Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspominki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspominki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 stycznia 2016

7/366. Blogowe sentymenty

Dzisiaj Red Sonia zadała mi ciekawe pytanie: jak długo my już się znamy. Z czasów Onetu, to pewne, ale ile? Trudno odgadnąć, bo kopiując notki ze starego bloga, nie było jak skopiować także komentarzy. Wspomnienie bloga na Onecie już zawsze będzie wzbudzać uśmiech na mojej twarzy, brakuje mi tamtych czasów. Niby się człowiek nawkurzał, kiedy na blogu pojawiały się trolowate komentarze, jednak i tak niemal każde polecenie sprawiało przyjemność. Niemal. W dzisiejszych czasach nie wyobrażam sobie takich sytuacji z poleceniami. W sieci jest tak mało anonimowości. A co się dzieje, kiedy na blog trafiają osoby z bliskiego otoczenia, wiele blogerek miało okazję się przekonać. 

Rzadko korzystam z poczty na Onecie, bliżej powiedzieć, że nie korzystam wcale, tylko od czasu do czasu loguję się i usuwam reklamy. Czasami, gdy rejestruję się na jakimś forum czy konkursie, a nie chcę, by potem na gmailowskiego bloga przychodziły reklamy, podaję właśnie adres z Onetu. Ostatnio jakoś szukałam adresu, by wysłać kartkę świąteczną i przepadłam na długie godziny. Bo zupełnie zapomniałam, że na tej poczcie jest tak wiele maili od czytelników bloga. Część od osób z blogosfery, ale bardzo wiele także od osób, które na blog trafiły z polecenia na głównej, nie chciały komentować publicznie, ale szukały jakiegoś kontaktu. Takie maile na ogół były grzeczne i kulturalne, ktoś opowiadał parę słów o sobie, chwalił blog lub konkretnego posta, wypowiadał się w jakimś temacie zgadzając się ze mną lub nie zgadzając. Czasami nawet udzielał mi rady w jakiejś sprawie. 

Czasami myślę o różnych osobach z blogosfery. Osobach kryjących się za nickami. Wiele z nich zniknęło, z dnia na dzień porzucając blog i nawyk pisania. I kontakt z innymi blogerami nierzadko także. Jeśli czyta się czyjś blog dłuższy czas i potem ta osoba znika, ot tak, pojawiają się niespokojne myśli. Zastanawia się, jaki był powód odejścia z bloga, czy nie stało się nic złego. Miałam tak z jedną blogerką, bardzo często wracałam do niej myślami. Próbowałam odszukać na innych blogach, wpisywałam nick w Google. Aż pewnego dnia, to było chyba w Gwiazdkę 2014 dostałam maila z życzeniami. Nie macie pojęcia, jak bardzo się ucieszyłam. I po prostu taki wielki kamień stoczył mi się z serca. Już potem nie napisała, ale dla mnie ważne było, że ten jeden raz dała znak życia. 

Dziś jest zupełnie inaczej. Przez te lata z wieloma z Was poznałam się tak dobrze, że mamy nie tylko swoje maile, ale także namiary na portalach społecznościowych, numery komórek, adresy domowe. Spotykamy się, spędzamy razem wakacje, posyłamy swoim dzieciom prezenty. To bardzo specyficzna więź, pod wieloma względami osoby z bloga są mi bliższe niż te, które mam obok siebie. Być może nie jeden psycholog by się popukał w czoło i powiedział, że to niezdrowe, ale gwiżdżę na to. Najwyraźniej nie prowadził nigdy bloga i nie wie, jakie można fantastycznie więzi wypracować. 

Kiedy zaczęłam prowadzić blog o książkach, sądziłam, że będzie podobnie. Ale albo czasy się trochę zmieniły, albo ludzie traktują to bardziej biznesowo i boją się konkurencji, albo ja miałam pecha, albo po prostu nikt mnie nie polubił :P - niestety, przeliczyłam się i nie raz przekonałam, że wielu blogerów jest zakłamanych. Za swoimi plecami prowadzą nieładne gierki, nie będę wdawać się w szczegóły, bo nie o to chodzi, ale rozczarowałam się. Lubię kilka osób, kilka nawet bardzo, ale jednak z dużym dystansem. Nie umiem także wykrzesać w sobie więzi z blogami parentingowymi. Wiem że w większości przypadków prowadzą je fajne osoby, dla których pisanie jest taką samą frajdą jak dla mnie, ale nie umiem. Są  u mnie na równi z różnymi serwisami tematycznymi, czytam, interesuję się mniej lub bardziej, ale rzadko kiedy czuję w nich człowieka. Założę się o ostatnią chrupkę z miski naszego psiego towarzysza, że wiele osób ma tak z blogami książkowymi.

