środa, 29 kwietnia 2015

Kocurzaści gotują: ciasto francuskie z nadzieniem z kurczaka, pomidorów i sera feta

Dzisiaj przychodzę do Was z  przepisem na szybką i łatwą w wykonaniu przekąskę, którą można spożywać i na ciepło i na zimno. Dzięki tej potrawie zakochałam się w cieście francuskim, tym bardziej, że skoro można kupić mrożone lub surowe ciasto francuskie w każdym markecie, nie ma potrzeby kłopotać się z jego wyrabianiem :P 

Ciasto francuskie lubię nadziewać i na słodko i na słono, a nadzienie z kurczaka, pomidorów i fety jest moim ulubionym!



Na  jeden warkocz potrzebujemy: 

- 1 opakowanie ciasta francuskiego w całym rulonie 
- 1 pojedynczy filet z kurczaka 
- puszkę pomidorów krojonych 
- pół opakowania fety 
- przyprawy, sól, pieprz 
- olej rzepakowy


Wykonanie jest bardzo łatwe. Filet z kurczaka myjemy, oprószamy solą i pieprzem, kroimy w kostkę i podsmażamy na oleju. Kiedy jest już zrumieniony, dolewamy pomidory wraz z zalewą. Gotujemy chwilę, aż sos nieco odparuje i zrobi się w miarę gęste. Pod koniec wkruszamy ser feta i mieszamy. Nadzienie studzimy. 

Płat ciasta francuskiego rozwijamy, wzdłuż przez środek rozkładamy nadzienie. Następnie po bokach robimy nacięcia padające prostopadle do nadzienia i zaplatamy paski do środka, tworząc coś na kształt warkocza. Wierzch smarujemy rozmąconym jajkiem, można też posypać ziołami. Pieczemy około 20 minut (zerknijcie na opakowanie ciasta francuskiego, bo różne są dyspozycje) Później kroimy w małe kawałki i jemy na ciepło lub po ostudzeniu. My z Kocurzastym lubimy pałaszować to danie na gorąco z barszczem czerwonym :P Jeśli nie chcecie "bawić się" w krojenie - a lubi się kruszyć, jak to francuskie - możecie od razu pokroić ciasto w kwadraty i po nałożeniu nadzienia skleić w rożki lub kwadraty. Pamiętajcie jednak, żeby zrobić nożem lub widelcem dziurki na wywietrzniki :)




wtorek, 28 kwietnia 2015

Lubię

Lubię, kiedy zjawiacie się na blogu i lubię Was bardzo. Chciałam Wam to napisać. Uświadomiłam sobie, że mam już niemal trzydzieści trzy lata, a więc blog prowadzę niemal 7 lat. Generalnie to Margolka mi przypomniała w jednej z ostatnich swoich notek. Bo my z Margolką jesteśmy równolatkami blogowymi, podobnie zresztą jak wiele z Was. Tamten okres był rewelacyjny dla blogosfery - wiele ludzi tym się zajęło i przybyło blogów. Szkoda, że część z nich już zniknęła albo stoi puste, a blogerzy nie dają znaku życia. Człowiek przyzwyczaja się do internetowych znajomości i potem martwi się, czy milczenie nie jest spowodowane czymś smutnym, albo co gorsza ostatecznym...

Dzisiaj nad naszym domem przeszła pierwsza wiosenna burza, niebo zasnuły chmury, padał ciepły deszcz i spadały pioruny. I choć na ogół boję się burzy, dziś byłam dziwnie spokojna, a nawet wzruszona, że przyszła kolejna wiosna i wszystko rośnie i pachnie! Bo rośnie i pachnie po prostu nieziemsko. Chyba naprawdę starzeję się, skoro przy burzy płaczę nie ze strachu ale z nostalgii... :D


niedziela, 26 kwietnia 2015

Dajcie mi 20 zł...

Dajcie mi 20 zł tygodniowo i wypuśćcie w miasto, a gwarantuję, że będę chodzić ubrana jak modelka! A nawet jak dwie modelki! Do takiego to wniosku doszłam wczorajszego popołudnia, kiedy wróciłam z miasteczka, gdzie miałam załatwienia (tak, w sobotę też czasem się da, nie dziwcie się jak konduktor z pociągu) i przy okazji się obkupiłam w Sh. Po powrocie do domu ochoczo zabrałam się do prania w rękach i suszenia na słoneczku, a następnie prasowania. Po tym zrobiłam sobie kubek kawy, usiadłam i spisałam na kartce, ile wydałam. Absolutnie nie po to, żeby się spowiadać przed Kocurem, absolutnie. Kocurzasty lubi jak żona kupi sobie coś nowego, nawet wtedy kiedy jest stare i po przyniesieniu do domu okazuje się za małe :P 

Tym razem nic na szczęście nie okazało się za małe, ale powiem Wam coś w sekrecie... wszyscy mnie oszukują. Weszłam wczoraj do przymierzalni, aby przymierzyć bluzki, spojrzałam w lustro i okazało się, że wcale nie schudłam. Brzuszysko mam jak ... jak... jak nie wiem co, ale mam. Ściema. Wcale nie schudłam. Choć bluzki kupiłam w rozmiarze M, a nie XL ale boczki wróciły i na pewno po świętach :) Albo po czekoladzie, którą objadałam się w zeszłym tygodniu w tajemnicy przed dzieckiem...

