że cięliśmy ją nożem. I były okropnie kwaśne. Pamiętam, że moczyliśmy je w cukrze i dopiero do pyszczka. Wtedy też jadłam pierwszy i ostatni raz czerwone pomarańcze.

10) Maltanki i wafelek "Skawa" (trójkącik)

Musiał być w każdej paczce z prezentem mikołajkowym. Najlepszy wafelek w czekoladzie pod słońcem. Uwielbiałam go, podobnie jak i Maltanki. Na szczęście można je jeszcze kupić :) Pamietam też czekoladę mleczną w fioletowym papierku, ależ była pyszna. I nie chodzi mi wcale o Milkę, to była polska firma, a czekolada wprost rozpływała się w ustach. Ale ja i tak wolałam tę z okienkiem. Zresztą czekolada z orzechami do dziś jest moją ulubioną :)

Teraz Wasza kolej - pochwalcie się swoimi wspomnieniami :)
Ps. Wiem, przeze mnie jesteście głodni :)









poniedziałek, 3 lutego 2014

Z górki na pazurki :)

Ten weekend miał być saneczkowy, ale niestety: pogoda pokrzyżowała nam plany i "zabrała" śnieg. Została ta paskudna szara breja, która przemaka buty i której nienawidzę. Nawet pies jej nienawidzi, bo stara się dotykać podłoże jak najmniejszą ilością łap. Szczególnie przy sikaniu fajnie to wygląda, bo nieraz pada na pyszczek :D

No, w tym roku zima się nie postarała. Ale może to i dobrze? Niemniej wspomnienia obudzone saneczkowym tematem, same biegną ku śnieżnej bieli, mroźnemu powietrzu, błękitnemu niebu i słońcu błyskającemu w zaspach. Tam, moi kochani, wspomnienia ferii szkolnych z prawdziwego zdarzenia. Wspomnienia okresu, gdy dwa tygodnie wolnego od szkoły były czymś fantastycznym, bo spędzało się je na śniegu, na mrozie, na powietrzu i najczęściej na sankach :)

Mieszkam w okolicy, która obfituje w liczne górki, mniejsze i większe. Nawet koło mojego domu jest ich kilka, więc mogłam się saneczkować bez konieczności opuszczania własnego podwórka. Sanki miałam solidne, drewniane, bez oparcia, niejedną zimę przetrzymały. Swój żywot zakończyły, gdy wpadłam na bajeczny pomysł zjeżdżania z górki, która kończyła się zamarzniętym na kość bajorkiem. Z takim impetem wpadły na lód, że się połamały, na szczęście tylko one...

Sanki - sankami, ale i tak najlepiej się zjeżdżało na worku. Z racji, że nasz dom był typowo wiejski i gospodarski, czyli konie, krowy i kurki, worków nie brakowało, jak i siana czy słomy do wypchania także nie brakowało. Worek taki ma nieziemski poślizg, żadnych sanek się do tego porównać nie da. Ma tylko jedną wadę, czasem wyjeżdża spod tyłka i tyle go widziałaś. Ty na górze, worek na dole, a zapewniam, że sam nie przyjdzie :)

Jednej zimy zjeżdżaliśmy też w metalowej misce, ale do tego trzeba być lekkim :)
Teraz bym zaryła się po pachy i tyle by mnie widzieli...

Kiedyś kolega pożyczył mi narty. Bawiłam sie więc, że jestem Andreasem Goldbergerem (Goldie I love you!), zbudowałam skocznię, bardzo niską i ćwiczyłam, póki tyłek nie był siny. Pod koniec nawet się już nie przewracałam, ale właśnie wtedy mi się znudziło.

Zawsze kombinowaliśmy, żeby górka była jak najdłuższa, choć nigdy nie chciało nam się spinać z powrotem. Niedaleko mojego domu jest stroma górka, po której biegnie chodniczek z betonowych płytek. namiętnie zjeżdżaliśmy po tych płytkach, bo były dobrze udeptane. Ludzie pewnie nie byli tym zachwyceni, ale kto zabroni dzieciom? Czasami łączyliśmy sanki w mini kulig, czasami ktoś spadał i nabił guza, ale nic się poważnego się nikomu nie stało.