Weekend to i notka dłuższa. A jakie Wy macie wspomnienia związane z blogowaniem? Może jakieś refleksje?


czwartek, 28 maja 2015

Kochany pamiętniczku...

"Kochany pamiętniczku, właściwie to nic ciekawego się dzisiaj nie wydarzyło, ale czasami mam taki dzień, kiedy po prostu potrzebuję ciebie wyciągnąć i coś napisać..."

Nie pamiętam, kiedy zaczęłam pisać pierwszy pamiętnik. Nie za bardzo pamiętam też, co w nim opisywałam. Z pewnością było to jeszcze w podstawówce i pełno w nim było mniejszych i większych bzdur tak ważnych dla młodych dziewczyn. Ten się podoba, tamten się uśmiechnął, a jeszcze ktoś inny poprosił do tańca na szkolnej dyskotece...

Kolejne lata przyniosły kolejne pamiętniki. Tak bardzo lubiłam pisać, że pisać musiałam. Pisałam zresztą nie tylko pamiętniki, ale również opowiadania. Tych drugich nigdy nie ukrywałam i pewnego dnia jedno z nich wpadło w ręce mamci. Biedna staruszka była przekonana, że to moje własne przeżycia, w jednej chwili straciła złudzenia, że  jestem dziewicą, a  przy tym poczuła się zobowiązana do sprawdzenia moich żył, którym miejscem przyjmuję narkotyki. Od tamtej pory wybieram grzeczniejsze bohaterki i wiem, że matki są z natury ciekawskie. 

Doskonale pamiętam pamiętnik, który pisałam w chwili rozpoczęcia związku z Kocurzastym. O Kocurzastym też tam było, ale najlepiej pamiętam wpis, w którym wspominam dzień, kiedy w naszym domu pojawił się Maks. "Mała czarna kuleczka, która gryzie jak skurczysyn i szczypie mnie w tyłek". Pewnego dnia rozpaliłam w ogródku ognisko i spaliłam wszystkie zgromadzone do tej pory pamiętniki. Nie żałuję. One nie były do końca prawdziwe. 

Nigdy na przykład nie wspomniałam słówkiem, jak bardzo boli mnie to że mama pije. A przecież pamiętnik powinien zawierać takie ważne rzeczy, przemyślenia i refleksje. U mnie nie. Ja mam wybitny talent do nadrabiania miną i szukania optymistycznej strony życia. Moje pamiętniki skupiały się na radosnych wydarzeniach, ponieważ takie chciałam pamiętać. Po latach pamiętnik został zastąpiony przez blog, ale nawet tam rzadko wspominałam o alkoholizmie mojej rodzicielki. Myślę, że w dużej mierze było to podyktowane lojalnością, ponieważ choroba ta jest przeze mnie utożsamiana z czymś złym, a jak to tak pisać źle o swojej mamci? 

Dziś chyba nie umiałabym pisać pamiętnika w zeszycie. 
Dziś piszę nie pamiętnik, ale dziennik i wcale nie dla siebie, ale dla Mili. 
Dziennik codziennik, który ma jej pomóc w terapii logopedycznej. 
Jeśli uda mi się zrobić zdjęcia pokażę Wam na Misce. 

ps. Nowe KOMENTUJĄCE twarze proszone o zostawienie adresu mail w celu wysłania zaproszenia. 

wtorek, 5 maja 2015

Zapada zmrok...

Zapada zmrok, już świat ukołysany, 
Znów jeden dzień odfrunął nam jak ptak. 
Panience swej piosenkę na dobranoc 
Zaśpiewać chcę w ostatnią chwilę dnia. 