Wróćmy do tematu... po powrocie do domu, wypraniu, wysuszeniu i wyprasowaniu spojrzałam z dumą na rozłożone na wersalce elementy garderoby i doszłam do wniosku, że niepotrzebnie boję się rzeczy oryginalnych. Nie że markowych, tylko takich innych, nieszablonowych. Nie mam tutaj na myśli noszenia oryginalnej bluzki z trzema rękawami czy wywietrznikiem na brzuchu, ale np. znalazłam na wieszaku krótką spódniczkę na gumce (jak w przedszkolu) we wzorek w malutkie serduszka, niebieskie, białe i granatowe, wesołą i filuterną i jak normalnie unikam takich rzeczy, bo wydają mi się zbyt krzykliwe, albo śmieszne, tym razem od razu do głowy wskoczył mi obraz mnie samej w tej spódniczce, prostym t-shircie oraz czarnych szpilkach (no wiadomo, że po pięciu minutach zmienionych na balerinki,ale jednak co nie?). Zerknęłam na cenę i co się okazało? Chyba wszyscy tak nisko cenili tę nieszczęsną spódniczkę, bo kosztowała tylko 4 zł a nie miała ani pół cm plamy! I tak wołała - kup, kup mnie, będę ci służyć wiernie, grzać twoje uda nie gorzej niż Sanczez kolana. Będę idealna na wakacje nad morzem i wyprawę do sklepu! I pasuję do czarnych szpilek i twojej skórkowej kurtki z podszewką w panterkę! Myślicie że mogłabym jej odmówić? Za 4 zł? Wzięłam sierotę przygarnęłam, w domu przymierzyłam (tam nie mają przymierzalni) i okazało się, że ona boska jest po prostu! Ha! Kolejną wizytę w SH poświęcę wyszukiwaniu rzeczy ciekawych ale nie śmiesznych, bo zauważyłam, że moja szafa tak naprawdę powiewa nudą, gdyż ja wiecznie kupuję wszystko klasyczne i takie normalne... A wiecie na co najbardziej choruję od kilku tygodni? Na jasną sukienkę w duże kwiaty!

Ostatnio rzadko mam okazję jechać na takie zakupowe łowy, ale chyba pora to zmienić. Tyle radości mi to sprawiło, że nie macie pojęcia, do wieczora buzia śmiała mi się od ucha do ucha, a skrawek bajecznego humoru został do teraz :) Nawet Kocurzasty (któremu humor aż tak nie dopisywał bo w tym czasie dziecko dawało mu do wiwatu i był bardzoooo zmęczony) przyznał, że "wysłać ją na zakupy to szczerzy zęby, jak pies do chrupek" :D Co fakt to fakt...


środa, 22 kwietnia 2015

Pod słomianym dachem

Zainspirowana notką u Klarki postanowiłam napisać o domu, w którym rozpoczęłam swoje życie. Nie mogę powiedzieć, że się w nim urodziłam, bo urodziłam się w szpitalu, ale w domku tym urodziła się moja mama, jak również niemal wszystkie ciotki i wujkowie. Ja jednak rozpoczęłam w nim swoje życie, tam zostałam przywieziona ze szpitala, tam mieszkałam przez pierwsze trzy lub cztery lata mojego życia i o dziwo pamiętam ten dom bardzo dobrze...

Myślę, że mało która młoda osoba (ale sobie słodzę!) może pochwalić się, że mieszkała w domku krytym strzechą ze słomy.  A ja mogę, choć bynajmniej nie jest to wielki powód do radości. Niemniej ten szczegół nada mojej historii pewnego klimatu, ponieważ podkreśli jak bardzo stary był dom mojej babci. Dach też był stary i pod koniec solidnie przeciekał. Pamiętam, jak w deszczowe dni mamcia i babcia rozkładały po izbie miski i wiaderka, by łapały spadające krople. Nic przyjemnego, jak można się domyśleć, jednak trzyletniemu dziecku wydawało się to oczywiście zabawne...

Dom stał na lekkim pagórku, dokładnie pomiędzy torami kolejowymi i gościńcem. (Zwróćcie uwagę, że w tej notce będę używać słów i zwrotów, które zapamiętałam z tamtego okresu i którymi określało się niektóre przedmioty i miejsca. Tym sposobem na pokój nie mówiło się inaczej jak izba, a dom stał przy gościńcu, nie przy drodze). Tak więc dom stał między torami kolejowymi a gościńcem, frontem zwrócony ku tym pierwszym. Przed domem znajdowały się dwa ogródki, w których moja babcia uprawiała warzywa i kwiaty. Ogrodzone były płotkiem z pokrytych mchem, zmurszałych palików. Pomiędzy dwoma ogródkami wiodła wąziutka alejka ocieniona krzakami białego i fioletowego bzu, a alejką wiodła wydeptana ścieżka. Jeśli ścieżką skierowało się na prawo, doszło się ku stacji PKP, jeśli w lewo - do studni, skąd rodzina i sąsiedzi czerpali wodę. Ogródki zapełniały piękne i różnobarwne kwiaty: pamiętam piwonie, różę pnącą się po płocie, malwy, tulipany i narcyzy, ale z pewnością było ich więcej. Pod płotem rosły porzeczki, agrest i maliny. Obok chaty rosły także jabłonie, wierzby i ogromny kasztan, pod którym bawiłam się będąc dzieckiem. 

Domek został zbudowany z grubych, drewnianych bali i pobielony na blado niebieski kolor. Jak już wspomniałam był pokryty słomą i miał wąskie okienka. Od frontu mieściła się duża izba, w której spała cała rodzina, oraz komora w której prawdopodobnie trzymano zapasy i inne ważne rzeczy. Z wąskiej sieni wchodziło się do niewielkiej kuchni, a z kuchni do stajni, z  której prowadziło wyjście na zewnątrz przeznaczone dla zwierząt. W domku nie było żadnych wygód. Ubikacja znajdowała się w małej budce za domem, wodę trzeba było nosić ze studni i codziennie palić w piecu, by ugotować posiłek. W kuchni znajdował się mały piec, z kolei w pokoju był wielki piec chlebowy. Bardzo przyjemnie się do niego przytulało. 