A w prawdziwym kuligu uczestniczyłam tylko raz. Byłam na zimowisku w górach z młodzieżą oazową i ksiądz zorganizował nam kulig: sanie, konie, góry, śnieg. Niezapomniane.

niedziela, 2 lutego 2014

Czytliwa niedziela :)

Czy jeżeli kobieta jest kochliwa, to niedziela może być czytliwa?

U mnie jest właśnie taka, mam zamiar poświęcić dzień nowo zaczętej książce podróżniczej. To dla mnie nowość i w sumie to zastanawiam się, dlaczego. Bardzo lubię poznawać nowe miejsca. Na podróże nie mam kasy i mieć nie będę. Więc powinnam chociaż poczytać. Niestety, książki są drogie, a książki podróżnicze - pieruńsko drogie. Pewnie przez to, że jest wiele pięknych zdjęć :)

W wiadomym miejscu możecie przeczytać - zupełnie za darmo - kolejny kawałek powieści blogowej. Co prawda nie ma w niej zdjęć i pewnie nie jest tak pasjonująca jak moja książka podróżnicza, niemniej zapraszam.

Zapewniam, że jest całkiem czytliwa :)

piątek, 31 stycznia 2014

Jesteś dla mnie wszystkim!

Zdarzają się dni, kiedy Kocurzasty wraca z pracy tak zmięty i zmęczony, że aż mi się serce ściska, gdy na niego patrzę. Robota lekka nie jest, to prawda, ale najgorsze jest nie zmęczenie fizyczne, ale stres. Kiedy zaczynają się zawirowania z pieniędzmi, albo jędza dyrektorka lata z wywieszonym jęzorem i rozsiewa wokół jad - wtedy widzę, że Kocurzasty ma dość. I najbardziej się o niego martwię. W pracy wymagają wiele, czasami absurdalnie wiele. Pewnie pomyślicie: a gdzie nie wymagają? To prawda, wymagają wszędzie. Ale "tam" wymagają rzeczy niemożliwych. Absurdalnych.

Bo jak inaczej określić żądanie, by usługa była na dziś, skoro w magazynie nie ma niezbędnego towaru? Czy pani dyrektor wie, że nie ma? Pewnie wie. I pewnie wrzaskiem chce wyładować frustrację za to, że towaru nie ma i kontrahent wyleje na nią wiadro pomyj. Ja pani dyrektor współczuję, nic przyjemnego, ale czy to jest wina pracownika, że w magazynie brak towaru? Może ma kupić za swoje?

Kocurzasty jest z tych ambitnych i nie można mu powiedzieć "Olej". Denerwuje się. Ostatnio znów zaczął wędrówkę po ofertach pracy. Jednak to nie takie proste. Dojazdy. I żeby praca była stała, a nie tylko na chwilę "gdy się ruszy". I z ubezpieczeniem. Bo niestety zatrudnianie "na czarno" w tej branży to norma. Widzę, jak się miota i dręczy. Jak z niedowierzaniem porównuje godziny przepracowane w miesiącu z kwitkiem wypłaty. Wypłaty wiecznie spóźnionej. I jest mi go tak okropnie żal. I tak bardzo się boję. Bo przecież on i Misia - są dla mnie wszystkim. I Uszate Psisko też. Rodzina. Rodzina jest dla mnie wszystkim.

Kilka dni temu spotkałam na ulicy sąsiadkę. W jej rodzinie na zawał zmarł 36 letni chłopak. Wciąż mówię o facetach trzydzieści plus - chłopak. Na zawał. Za granicą. W pracy. Trójka dzieci. Rozpoczęta budowa domu. Zdrowy! Zaharował się na śmierć. Przez te kilka dni myślałam o tej biednej kobiecie, sama z trójką małych dzieci... Koszmar! Od tej pory boję się jeszcze bardziej. Gdybym mogła - dałabym mu z siebie pół serca. By miał więcej i był silniejszy, odporniejszy. Gdyby się dało. Też tak macie, też się boicie?


czwartek, 30 stycznia 2014

Skarżypyta :)

Mamy dziś dzień wycia. W sensie, że dziecko wyje od rana bez powodu, a matka wyciem, aj, przepraszam śpiewem usiłuje je od tego odwieść. Problem w tym, że śpiew matki jakoś w oczach dziecka uznania nie uzyskuje. Zupełnie nie rozumiem dlaczego, bo piosenki matka zna przyjemne, takie z przytupem, bez wulgaryzmów, a jak się trafia wulgaryzm, to go matka sprytnym "lalala" maskuje. Więc zupełnie nie rozumiem, o co biega :)

Śpiewa więc matka na ten przykład:
- Pieski małe dwa...
A dziecko z rykiem:
- Niiiiieeee!