I chociaż wnet ostatnie światła zgasną,
Opieka Twa rozproszy nocy mrok.
Uśpionym wsiom, ukołysanym miastom,
Panienko, daj szczęśliwą, dobrą noc.

I ludzkim snom błogosław dłonią jasną,
I oddal od nich cień codziennych trosk.
I tym, co znów nie będą mogli zasnąć,
Panienko, daj szczęśliwą, dobrą noc.

A komu noc czuwaniem jest niełatwym
Na czas bezsenny siłę daj i moc.
I tym, co dzisiaj zasną raz ostatni,
Panienko, daj szczęśliwą, dobrą noc.

Zasypia świat piosenką kołysany, 
odpłynął dzień, by jutro wrócić znów.
Uśmiecham się do Ciebie na dobranoc,
Piastunko moich najpiękniejszych snów. 


Wczoraj wieczorem zabrałam Misię na majówkę do pobliskiej kaplicy. Chciałam jej pokazać miejsce, które sama odwiedzałam z babcią, będąc dzieckiem. Dawno mnie tam nie było, na majówki przestałam chodzić kilkanaście lat temu. Nigdy nie było po drodze, choć wcale nie jest daleko i nie raz wpadam tam zupełnie bez powodu. Jeśli się uda, będziemy teraz chodzić razem z córką, trochę późno te nasze majówki, bo prawie o 20,00, więc pewnie nie zawsze się uda. 

Dziecko jak zaczarowane, z szeroko otwartą buzią oglądało śpiewających ludzi, kwiaty przed ołtarzykiem i płonące świece. Trochę czasu i opanuje pieśni i litanię, jak ją znam. Chociaż nie da się ukryć, że najbardziej zainteresowały ją stojące w środku dzieci :)

A ja wzruszyłam  się przy pieśni, którą Wam zacytowałam na początku. W oczach pojawiły się łzy, zadławiło w gardle. Przypomniałam sobie, jak będąc niewiele większą dziewczynką od Misi, przychodziłam do tej samej kaplicy z babcią. Przypomniałam sobie sfatygowaną książeczkę, z której babcia się modliła, zapach bzu i to, że zastanawiałam się, czy stojąca na ołtarzu figurka Maryi z Jezuskiem ma tam gdzieś w środku mieszkanie, do którego chowa się na noc. Rany, ile to lat minęło... Trzydzieści? Nie da się zaprzeczyć :)



środa, 22 kwietnia 2015

Pod słomianym dachem

Zainspirowana notką u Klarki postanowiłam napisać o domu, w którym rozpoczęłam swoje życie. Nie mogę powiedzieć, że się w nim urodziłam, bo urodziłam się w szpitalu, ale w domku tym urodziła się moja mama, jak również niemal wszystkie ciotki i wujkowie. Ja jednak rozpoczęłam w nim swoje życie, tam zostałam przywieziona ze szpitala, tam mieszkałam przez pierwsze trzy lub cztery lata mojego życia i o dziwo pamiętam ten dom bardzo dobrze...

Myślę, że mało która młoda osoba (ale sobie słodzę!) może pochwalić się, że mieszkała w domku krytym strzechą ze słomy.  A ja mogę, choć bynajmniej nie jest to wielki powód do radości. Niemniej ten szczegół nada mojej historii pewnego klimatu, ponieważ podkreśli jak bardzo stary był dom mojej babci. Dach też był stary i pod koniec solidnie przeciekał. Pamiętam, jak w deszczowe dni mamcia i babcia rozkładały po izbie miski i wiaderka, by łapały spadające krople. Nic przyjemnego, jak można się domyśleć, jednak trzyletniemu dziecku wydawało się to oczywiście zabawne...