W pokoju poza zwykłymi wersalkami stały wielkie małżeńskie łóżka moich dziadków, a nad nimi wznosił się cały szereg świętych obrazów zawieszonych pod powałą. Obrazy były bardzo duże, oszklone i majestatyczne. Kiedy wieczorem leżało się w łóżku i spojrzało w górę, modlitwa Aniele Boży nabierała zupełnie innego znaczenia. Miało się wrażenie, że Anioł Stróż siedzi nad samym łóżkiem... Wszystkie meble zgromadzone w domu były wykonane z drewna, bardzo ciężkie i trochę zniszczone. Służyły od kilkudziesięciu lat, ale wciąż były mocne. Ich dzisiejsze odpowiedniki już dawno byłyby porąbane na opał. Kiedy przeprowadziliśmy się do nowego domu, meble zostały zabrane również i służyły przez kolejne kilka lat, dopóki mamcia nie wymieniła ich na meblościanki i inne nowocześniejsze meble. 

Pod izbą mieściła się piwnica (tam babcia ukrywała żołnierza w czasie wojny), a nad całym domem stryszek. Na stryszku trzymano siano i słomę, a w środku pochowane jabłka. Na podwórzu mieściły się zabudowania gospodarcze. Babcia hodowała krowy, świnki i kury, a mój wuj trzymał konia. 

Często wracam wspomnieniami do tego domku i bardzo cieszę się, że w mojej pamięci zachowały się obrazy, do których mogę wracać. Czasami widzę siebie, jak kołyszę się w huśtawce zawieszonej na hakach wbitych w powałę, innym razem wspominam jak przed kuchennym oknem postawiłyśmy z mamą bałwana i zerkałam na niego przez cienką szybkę. Pamiętam ławkę stojącą pod omszałym płotem, kwitnące bzy i kasztany spadające na moją głowę. Pamiętam choinkę w rogu izby (oczywiście żywą) i miski łapiące krople deszczu kapiące z powały, pamiętam okrągły stół pośrodku pokoju i niebieską figurę Maryi na komodzie babci. I mam nadzieję, że pamiętać będę długo...

wtorek, 21 kwietnia 2015

Nic się nie stanie

Mam takie wrażenie, że żyjemy w bardzo niespokojnych czasach i wcale nie chodzi mi o sytuację militarną czy polityczną, ale o nas, zwykłych, szarych ludzi. Jesteśmy podatni na nerwy, chodzimy podminowani, łatwo wybuchamy, stresujemy się nie tylko poważnymi sprawami, ale i pierdołkami. a przy tym jesteśmy wciąż zmęczeni. Nie raz spotkałam się ze stwierdzeniem: a bo są ciężkie czasy, bo praca, bo niepewność dnia, bo to... bo tamto. Na pewno? Moja mama pracowała na trzy zmiany, po pracy zajmowała się gospodarką i domem, ale jakoś nie pamiętam, by chodziła podminowana, nie kojarzę, by krzyczała na kogoś "ty tępa krowo", bo za wolno jedzie samochodem. (no, dobra mało samochodów było, ale co z tego?), ludzie żyli w równie niepewnych czasach, nie mieli w domu wygód, w sklepach mogli kupić to, co było, nie to co chcieli, a sąsiad mógł ich "zgłosić" za to, że spotkali się z rodziną wieczorną porą i nie wiadomo po co. 

Być może pijemy za wiele kawy, być może zbyt wiele pracujemy, a może jesteśmy pobudzeni nieustannym jazgotem radia i telewizji? Być może to sztuczne dodatki, jakie pompuje się w jedzenie, wzbudzają w nas agresję? Nie wiem. Ale wiem, że jestem potwornie nerwowa, łatwo reaguję złością i zdarzy mi się burknąć nawet na dziecko. Ba... przyznam się teraz do czegoś, za co powinno się mnie spalić na stosie: zdarza mi się krzyknąć na dziecko, a potem palę się ze wstydu, bo niby za co? To nie w dziecku jest problem tylko we mnie. Ja jestem nerwowa, nie Mila. Ja biorę na siebie za dużo, a potem denerwuję się, gdy mała rączka odciąga mnie od pracy i każe malować ogórka. Ba, powiem Wam, że rozmawiałam o tym z kilkoma mamami i ten problem nie dotyczy wyłącznie mnie (pocieszające!), one również łatwo wpadają w nerwy w kontakcie ze swoimi dziećmi i mężami!

Musiałam coś z tym zrobić. Ustawić priorytety. Zrobić plan działania. Najpierw dziecko. Najważniejsze w każdej chwili i sytuacji. W sensie rodzina, bo i mąż i pies, choć dziecko zawsze na przedzie kolumny, bo najwięcej czasu z matką i najbardziej potrzebujące, najbardziej jeszcze bezradne. Potem dopiero zobowiązania. 

Praca. Jest potrzebna, bo dzięki niej rodzina zyskuje. Dodatkowe pieniądze są rodzinie potrzebne, zwłaszcza teraz, w obliczu przedszkola, zajęć i niezbędnych pomocy. Matka także zyskuje, bo każdy człowiek potrzebuje mieć coś, w czym jest dobry. Czasem będzie to właśnie opieka nad dzieckiem, a czasem to nie wystarczy i trzeba mieć co innego, w czym można się spełniać i rozwijać. Dziecko kiedyś podrośnie, coś trzeba będzie robić. Więc praca jest ważna. Ale nic ponad możliwości, bo wciąż dziecko na przodzie. Jeśli braknie stówki czy dwóch nic się nie stanie, jeśli braknie czasu dla dziecka - stanie się bardzo wiele. W niebieskich ślepkach pojawi się smutek, zakręci się łezka. Matce też to nie pomoże, bo poczuje się z tym fatalnie, odczuje wyrzuty sumienia, a chcąc pracować szybciej, zacznie się mylić i w efekcie będzie pracować jeszcze dłużej. 