Nie, to nie - zmiana repertuaru.
- Ja! Uwielbiam ją! Ona tu...
- Nieeeeeeeee!

Hm, też nie. To może dalej, coś innego...
- Fantazja, Fantazja, bo fantazja...
Dziecko zaczyna się delikatnie bujać i podśpiewywać
- Aja, Aja o aja aja eoego
No to dalej razem!
- Żeby bawić się...
- Nieeeeeeeeee!

O żesz kurczak. Już nie mam sił. Bo ja wiem, że dziecko oczekuje od matki konkretnej piosenki. Bo dziecko lubi, gdy matka śpiewa. Bo matka ma naprawdę ładny głos a tę Fantazję to ma wyćwiczoną od lat...

Poszukujemy więc dalej tego jednego jedynego utworu, który dziś zadowoli potwora, przepraszam, dziecko.

-Legia to stara "lalalaa...."
-Nieeeeeee!
-Jak to nie, jak tak.

No, dobra szukamy dalej. W końcu. Mamy.

- Witajcie w naszej bajce. Słoń zagra na fujarce... - i bujamy się - Nikt tu nie czuje chłodu. Nikt tu nie czuje głodu i nawet ja nie kłamie, nikt się nie skarży mamie!
Dziecko zachwycone.
- Tata! Tata! Tata!

Myślicie że się skarży teściowej?
Ja mu "lalalala" dam :)))

ps. Ciekawe w jaki sposób narodziło się słowo skarżypyta no nie? Bo że od czasownika "skarży" to wiadomo :D



środa, 29 stycznia 2014

Literaki :)

Od zawsze uwielbiałam bawić się słowem. I nie że tylko pisać i czytać, uwielbiam także wszelkie gry słowne. Scrabble to dla mnie świetna rozrywka, niestety zawsze było dla mnie za drogie, a po drugie nie za bardzo miałabym z kim w domu zagrać. Ostatnio jednak Kocurzasty zaraził mnie Kurnikiem. To portal z grami online. Jest tam wiele rożnych gier, chińczyk, gry karciane, bierki, nawet Monopol :) I są tam literaki :)

Literaki to taka właśnie odmiana Scrabble. Układa się słowa na planszy na ekranie, oczywiście odpowiednio punktowane, tocząc pojedynki różnej długości z innymi graczami. Można powiedzieć, że jestem w swoim żywiole, odkąd odkryłam tę grę, często tam przesiaduję i toczę boje. To bardzo przyjemna gra. Niestety cały czas przegrywam :P

Mam bardzo duży zasób słów, niestety okazało się, że nie potrafię poradzić sobie z presją czasu. Kiedy widzę umykające sekundy, w mojej głowie pojawia się pustka i choćby słowo samo mi się układało, nie widzę go. Czasami w grze wspomaga mnie mąż, stanowimy dobrą drużynę, bo on operuje myszką, a ja jestem od układania i wpasowania słów w planszę. Pozycja w rankingu troszkę mi wzrosła, ale jeszcze nie znam wszystkich sztuczek i często przegrywam. Czasami nie umiem pogodzić się z tym, jakie beznadziejne słowa komputer uznaje... np. słowo "ii" dacie wiarę, że takie coś istnieje? :)

No i jeszcze chciałam zauważyć, że te Literaki to uzależniające są :)
Ale za to jakie fajne :P


piątek, 24 stycznia 2014

Sprawa się rypła...