Dom stał na lekkim pagórku, dokładnie pomiędzy torami kolejowymi i gościńcem. (Zwróćcie uwagę, że w tej notce będę używać słów i zwrotów, które zapamiętałam z tamtego okresu i którymi określało się niektóre przedmioty i miejsca. Tym sposobem na pokój nie mówiło się inaczej jak izba, a dom stał przy gościńcu, nie przy drodze). Tak więc dom stał między torami kolejowymi a gościńcem, frontem zwrócony ku tym pierwszym. Przed domem znajdowały się dwa ogródki, w których moja babcia uprawiała warzywa i kwiaty. Ogrodzone były płotkiem z pokrytych mchem, zmurszałych palików. Pomiędzy dwoma ogródkami wiodła wąziutka alejka ocieniona krzakami białego i fioletowego bzu, a alejką wiodła wydeptana ścieżka. Jeśli ścieżką skierowało się na prawo, doszło się ku stacji PKP, jeśli w lewo - do studni, skąd rodzina i sąsiedzi czerpali wodę. Ogródki zapełniały piękne i różnobarwne kwiaty: pamiętam piwonie, różę pnącą się po płocie, malwy, tulipany i narcyzy, ale z pewnością było ich więcej. Pod płotem rosły porzeczki, agrest i maliny. Obok chaty rosły także jabłonie, wierzby i ogromny kasztan, pod którym bawiłam się będąc dzieckiem. 

Domek został zbudowany z grubych, drewnianych bali i pobielony na blado niebieski kolor. Jak już wspomniałam był pokryty słomą i miał wąskie okienka. Od frontu mieściła się duża izba, w której spała cała rodzina, oraz komora w której prawdopodobnie trzymano zapasy i inne ważne rzeczy. Z wąskiej sieni wchodziło się do niewielkiej kuchni, a z kuchni do stajni, z  której prowadziło wyjście na zewnątrz przeznaczone dla zwierząt. W domku nie było żadnych wygód. Ubikacja znajdowała się w małej budce za domem, wodę trzeba było nosić ze studni i codziennie palić w piecu, by ugotować posiłek. W kuchni znajdował się mały piec, z kolei w pokoju był wielki piec chlebowy. Bardzo przyjemnie się do niego przytulało. 

W pokoju poza zwykłymi wersalkami stały wielkie małżeńskie łóżka moich dziadków, a nad nimi wznosił się cały szereg świętych obrazów zawieszonych pod powałą. Obrazy były bardzo duże, oszklone i majestatyczne. Kiedy wieczorem leżało się w łóżku i spojrzało w górę, modlitwa Aniele Boży nabierała zupełnie innego znaczenia. Miało się wrażenie, że Anioł Stróż siedzi nad samym łóżkiem... Wszystkie meble zgromadzone w domu były wykonane z drewna, bardzo ciężkie i trochę zniszczone. Służyły od kilkudziesięciu lat, ale wciąż były mocne. Ich dzisiejsze odpowiedniki już dawno byłyby porąbane na opał. Kiedy przeprowadziliśmy się do nowego domu, meble zostały zabrane również i służyły przez kolejne kilka lat, dopóki mamcia nie wymieniła ich na meblościanki i inne nowocześniejsze meble. 

Pod izbą mieściła się piwnica (tam babcia ukrywała żołnierza w czasie wojny), a nad całym domem stryszek. Na stryszku trzymano siano i słomę, a w środku pochowane jabłka. Na podwórzu mieściły się zabudowania gospodarcze. Babcia hodowała krowy, świnki i kury, a mój wuj trzymał konia. 

Często wracam wspomnieniami do tego domku i bardzo cieszę się, że w mojej pamięci zachowały się obrazy, do których mogę wracać. Czasami widzę siebie, jak kołyszę się w huśtawce zawieszonej na hakach wbitych w powałę, innym razem wspominam jak przed kuchennym oknem postawiłyśmy z mamą bałwana i zerkałam na niego przez cienką szybkę. Pamiętam ławkę stojącą pod omszałym płotem, kwitnące bzy i kasztany spadające na moją głowę. Pamiętam choinkę w rogu izby (oczywiście żywą) i miski łapiące krople deszczu kapiące z powały, pamiętam okrągły stół pośrodku pokoju i niebieską figurę Maryi na komodzie babci. I mam nadzieję, że pamiętać będę długo...

wtorek, 31 marca 2015

Ja (też) wolę gwiazdkę..