Czasami bierzemy na siebie zbyt wiele, my sami kładziemy na swoje barki zbyt wiele i potem denerwujemy się, że dajemy rady, że  nie wyrabiamy. Co więcej oczekujemy, że dziecko (lub inna bliska osoba) to zrozumie, ale tak nie jest. Dziecko z pewnością tego nie zrozumie, ponieważ jest osóbką bezwarunkową, która kocha swoją mamę i tego samego żąda od mamy, okazuje zainteresowanie swoim rodzicom i tego żąda. Nie rozumie czym jest stres i obowiązek, wie, że mama i tata chodzą do pracy, czeka z niecierpliwością aż wrócą i poświęcą mu w końcu uwagę. Nie wie, że niedobry szef znów zwołał zebranie, lub szefowa kazała wziąć nadgodziny... Nie wie, dlaczego rodzic ma chmurną minę, widzi jednak i czuje, że coś jest nie w porządku.  

Nas pozornie to nie dotyczy, bo przecież Mila ma mamę w domu. Jednak czeka cierpliwie, aż mama skończy pisać i oczekuje, że kiedy mama skończy, zajmie się tylko nią. Denerwuje się, gdy mama odchodzi od komputera i ... idzie gotować obiad. Bo przecież miała już skończyć... płacze, ciągnie za rękę, żąda zabawek i książek. I właśnie tutaj objawiały się moje nerwy, tutaj pojawiało się najwięcej burknięć i krzyków. Aż pewnego dnia popłakałyśmy się obie i tego dnia obiadu już nie było, tylko jajko sadzone... Od tej pory jest inaczej, bo gotujemy razem, albo mama gotuje, gdy Mila śpi popołudniu. 

Poluzowałam sobie, przyznaję się bez bicia. I zdradzę Wam tajemnicę: świat się wcale nie kończy, kiedy w zlewie leżą talerze, a my rysujemy ogórka. Odkurzać można popołudniu, jeśli akurat lala Natalia z rana zaprasza na herbatkę. A jak popołudniu się nie odkurzy, to do następnego dnia kurz nas nie pokryje. Dzień ma tylko 24 godziny i nie jest z gumy, choć czasem tego oczekujemy. My też nie jesteśmy z żelaza i mamy prawo poczuć zmęczenie i nie wyrobić z wszystkim. Co więcej: zmieniłam jeszcze jedno, ustaliłam, że matka także ma prawo do chwili relaksu i przyjemności, z książką, serialem, spacerem, zakupami i czymś na co ma ochotę. Nie można sobie tego odmawiać, "bo nie ma czasu", wtedy najłatwiej o frustrację i nerwy, o ten brak cierpliwości do bliskich. To co zmieniłam póki co bardzo mi pomaga, odkąd wiem, że nic się nie stanie, jeśli czegoś nie zrobię w domu, jestem spokojniejsza, mniej się denerwuję i nie tracę cierpliwości do małej. Przecież zawsze mogę powiedzieć, że nie posprzątałam, bo robiłam coś bardzo ważnego. Bawiłam się z córką. 


środa, 15 kwietnia 2015

Rudy i smutny

Pogodę mamy dziś ładną, tyle że wieje solidnie. Jednak porządków w ogródku nie dało się dłużej odkładać, więc czapki na głowy i do grabi. Mila wiernie mi towarzyszyła... rozdeptując kretowiny. Ale ja nie o Mili i nie o porządkach dziś chciałam, ale o tym, że ciężko mi na duszy przez to, co spotkało nas popołudniu. Mianowicie ledwie wyszłyśmy do ogródka i zabrałyśmy do grabi, zawołały nas dzieci sąsiadów. Podeszłyśmy więc do płotka, żeby pogawędzić i wtedy z oczu zniknął mi Uszaty, nie przejęłam się tym jednak bardzo, bo Uszaty jest psiskiem dość usłuchanym i raczej z oczu nie znika bez powodu. Po chwili jednak dostrzegłam go... stojącego na torowisku! Szybko wzięłam córkę na ręce i zaczęłam schodzić w stronę torów. Wtedy zobaczyłam, że kundel wcale nie jest sam!

Obok niego stał mały, rudy piesek. Natychmiast przywołałam Uszatego do nogi, na szczęście szybko usłuchał. Kątem oka zauważyłam, że w zaroślach za torami znika biało-czarne coś, ale rudy piesek nadal stał dokładnie pomiędzy szynami. Krzyknęłam, żeby schodził, a wtedy zaczął powoli iść w stronę dworca. Ale jak szedł... maluteńkimi kroczkami, utykał i w końcu położył się na tych torach i zaległ. Roztrzęsłam się cała, bo lada chwila mógł jechać pociąg, a miernota zostałaby przejechana! Zrozumiałam, że coś ma nie tak z łapami albo tyłem, bo nie kulał, ale utykał na cały tył tak śmiesznie. W międzyczasie przybiegły dzieci sąsiadów i co było robić? Dziewczynka chwyciła Milę za rękę, a ja poszłam po tą rudą sierotę. Kiedy podeszłam sprawdziłam, czy nie ma czasem złych zamiarów względem mojej dłoni, ale zamerdał ogonkiem... i dalej leżał patrząc smutno. Wzięłam na ręce i zniosłam na trawę kawałek od torów. I tam sobie leżał chwilę nieśmiało merdając rudą szabelką. 

W tym czasie Uszaty zechciał okazać swoją zazdrość pod tytułem "moja pańcia" i rudego obszczekał. Nie było wyjścia. Milę na ręce, Uszatego ochrzanić i do domu. Psa przywiązałam na smyczy do krzesła ogrodowego, żeby nam nie chodził na zwiady, a my zabrałyśmy się do roboty. Ja obkopałam skalniak, Mila podeptała kretowiny, ale co chwila myślą wracałam do pieska. Postanowiłam, że kiedy Kocurzasty wróci z pracy, zamkniemy uszatego w domu i pójdziemy sprawdzić, czy jeszcze jest i jak się ma, ewentualnie zadzwonimy do jakiegoś ośrodka dla piesków. Po krótkiej chwili zauważyłam że piesek gramoli się z powrotem na nasyp. Obserwowałam go z daleka i czułam się cholernie bezsilna. 

