Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 lutego 2016

17/366. Jak Asia krem z brokuła gotowała

Plan był ambitny: zupa-krem z brokułów, podana z pulpecikami mięsnymi, posypana startym żółtym serem. I wszystko wyszło tak ładnie: zupka zielona, że aż wiosenna, kuleczki krągłe i nie rozleciały się podczas gotowania, a ser żółty tak ładnie starł się na tarce, jakby tylko to w życiu robił. I to naprawdę mógł być udany obiad!

Mógłby, ale...

Kocur zaraz po wejściu do domu najpierw poszedł otwierać wszystkie okna, bo "znów ciągnie z ubikacji". Nie, kochanie, to brokuł się gotował...

Po wszystkich "ble" wydanych nad garnkiem parującej zielonej zupki, podniósł pokrywkę z rondelka i zauważył pulpeciki. Od razu podzielił się z ukochaną żoną spostrzeżeniem, że pulpeciki są jedyną formą mielonego mięsa, której nie lubi, bo powodują u niego mdłości. "Nie mówiłem ci?", zapytał zdziwiony. 

Na to wszystko żona zdecydowała się spróbować pulpecika i ... zauważyła u siebie mdłości. W tej sytuacji zmierzyła mięsko podejrzliwym spojrzeniem i ... zjadła samą zupę. Wcześniej przywołała do siebie dziecko i skutecznie zakleszczyła między kolanami. Tym sposobem udało się podać z pięć łyżek gęstej zupy i to bez uszczerbku na garderobie. Tak się jednak tym podawaniem zmęczyła, że z pozostałości na talerzu zrezygnowała.

Tym sposobem zupę z pulpecikami i serem zjadł tylko Kocurzasty... odmówił jednak "repety", zasłaniając się pełnym żołądkiem. Że niby taka gęsta i pożywna ta zupa?

Zwieńczeniem wieczoru był pies. Który wszedł na stół i zjadł ser do zupy... (zupy z resztkami mięsa nie tknął)


niedziela, 11 października 2015

Kurczak pieczony

Jakiś czas temu Mila przyswoiła sobie zwrot "kuźwa mać". Nie kojarzymy w jakich okolicznościach. Być może podczas rodzinnego oglądania futbolu, gdy Lewandowski, albo jakiś inny nie trafił w bramkę. Być może podczas rodzinnego gotowania, gdy pies materializuje się pod nogami, a dłoń upuszcza fileta z kurczaka? Może od babci, która w użyciu ma jeszcze ciekawsze wyrażenia, więc trzeba się cieszyć, że padło akurat na mało atrakcyjną, ale wcale nie najgorszą kuźwę? 

Nie wiemy, kiedy kuźwa weszła do czynnego słownika naszego dziecka, ale wiemy, że nieprawidłowo zareagowaliśmy. Najpierw śmiechem, bo takie "kuźwa mać" wypowiedziane z groźnie zmarszczonymi dziecięcymi brewkami rozśmieszyłoby nawet głaz. Następnie zaś napomnieniami i prośbami, by dziecko tak nie mówiło. A musicie wiedzieć, że takie napomnienia w takim wieku niosą efekty odmienne od zamierzonych. Czyli dziecko z radosnym uśmiechem powtarza "kuźwę" z zamiłowaniem i pięknym naciskiem na "mańć". Bo nasze dziecko końcówkę sobie też odmieniło. 

Z racji, że ostatnio jeździmy po różnych ludziach, gdzie "kuźwa" absolutnie nie jest pożądana, zdecydowaliśmy się z cholerą zawalczyć. Pani Justyna mówi, że taka "kuźwa" i tak jest niegroźnym przypadkiem, ale my jednak wolelibyśmy zamienić ją na coś innego. Może ne kuźnię? O, taka kuźnia mać, na przykład, jak fajnie brzmi? Ostatecznie stwierdziliśmy, że będziemy dziecko poprawiać i mówić, "kurczak pieczony". Wczoraj kurczak znalazł zastosowanie, gdyż podczas kolacji dziecku z talerza uciekł kabanos i orzekło. 

- No, kuźwa mańć!
Popatrzyliśmy na siebie z Kocurzastym i dalej tłumić parsknięcia wesołości, trzeba dziecku pokazać, że taka kuźwa wcale zabawna nie jest. Przybraliśmy więc surowe miny. 
- Kurczak pieczony. 
- Kurrrczak pieczony. 
- Kuźwa manć - dodało dziecko. 
Ręce nam opadły. 
- Mówi się kurczak pieczony. Kurczak pieczony jest zabawny! - Kocurzasty zademonstrował, jak to przy kurczaku można boki zrywać. 
- Kurczak pieczony! - powtórzyło zachwycone dziecko, parskając śmiechem i kabanosem. 
- Tak, właśnie tak! - wołamy uradowani. 
Nagle z widelca odrywa się kawałek oliwki i ląduje przed psim nosem. Dziecko spogląda za oliwką i woła:
- No, kurczak pieczony... kuźwa manć. 

Długa droga przed nami. Ale mogło być gorzej, co nie?

piątek, 21 sierpnia 2015

Tanie sentymenty

Odkąd pamiętam w naszym domu kuchnia była bardzo ważnym miejscem. Kiedy mieszkaliśmy jeszcze w starym domu, kuchnia była malutka. Kiedy wybudowali dom nowy, babcia cieszyła się, że kuchnia będzie wielka i wyposażona w porządny kaflowy piec. W kuchni koncentrowało się życie domu, tu się jadało posiłki, spotykało po pracy, rozmawiało, a nawet myło - w domu nie było wtedy łazienki - czy spało na małej wersalce. Kuchnia była królestwem babci i musiała być wyposażona odpowiednio do swojego statusu. 

Pewnie nie zdziwię Was, kiedy napiszę, że dawniej robiono porządne rzeczy i wyposażenie kuchenne nie stanowi tutaj wyjątku. Te rzeczy przetrwały naprawdę wiele lat. Większość kuchennych przedmiotów w naszym domu pochodziło jeszcze ze starego domu i kiedyś należało do babci. Jeszcze parę lat temu tarłam na plastykowej tarce ogórki na mizerię. Gdzieś na strychu zagubiła się metalowa maszynka do mięsa (taka ciężka, wiecie jaka?), gdybym ją znalazła i wyszorowała, pewnie mogłabym robić z jej pomocą kotlety mielone. Sól zawsze stała na piecu kuchennym, w starym glinianym dzbanku. Podobny dzbanek nasz historyk z podstawówki demonstrował nam na lekcjach jako zabytek, a ja siedziałam cicho, żeby nie kazał przynieść :)

Ze mnie jest marna gospodyni, chyba już o tym wspominałam. Do tego gapa okropna, więc pewnie Was nie zdziwi, że dzbanek stłukłam. Bardzo mi go szkoda, ale... No właśnie. Ale. Bo przecież coraz częściej dążymy do tego, by nasze wnętrza, nie tylko kuchenne, były coraz bardziej eleganckie i nowoczesne. Być może odrapany dzbanek by do nich nie pasował i zaległ gdzieś w piwnicy. Makutrę z tłuczkiem zastępujemy mikserem. Maszynkę do mięsa z korbką elektrycznym robotem. Młynek do kawy - ekspresem. To zupełnie naturalne. 