Święta Wielkanocne nie należą do moich ulubionych, zdecydowanie bardziej wolę Boże Narodzenie. Ale uwaga: ostatnio odkryłam, dlaczego tak jest. Same Święta Wielkanocne są przecież radosne, zielone od trawki i żółte od kurczaków, ukwiecone narcyzami i forsycją, no piękne są przecież! Ale w dużej mierze kojarzą mi się ze smutną i ponurą otoczką Wielkiego Postu, Drogi Krzyżowej i Gorzkich Żali. Jak bardzo lubię chodzić do kościoła, tych nabożeństw nigdy nie lubiłam, zawsze były bardzo przygnębiające, a na dodatek strasznie bolały po nich kolana... Zanim przeżegnacie się na widok mojego postu, weźcie pod uwagę, że są to skojarzenia dziecka, które na długie lata zakorzeniło się gdzieś w środku i rzutuje na Bogu ducha winną Wielkanoc :))

Wielkanoc przez długi czas kojarzyła mi się bardzo negatywnie jeszcze z jednego powodu: podczas tych świąt zawsze działo się w rodzinie coś złego. Niekoniecznie w mojej, ale kiedy zaczęłam spotykać się z Kocurzastym, to jego rodzina stała się tak jakby moją. I tak właśnie było: w jedne święta pędziliśmy na dyżur dentystyczny z Kocurem, w inne zdarzył się wypadek samochodowy, jeszcze kiedyś wracającego ode mnie Kocura napadło trzech typków i dobrze, że uszedł z życiem, innym razem teść za dużo wypił i strugał chojraka. Zawsze było coś. Odpukać odkąd jesteśmy małżeństwem i urodziła się Mili jest spokojnie. Oby tak zostało...

No to może jeszcze trochę o zwyczajach wielkanocnych. Kiedy żyła jeszcze mamcia, często wybierała się na misterium męki pańskiej do pobliskiego klasztoru. Ja także chciałabym kiedyś pójść, choć nie wiem, czy to widok dla takiego wrażliwca. W Wielki Piątek zawsze pościmy (oczywiście poza Mili), jemy tylko lekkie śniadanie i bardzo lekką kolację. Gotujemy także jajka w obierkach z cebuli. I bardzo dobrze, że zaczęłam pisać tę notkę, bo znów choinka jasna zapomniałam nazbierać łupin. Może lecieć dziś do sklepu i żebrać! Pieczemy ciasta i robimy sałatki. W Sobotę Wielkanocną staram się mieć już wszystko porobione i tylko lekko posprzątać dom i przygotować koszyk, ale nie zawsze mi wychodzi. Rano nie jemy (znów poza Mili), na 11,00-12,00 idziemy z koszykiem na święcenie pokarmów. Wspomnę jeszcze, że kiedy byłam mała w sobotę właśnie babcia przynosiła o świcie wody ze studni żebym umyła w niej buzię. Miało mi to zapewnić urodę :) Chyba nie za bardzo chciałam się w niej myć, bo mam dużo zmarszczek...

Mili nie ma swojego koszyka, ponieważ nie ma póki co ochoty go nosić. My mamy duży koszyk, a w nim: jajka, baranka, kiełbaskę, kawałek szynki, mandarynkę, sól,buraczki, babkę, chleb, czasem także królika z czekolady, ale to zależy czy Mili dostanie, bo ja jej nie kupuję, bo od razu by zjadła :P Koszyk dekorujemy bukszpanem i jeśli pogoda na to pozwala, między bukszpan wtykam kwiatek narcyza ze starego ogródka babci. Taka moja tradycja, ale w tym roku chyba nic z tego. Co roku powtarza się taki scenariusz, mamy wychodzić z domu i okazuje się, że zapomniałam przygotować serwetki, więc tnę ją na szybkiego z kawałka firanki. Co roku to samo, muszę potem obcinać firankę na krótko, albo wyrzucać, albo idziemy bez serwetki :P

Stara rodzinna legenda mówi, że kiedy byłam małym dzieckiem i święciłam koszyczek, ksiądz pochylił się nade mną i zapytał: No i co ty tam masz w tym koszyku? Na te słowa wysypałam mu wszystko pod nogi. Teraz dzieci są jakby inne :) Mila cały czas patrzy, żeby dorwać się do jajek! W ich obliczu nawet królik z czekolady nie robi wrażenia!

Po powrocie z kościoła sprzątamy to co Uszate Psisko narozrabiało, kiedy nas nie było i siadamy do śniadania. Dziecko jest w swoim żywiole, tyle jajek na stole! Wielkanoc to dla nas trochę leniwe święta, dużo jemy i odpoczywamy. W odwiedziny chodzimy tylko do babci, albo ona do nas. W święta bardzo wyraźnie odczuwa się, gdy nie ma się rodziny i wtedy najbardziej brakuje mi mojej mamy. 