Pies przez chwilę dreptał po torowisku tam i z powrotem szczekając słabo. Po chwili na łące ukazał się biało - czarny kundelek i dołączył do niego. Razem ruszyły w stronę wsi, naturalnie torami. Wstąpiła we mnie nadzieja, bo rudy szedł już o wiele szybciej. Doszłam do wniosku, że kończą eskapadę i idą do domu. Miałam tylko nadzieję, że po drodze nie minie ich pociąg...

Półtorej godziny później Kocurzasty wrócił z pracy, a wtedy Uszaty popędził do ogródka. Mąż poszedł za nim i dostrzegł na łące tego czarno-białego pieska. Niestety uciekł na widok naszego Uszatego do lasku, Kocurzasty za nim poszedł, ale go nie znalazł. Rudego nie było. Chcę myśleć, że gdzieś się schował, albo wrócił do domu i że nie spotkał tego cholernego pociągu... 

Nie wiem, czy to pora na psie romanse, czy ktoś je wyrzucił z pociągu? Nigdy wcześniej ich nie widziałam, teraz mało gdzie pies luzem lata. Jutro będę wypatrywać, może się pojawią? Ale tak mi źle i beznadziejnie. ..


wtorek, 14 kwietnia 2015

Jak zasłona z oczu

Pracowały biurko w biurko i szybko załapały wspólny język. Tematów do rozmów nie brakowało, obydwie były trochę po trzydziestce i były mężatkami, z tym, że Kinga miała dziesięcioletnią córkę, a Monika odkładała decyzję o dziecku na później. Każdy dzień rozpoczynały od zwierzania, z czym małżonek wyskoczył poprzedniego wieczoru i prędko zauważyły, że łączy je jeszcze coś...

- Wiesz - powiedziała kiedyś Monika - Mnie to strasznie brakuje swobody. Nie wyobrażam sobie, że mam być już na zawsze uwiązana w jednym związku. No, może nie do końca mi to przeszkadza, ale... uwielbiam być adorowana przez mężczyzn, a mój mąż... No, niby się stara, ale ...

- Ale to już nie jest to samo? - dopowiedziała ze zrozumieniem Kinga. - Jak ja cię kochana rozumiem! Czuję dokładnie to samo! Mój mąż jest bardzo dobrym człowiekiem, ale nie czuję już tego ognia co na początku. 

I tak sobie dyskutowały codziennie, wymieniając się poglądami, marzeniami, wspomnieniami i wszystkim tym, czym kobiety na ogół lubią się w rozmowie wymieniać. Poczuły tę specyficzną więź, która sprawia, że człowiek czuje się dobrze w swoim towarzystwie i którą czasami postrzega jako przyjaźń. Czy były przyjaciółkami? O, z pewnością natychmiast powiedziałyby że tak! Tylko ta złośliwa szefowa przypatrywała im się podejrzliwie, a nawet ośmieliła się powiedzieć, że na spotkania towarzyskie mogą umawiać się po pracy. 

- Pewnie, że możemy... - burknęła Kinga i kilka dni później rzeczywiście wylądowały w pobliskiej kafejce. 
- Jak tu ładnie! - zachwycała się Monika. 
- I nareszcie możemy porozmawiać swobodnie! - zgodziła się koleżanka. 

Toteż rozmawiały swobodniej i powierzały sobie kolejne tajemnice, dzięki czemu Monika dowiedziała się, że Kinga lubi od czasu do czasu zbałamucić jakiegoś chłopa, a Kinga dowiedziała się, że Monika przed mężem nie miała innego kochanka. Od tej pory bardzo często spotykały się po pracy, na początku w kafejkach i restauracjach, a potem również w pubach, bo odkryły, że przy piwie lub kieliszku wina rozmawia się jeszcze swobodniej. 

Monika była dziewczyną raczej spokojną i dopiero przy Kindze odkryła, że można wyjść bez  męża do pubu na piwo, a jak się dobrze zasiedzi to i załapać się na dyskotekę. Mąż Kingi pracował w delegacji, więc kobieta właściwie miała wolną rękę. Córka radziła już sobie coraz lepiej, chętnie zostawała na noc u babci, więc Kinga mogła imprezować dłużej. Monika nie miała tej swobody, mąż często wydzwaniał do niej, kiedy siedziały w pubie, a wtedy Kinga śmiała się z niej, że nie umie sobie chłopa wychować. Dla Moniki było to przykre, ale mimo to nie ugięła się, kiedy koleżanka zaproponowała jej, by wymyśliła jakąś dobrą "bajeczkę" i mogła zostać na całonocnej imprezie. Monikę co prawda kusiło, jednak czuła się nielojalna. Zdecydowała że porozmawia z  mężem szczerze i powie, że szykuje jej się babski wypad, a jeśli mąż się nie zgodzi, zapomni o temacie. Koleżanka wierciła jej jednak dziurę w brzuchu, że małżonek na pewno zechce się przyłączyć i w ostateczności Monika zrezygnowała. 

I kto wie, jak długo trwałaby ta dziwna przyjaźń, która zaczęła się nad biurkiem w odrapanym biurowcu, a następnie przeniosła do zadymionych krakowskich pubów, gdyby nie jeden wieczór. Po pracy Monika pobiegła do domu założyć lżejsze ciuchy i planowała dołączyć do koleżanki w stałym miejscu. Mąż jednak nie był zadowolony i doszło do krótkiej sprzeczki. Mężczyzna zwrócił Monice uwagę, że wychodzi do pubu co najmniej dwa razy w tygodniu, wraca coraz później i często czuć od niej alkohol. Zarzucił jej także, że źle dobiera sobie przyjaciół. Kobieta obruszyła się i bez słowa wyszła z mieszkania. Pojechała na spotkanie z Kingą. Była wściekła na męża za jego słowa, ale nie potrafiły jej wyjść z głowy. W pubie zjawiła się zła i przygnębiona. Kinga już na nią czekała, podobnie jak zamówiony kieliszek wina...