Od kilku dni zima jak cholercia... wiem, powtarzam się.
Wczoraj minus sześć, przedwczoraj minus sześć.
Kocurzasty też oburzony, że tak zimno, postękuje, pojękuje... Zresztą wcale się mu nie dziwię, jakbym miała iść o piątej rano pół kilometra przez taki ziąb, też bym marudziła. Z tego pojękiwania aż mnie głowa rozbolała, więc mówię, żeby sprawdził, ile za oknem, to mu przejdzie...
- Minus sześć - mówi
- Co? Znowu minus sześć?
I sprawa się rypła, okazało się, że termometr jest zepsuty. Innego nie mamy, więc nie wiem, ile jest. Ale dziś jest taki wiatr, że ile by nie było, to ja odczuwam minus trzydzieści, a Uszate Psisko minus sto...

ps. Sprawa się rypła, jest taki film, absurdalnie śmieszny :) Oglądałyście?


czwartek, 23 stycznia 2014

Zima, zima przyszła :)

Zima, zima przyszła.
Troszkę mnie nawet zaskoczyła, bo gdzie to zima w styczniu? Poszaleli?
Nawet pies wczoraj zgłupiał.
Z impetem gnał ku drzwiom, mało mi smyczy z dłoni nie wyrwał. Nagle w progu prrrrr... i ani kroku dalej. Obejrzał się na mnie z przerażeniem w oczach, że niby czego ja od niego oczekuję? Że on wyjdzie i się wysika, jak na podwórku jest minus sześć? W tył zwrot i tyle go widziałam. Ostrzegłam go oczywiście lojalnie, że w środku nocy z nim nikt nie pójdzie. Udawał, że nie słyszy, co przyjęłam za stwierdzenie, że do rana wytrzyma. Przecież  nie będę psa maltretować, jak taka zima, co nie?

Do rana dotrzymał. Poszliśmy o siódmej. Cieplej nie było, ale przynajmniej jasno, więc jakoś optymistycznie. Pies sikał chyba z pięć minut, aż się zestresowałam, czy nie przymarzł :D

Teraz mamy cieplutko, napalone, napisane :)
Córka śpi, pies śpi, zupa kipi :)
Idę czytać :)

środa, 22 stycznia 2014

"List" z przeszłości?

Przygotowując się do imprezy, przytargałam ze strychu trochę gazet. Dawniej namiętnie je kupowałam, wszystko co miało przepisy kulinarne. A już w szczególności te, które obiecywały nie lada smakołyki z okazji świąt, smaczne ciasta z sezonowymi owocami, przetwory. Bądź co bądź miałam być szefem kuchni, musiałam je znać :)

Więc tak sobie kartkowałam i kartkowałam, szukając inspiracji, gdy nagle... rzuciło mi się w oczy coś znajomego. Coś, czego bardzo dawno już nie widziałam, ale co sprawiło, że od razu się uśmiechnęłam. Wiecie, co to było? To było pismo mojej mamci. Nie, nie list, tak sobie tylko w tytule napisałam, bo tak mi się skojarzyło. Była to zwykła rozwiązana krzyżówka w gazecie, rozwiązana przez moją mamę, która w krzyżówkach była rozmiłowana na amen i która męczyła je nawet oglądając telewizję :) I kurczę, to było takie niezwykłe i przyjemne zobaczyć jej pismo, ponieważ w ogóle się tego nie spodziewałam...

Owszem, mam sporo pamiątek, trochę ręcznie zapisanych karteczek z przepisami, zdjęcie zrobione, gdy miała osiemnaście lat (kiedyś Wam zeskanuję na M i pochwalę się, jaka była piękna), mam biżuterię, nawet te perełki z gazety, co je tak lubiła, choć były sztuczne do kwadratu. Ale gazet na ogół się nie przechowuje, więc kiedy otworzyłam przepisy na stronie z krzyżówką, przez chwilę poczułam się... jakby mama była w domu. To było króciutkie uczucie, ale tak piękne, że chciałam się z Wami nim podzielić :)

wtorek, 21 stycznia 2014

Jak stracić dzień?

Kiedy zaczyna się weekend, człowiekowi się wydaje, ojacie ale wolnego mam!

Mówię to na postawie doświadczeń z przeszłości, bo teraz ktoś mógłby powiedzieć: "Przecież ty masz zawsze wolne! Siedem dni w tygodniu! Trzysta sześćdziesiąt pięć lub sześć w roku!" Każdy, kto jednak by tak powiedział, proszony jest o wzięcie do domu dwulatki z jej fantazyjnymi pomysłami i humorami, jakich nie powstydziłaby się zaatakowana hormonami nastolatka.