A jednak szkoda mi tych babcinych gratów. Gratów pisanych z czułością i sentymentem. Tak, jestem sentymentalna. Tak, nie umiem wyrzucić starej chochelki z ruszającą się główką. Tak, stosuję mikser przy każdym cieście i przekładam w szufladzie bezużyteczną pałkę do ucierania. A kiedy wchodzędo starych domów, czuję nie tylko ich zapach ale ich duszę. 

W naszym niestety jej nie czuję. Może musi się zestarzeć? Może kiedyś się jej dorobi? 

ps. Tanie sentymenty. Dlaczego? Bo ekonomicznie, to proste :)

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Pada deszcz

W niedzielne popołudnie od zachodu nadciągnęły ciemne chmury. Parę racy huknęło gdzieś w dali, potem zaszumiało i kiedy wyjrzałam przez okno, okazało się, że pada. Ucieszyłam się. Straszyło od kilku dni, zanosiło się i roznosiło. W czwartek też przyszły chmury, czarne jak noc. Zrobiło się nieprzyjemnie. A potem spadły trzy krople wody, które nawet nie obudziły kota drzemiącego na stole przed oknem. 

Wczoraj to co innego. Solidna ulewa z burzą przy okazji. W momencie zrobiło się ciemno i nieprzyjemnie, trzeba było wyłączyć wszystko z prądu. Mila przespała całą burzę, ja siedziałam przy niej i wpatrywałam się w okno. Do moich kolan przykleił się rozedrgany pies. Parę razy huknęło gdzieś blisko i w niedługim czasie zawyła syrena strażacka. Tego momentu nie lubię najbardziej, dają o sobie znać skutki nawałnicy. Oby tylko połamane gałęzie, nie pioruny...

Ta burza i tak nie była taka straszna, przynajmniej nie u nas. Tym razem nie wydobyłam z barku świeczki. Tak właśnie robiła mamcia - przy tych najgorszych burzach zapalała w oknie gromnicę. Teraz ja tak robię, wtedy kiedy boję się najbardziej. Od palącej świecy strach jest mniejszy, nie wiem, jakim cudem, ale jest...

Dziś ranek obudził nas deszczem i grzmotami gdzieś w oddali. Burza minęła, pozostało przyjemnie chłodne powietrze. Miałam nadzieję, że wyjdzie słońce i będziemy mogły wyjść do ogródka, ale ciapie. Nie dopiszę "niestety", bo deszcz jest w tej chwili bardzo potrzebny. Niech ciapie. 

czwartek, 18 czerwca 2015

Czereśniowe ciasto babci

Misia ma taką książeczkę z historyjką i naklejkami "Czereśniowe ciasto babci". Jest to historia o małej dziewczynce Zosi, która nocuje u babci, a następnego dnia zajada się pysznym ciastem czereśniowym. Bardzo lubi tę książeczkę, co widać po stanie technicznym :P

Postanowiłam dziecku sprawić przyjemność i dziś powstało czereśniowe ciasto Misi :)
Nie było lekko, bo w domu ani grama masła i ograniczona ilość mąki. Ale udało się. 
Taka oto niespodzianka czekała na maluszka, kiedy wstał z popołudniowej drzemki. 
Coś mi się wydaje, że zupa dziś pójdzie w odstawkę, ale raz na rok można. 
Właśnie wchodzi trzeci kawałek :)

Też chcecie?
Proszę uprzejmie, zapraszamy na kawę i herbatę owocową. Do wyboru :)


Nie będę się wymądrzać przepisem, bo nie mój, tylko po prostu Wam kliknę LINK! 
Po prostu my zastąpiłyśmy śliwki mieszanką czereśni i borówek amerykańskich. 
I jest pycha :)

Dziś mam rewelacyjny nastrój. Troszkę przez pracę , bo dostałam fantastyczną propozycję, trochę przez popołudniową kawę z chrzestną Misiaczka, trochę przez ciasto, a trochę bo dziecko zawołało dziś radośnie: Jedzie pociong, ćerwony jeśt jak matewka. 

Brawo misia!

ps. Kocia Dama zostaw maila po zaproszenie na Miskę :)

piątek, 29 maja 2015

Kwiatowe love :)

Przez parę dni nurtowało mnie, co to takiego niebieskiego mieni się w oddali, w końcu przedarłam się przez wysokie trawsko i moim oczom ukazał się poniższy widok. Aż zaparło mi dech, bo to taka miła niespodzianka i zupełnie nieoczekiwana! 

W tym roku jakoś bardziej cieszą mnie kwiatki, posadziłam sobie trochę w doniczkach na parapetach zewnętrznych i podziwiam ich kolory. W ogródku niewiele się uchowało, bo mnie ogrodnictwo nigdy nie cieszyło i co tu dużo mówić: zaniedbało się. Przed domem mamy wierzbę z tych takich egzotycznych (kiedyś mówiłam na nią popieprzona wierzba, bo do wierzby za cholerę nie podobna), niekwitnące hortensje, wpół dzikiego migdałka i zarośnięte konwalie. Tak zarośnięte że ich nie widać. Chciałabym mieć piękny ogródek, z zadbanym trawnikiem, huśtawką i wygodnym stolikiem do kawy. Ale do tego droga daleka i drogie pieniądze. Bo trzeba kupić kosiarkę po(d)ręczną i któregoś roku puścić w ziemi rurki, które odprowadzałyby deszczówkę zbierającą się w wielkie kałuże na jedynym płaskim miejscu przed domem. 

Pod jabłonią zrobiłam sobie mini skalniak, czy raczej rabatę obłożoną kamieniami. I na tej rabacie to mamy wszystko. Irysa, takie coś pełzające z zielonymi listkami, narcyza, trzydziestoletniego tulipana, którego przesadziłam ze starego ogrodu babci, białego fiołka, a nawet truskawki. Truskawek chyba w tym roku nie będzie, bo jak kwitły to zaczęło padać i było zimno... Posadziłam tam też tajemnicze cebulki, które przyniosła mi teściowa, ale wykiełkowało tylko jedno. O ile to to :P
Ta rabata w sumie jest jedynym miejscem, które plewię, o ile mam czas, a czas mam rzadko. Jak jest ładna pogoda to skubię trawę z nudów, kiedy wychodzę z dzieckiem do ogródka. Staram się utrzymać przy życiu pozostałości po mamcinym ogródku. Ona to kochała i miała rękę do kwiatów. W jednym zakątku ogrodu miała długi pasek z żółtych irysów. Po czasie przestały kwitnąć, w tym roku oplewiłam je troszkę i przedwczoraj zauważyłam, że mają pąki. To dziwne, ale takie na wpół dzikie cieszą moje oko bardziej niż na rabacie!

W zeszłym roku posadziliśmy borówkę amerykańską. Ona  również w tym roku zakwitła i jeśli się poszczęści Mila zje pierwsze nasze boróweczki w tym roku. Kocurzasty namierzył też leszczynę, która sama posiała się przed domem i posadził ją w bardziej ogródkowym miejscu. Po czasie okazało się, że tych leszczyn naokoło domu jest mnóstwo. Ciekawe, czy kiedyś będą mieć orzechy? 
Cieszy mnie każde drzewko, które wyrasta wokół domu. Mamy już dwa dęby i jedną lipę, posiała się też brzoza. Podobają mi się domy otoczone drzewami, najlepiej wysokimi i starymi,  choć wiem, że to zupełnie niepraktyczne. Taka ze mnie romantyczna dusza... Pewnie kiedyś trzeba będzie je wyciąć, ale na razie mnie cieszą... Swoją drogą, teraz ludzie wycinają drzewa, a kiedyś budowano domy właśnie obok dużych drzew, wierząc że skoro drzewo czerpie siły do wzrostu z tego miejsca, jest ono dobre na dom. Szczególnie ceniono lipy właśnie :)

Będąc w pizzerii w mieście ujrzałam taki kwietnik z bratkami i zakochałam się. Tyle lat były dla mnie kwiatami cmentarnymi, teraz marzę o nich w ogrodzie :)

zielonyogrodek.pl




środa, 6 maja 2015

Nigdy nie wytnę jabłoni...