Po kilkunastu minutach humor Moniki poprawił się, kobieta rozluźniła się. I wtedy zadzwonił telefon Kingi. Kobieta zniecierpliwionym ruchem sięgnęła po komórkę, ale nie odebrała. Na to miejsce napełniła winem ich kieliszki. Telefon ucichł a następnie ponownie się rozdzwonił. Kinga skrzywiła się i spojrzała na wyświetlacz. 

- To moja córka - rzuciła tonem wyjaśnienia a potem dodała coś, od czego Monice aż zaparło dech - Nie teraz, dziecko, spierdalaj! 

W tej jednej chwili, jakby zasłona spadła jej z  oczu i spojrzała na koleżankę zupełnie innymi oczyma. To czego nie dokonały słowa jej męża, uczyniło jedno wulgarne słowo rzucone pod adresem niewinnego dziecka, które ośmieliło się zakłócić spokój swej matki. Ujrzała nieco podpitą kobietę z mocnym makijażem, luzacko rozpartą na skórzanej kanapie loży. Zerknęła w drugą stronę i napotkała w oknie odbicie drugiej takiej samej kobiety. To była ona sama! 

Monika już nigdy nie umówiła się z Kingą, ani na kawę, ani na lampkę wina. Do pubu wychodzi teraz z mężem, a raczej wychodziła, bo już niedługo sama zostanie mamą...

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Całkiem głupia sytuacja

Te z Was, które są ze mną dłuższy czas, wiedzą, jak dużą pomoc otrzymałam przed narodzinami i po narodzinach dziecka. Od sąsiadki - mamy trójki dzieci - dostaliśmy łóżeczko, pościel, ubranka, załatwiła nam także wózek od innej mamy, ponieważ swojego nie miała. Ubranka dostaliśmy także od innych osób, mam tu na myśli ubranka po innych dzieciach, dostaliśmy je między innymi od kuzynki Kocurzastego, jak również od moich koleżanek w pracy. To bardzo miła, a przede wszystkim ogromna pomoc, bo nie każdego stać na nowe rzeczy dla maluszka i to jeszcze na takie zakupy na raz. W późniejszym czasie ja też starałam się komuś pomóc, wózek powędrował do mojej kuzynki, kiedy spodziewała się dziecka (teraz wrócił, bo kuzynka twierdzi, że jeszcze mi się przyda. Kto wie, może kiedyś? ), ubranka też były rozdane między kilka dzieciaków. I z związku z tym przydarzyła mi się dość głupia sytuacja. Ale od początku...

Jedna z moich koleżanek z ówczesnej pracy ma córeczkę o dwa latka starszą i zaraz po USG, które wykazało, że urodzi się dziewczynka, przytargała do mnie dwie torby wypchane ubrankami. Bardzo się ucieszyłam, szczególnie, że większość tych ubranek było bardzo dziewczęcych, a do tej pory miałam raczej chłopięce, bo sąsiadka ma dwóch synków i tylko jedną córcię. Dodatkowo gust koleżanki bardzo pokrywał się z moim, a niektóre rzeczy były w bardzo fajnym stanie. Nie raz stroiłam córę w te ubranka, ale dość szybko z nich wyrosła, ponieważ jak pamiętacie, była dość dużym noworodkiem :)

Kilka miesięcy temu koleżanka odezwała się do mnie z pytaniem, czy mam jej ubranka, bo zgłosi się do mnie nasza wspólna koleżanka , która weźmie je dla swojego dziecka. Kurczę, powiem Wam, że zrobiło mi się strasznie głupio, bo po pierwsze ja zupełnie nie pamiętałam, które ubranka są akurat od tej nazwijmy ją Magdy, bo minęło niemal trzy lata. Po drugie moja córcia w nich chodziła, były wielokrotnie prane i nie były już w takim dobrym stanie, a te które były w dobrym stanie przekazałam dalej, między innymi kuzynce właśnie i szwagierce, która rodziła kilka miesięcy po mnie. Odparłam, że poszukam i faktycznie znalazłam kilka rzeczy w pudle na strychu wraz z innymi ubrankami, które zostały, ale naprawdę nie były one już takie zadbane. Mimo to wyprałam i czekałam. Po pewnym czasie odezwała się do mnie tamta dziewczyna w ciąży z pytaniem czy mam te ubranka i czy to nie kłopot, bo Magda jej powiedziała, że dała mi ubranka i teraz może sobie je ode mnie wziąć. Według mnie to bardzo kłopotliwa sytuacja, zarówno dla mnie, jak i dla dziewczyny, która miała je dostać. Bo to trochę na zasadzie: ja ci dam, ale odbierz sobie je od laski, której dałam je trzy lata temu. Z kolei ja poczułam się głupio, bo nie przyszło mi na myśl, żeby je trzymać dla koleżanki albo jakoś specjalnie oszczędzać. Traktowałam je jak wszystkie używane ubranka i jak się trafiła plama ( drugie imię dziecka - szczególnie mojego - to plama) to nie robiłam tragedii, prałam, a jak nie zeszło to cięłam na szmatki albo wyrzucałam. Jeśli przekazywałam dalej, to  te ubranka bez plam i niezmechacone, bo jak to tak dać komuś (bardzo) zniszczone? Tym bardziej jak oddać komuś zniszczone ubranka, skoro niby odbiera je w kogoś imieniu? A jak pomyśli, że sprzedałam? 

