Mam takie wrażenie, że żyjemy w bardzo niespokojnych czasach i wcale nie chodzi mi o sytuację militarną czy polityczną, ale o nas, zwykłych, szarych ludzi. Jesteśmy podatni na nerwy, chodzimy podminowani, łatwo wybuchamy, stresujemy się nie tylko poważnymi sprawami, ale i pierdołkami. a przy tym jesteśmy wciąż zmęczeni. Nie raz spotkałam się ze stwierdzeniem: a bo są ciężkie czasy, bo praca, bo niepewność dnia, bo to... bo tamto. Na pewno? Moja mama pracowała na trzy zmiany, po pracy zajmowała się gospodarką i domem, ale jakoś nie pamiętam, by chodziła podminowana, nie kojarzę, by krzyczała na kogoś "ty tępa krowo", bo za wolno jedzie samochodem. (no, dobra mało samochodów było, ale co z tego?), ludzie żyli w równie niepewnych czasach, nie mieli w domu wygód, w sklepach mogli kupić to, co było, nie to co chcieli, a sąsiad mógł ich "zgłosić" za to, że spotkali się z rodziną wieczorną porą i nie wiadomo po co.
Być może pijemy za wiele kawy, być może zbyt wiele pracujemy, a może jesteśmy pobudzeni nieustannym jazgotem radia i telewizji? Być może to sztuczne dodatki, jakie pompuje się w jedzenie, wzbudzają w nas agresję? Nie wiem. Ale wiem, że jestem potwornie nerwowa, łatwo reaguję złością i zdarzy mi się burknąć nawet na dziecko. Ba... przyznam się teraz do czegoś, za co powinno się mnie spalić na stosie: zdarza mi się krzyknąć na dziecko, a potem palę się ze wstydu, bo niby za co? To nie w dziecku jest problem tylko we mnie. Ja jestem nerwowa, nie Mila. Ja biorę na siebie za dużo, a potem denerwuję się, gdy mała rączka odciąga mnie od pracy i każe malować ogórka. Ba, powiem Wam, że rozmawiałam o tym z kilkoma mamami i ten problem nie dotyczy wyłącznie mnie (pocieszające!), one również łatwo wpadają w nerwy w kontakcie ze swoimi dziećmi i mężami!
Musiałam coś z tym zrobić. Ustawić priorytety. Zrobić plan działania. Najpierw dziecko. Najważniejsze w każdej chwili i sytuacji. W sensie rodzina, bo i mąż i pies, choć dziecko zawsze na przedzie kolumny, bo najwięcej czasu z matką i najbardziej potrzebujące, najbardziej jeszcze bezradne. Potem dopiero zobowiązania.
Praca. Jest potrzebna, bo dzięki niej rodzina zyskuje. Dodatkowe pieniądze są rodzinie potrzebne, zwłaszcza teraz, w obliczu przedszkola, zajęć i niezbędnych pomocy. Matka także zyskuje, bo każdy człowiek potrzebuje mieć coś, w czym jest dobry. Czasem będzie to właśnie opieka nad dzieckiem, a czasem to nie wystarczy i trzeba mieć co innego, w czym można się spełniać i rozwijać. Dziecko kiedyś podrośnie, coś trzeba będzie robić. Więc praca jest ważna. Ale nic ponad możliwości, bo wciąż dziecko na przodzie. Jeśli braknie stówki czy dwóch nic się nie stanie, jeśli braknie czasu dla dziecka - stanie się bardzo wiele. W niebieskich ślepkach pojawi się smutek, zakręci się łezka. Matce też to nie pomoże, bo poczuje się z tym fatalnie, odczuje wyrzuty sumienia, a chcąc pracować szybciej, zacznie się mylić i w efekcie będzie pracować jeszcze dłużej.
Czasami bierzemy na siebie zbyt wiele, my sami kładziemy na swoje barki zbyt wiele i potem denerwujemy się, że dajemy rady, że nie wyrabiamy. Co więcej oczekujemy, że dziecko (lub inna bliska osoba) to zrozumie, ale tak nie jest. Dziecko z pewnością tego nie zrozumie, ponieważ jest osóbką bezwarunkową, która kocha swoją mamę i tego samego żąda od mamy, okazuje zainteresowanie swoim rodzicom i tego żąda. Nie rozumie czym jest stres i obowiązek, wie, że mama i tata chodzą do pracy, czeka z niecierpliwością aż wrócą i poświęcą mu w końcu uwagę. Nie wie, że niedobry szef znów zwołał zebranie, lub szefowa kazała wziąć nadgodziny... Nie wie, dlaczego rodzic ma chmurną minę, widzi jednak i czuje, że coś jest nie w porządku.
Nas pozornie to nie dotyczy, bo przecież Mila ma mamę w domu. Jednak czeka cierpliwie, aż mama skończy pisać i oczekuje, że kiedy mama skończy, zajmie się tylko nią. Denerwuje się, gdy mama odchodzi od komputera i ... idzie gotować obiad. Bo przecież miała już skończyć... płacze, ciągnie za rękę, żąda zabawek i książek. I właśnie tutaj objawiały się moje nerwy, tutaj pojawiało się najwięcej burknięć i krzyków. Aż pewnego dnia popłakałyśmy się obie i tego dnia obiadu już nie było, tylko jajko sadzone... Od tej pory jest inaczej, bo gotujemy razem, albo mama gotuje, gdy Mila śpi popołudniu.
Poluzowałam sobie, przyznaję się bez bicia. I zdradzę Wam tajemnicę: świat się wcale nie kończy, kiedy w zlewie leżą talerze, a my rysujemy ogórka. Odkurzać można popołudniu, jeśli akurat lala Natalia z rana zaprasza na herbatkę. A jak popołudniu się nie odkurzy, to do następnego dnia kurz nas nie pokryje. Dzień ma tylko 24 godziny i nie jest z gumy, choć czasem tego oczekujemy. My też nie jesteśmy z żelaza i mamy prawo poczuć zmęczenie i nie wyrobić z wszystkim. Co więcej: zmieniłam jeszcze jedno, ustaliłam, że matka także ma prawo do chwili relaksu i przyjemności, z książką, serialem, spacerem, zakupami i czymś na co ma ochotę. Nie można sobie tego odmawiać, "bo nie ma czasu", wtedy najłatwiej o frustrację i nerwy, o ten brak cierpliwości do bliskich. To co zmieniłam póki co bardzo mi pomaga, odkąd wiem, że nic się nie stanie, jeśli czegoś nie zrobię w domu, jestem spokojniejsza, mniej się denerwuję i nie tracę cierpliwości do małej. Przecież zawsze mogę powiedzieć, że nie posprzątałam, bo robiłam coś bardzo ważnego. Bawiłam się z córką.