Wiosna, Boże, jaka ona jest piękna... momentami tak, że aż dech zapiera. Wczoraj wracając z kapliczki, przystanęłam na chwilę na wzniesieniu, u którego podnóża stoi nasz dom i upajałam się zapachem wiosny. Kwitną korczyny, jabłonie, kwiaty w ogrodzie u sąsiadki, świeżo skoszona trawa i wilgotna ziemia. Piękny aromat i piękny widok, kiedy tak o zmierzchu patrzy się na stare drzewa skąpane w białych płatkach. Mam wrażenie, że nowe drzewka nie kwitną tak pięknie, jak te stare, z poskręcanymi i omszałymi konarami. Na szczęście to dla mnie żaden problem, bo wszystkie drzewa na naszym podwórku są stare, mają po kilkadziesiąt lat...

Przed kilkoma laty obserwowałam zmagania moich sąsiadów z zagospodarowaniem ogrodów. Dawniej niemal każdy miał przy domu grządki, a na nich podstawowe jarzyny, truskawki, gdzieś w kącie krzaki porzeczek i agrestu. I oczywiście drzewka owocowe, jabłonie, śliwy, grusze i wiśnie. Z biegiem czasu sadzenie warzyw przestało być opłacalne, czy może konieczne, bo przecież zawsze można skoczyć do sklepu po pietruszkę czy marchewkę. Grządki zostały więc wyrównane i obsiane zieloną trawą, na której dzielnie pracują kosiarki. Wiele osób wycięło także owocowe drzewa, bo były stare i zmurszałe, pewnie nie dawały owoców, a może nie musiały, bo jabłka też są w sklepie? Zastąpiły je zielone iglaki, wierzby mandżurskie i inne ozdobne drzewka. A mnie jest szkoda kwitnących jabłoni i nigdy ich nie wytnę. Pewnie kiedyś dokończą żywota, ale może nie tak szybko. Póki sąsiadka przychodzi na jesień po renety, póki wiosną siedzimy w cieniu ukwieconego drzewa, niech będą i niosą radość... piękno dla oczu, zapach dla nosa, uśmiech dla twarzy. Jest coś w kwitnących drzewach, co mnie zachwyca. Nieprzerwanie :)

Zdjęcie nie jest moje, ponieważ nasz aparat znów odmówił posłuszeństwa, ale jest właśnie tak pięknie!

https://angelika27z.wordpress.com/

sobota, 2 maja 2015

Majówkowe klimaty i te (seksualne) sprawy...

Przyszedł długo wyczekiwany majowy weekend - długi tak zwany. Tak jak zapowiadałam, od rana jesteśmy dziś z dzieckiem same, tata bezpiecznie dojechał tam, gdzie miał dojechać i zapewnia, że tęskni... taaa. Pewnie tak, jak i my :P Zastanawiam się, czy już teraz pić trzecią kawę, czy gdzieś za godzinę. Jak za wcześnie wypiję, to zachodzi obawa, że koło piątej najdzie mnie na kolejną, a przecież nie można pić tylu kaw. A może w wolny dzień jednak można? :) 

Jak spędzacie długi weekend? 
My czytamy (obie), malujemy obrazki w malowankach (ja), oglądamy seriale kiedy dziecko śpi (ja), sylabizujemy (dziecko), denerwujemy ludzi (pies), gramy w różne gry z wymyślonymi zasadami, bo te ustalone przez producenta się nie sprawdziły :)

Klimat majowego weekendu bynajmniej nie nastraja optymizmem. Od kilku dni po facebooku krążył tragikomiczny obrazek zapowiadający na długi weekend 30 stopni Celsjusza - 10 w piątek, 10 w sobotę i 10 w niedzielę... U nas całe 12 więc i tak jesteśmy do przodu. Niemniej majówka  spędzona całkowicie w domu i to jeszcze zachodzi potrzeba palenia w piecu! Tak się porobiło! Może to i dobrze, że Kocurzasty nie pomyślał o wspólnym długim weekendzie, bo przy takiej pogodzie szkoda pieniędzy i zachodu. Wolę poczytać. No chyba że zabrałby nas do jakichś gorących źródeł, ale wątpię, by przyszło mu to do głowy, faceci nie mają AŻ takiej fantazji...

Na koniec coś z seksualnych klimatów. Wiecie, że przed jedzeniem należy myć ręce? Wiecie. A wiecie, że po jedzeniu też? Mój mąż nie wie. Najpierw doprawiał sobie kolację świeżą papryczką chili, a następnie zebrało się mu na amory. Które trzeba było przerwać (moją) szybką kąpielą, bo dosłownie płonęłam. I bynajmniej nie z pożądania... A więc, dobra rada. Jeśli planujecie oddać się w dłonie swoich mężczyzn, sprawdźcie co nimi kroili i czy je umyli ;)

ps. Po kąpieli było fajnie, żeby nie było :)


wtorek, 28 kwietnia 2015

Lubię

Lubię, kiedy zjawiacie się na blogu i lubię Was bardzo. Chciałam Wam to napisać. Uświadomiłam sobie, że mam już niemal trzydzieści trzy lata, a więc blog prowadzę niemal 7 lat. Generalnie to Margolka mi przypomniała w jednej z ostatnich swoich notek. Bo my z Margolką jesteśmy równolatkami blogowymi, podobnie zresztą jak wiele z Was. Tamten okres był rewelacyjny dla blogosfery - wiele ludzi tym się zajęło i przybyło blogów. Szkoda, że część z nich już zniknęła albo stoi puste, a blogerzy nie dają znaku życia. Człowiek przyzwyczaja się do internetowych znajomości i potem martwi się, czy milczenie nie jest spowodowane czymś smutnym, albo co gorsza ostatecznym...

Dzisiaj nad naszym domem przeszła pierwsza wiosenna burza, niebo zasnuły chmury, padał ciepły deszcz i spadały pioruny. I choć na ogół boję się burzy, dziś byłam dziwnie spokojna, a nawet wzruszona, że przyszła kolejna wiosna i wszystko rośnie i pachnie! Bo rośnie i pachnie po prostu nieziemsko. Chyba naprawdę starzeję się, skoro przy burzy płaczę nie ze strachu ale z nostalgii... :D


środa, 22 kwietnia 2015

Pod słomianym dachem

Zainspirowana notką u Klarki postanowiłam napisać o domu, w którym rozpoczęłam swoje życie. Nie mogę powiedzieć, że się w nim urodziłam, bo urodziłam się w szpitalu, ale w domku tym urodziła się moja mama, jak również niemal wszystkie ciotki i wujkowie. Ja jednak rozpoczęłam w nim swoje życie, tam zostałam przywieziona ze szpitala, tam mieszkałam przez pierwsze trzy lub cztery lata mojego życia i o dziwo pamiętam ten dom bardzo dobrze...