Tak, moi kochani.
Bycie matką nie jest prostą sprawą, wymaga dużej organizacji, jeszcze większego sprytu, ogromnej przebiegłości i anielskiej cierpliwości. A już bycie matką w tych czasach? Ale o tym napiszę innym razem (wiem, zawsze obiecuję, a potem nie piszę...) W każdym razie czasami mi się wydaje, że mniej umęczona byłabym po ośmiu godzinach w Wylęgarni. Serio :)

No, nieważne. Wróćmy do tematu... tak jak mówię, na początku weekendu myślę sobie: Ale fajnie, mam męża przez dwa dni, ale się nim nacieszę... Uwielbiam z nim spędzać czas. Wiadomo, że nie spędzamy go jak za starych czasów, kiedy byliśmy sobie sterem żeglarzem i okrętem, mogliśmy jechać gdzieś w Polskę, albo cały boży dzień grać na playstation w skoki narciarskie... Jednak to, że jest gdzieś koło mnie, działa tak jakby kojąco, jest mi przyjemniej i ... po prostu się tym cieszę :)

Do czasu.

Ranek należy do mnie. Wykorzystuję to, że Mila i Kocur dolegują. Mnie szkoda czasu. Przecież trzeba wypić kawę. Pobuszować w internecie. Napisać co nie co. Mam całą kuchnię dla siebie. I psa oczywiście, bo pies to mój wierny towarzysz, siedzi u stóp i pilnuje. Delektuję się więc ciszą i spokojem, kawą i psem. Aż tu nagle...

- Kiciu, trzeba przewinąć młodą.
- Gdzie jest pilot od tv?
- Robisz herbatę?
- Gdzie jest moja czarna koszulka?
- A spodnie od dresu?
- Idziesz do sklepu?

No, jakby to powiedzieć... moja irytacja rośnie. To już nie jest mój ranek. Już się nie cieszę tak bardzo z tego, że mąż ma wolne i jesteśmy razem. Bo on mi nudzi nad uchem. Domaga się odpowiedzi na tak dziwaczne pytania jak: czy mamy w domu jajka lub barszcz czerwony. Wciągam buty i biegnę do sklepu. Psa nie zabieram. Nadal jest na wsi persona non grata, ale panie ze sklepu go lubią. Zawsze dostaje zeschnięte wędliny i stare pasztetówki. Chyba dlatego, że pijaki się go boją i jak tylko wiążę go pod sklepem, to odchodzą :)  Ale rano go nie zabieram, bo jest duży ruch, jeszcze go ktoś najedzie na parkingu... Ludzie na parkingach sklepowych zamieniają się w bestie. Jakby kwestia pozycji w kolejce była sprawą życia lub śmierci...

Kiedy wracam do domu z zakupami, przygotowujemy sobie śniadanie. Moja irytacja mija. Może była dziełem głodu? Ale nie... bo mój mąż z najbardziej niewinną miną na świecie pyta mnie, czy będę gotować obiad. Miałam w planach, naprawdę... ale tak się zdenerwowałam, że nie ugotuję. Posyłam mu więc jadowite spojrzenie i rozsiadam się z córką na kanapie. I z książką. Mówiąc że nie mam czasu gotować. I proponuję, że może sam ugotuje? Nie jest głodny, hm, tak myślałam :))

Popołudnie. Nadal cieszymy się swoim towarzystwem. Tym razem dochodzę do wniosku, że pomidorowa z lanymi kluskami nie jest znowu takim wyczynem, dwie minuty roboty, a potem niech się samo gotuje. Czyli wychodzi na to, że jednak będzie obiad, stwierdza mój kochany mąż. Zwariował, czy co? Jakbym mogła skazać Milę na dzień bez obiadu? Wiadomo, że będzie :) Kocurzasty stoi jednak na środku kuchni z pętkiem kiełbasy zwyczajnej i nieszczęśliwą mina. Myślałem, że sobie usmażę kiełbasę. To przecież smaż. Ale nie wiem, gdzie jest patelnia. No, jak to gdzie? W kuchni!

Siedzę na podłodze z Milą i czuję, że za chwilę parsknę śmiechem. Patrzę na tego mojego kochanego męża i podziwiam jak się stara nie zapytać, gdzie w kuchni może być patelnia. Wie, że jestem już zirytowana na maksa. Kocham tego wariata, kocham jego niezdecydowaną minę, i to że mi daje ugryźć swoją kiełbaskę z patelni. I nawet te irytujące pytania kocham. No bo skąd on może wiedzieć, że patelnię trzymam w nieczynnym piekarniku, pod stertą zeszytów z przepisami?

