Gotowałam Misi grysik z sokiem malinowym i wpadł mi pomysł na tę notkę :)
Wczoraj było wspominanie saneczkowania, obijania tyłka i wszechobecnej bieli, szkoda, że zapomniałam o bałwanie napisać, ale zima jeszcze się nie kończy, więc może zdążę. A dziś będzie o smakach dzieciństwa. Podobną notkę pisałam zdaje się na Onecie, ale chyba nie rozwijałam tematu zbyt mocno. Dziś postaram się trochę bardziej :)
Czy to, że wspominam dzieciństwo, znaczy że już się starzeję...? O, matko :)
Poniżej lista niezapomnianych smaków mojego dzieciństwa.
1) Barszcz czerwony z ziemniakami.
Barszcz. zupa mojego dzieciństwa. Ulubiona zupa. Przez długi czas jedyna zupa. Dlaczego? Nie pamiętam, byłam zbyt mała. Ale jedno z moich najwcześniejszych wspomnień dotyczy właśnie miski z barszczem. Stoję przy ławce w ogrodzie, na ławce zupa, w łapie łyżka i jazda. Barszcz oczywiście zabielany, z tłuczonymi ziemniakami. Czasami mamcia polewała skwareczkami, ale ja tego nie lubiłam. Dlaczego barszcz jadało się u nas z tłuczonymi ziemniakami, przecież przez to robiła paćka? Nieraz się nad tym zastanawiałam, ale prawdę poznałam, gdy sama zostałam mamą! Chodziło pewnie o to by się gówniarz, czyli ja - nie udławił :)
2) Kogel mogel ... z mlekiem.
Kiedy inne dzieci wsuwały na śniadanie kakao, na moim stole królował wspaniały, żółciutki specyfik. Przygotowywała go moja babcia. Pamiętam, że ucierała żółtka z cukrem, a następnie zalewała wrzącym mlekiem. Tworzyło się żółciutkie "kakao" z bardzo smakowitą pianką. Uwielbiałam ten napój, jednak zanikł on w naszym domu, gdy babcia zachorowała. I sami powiedzcie: które dziecko dziś zna smak kogla mogla? Którzy rodzice odważą się go zrobić ze sklepowych jaj? W naszym domu jaja były prosto od kury, babcia zawsze pilnowała, żeby były świeżo zebrane, a więc można było się koglować bezpiecznie :)
3) Omlet z cukrem
Gruby omlet tworzyła mi na kolację mama. Taki niby naleśnik, ale o wiele bardziej puchaty i gruby. Najczęściej jadałam go po prostu posypany łyżeczką cukru, ale czasami pokusiłam się na dżem. Kurczę, jak ja lubiłam te omlety... Potrafiłam na kolację zjeść trzy. Do tematu omletów powoli wracam we własnej kuchni. Misia ma niebywały apetyt na jajka, a ponieważ u niej z apetytem różnie bywa, cieszę się, że coś lubi. A omlet ma tę zaletę, że można w nim przemycić naprawdę wiele. Choćby brokuł czy szynkę...
4) Gofry z dżemem!
Jeśli jechałam gdzieś z mamcią, a najczęściej jechałam z nią po wypłatę do zakładu pracy i potem na zakupy - było pewne, że wylądujemy na gofrach. Myślę, że w tamtych czasach gofry były bardziej popularne niż hamburgery, czy zapiekanki, a może to kubki smakowe dziecka tak kojarzą? Tak czy siak, miejsca gdzie sprzedawano gofry były dość często spotykane. Najtańsze były puste, troszkę droższe z cukrem pudrem, jeszcze więcej kosztowały z dżemem. Teraz można spotkać też inne dodatki: czekoladę, bitą śmietanę, czy owoce, - ja tego nie pamiętam z dzieciństwa. Najbardziej lubiłam z dżemem, ale jeśli miałyśmy gdzieś jeszcze iść, mamcia kupowała mi z pudrem, żebym się nie uciapała :D
5) Placek z jabłkami
Tak, moi kochani, żadna szarlotka. U nas w domu mówiło się "placek z jabłkami" i taki właśnie się piekło. Było to moje ukochane ciasto w dzieciństwie: wszelkie serniki, makowce, galaretki mogły sie schować przy placku z jabłkami. Placek składał się z dwóch blatów kruchego ciasta, pomiędzy którymi była masa z jabłek (renet z naszego ogrodu) i cynamonu. Wierzch placka mamcia nakłuwała widelcem w takie dziwne dziurki, myślałam, że dla ozdoby, ale chyba nie :)
6) Fasolka po bretońsku
W podstawówce żywiłam się na szkolnej stołówce. Z dzisiejszej perspektywy pracę pań kucharek oceniam średnio. Nie pamiętam na przykład żeby dawali surówkę do obiadu, zupa zawsze była zimna, bo nalewali ją o 11,30 a przerwa była o 12,00, a mięso było z "galaretką". Ale muszę przyznać jedno: panie kucharki były kochane, jak miały, to ładowały repety aż miło. Kiedyś dostałam 13 naleśników z dżemem :)) I gotowały najlepszą fasolkę po bretońsku na świecie. Z drobnego groszku i z bułeczką. Pychaaaaa!
7) Bułka i mleko
Był taki okres, gdy w naszym domu codziennie kupowało się dziesięć bułek. Oprócz chleba. Myślę, że pieczywo musiało być tańsze, bo przecież u nas też się nie przelewało. Ale te bułki zawsze były i do tego cieplutkie, z popołudniowej zmiany w piekarni. Mamcia przywoziła je z pracy, a wtedy dziecku wiele do szczęścia nie trzeba było. Obiadu też nie. Buła w łapę, garnuszek zimnego mleka, potem druga buła. Pojedzone.
8) Gumy kulki
Można je kupić w wielu sklepach do dziś. U nas na wsi był stary gs-owski sklep, w którym nic nie było. Ale już w kiosku pod ośrodkiem zdrowia, można było kupić banany i słodycze. I właśnie gumy kulki na długim pasku. O niesamowitym zapachu i smaku :) Do dziś gdy je widzę, ślinka mi cieknie...
9) Pomarańcze
O owoce egzotyczne było trudno. Pamiętam, jak moja chrzestna przywiozła mi kilka bananów. Były zielonkawe i nie smakowały mi. Kojarzyły się z ogórkiem. Plułam i nie chciałam, więc się złościła i mówiła, że jestem niewdzięczna. No, ale jak być wdzięcznym za coś ohydnego? :) W paczkach mikołajkowych mamcia przywoziła pomarańcze. Miały tak grubą skórę, że cięliśmy ją nożem. I były okropnie kwaśne. Pamiętam, że moczyliśmy je w cukrze i dopiero do pyszczka. Wtedy też jadłam pierwszy i ostatni raz czerwone pomarańcze.
10) Maltanki i wafelek "Skawa" (trójkącik)
Musiał być w każdej paczce z prezentem mikołajkowym. Najlepszy wafelek w czekoladzie pod słońcem. Uwielbiałam go, podobnie jak i Maltanki. Na szczęście można je jeszcze kupić :) Pamietam też czekoladę mleczną w fioletowym papierku, ależ była pyszna. I nie chodzi mi wcale o Milkę, to była polska firma, a czekolada wprost rozpływała się w ustach. Ale ja i tak wolałam tę z okienkiem. Zresztą czekolada z orzechami do dziś jest moją ulubioną :)
Teraz Wasza kolej - pochwalcie się swoimi wspomnieniami :)
Ps. Wiem, przeze mnie jesteście głodni :)