Myślę, że mało która młoda osoba (ale sobie słodzę!) może pochwalić się, że mieszkała w domku krytym strzechą ze słomy.  A ja mogę, choć bynajmniej nie jest to wielki powód do radości. Niemniej ten szczegół nada mojej historii pewnego klimatu, ponieważ podkreśli jak bardzo stary był dom mojej babci. Dach też był stary i pod koniec solidnie przeciekał. Pamiętam, jak w deszczowe dni mamcia i babcia rozkładały po izbie miski i wiaderka, by łapały spadające krople. Nic przyjemnego, jak można się domyśleć, jednak trzyletniemu dziecku wydawało się to oczywiście zabawne...

Dom stał na lekkim pagórku, dokładnie pomiędzy torami kolejowymi i gościńcem. (Zwróćcie uwagę, że w tej notce będę używać słów i zwrotów, które zapamiętałam z tamtego okresu i którymi określało się niektóre przedmioty i miejsca. Tym sposobem na pokój nie mówiło się inaczej jak izba, a dom stał przy gościńcu, nie przy drodze). Tak więc dom stał między torami kolejowymi a gościńcem, frontem zwrócony ku tym pierwszym. Przed domem znajdowały się dwa ogródki, w których moja babcia uprawiała warzywa i kwiaty. Ogrodzone były płotkiem z pokrytych mchem, zmurszałych palików. Pomiędzy dwoma ogródkami wiodła wąziutka alejka ocieniona krzakami białego i fioletowego bzu, a alejką wiodła wydeptana ścieżka. Jeśli ścieżką skierowało się na prawo, doszło się ku stacji PKP, jeśli w lewo - do studni, skąd rodzina i sąsiedzi czerpali wodę. Ogródki zapełniały piękne i różnobarwne kwiaty: pamiętam piwonie, różę pnącą się po płocie, malwy, tulipany i narcyzy, ale z pewnością było ich więcej. Pod płotem rosły porzeczki, agrest i maliny. Obok chaty rosły także jabłonie, wierzby i ogromny kasztan, pod którym bawiłam się będąc dzieckiem. 

Domek został zbudowany z grubych, drewnianych bali i pobielony na blado niebieski kolor. Jak już wspomniałam był pokryty słomą i miał wąskie okienka. Od frontu mieściła się duża izba, w której spała cała rodzina, oraz komora w której prawdopodobnie trzymano zapasy i inne ważne rzeczy. Z wąskiej sieni wchodziło się do niewielkiej kuchni, a z kuchni do stajni, z  której prowadziło wyjście na zewnątrz przeznaczone dla zwierząt. W domku nie było żadnych wygód. Ubikacja znajdowała się w małej budce za domem, wodę trzeba było nosić ze studni i codziennie palić w piecu, by ugotować posiłek. W kuchni znajdował się mały piec, z kolei w pokoju był wielki piec chlebowy. Bardzo przyjemnie się do niego przytulało. 

W pokoju poza zwykłymi wersalkami stały wielkie małżeńskie łóżka moich dziadków, a nad nimi wznosił się cały szereg świętych obrazów zawieszonych pod powałą. Obrazy były bardzo duże, oszklone i majestatyczne. Kiedy wieczorem leżało się w łóżku i spojrzało w górę, modlitwa Aniele Boży nabierała zupełnie innego znaczenia. Miało się wrażenie, że Anioł Stróż siedzi nad samym łóżkiem... Wszystkie meble zgromadzone w domu były wykonane z drewna, bardzo ciężkie i trochę zniszczone. Służyły od kilkudziesięciu lat, ale wciąż były mocne. Ich dzisiejsze odpowiedniki już dawno byłyby porąbane na opał. Kiedy przeprowadziliśmy się do nowego domu, meble zostały zabrane również i służyły przez kolejne kilka lat, dopóki mamcia nie wymieniła ich na meblościanki i inne nowocześniejsze meble. 

Pod izbą mieściła się piwnica (tam babcia ukrywała żołnierza w czasie wojny), a nad całym domem stryszek. Na stryszku trzymano siano i słomę, a w środku pochowane jabłka. Na podwórzu mieściły się zabudowania gospodarcze. Babcia hodowała krowy, świnki i kury, a mój wuj trzymał konia. 

Często wracam wspomnieniami do tego domku i bardzo cieszę się, że w mojej pamięci zachowały się obrazy, do których mogę wracać. Czasami widzę siebie, jak kołyszę się w huśtawce zawieszonej na hakach wbitych w powałę, innym razem wspominam jak przed kuchennym oknem postawiłyśmy z mamą bałwana i zerkałam na niego przez cienką szybkę. Pamiętam ławkę stojącą pod omszałym płotem, kwitnące bzy i kasztany spadające na moją głowę. Pamiętam choinkę w rogu izby (oczywiście żywą) i miski łapiące krople deszczu kapiące z powały, pamiętam okrągły stół pośrodku pokoju i niebieską figurę Maryi na komodzie babci. I mam nadzieję, że pamiętać będę długo...

wtorek, 21 kwietnia 2015

Nic się nie stanie

Mam takie wrażenie, że żyjemy w bardzo niespokojnych czasach i wcale nie chodzi mi o sytuację militarną czy polityczną, ale o nas, zwykłych, szarych ludzi. Jesteśmy podatni na nerwy, chodzimy podminowani, łatwo wybuchamy, stresujemy się nie tylko poważnymi sprawami, ale i pierdołkami. a przy tym jesteśmy wciąż zmęczeni. Nie raz spotkałam się ze stwierdzeniem: a bo są ciężkie czasy, bo praca, bo niepewność dnia, bo to... bo tamto. Na pewno? Moja mama pracowała na trzy zmiany, po pracy zajmowała się gospodarką i domem, ale jakoś nie pamiętam, by chodziła podminowana, nie kojarzę, by krzyczała na kogoś "ty tępa krowo", bo za wolno jedzie samochodem. (no, dobra mało samochodów było, ale co z tego?), ludzie żyli w równie niepewnych czasach, nie mieli w domu wygód, w sklepach mogli kupić to, co było, nie to co chcieli, a sąsiad mógł ich "zgłosić" za to, że spotkali się z rodziną wieczorną porą i nie wiadomo po co. 

Być może pijemy za wiele kawy, być może zbyt wiele pracujemy, a może jesteśmy pobudzeni nieustannym jazgotem radia i telewizji? Być może to sztuczne dodatki, jakie pompuje się w jedzenie, wzbudzają w nas agresję? Nie wiem. Ale wiem, że jestem potwornie nerwowa, łatwo reaguję złością i zdarzy mi się burknąć nawet na dziecko. Ba... przyznam się teraz do czegoś, za co powinno się mnie spalić na stosie: zdarza mi się krzyknąć na dziecko, a potem palę się ze wstydu, bo niby za co? To nie w dziecku jest problem tylko we mnie. Ja jestem nerwowa, nie Mila. Ja biorę na siebie za dużo, a potem denerwuję się, gdy mała rączka odciąga mnie od pracy i każe malować ogórka. Ba, powiem Wam, że rozmawiałam o tym z kilkoma mamami i ten problem nie dotyczy wyłącznie mnie (pocieszające!), one również łatwo wpadają w nerwy w kontakcie ze swoimi dziećmi i mężami!

Musiałam coś z tym zrobić. Ustawić priorytety. Zrobić plan działania. Najpierw dziecko. Najważniejsze w każdej chwili i sytuacji. W sensie rodzina, bo i mąż i pies, choć dziecko zawsze na przedzie kolumny, bo najwięcej czasu z matką i najbardziej potrzebujące, najbardziej jeszcze bezradne. Potem dopiero zobowiązania. 