Sobota minęła. Trochę ją straciliśmy. Jest jeszcze niedziela na cieszenie się sobą. Na szczęście w niedzielę nie padają głupie pytania, ani jeszcze głupsze odpowiedzi. Jajka są w lodówce, patelnia stoi na widoku, a obiad jemy o pierwszej :)

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Jak pisać?

Nie umiem pisać, gdy dopada mnie jakaś zgryzota. Trochę to dziwne, bo powinnam to z siebie wyrzucić i poszukać pocieszenia. Ale już tak mam. Kiedy się martwię, nie piszę. Nie czytam. Nie umiem skupić myśli na niczym konkretnym. Nie mam cierpliwości do bliskich. Jedyną czynnością, która przychodzi mi łatwiej i którą mogę wykonać jest spacer z psem. Biorę smycz i leziemy więc hen, daleko. Najlepiej z dala od ulicy, bo z koncentracją przy zgryzocie bywa różnie.

Kiedyś miałam inaczej. Gdy dopadała mnie chandra, smutek, gdy się czegoś bałam, brałam zeszyt i długopis. Nie pisałam pamiętników, o nie. Ten etap zostawiłam za sobą pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Zresztą pisanie pamiętnika w chwilach wielkiego smutku nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Po co czytać swoje zapiski po pewnym czasie i wspominać, że było źle, smutno i do tylnej części ciała? Pisałam więc powieści. Radosne albo mroczne, tajemnicze lub romantyczne - taki był z tego pożytek, że one zostawały w tym zeszycie. A w nich świat taki, jakim chciałam go widzieć. Kreowałam taki świat, o jakim marzyłam :)

Wolałam tak, jak było kiedyś. To była jakaś tam terapia. Teraz nie umiem a szkoda. Przepędziłabym smutki szybciej, szkoda mi na nie czasu. Marnują mi to, co mogłabym zrobić. Ale jak widzicie już jest okej, bo piszę. Już mi się poprawiło. Zauważyłam jeszcze jedną zmianę. Kiedyś nie potrafiłam rozmawiać, o tym co mnie gryzie. Dziś jestem w stanie spotkać się z przyjaciółką i nieco z siebie zrzucić. Wygadać się. Paradoksalnie mniej ufam ludziom ale więcej im zdradzam. Oczywiście nie wszystkim :)

piątek, 10 stycznia 2014

Kiedy to zleciało?

No, kiedy, ja się pytam?
Wydaje się, że dopiero co jechałam na porodówkę, a za kilka dni będę mieć w domu dwuletnią pannicę, która stanowczym głosem potrafi powiedzieć "nie cie". Dopiero co zmieniałam pierwszy raz samodzielnie pampersa, wspomagając się poradami z gazet o dzieciach, a teraz uczę ją, że siedząc na nocniku niekoniecznie trzeba w nim grzebać. Dopiero co drżącą ręką przygotowywałam pierwszą butelkę Bebiko, a teraz biegam za nią, by wyrwać ukradzionego ze słoika konserwowego ogórka...

I szukam przepisu na pyszny tort, który zjedzą dzieci, a nie zemdli dorosłych...

Dlaczego tak szybko?
Jestem okropnie nostalgiczną matką, która pociąga nosem nad tym, że dziecko kończy dwa lata! Co będzie ze mną za rok i później?

I cieszę się, tak strasznie się cieszę, że nie pracuję, że jestem tuż obok niej i widzę na własne oczy, jak się zmienia, rozwija, codziennie wymyśla nowe słowa i papuguje po mnie moje własne! Skoro te dwa lata tak szybko mi śmignęły, co by było, gdybym widywała ją tylko wieczorami?

Uwielbiam być matką utrzymanką :)
Idę sobie pochlipać nad deską do prasowania :)

ps. Odpisze na Wasze komentarze troszkę później, chyba muszę się wziąć za robotę, a tak mi się nie chce...

środa, 8 stycznia 2014

Super żywienie :)

Jakiś czas temu poczułam się źle. Zauważyłam, że coś mnie gniecie w okolicach brzucha,  ssie i ogólnie czułam się zupełnie beznadziejnie. Tak, wiem, co powiecie, na badania marsz. Ale jak wiecie, ja do laboratorium nie jestem pierwsza, raz że nie za bardzo przepadam, dwa że ciężko mi się wybrać, bo nie mam co zrobić dzieckiem i psem :) Ale jak się okazało, wcale nie potrzebowałam laboratorium, żeby zdiagnozować moją przypadłość. Wystarczył zmysł obserwacji i dziwne skojarzenie, że ta przypadłość nigdy nie dopada mnie w weekendy...