Nie kultywujemy lanego poniedziałku i całe szczęście... To chyba najbardziej bezsensowna dla mnie tradycja, choć oczywiście kiedy było się dzieckiem, myślało się zupełnie inaczej i ganiało się w przemoczonych portkach po całej wsi. Dawniej kiedy szło się do kościoła nawet koło remizy strażackiej strach było przejść, bo stali autem i polewali babcia, dziadek czy młoda dziewczyna. Oczywiście dziewczyny najwięcej :)) Teraz co najwyżej psikamy się wodą z końcówek palców, to już ksiądz kropi więcej w kościele :))

Chciałabym Was na koniec prosić, byście weszły TUTAJ! i zapoznały się z pewną akcją. 5 zł przekazane na to cierpiące dziecko to zaledwie parę jajek czy kawałek kiełbaski mniej... No a jaja i tak są niezdrowe a kiełbasa sztuczna, więc? :)

sobota, 7 lutego 2015

To mi mama dała

Mam taką jedną koszulkę do spania, którą bardzo lubię. Mamcia kupiła mi ja na któreś imieniny, babka na placu targowym powiedziała jej, że takie są modne. Koszulka sięga mi do kolan i jest w rozmiarze XXL. Kiedy po raz pierwszy ją zobaczyłam, parsknęłam śmiechem i powiedziałam ironicznie "dzięki". Że niby moja mama myślała, że ja noszę XXL? Magia reklamy można powiedzieć, bo pani na placu mamci powiedziała, że tak się teraz nosi :) Koszulka służy mi do spania i bardzo ją lubię. Jest wygodna i przewiewna, a przede wszystkim to mama mi dała. 

Mam też różaniec, który kupiła mi w Licheniu, gdy była na pielgrzymce. Bardzo się na nią cieszyła, bała się, że nie zgodzę się wydoić kozy i nie będzie mogła jechać. Pojechała, a my z Kocurem wspólnie doiliśmy tę kozę. Kocur trzymał, ja doiłam, ale i tak uparte zwierzę wszystko wylało. Z Lichenia pochodzi więc biały różaniec z perłowych serduszek. Śliczny. Rzadko go używam, to prawda, ale wiem, że jest i to bywa dla mnie wielką pociechą. Drugi kupiła dla siebie i zabrała go ze sobą w ostatnią drogę. 

Mam także duży pierścionek z rubinem. Lubiłam go przymierzać jako dziecko i wyobrażać sobie, że to czarodziejski pierścień z serialu Janka. Teraz takich pierścionków się nie nosi. Niemodne, ale to nie jest najważniejsze, bo moda wraca, zmienia się, ale przede wszystkim niewygodny, wielki. Ale jest i wiem, że kiedyś to Ona nosiła go na ręce. 

W domu są ręczniki, które kupiła, zasłony, pościel. Czasem gdzieś na strychu mignie jakaś stara bluzka. Ale najważniejsze są te przedmioty, które Ona mi dała. Mają dla mnie szczególne znaczenie. Myślę, że nauczyłam się je doceniać i bardzo kochać dopiero, kiedy odeszła. 

Takie pamiątki są ważne, niemal tak ważne, co matki dają nam, wychowując nas. Doświadczenie, własną wiedzę, próby i błędy. Czy macie coś ważnego, co dała Wam mama lub inna bliska osoba? Jakiś bardzo ważny choć niekoniecznie cenny przedmiot?

niedziela, 7 grudnia 2014

Mikołaj wie co dobre :) Na pewno?

Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie Mikołajki od zawsze były tym sygnałem, takim punktem orientacyjnym, że święta tuż tuż. Właściwie to już od pierwszego grudnia czuło się ten niezwykły nastrój, a to za sprawą Rorat, na które chodziło się wieczorami. Zawsze chciałam iść z lampionem przez kościół i nigdy nie szłam. Dlaczego? Bo taka byłam uzdolniona plastycznie, że nie umiałam sobie lampionu zrobić. A mamcia była zajęta, pracowała, zresztą ona też nie lubiła takich "zajęć".