Praca. Jest potrzebna, bo dzięki niej rodzina zyskuje. Dodatkowe pieniądze są rodzinie potrzebne, zwłaszcza teraz, w obliczu przedszkola, zajęć i niezbędnych pomocy. Matka także zyskuje, bo każdy człowiek potrzebuje mieć coś, w czym jest dobry. Czasem będzie to właśnie opieka nad dzieckiem, a czasem to nie wystarczy i trzeba mieć co innego, w czym można się spełniać i rozwijać. Dziecko kiedyś podrośnie, coś trzeba będzie robić. Więc praca jest ważna. Ale nic ponad możliwości, bo wciąż dziecko na przodzie. Jeśli braknie stówki czy dwóch nic się nie stanie, jeśli braknie czasu dla dziecka - stanie się bardzo wiele. W niebieskich ślepkach pojawi się smutek, zakręci się łezka. Matce też to nie pomoże, bo poczuje się z tym fatalnie, odczuje wyrzuty sumienia, a chcąc pracować szybciej, zacznie się mylić i w efekcie będzie pracować jeszcze dłużej. 


Czasami bierzemy na siebie zbyt wiele, my sami kładziemy na swoje barki zbyt wiele i potem denerwujemy się, że dajemy rady, że  nie wyrabiamy. Co więcej oczekujemy, że dziecko (lub inna bliska osoba) to zrozumie, ale tak nie jest. Dziecko z pewnością tego nie zrozumie, ponieważ jest osóbką bezwarunkową, która kocha swoją mamę i tego samego żąda od mamy, okazuje zainteresowanie swoim rodzicom i tego żąda. Nie rozumie czym jest stres i obowiązek, wie, że mama i tata chodzą do pracy, czeka z niecierpliwością aż wrócą i poświęcą mu w końcu uwagę. Nie wie, że niedobry szef znów zwołał zebranie, lub szefowa kazała wziąć nadgodziny... Nie wie, dlaczego rodzic ma chmurną minę, widzi jednak i czuje, że coś jest nie w porządku.  

Nas pozornie to nie dotyczy, bo przecież Mila ma mamę w domu. Jednak czeka cierpliwie, aż mama skończy pisać i oczekuje, że kiedy mama skończy, zajmie się tylko nią. Denerwuje się, gdy mama odchodzi od komputera i ... idzie gotować obiad. Bo przecież miała już skończyć... płacze, ciągnie za rękę, żąda zabawek i książek. I właśnie tutaj objawiały się moje nerwy, tutaj pojawiało się najwięcej burknięć i krzyków. Aż pewnego dnia popłakałyśmy się obie i tego dnia obiadu już nie było, tylko jajko sadzone... Od tej pory jest inaczej, bo gotujemy razem, albo mama gotuje, gdy Mila śpi popołudniu. 

Poluzowałam sobie, przyznaję się bez bicia. I zdradzę Wam tajemnicę: świat się wcale nie kończy, kiedy w zlewie leżą talerze, a my rysujemy ogórka. Odkurzać można popołudniu, jeśli akurat lala Natalia z rana zaprasza na herbatkę. A jak popołudniu się nie odkurzy, to do następnego dnia kurz nas nie pokryje. Dzień ma tylko 24 godziny i nie jest z gumy, choć czasem tego oczekujemy. My też nie jesteśmy z żelaza i mamy prawo poczuć zmęczenie i nie wyrobić z wszystkim. Co więcej: zmieniłam jeszcze jedno, ustaliłam, że matka także ma prawo do chwili relaksu i przyjemności, z książką, serialem, spacerem, zakupami i czymś na co ma ochotę. Nie można sobie tego odmawiać, "bo nie ma czasu", wtedy najłatwiej o frustrację i nerwy, o ten brak cierpliwości do bliskich. To co zmieniłam póki co bardzo mi pomaga, odkąd wiem, że nic się nie stanie, jeśli czegoś nie zrobię w domu, jestem spokojniejsza, mniej się denerwuję i nie tracę cierpliwości do małej. Przecież zawsze mogę powiedzieć, że nie posprzątałam, bo robiłam coś bardzo ważnego. Bawiłam się z córką. 


czwartek, 2 kwietnia 2015

Grudniowy poranek i ogłoszenie :)

Na początek ogłoszenie. Szukam: surowego poganiacza z cienkim batem, który będzie motywował mnie do pracy. Bo spod mojej lewej pachy wyszedł leń i rozlazł się po domu. Nie dość, że wyspałam się  do siódmej (w czwartek?? - babo!), to jeszcze nie mogę się zabrać za pisanie. Ktoś powie: przecież piszesz. Ale nie TO miałam pisać, tylko TAMTO. A mnie wystarczy, że mam trochę luzu na smyczy i już fikam sobie koziołki. Najwyraźniej ja wolę z wywieszonym językiem i paniką w oczach, może to jakieś hormony we mnie wyzwala? Aha, zapowiadam też  stanowczo, że nie będę myć szafek kuchennych na święta. Zupełnie straciłam motywację, bo malowanie odłożone na "po świętach" i "przy pogodzie", a zamówionych krzeseł ani widu...

Poza tym witam Was w ten grudniowy poranek. Tak, wiem, że dopiero co się zaczął kwiecień, a prima aprilis był wczoraj... I co z tego, skoro dziś u nas na podwórku jest śniegu po kostki? Krajobraz taki piękny, grudniowy, szkoda że szlag trafi kwiatuszki i listki, czyli to co wiosennie mnie cieszyło w ogródku. No i po co kupiłam cienką kurteczkę na święta za 28 zł w ciucholandzie, skoro nawet jej nie założę? A taka miałam iść ładna do święcenia! I do teściowej na jajo! Czy ta pogoda ma źle w głowie? 

A Wy już macie wszystko porobione?
Dalej nie wzięłam cebuli ze sklepu...
No, kurczak. Ja mówię, że się do Wielkanocy nie nadaję~!

wtorek, 31 marca 2015

Ja (też) wolę gwiazdkę..

Święta Wielkanocne nie należą do moich ulubionych, zdecydowanie bardziej wolę Boże Narodzenie. Ale uwaga: ostatnio odkryłam, dlaczego tak jest. Same Święta Wielkanocne są przecież radosne, zielone od trawki i żółte od kurczaków, ukwiecone narcyzami i forsycją, no piękne są przecież! Ale w dużej mierze kojarzą mi się ze smutną i ponurą otoczką Wielkiego Postu, Drogi Krzyżowej i Gorzkich Żali. Jak bardzo lubię chodzić do kościoła, tych nabożeństw nigdy nie lubiłam, zawsze były bardzo przygnębiające, a na dodatek strasznie bolały po nich kolana... Zanim przeżegnacie się na widok mojego postu, weźcie pod uwagę, że są to skojarzenia dziecka, które na długie lata zakorzeniło się gdzieś w środku i rzutuje na Bogu ducha winną Wielkanoc :))

Wielkanoc przez długi czas kojarzyła mi się bardzo negatywnie jeszcze z jednego powodu: podczas tych świąt zawsze działo się w rodzinie coś złego. Niekoniecznie w mojej, ale kiedy zaczęłam spotykać się z Kocurzastym, to jego rodzina stała się tak jakby moją. I tak właśnie było: w jedne święta pędziliśmy na dyżur dentystyczny z Kocurem, w inne zdarzył się wypadek samochodowy, jeszcze kiedyś wracającego ode mnie Kocura napadło trzech typków i dobrze, że uszedł z życiem, innym razem teść za dużo wypił i strugał chojraka. Zawsze było coś. Odpukać odkąd jesteśmy małżeństwem i urodziła się Mili jest spokojnie. Oby tak zostało...