Przeanalizowałam więc swój dzień roboczy i z okrzykiem eureka - mało entuzjastycznym musicie wiedzieć - odkryłam, o co biega. Rozłóżmy więc mój dzień na czynniki pierwsze wspólnymi siłami.
- 7,00 - pobudka toaleta strojenie et cetera :)
- 7,10 - palimy w piecu
- 7,20 - krótka przechadzka po ogródku z psem w wiadomym celu
- 7.30 - pijemy kawę i zwiedzamy świat wirtualny
- 8,00 -9,00 - wstaje dziecko, podsuwamy nocnik, toaleta, strojenie itd
- 9,00 - obowiązkowa kaszka, czasem z butelki, zależy od humoru. Oczywiście nie mojego.
- 9,30 -12,00 zabawy, figle, sprzątanie, podnoszenie z podłogi, obieranie jabłka, wyrzucanie jabłka, pojenie wodą z miodem, wyciąganie butelki zza łóżka, oznaki pierwszego znużenia, spacer jeśli jest pogoda
-12,30 - dziecko zasypia
-13,00 - dłuższa przechadzka z psem w wiadomym celu
-13,30 - pijemy kawę, piszemy, czytamy, odwiedzamy blogi
-15,00  -wstaje dziecko, przekąska lub obiad, w zależności co mamy na ten dzień w menu
-16.00 - zabawa, figle, muzyka, humory itd.
-17,30 - wraca mąż, obiad, potem czary gary, zakupy i tak dalej :)
-19,30 - kąpiele, kolacja, łóżko, książka, film

I teraz mi powiedzcie, moja kochane, czy widzicie, czego brakuje?

Mnie rzuciło się to w oczy od razu. Szkoda, że potrzebowałam do tego aż tak głębokiej analizy. I w tym momencie pretensje pod adresem mojego żołądka, dlaczego żeś mi chamie nie przypominał, że powinnam zjeść śniadanie? A on się broni i mówi zgodnie z prawdą, że przypominał, jak najbardziej. Ssał mnie od środka i wiercił mi dziurę, czasem nawet posunął się do mdłości, ale ja jestem jakaś oporna na sugestie. I że ciężko mu się przebić, skoro, ja cały czas mam coś ważniejszego do zrobienia i nie mam czasu pomyśleć, by coś przegryźć. Często moim pierwszym posiłkiem jest kanapka do popołudniowej kawy... Ups, i jak tu czuć się dobrze?

A w weekendy czuję się dobrze, bo celebrujemy rodzinne śniadanka. Jajeczniczki, paróweczki, kanapeczki, naleśniczki, pierdółeczki, więc mój żołądek jest w jak najlepszej formie. Zadowolony, zapełniony, burczący ze szczęścia. A od poniedziałku znów musi przechodzić na ostrą dietę...

I w tym miejscu powinnam obiecać solenną poprawę, prawda? Mogłoby to nawet być dodatkowe postanowienie noworoczne: będę pamiętać o śniadaniu i koniec kropka. A nawet i o przekąskach i w ogóle o tym, że ma się jeść pięć posiłków dziennie, owoce i warzywa i jeszcze ryby. Tylko, że ja wiem, że mi nie wyjdzie, nie ma co nawet obiecywać. Choćby dziś, pamiętam, bo przecież piszę o tym, ale co z tego, skoro wczoraj ludzie rzucili się na chleb jak za komuny i o jedenastej półki sklepowe były puste? I do domu wróciłam, taszcząc jak Indianin bawoła ... trzy drożdżówki :D No, ale ważne, że pamiętam prawda?

Tak na serio mówiąc, chciałabym się zdrowo odżywiać. Chciałabym wyrobić w sobie ten nawyk. Patrzę łaskawym okiem na owsiankę i obiecuję jej, że zostanie przyrządzona na śniadanie z rodzynkami i cynamonem. A potem znów nie mam dla niej czasu i pospiesznie smaruję kromkę serem topionym...






wtorek, 7 stycznia 2014

Fanaticos...