I co zrobiłam? Miałam odłożone trochę ciuszków "prezentowych", takich co to córcia nie zdążyła założyć albo założyła raz i więcej nie było okazji. Niektóre ciuszki miały nawet metki, ale je poodrywałam. I dałam. Koleżance powiedziałam, że nie pamiętam, czy to na pewno ciuszki od Magdy, bo minęło dużo czasu. W szafie znalazłam też sukienkę i kurtkę, które były na pewno od niej, ale z racji że były dużo większe, córka nosiłaby je dopiero teraz. Mimo to oddałam od razu. Zrobiła się z tego całkiem duża torba, ale nie uzbierałam aż tyle co dała mi Magda. Zapewniłam koleżankę, że jak Mila wyrośnie z sukienek, będziemy o niej pamiętać. Po wiosennych porządkach pisałam do niej na facebooku, ale napisała mi, że ma na razie strasznie dużo ciuchów i dziękuje. 

Mało komfortowa sytuacja, kosztowała mnie "trochę" nerwów. Szczerze mówiąc, nie spotkałam się z czymś takim, żeby ktoś upomniał się o to, co dał Mili. Owszem, jedna z koleżanek, Paulina, zaproponowała mi że jeśli chcę, pożyczy mi trochę ubranek. Nie da ale pożyczy, bo u niej leżą i czekają na drugie dziecko. I takie podejście mi się podoba, bo wtedy wiadomo, że takie ubranka trzeba inaczej traktować, bardziej na nie uważać, trzymać osobno, żeby nie pomieszać i tak dalej. Co prawda odmówiłam, ale bardzo jej byłam wdzięczna za propozycję. 

A Wy? Spotkałyście się kiedyś z taką sytuacją? Jesteście zdania, że skoro ktoś dał, to już nasze i mamy prawo tym rozporządzać, wedle własnego uznania? A może takie "prezenty"jednak traktować w kategoriach pożyczki? Ja sama nieraz otrzymane ciuszki rozdawałam, tak w rodzinie jak i po zaprzyjaźnionych rodzinach, bo dostałyśmy dużo, a Mordka wszystkiego sama nie zedrze :)


piątek, 10 kwietnia 2015

Być szczuplejszą...

Przed świętami wybrałam się do ulubionego ciucholandu, aby poszukać cienkiej kurteczki na wiosnę. Przy okazji kupiłam także delikatny, szary sweterek z kobiecym marszczeniem przy dekolcie, ładnie dopasowany do ciała. Wydałam niecałe 40 zł, a tyle radości i szczęścia do domu przywiozłam. Z chwilą kiedy wystroiłam się w "nową" kurteczkę, poczułam, jak dużą przyjemność sprawia mi strojenie się i że naprawdę lubię być kobietą. Miałam napisać "zadbaną kobietą", ale chyba za bardzo nie pasuje. Bo na fryzjera wciąż mi szkoda, poza tym czasu nie ma,  a odrost rośnie :) Ale do tego też dojdziemy. Póki co, słabo widać...

Myślę, że duży wpływ na moje zakupowe samopoczucie miało to, że schudłam. Czuję się lepiej rozmiar w dół. Nie jestem chudzielcem, ale te oponki na biodrach trochę zeszły. Owszem, z przodu nadal sterczy mi co nieco i niekoniecznie w biuście. Noszę sobie więc na górze 38, na dole 40, ale taką już mniejszą 40, jak się uprę - a uparta bywam jak każdy byk - to wejdę w to 38 na dole. Z racji, że wiele osób zarzucało mi że za bardzo schudłam, wydobyłam z szafy starą koszulę rozmiar XS i przekonałam się, że nie wsunę ramion w rękawy, więc chyba AŻ tak nie schudłam... A naprawdę sporo osób mi to mówi i bynajmniej nie z podziwem... (słowa jednej osoby: bo ja cię zawsze kojarzę jako grubą!) 

Nieprawda!
Jako dziecko byłam chudzielcem, takim wiecie z wystającymi kośćmi i sterczącymi kolankami. Kiedy zaczęłam dorastać, zaokrągliłam się tu i ówdzie, jak każda dziewczyna, a najbardziej w biodrach. Tyle, że te moje biodra to nie do końca były zaokrąglone z powodu tłuszczyku, ale bardziej budową kości. Taki specyficzny zarys bioder odziedziczyłam po mojej mamci, szczerze mówiąc wcale mi się one nie podobają i mam nadzieję, że geny oszczędzą ich mojej córce. Choć mój mąż twierdzi, że takie biodra są bardzooo seksowne, a ja mu wierzę. Moja ginekolog twierdzi, że są wspaniałe do rodzenia dzieci ale paradoksalnie ani ja ani mamcia się o tym nie przekonałyśmy, bo obydwie miałyśmy cesarki :) 

W każdym razie byłam chudzielcem - z okrągłymi biodrami - i to bardzo długo. Niedawno znalazłam zdjęcie z klasy maturalnej, na którym mam nogi jak patyki i wklęśnięty brzuch :P No, ale to była młodość. Kocurzasty przypomina mi także okres, kiedy pracowałam przy produkcji butów i wąchałam te wszystkie kleje. Podobno wyglądałam wtedy jak upiór, taka byłam chuda! Co się potem stało? Ano raz, że trafił mi się szereg prac związanych z przybieraniem na wadze: najpierw pracowałam w gastronomii, a tam jadło się właściwie cały czas. Potem pracowałam chwilę na sklepie, ale szybko wylądowałam w biurze, czyli przy pracy typowo siedzącej. Po powrocie do domu odpoczywałam przy grach komputerowych, telewizji i blogu :) To był również okres, kiedy w każdą niedzielę zjadałam na śniadanie 5 parówek z serem a w każdą sobotę i niedzielę obżeraliśmy się chipsami i zapijaliśmy pepsi przy serialach. Źle, bardzo źle, prawda? Obecnie chipsy pojawiają się w naszym domu praktycznie raz na miesiąc, czasem rzadziej, a pepsi ze dwa razy do roku? Parówek nie zjadam już pięć tylko trzy :P