No to może jeszcze trochę o zwyczajach wielkanocnych. Kiedy żyła jeszcze mamcia, często wybierała się na misterium męki pańskiej do pobliskiego klasztoru. Ja także chciałabym kiedyś pójść, choć nie wiem, czy to widok dla takiego wrażliwca. W Wielki Piątek zawsze pościmy (oczywiście poza Mili), jemy tylko lekkie śniadanie i bardzo lekką kolację. Gotujemy także jajka w obierkach z cebuli. I bardzo dobrze, że zaczęłam pisać tę notkę, bo znów choinka jasna zapomniałam nazbierać łupin. Może lecieć dziś do sklepu i żebrać! Pieczemy ciasta i robimy sałatki. W Sobotę Wielkanocną staram się mieć już wszystko porobione i tylko lekko posprzątać dom i przygotować koszyk, ale nie zawsze mi wychodzi. Rano nie jemy (znów poza Mili), na 11,00-12,00 idziemy z koszykiem na święcenie pokarmów. Wspomnę jeszcze, że kiedy byłam mała w sobotę właśnie babcia przynosiła o świcie wody ze studni żebym umyła w niej buzię. Miało mi to zapewnić urodę :) Chyba nie za bardzo chciałam się w niej myć, bo mam dużo zmarszczek...

Mili nie ma swojego koszyka, ponieważ nie ma póki co ochoty go nosić. My mamy duży koszyk, a w nim: jajka, baranka, kiełbaskę, kawałek szynki, mandarynkę, sól,buraczki, babkę, chleb, czasem także królika z czekolady, ale to zależy czy Mili dostanie, bo ja jej nie kupuję, bo od razu by zjadła :P Koszyk dekorujemy bukszpanem i jeśli pogoda na to pozwala, między bukszpan wtykam kwiatek narcyza ze starego ogródka babci. Taka moja tradycja, ale w tym roku chyba nic z tego. Co roku powtarza się taki scenariusz, mamy wychodzić z domu i okazuje się, że zapomniałam przygotować serwetki, więc tnę ją na szybkiego z kawałka firanki. Co roku to samo, muszę potem obcinać firankę na krótko, albo wyrzucać, albo idziemy bez serwetki :P

Stara rodzinna legenda mówi, że kiedy byłam małym dzieckiem i święciłam koszyczek, ksiądz pochylił się nade mną i zapytał: No i co ty tam masz w tym koszyku? Na te słowa wysypałam mu wszystko pod nogi. Teraz dzieci są jakby inne :) Mila cały czas patrzy, żeby dorwać się do jajek! W ich obliczu nawet królik z czekolady nie robi wrażenia!

Po powrocie z kościoła sprzątamy to co Uszate Psisko narozrabiało, kiedy nas nie było i siadamy do śniadania. Dziecko jest w swoim żywiole, tyle jajek na stole! Wielkanoc to dla nas trochę leniwe święta, dużo jemy i odpoczywamy. W odwiedziny chodzimy tylko do babci, albo ona do nas. W święta bardzo wyraźnie odczuwa się, gdy nie ma się rodziny i wtedy najbardziej brakuje mi mojej mamy. 

Nie kultywujemy lanego poniedziałku i całe szczęście... To chyba najbardziej bezsensowna dla mnie tradycja, choć oczywiście kiedy było się dzieckiem, myślało się zupełnie inaczej i ganiało się w przemoczonych portkach po całej wsi. Dawniej kiedy szło się do kościoła nawet koło remizy strażackiej strach było przejść, bo stali autem i polewali babcia, dziadek czy młoda dziewczyna. Oczywiście dziewczyny najwięcej :)) Teraz co najwyżej psikamy się wodą z końcówek palców, to już ksiądz kropi więcej w kościele :))

Chciałabym Was na koniec prosić, byście weszły TUTAJ! i zapoznały się z pewną akcją. 5 zł przekazane na to cierpiące dziecko to zaledwie parę jajek czy kawałek kiełbaski mniej... No a jaja i tak są niezdrowe a kiełbasa sztuczna, więc? :)

piątek, 27 marca 2015

Przyszła i pachnie

Nie wiem, jak u Was, ale u nas wyraźnie można zauważyć, że wiosna przyszła. Na polanie w ogrodzie rozkwitły się takie małe żółte kwiatuszki, które będąc dzieckiem, nazywałam "kogutkami", żonkile też pokazały już pączki, a wierzba rosnąca przed domem z jednej strony wypuściła wyraźne, choć jeszcze malutkie listki. I pachnie, naprawdę pachnie wiosną. Ziemią zwilżoną deszczem, trawą i liśćmi, które budzą się do życia, świeżym praniem i wypranymi firankami. A jak do tego jeszcze słonko zaświeci, człowiekowi aż chce się żyć i oddychać pełną piersią. 

Za mycie okien zabrałam się wczoraj, od razu ściągając, piorąc, prasując i wieszając firanki. I kiedy już wyprałam i powiesiłam, pomyślałam sobie, jak by to było miło pomalować przed świętami kuchnię. Po całej zimie palenia w piecu ściany są w opłakanym stanie, aż się nie chce na nie patrzeć. Troszkę zazdroszczę ludziom, którzy mieszkają w nowych budynkach. Nie muszą martwić się odpadającym tynkiem i łuszczącymi się oknami. Nie cierpię myć naszych starych okien, zawsze nabrudzi się gorzej niż przed myciem, sypie się kit, łuszczy farba. Okropność! Ale Kocurzasty zawsze mnie pociesza, że nasze okna są tak szczelne, że przynajmniej nie grozi nam zaczadzenie...

Wracając do tematu ścian... wyszłam z tą propozycją do męża i otrzymałam odpowiedź, że właściwie to czemu nie? Jeśli więc uda nam się znaleźć dobrą duszę, która przygarnie na kilka godzin dziecko, pomalujemy kuchnię na wymarzony przeze mnie słoneczny kolor. Początkowo mieliśmy z tym poczekać aż uzbieramy kasę na gruntowny remont kuchni, łącznie z podłogą, najlepiej wymianą tego łuszczacego się okna i starych szafek... Ale wiadomo, że to nastąpi za tysiąc lat, zatem z malowaniem nie ma co czekać. Uwielbiam świeże wnętrza, nawet zapach farby. I będzie żółciutko, wesoło. I już sobie pomyślałam o innych zasłonkach, do których zrobię na szydełku takie fajne opaski do przywiązywania do ściany, bo jak będą świeże ściany, nie trzeba będzie ich chować za zasłonami :P

Oczywiście to tylko teoretyczny plan, niemniej żyję nadzieją, że uda się go zrealizować w Wielki Piątek. I nawet nie przeszkadza mi, że będę musiała drugi raz umyć okno... zresztą tylko od środka, co nie? :)

Gdy przychodzi wiosna, człowiekowi chce się tej świeżości, naprawdę się chce. Wszędzie :)

czwartek, 19 marca 2015

Kto chodzi spać z kurami?