Pamiętam piękne czasy, gdy słowo fanatyk kojarzyło mi się tylko i wyłącznie ze stadionowymi trybunami. Z kolorowymi świecami dymnymi, racami, głośnym śpiewem. Owszem, race były nielegalne, ale nikomu nie robiły szkody. Że czasem przypiekliśmy sobie troszkę palce? Podmuchało się i do domu. Słowo fanatyk było dla mnie synonimem czegoś ciekawego, podnoszącego adrenalinę, wspaniałego, jedna wielka przygoda. Po prostu magia.

Z czasem zauważyłam, że mianem fanatyków określa się wiele postaci. Są fanatycy religijni, którzy wszędzie widzą Jezusa i w zdjęciu na Facebooku mają jego krwawiące rany. Są fanatyczne feministki, które krzyczą, że zrobią sobie aborcję łyżeczką (powodzenia). Są fanatycy kosmosu, kiedyś jeden usiłował mi wmówić, że za słabą gospodarkę naszego kraju odpowiada UFO, są w końcu fanatycy polityczni, oczywiście ci dzielą się na różne podobozy, jednych wciąż prześladuje widok brzozy, inni za każde niepowodzenie (obecne) obwiniają prezydenta (byłego). Są też fanatycy internetowi, którzy pod każdym artykułem muszą wylać swój jad. Odkąd nie ma blogów typowo onetowskich muszą sobie jakoś radzić. Dziś z kolei zetknęłam się z fanatykami od zwierząt.

Każdy kto mnie zna, wie, że kocham zwierzaki i że nie dam im robić krzywdy. Dowodem na to chyba są moje własne, które wchodzą mi na głowę. Kiedy mogę pomagam, wysyłając schroniskom parę groszy. Chętnie udostępniam na facebooku posty, gdy pies czy kot zaginął, lub szuka się mu domu. Prosta sprawa. Dziś także weszłam w jeden z takich postów i aż mnie zmroziło. Młode małżeństwo wywaliło psa, bo będą mieć dziecko. Według mnie skrajnie nieodpowiedzialne, ludzie do dupy i w ogóle... Chętnie bym im parę słów powiedziała. Jednak to, co przeczytałam pod postem woła o pomstę do nieba. Ludzie nie skupili się wcale na dorosłych, nie wygarnęli im od dupków i nawet trochę gorzej. Posunęli się o wiele dalej, komentarze w rodzaju "Wywalić tego bachora w powietrze" i inne tego typu. Zmroziło mnie. Potem mnie rozsierdziło i rozwścieczyło!

No żesz kurwa mać, przepraszam, nie umiem inaczej! Jak można wyskoczyć z takim tekstem do dziecka, nienarodzonego ale jednak dziecka. Napisała to kobieta i jest mi autentycznie za nią wstyd. Rozumiem gniew, ale ta pani najwyraźniej ma jakieś zaburzenia osobowości. Szacunek należy się każdej istocie na tej ziemi, czy to jest dziecko, pies, staruszka czy jaszczurka na drodze do Morskiego Oka. Ciężko mi jest w takiej sytuacji uwierzyć, że ktoś, kto wyskakuje z takimi słowami, naprawdę jest dobrym człowiekiem i dba o potrzeby zwierząt. Raczej szuka okazji do zaczepki i wyładowania swoich frustracji. A jeśli nawet ta pani (jedna z kilku zresztą, ale ja skupiam się na jednej) chce pomóc zwierzakowi, to nawet nie wie, że takim zachowaniem mu szkodzi. Bo post z takimi wulgaryzmami wstyd jest zamieścić na swojej tablicy i niejeden człowiek wyjdzie zniesmaczony nie zaszczycając niczemu winnego zwierzaka jednym spojrzeniem...

Wydaje mi się, że przesada jest naszym wrogiem na każdym kroku. I nie chodzi mi tu tylko o tę jedną sytuację. Skrajności są niebezpieczne. Wychodzi na to, że fanatyzm jest groźny. Dla umysłu przede wszystkim, ale chyba nie tylko. Ja po dzisiejszym zdarzeniu mogę przytoczyć jedno powiedzonko.
Pochodzi gdzieś z zagranicy, nie wiem skąd dokładnie, ale brzmi mniej więcej Boże chroń fanatyków. 
Ja mam ochotę dodać: Tylko dobrze się zastanów których!