Dodatkowo podejrzewam, że właśnie wtedy objawiła lub bardziej rozwinęła się moja choroba tarczycy. Mój endokrynolog wyjaśnił mi, że przy zaburzeniu pracy tarczycy metabolizm praktycznie nie działa, dlatego wiele osób poważnie tyje, a przy regularnym zażywaniu leków ponownie chudnie. W internecie można spotkać się z opinią, że euthyrox doskonale wpływa na chudnięcie, ale to nie takie proste. Lek pomaga wyrównać poziom hormonów, ale to hormony tarczycy decydują o metabolizmie, jak również o innych procesach zachodzących w ciele. 

Jak widzicie, spotykam się ze stwierdzeniem, że byłam gruba. Byłam. Nie ma co ukrywać. Jestem osobą niską, mam bodajże 163 cm wzrostu. Ile powinna wynosić moja waga? Nie wiem, nigdy nie umiem tego obliczyć. Na początku ciąży ważyłam około 65 kilogramów i byłam już mocno zaokrąglona. Pod koniec ciąży ważyłam 90! Z pewnością choroba mi nie pomogła, ale ja poza tym bardzo lubię jeść. Te z Was które są ze mną od czasów ciąży, być może pamiętają, że moją ciążową zachcianką były ziemniaki i frytki :) Po porodzie ważyłam ponad 80 - to naprawdę kawał ciała, jak na tak niską osobę. Teraz to ze mnie schodzi, potraficie wyobrazić sobie tę różnicę? 

Nie czuję się chuda, uważam, że rozmiar 38 - nawet i na dole :P - to naprawdę całkiem normalny rozmiar. Czuję się z moją obecną sylwetką o wiele lepiej. Większą radość sprawia mi kupowanie sobie nowych rzeczy, ładnych, kobiecych ciuszków. Nie wiem, ile ważę, bo nie mamy w domu wagi, ale Kocurzasty regularnie mnie podnosi i mówi, że jeszcze sporo... Nie przeszkadza mi to, wprost przeciwnie - lubię siebie i tak naprawdę chyba zawsze lubiłam, Choć wolę, zdecydowanie wolę szczuplejszy wariant, bo cały czas coś mi podszeptuje, że tak zdrowiej i lepiej. Nie lubię tylko tej zbolałej miny, gdy ktoś kto mnie nie widział trzy lata stwierdza: rany bosz... jak ty schudłaś. Ano schudłam, no i?


piątek, 3 kwietnia 2015

Radosnych świąt!



Z okazji nadchodzących świąt życzymy Wam rodzinnej, ciepłej atmosfery. Pięknego jaja. Smacznego buraczka. Kolorowej pisanki i posłusznego baranka. Niech Wam śnieżek nie leci do koszyka, ale ubierzcie się ciepło. Święta niech upłyną w wesołym klimacie, niech brzuszki się zapełnią, a śmigus dyngus nie chlapie po oczach :)

Wesołych, zdrowych i spokojnych zarazem. 

Nikki, Mordeczka, Kocurzasty i Uszate Psisko 



Ps. Muszę Wam powiedzieć, że krzesła do kuchni wczoraj przyszły. A już sobie w myślach układałam, jak pocisnę sprzedawcy negatywnym komentarzem. Teraz usilnie myślę, co mu pięknego napisać, bo krzesła są śliczne i wygodne, no i przyszły na czas. Miałam nie myć tych kuchennych szafek, ale trochę głupio mieć ładne krzesła i zaniedbane szafki, więc od wczoraj szoruję.... ;)

Sernik z brzoskwiniami upieczony, jaja w cebuli ugotowane. Teraz niech się jeszcze zrobi pogoda, żebyśmy jutro mogli iść na jajeczne spotkanie. I będzie pięknie. 

czwartek, 2 kwietnia 2015

Grudniowy poranek i ogłoszenie :)

Na początek ogłoszenie. Szukam: surowego poganiacza z cienkim batem, który będzie motywował mnie do pracy. Bo spod mojej lewej pachy wyszedł leń i rozlazł się po domu. Nie dość, że wyspałam się  do siódmej (w czwartek?? - babo!), to jeszcze nie mogę się zabrać za pisanie. Ktoś powie: przecież piszesz. Ale nie TO miałam pisać, tylko TAMTO. A mnie wystarczy, że mam trochę luzu na smyczy i już fikam sobie koziołki. Najwyraźniej ja wolę z wywieszonym językiem i paniką w oczach, może to jakieś hormony we mnie wyzwala? Aha, zapowiadam też  stanowczo, że nie będę myć szafek kuchennych na święta. Zupełnie straciłam motywację, bo malowanie odłożone na "po świętach" i "przy pogodzie", a zamówionych krzeseł ani widu...

Poza tym witam Was w ten grudniowy poranek. Tak, wiem, że dopiero co się zaczął kwiecień, a prima aprilis był wczoraj... I co z tego, skoro dziś u nas na podwórku jest śniegu po kostki? Krajobraz taki piękny, grudniowy, szkoda że szlag trafi kwiatuszki i listki, czyli to co wiosennie mnie cieszyło w ogródku. No i po co kupiłam cienką kurteczkę na święta za 28 zł w ciucholandzie, skoro nawet jej nie założę? A taka miałam iść ładna do święcenia! I do teściowej na jajo! Czy ta pogoda ma źle w głowie? 

A Wy już macie wszystko porobione?
Dalej nie wzięłam cebuli ze sklepu...
No, kurczak. Ja mówię, że się do Wielkanocy nie nadaję~!