Podczas ostatniej wizyty teściowa zauważyła, że M., czyli mój najmłodszy szwagier wcześnie chodzi spać. Już po dziesiątej się biedakowi usnęło, do tego nie w łóżku, tylko na siedząco przy komputerze. Słysząc to, uśmiechnęłam się półgębkiem - i wcale nie dlatego, że zaczęłam się zastanawiać, co takiego męczącego przy komputerze robił szwagierek, że go zmogło :) Uśmiechnęłam się do tego słowa "wcześnie", bo w czym jak w czym, ale  we wczesnym chodzeniu spać nasza mała kocia rodzinka osiągnęła specjalizację. Faktycznie, M. chodzi spać wcześnie, bo po dziesiątej, a my... hm, my chodzimy spać z kurami :D

Ostatnimi czasy mamy przymusowy odwyk od telewizora. No, bo jak to tak? Dziecko bajek oglądać nie może, a rodzice będą sobie folgować w filmach i serialach? W ubiegłą sobotę chcieliśmy mecz obejrzeć. To znaczy Kocurzasty chciał, ja nie ukrywam, że w ostatnim czasie meczu wolę "słuchać" z kuchni i w tym czasie czytać książkę. W rezultacie dwóch godzin włączonego telewizora dziecko nam się tak pobudziło, że nie chciało usnąć do jedenastej. Przy tym głośno dopominało się o ulubione bajki, no bo jak to tak? Telewizor idzie i nie na bajkach? Tym sposobem nie oglądamy i dziecko po wysłuchaniu 1-2, a czasami 7 bajek usypia w okolicach pół do dziewiątej. 

I w tym momencie powinna zaczynać się część wieczoru ulubiona wszystkim rodzicom, którzy przy dzieciach nie mogą spokojnie porozmawiać, poprzytulać się, już nawet o czytaniu książki nie wspomnę. Powinna, nawet pewnie by się zaczęła, gdybyśmy mieli na to siły :P A my już o 20,30 lądujemy w łóżku. Ja pod pachą trzymam swoją książkę, by się na nią łapczywie rzucić, gdy tylko odłożę Kopciuszka i spółkę, Kocurzasty ściska czytnik i pendrive mając nadzieję, że kiedy dziecko zaśnie głęboko, obejrzy kolejny odcinek wojennego serialu. O 21,00 oczy zaczynają nam się kleić i raz dwa cała rodzina śpi. Z tego wszystkiego dwa razy zapomnieliśmy psa wyprowadzić na siku, bo po prostu było na to za wcześnie. Poza tym on też zasnął :D

Pomyślną stroną medalu jest to, że już dawno nie chodziłam taka wyspana! Wstaję po piątej, gdy Kocurzasty wychodzi do pracy i mam energię na wszystko. Gorzej, że moje dziecko również. Z czego korzysta. Już drugi dzień pod rząd wstała o 5,45!!!




poniedziałek, 9 lutego 2015

Nietrafione prezenty :)

Podczas sobotniej wizyty teściowa niespodziewanie wydobyła z torby poszewki na "jaśki" i oddała mi je ze słowami: Może ci się przydadzą. Pewnie, że się przydadzą, szczególnie przy dziecku, które uważa, że każde miejsce na sen z "jaśkiem" pod głową jest dobre, a im bliżej pieca (tak, tego z sadzami i popiołem) tym lepiej. Mimo wszystko wpadłam w pewną konsternację i zamiast wrzucić poszewki do szafy i podziękować, a tym samym ugryźć się w język, stałam z nimi jakąś chwilę i wypaliłam rozżalonym tonem. 

- Ale przecież ja ci je dałam w zeszłym roku na imieniny! 

Możecie sobie wyobrazić minę teściowej (jakby żabę połknęła), moją (święte oburzenie) i śmiech pozostałych gości, którzy mało co się nie pokładali na podłodze. Oczywiście teściowa się obraziła. Ja się nie obraziłam, bo przecież wybierałam według swego gustu, więc co mi biedne poszewki winne. Na następne imieniny pójdą  rajtki, kawa i piwonia spod płota sąsiadki. Ale widzicie ile zamieszania z nietrafionymi prezentami? 

Też takie dostawałam, nie powiem. Ale ja mam takie podejście, że zawsze się przyda, a jak się nie przyda to trzeba temu znaleźć inne zastosowanie. (Teściowa pewnie ma podobne podejście, tylko osoby pomyliła). Generalnie ja niewiele prezentów dostaję. Kocur pyta, na co mam ochotę. Kiedyś mu powiedziałam, że bieliznę, pojechał do H&M i kupił gorset. Bielizna? Bielizna. No i super, raz czy dwa było gorąco, minie parę lat i znów się ubierze. Mamcia kupiła bluzkę XXL, zatem robi za koszulkę do spania. O depilatorze marzyłam, ale nie wiedziałam, że to tak boli. To leży i się kurzy, a ja podbieram Kocurowi maszynki. Denerwują mnie tylko prezenty dla dziecka, czasami. Jak na przykład dostaje takie o rok do tyłu, albo za małe ciuchy. Wtedy sprzedaję i kupuję jej na to miejsce coś innego. Przecież jak dostała, niech skorzysta. 

No a co Wy robicie z nietrafionymi prezentami? 
Macie takie?

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Przed świętami

Okna umyte... tylko od środka, ale to nie ma znaczenia, bo od zewnątrz okazały się czystsze niż od środka. Tak to już jest, gdy ma się kuchnię na węgiel i piec kaflowy. Firanki zmienione. Na ulubionym obrusie w gwiazdki niespodziewanie zmaterializowała się plama po czymś smacznym. Skąd wiem, że po smacznym? Bo u nas wszystko jest pyszne :) Pierniczki upieczone, twarde jak skała, ale póki zęby dają im radę, jest w porządku. Lampki choinkowe skontrolowane, świecą już któryś rok z kolei i żal je zastąpić nowymi. Bo są kolorowe i wesołe, a te nowe są tylko zielone i to nic, że modne, ledowe i elektrooszczędne. To już nie byłoby to samo, nie ten klimat. 

Stroik zrobiony z gałązek świerkowych uciętych z drzewka pod oknem. Najskromniejszy jaki może być, gałązki wsunięte w dzbanek do herbaty, który znalazłam na jednym ze spacerów po lesie. Latem sieję w nim bazylię, zimą służy za podstawę do stroika świerkowego. Między gałązki wetknięty aniołek na długim patyku. Tylko bez patyka, bo Milcia złamała. Ozdoby świąteczne zniesione, filcowe zwierzątka nieco przykurzone, plastry z pomarańcza świeżo wysuszone. Kilka filczaków trzeba doszyć, bo nie wiadomo, gdzie poszły. Choinka jeszcze nie wyszorowana, najgorszą robotę lubię zostawiać na koniec, po co mam sobie zawczasu humor psuć? 

Jutro dzień pieczenia i sałatkowania. Wieczorem mam zamiar ugotować kompot z suszu i nareszcie zapachnie świętami na całego. Uwielbiam ten czas i czekam na niego z wręcz dziecięcą radością. 

A Wy?

niedziela, 14 grudnia 2014

Kocurzaści gotują: Pstrąg łososiowy w marynacie cytrynowo-koperkowej

Ostatnimi czasy bardzo rozsmakowaliśmy się w rybach i podczas niedzielnego obiadu chętnie zastępujemy drób i mięso rybami: z piekarnika lub z patelni. Nie będę ukrywać: w niedziele, ponieważ w niedziele gotuje mąż. Razem z Milcią kuchcą na całego, przygotowują marynaty do mięs i ryb, Milcia przy okazji wyjada miód ze słoika lub inne smakowitości. W tygodniu nie ma za bardzo czasu na wymyślne potrawy, w niedzielę prędzej. Poza tym: Kocurzastego to cieszy, to całe wyszukiwanie przepisu i próbowanie. Rzadko robimy coś kolejny raz, chyba że nam bardzo, ale to bardzo zasmakuje. 

Dzisiaj Kocurzasty z Milcią przygotowali pstrąga łososiowego w marynacie cytrynowej, to tego ja przygotowałam frytki z piekarnika (prawda, że się wysiliłam? :P ), jako dodatek posłużyły kapusta czerwona i dip czosnkowo-ziołowy z papryczkami chili. 




Do przygotowania potrawy dla dwóch osób (plus dziecko i pies) potrzebujemy:

2 większe płaty z pstrąga łososiowego

Marynata do rybki: 

3 łyżki oliwy
sok i skórka z połowy cytryny
1/2 łyżeczki czerwonej papryki w proszku
1 łyżeczkę suszonego koperku (może być świeży. W naszym sklepie brakło :] )
szczypta soli i pieprzu

W przygotowanej marynacie trzymać rybkę około pół godziny. 

Smażyć ją na niedużej ilości tłuszczu, z dwóch stron. 

Dip czosnkowo- ziołowy z papryczką chili

150 ml jogurtu naturalnego
ząbek czosnku przeciśnięty przez praskę lub drobniutko posiekany
łyżeczka koperku
drobniutko posiekane kawałeczki papryczki chili ( my użyliśmy trzech kolorów: czerwonej, zielonej i żółtej. Każdej daliśmy po około 1 cm. ) Trzeba zachować umiar, bo są bardzo ostre!
sól i pieprz do smaku

Smacznego! 




czwartek, 11 grudnia 2014

Jak zarobić dwie dychy, czyli o organiście podrywaczu :)

Nie wiem, jak jest u Was, ale u nas opłatki przed świętami roznosili przedstawiciele rady parafialnej. Miły starszy pan w ubiegłym roku zostawił mi opłatki, zainkasował piątkę, bo tyle miałam drobnych i tubalnym głosem życzył wesołych świąt. Spodziewałam się, że w tym roku będzie podobnie, a tu niespodzianka! Pies się rozszczekał, a w drzwiach ukazał się organista. W pierwszej chwili nie wiedziałam, kto to. Organista siedzi na chórze przy organach i nawet głowy mu nie widać, pierwszy raz go więc widziałam.  Ale przedstawił się, powiedział, że przyniósł opłatki, więc grzecznie poprosiłam, żeby poczekał, aż uwiążę dziecko i uspokoję psa, tfu! na odwrót. Zamknę psa w pokoju i wytrę dziecku buzię. Poczekał grzecznie, zrobiłam co zrobić miałam, pan wszedł, wydobył opłatki, złożył życzenia i... zaczął się we mnie tak intensywnie wpatrywać, że zrobiło mi się głupio. 

Najpierw pomyślałam, że mam brudną twarz... No, bo dziecku buzię wytarłam, o sobie nie pomyślałam. Nie myślcie, że siedzę w domu, jak ten kocmołuch, ale rano paliło się w piecu, wynosiło popiół, przy takich pracach nie trudno zafundować sobie dodatkowe kreski w makijażu. Pan wpatrywał się intensywnie, ja nie miałam, jak zerknąć, czy wpatruje się, bo jestem brudna, czy po prostu podziwia moją wysublimowaną urodę. Milcia rżała jak konik po kuchni, Uszaty warczał zza drzwi, a ja uświadomiłam sobie, że za opłatki trzeba dać co łaska... (swoją drogą pan z Rady parafialnej miał zeszyt i notował wpłaty, a pan organista nie. Ale przypomniałam sobie, że od czerwca jest nowy proboszcz, więc i rządy inne).

Rozpoczęłam poszukiwanie portfela i drobnych w portfelu. Jak na złość był cały papierek 20 zł, czyli nie tak drobno. Pan wpatrywał się już tak intensywnie, że poczułam niepokój... że on mnie chyba podrywa! Bo się tak w tym wpatrywaniu uśmiechał, że aż mi było głupio. Wcisnęłam mu czym prędzej te 20 zł, ze słowami, że bardzo dziękuję, i że wesołych świąt i w ogóle. Pan mnie złapał za rękę i najwyraźniej chciał po dłoniach całować, ale wzięłam i solidnie po męsku dłoń mu uścisnęłam, poprosiłam dziecko, by powiedziało "do widzenia" i pana za drzwi wypchnęłam. Kiedy był już na drodze przypomniało mi się, że to ten organista co za godzinę - a w gruncie rzeczy 30 minut!-  grania na naszym ślubie zażyczył sobie 200 zł. 

Przeanalizowałyśmy z Martą zachowanie pana organisty i doszłyśmy do wniosku, że jego zachowanie jest zamierzone. Bo albo się babki cieszą, że je podrywa i ładują grubsze pieniądze, albo chcą się go jak najszybciej pozbyć i nie czekają na resztę. Ja reprezentuję drugą grupę, żeby nie było:)

środa, 10 grudnia 2014

To ci kołtun...

W książce o zwyczajach i przesądach góralskich wyczytałam, że kołtun był uznawany za chorobę i w żadnym razie nie wolno było obcinać skołtunionych włosów. Oczywiście w dziewiętnastym wieku kołtun był zjawiskiem powszechnym, brał się z braku higieny. Jeśli jednak myślicie, że w obecnych czasach kołtun się nie zdarza, jesteście w błędzie. Moje dziecko jest najlepszym przykładem, że kołtuna można nabawić się w pół godziny. 

Siedzę w kuchni i klepię. Dziecko ogląda Numeraki i głośno daje znać o swoim zadowoleniu. Nagle zapada cisza, wchodzę więc do pokoju, by przekonać się, że siedzi, jak ten aniołek. I wtedy mój wzrok pada na włosy. Włosy, które jeszcze chwilę wcześniej były owijane na palec wskazujący, a teraz poplątane niebosko zwisają w jednym sztywnym strąku. Na strąku setki pętelek i supełków, gorzej niż puzzle na 5000 elementów. 

Pierwsze spojrzenie i czarna rozpacz. Tyle zaplątanych włosów, że tylko nożyczki ratują. Kołtunik tak zaplątany, że sterczy w górę jak antenka na berecie. Dziecko ryczy i wierzga wszystkimi kończynami, ponieważ jest z gatunku tych, które do swoich włosów nie dają podejść ze szczotką, a co dopiero w celu ciągnięcia i rozplątywania. Już... już sięgałam po nożyczki, ale oczyma wyobraźni ujrzałam jej włosy z wyciętą z tyłu wielką dziurą. Unieruchomiłam dziecko kolanami i powoli, dosłownie po jednym włosku, wyplątałam. Potem wyczesałam. Spociłam się przy tym jak mysz, serducho mi waliło jak oszalałe, a nogi się trzęsły. Ją bolało, jak choinka, płakała tak strasznie, ale udało się, włosy zostały na swoim miejscu...

Dziecko potrafi, nie ma co. To prawda, że jest włosolubna, ale takiego dzieła dokonała pierwszy raz. A przecież przed nami przeboje z gumą do żucia... Miałam, gdy byłam dzieckiem, więc wiem, jak boli...