Jednak tak naprawdę świąteczny klimat zaczynało się odczuwać szóstego grudnia, kiedy to chodził święty Mikołaj. Kiedy byłam malutka, mamcia zabierała mnie na tak zwanego mikołaja zakładowego, gdzie brodaty dziadek rozdawał paczki. Paczki były fajne, bo jak niektórzy pamiętają, to był okres, gdy słodycze były fajną sprawą i każdy z nich się cieszył. No, ale jak się tu nie cieszyć skoro na co dzień ich nie było? A w takiej paczce były i wafelki (obowiązkowo trójkąty) i cukierki i czekolada, a nawet i pomarańcz się trafił. Pomarańcze były tak kwaśne, że trzeba było je maczać w cukrze, ale prawda, że pomarańcze pachną bardzo świątecznie?

W domu była taka zasada, że Mikołaj wsuwał paczkę pod poduszkę. U nas w domu Mikołaj przynosił paczki dwie, jedną podkładał pod moją poduszkę, a drugą pod poduszkę mojej babci. Nie wiem, dlaczego tak jest, że leciwe osoby traktuje się jak dzieci, ale tak jest. Babci paczka była obojętna, ale mnie nie. Ledwie się obudziłam, odsuwałam poduszkę, a tam paczka już czekała. Potem szło się do szkoły, gdzie od rana kursował święty Mikołaj i roznosił paczki przygotowane przez komitet rodzicielski. Oczywiście wszystkie paczki były niemal takie same, w każdej znajdowała się góra słodyczy, a czasami jakiś drobiazg. W pamięci utkwił mi rok, kiedy wszyscy dostaliśmy kulkowe pióra. Kto pamięta, jaki to był hit, ręka w górę :) 

Paczki roznosił Mikołaj, któremu towarzyszyli uczniowie ze starszych klas przebrani za diabła i anioła. Diabeł był ciekawszy, pomalowany sadzą. Straszył dzieci, podchodząc i brudząc łapami policzki. Nadejścia Mikołaja oczekiwało się, siedząc jak na szpilkach, a poprzedzały je dźwięki dzwoneczków rozlegające się na szkolnym korytarzu. I wiecie co? Czuło się taki dziwny niepokój, bo nieraz Mikołaj pytał, czy było się grzecznym. A czy się było? Hm :)

W starszych klasach zapał na Mikołaja minął i zmieniły się zasadny. Modne zrobiło się losowanie i kupowanie sobie wzajemnie prezentów. Szybko jednak okazało się, że zmieniło się to w wyścig. Dzieci wiedziały, kto komu kupuje, a czasami wymieniały się karteczkami, by kupować dla koleżanki z ławki lub pierwszego chłopaka. Było wiadome, że biedniejsze dzieci zastosują się do pułapu 15 zł, a bogatsze kupią coś ekstra. Dochodziło to tego, że pewne grupki dostawały prezenty bardzo kosztowne, typu perfumy, kosmetyki, a inni maskotki z marketu. Wtedy nasza mądra wychowawczyni wpadła na ciekawy pomysł. Mianowicie zrobiła listę postaci z bajek i każdemu przypisała taką postać. Dziewczęta miały żeńskie postaci, np. smerfetkę, chłopcy gargamela i inne męskie postaci, nikt nie wiedział, kto jest kim, tylko nasza pani. Wiedzieliśmy więc, że kupujemy dla określonej płci, musieliśmy opisać paczkę imieniem postaci a kiedy przyszło wręczanie prezentów, nasza wychowawczyni sama je roznosiła, wzbudzając wybuchy śmiechu z powodu nadanych "osobistości". Utkwiła mi w pamięci smerfetka, gdyż ja nią zostałam :)

Kiepsko wspominam na to miejsce Mikołajki na salce katechetycznej, gdzie chodziliśmy na religię. Tam rodzice sami przygotowywali prezenty, a ja byłam w takim wieku, że jeszcze wierzyłam w Świętego. Pamiętam jak dziś, jak pisałam list i kładłam go na parapecie kuchennym, pamiętam swoje podniecenie, kiedy znikł! Podczas Mikołajek siedziałam obok chłopca, który powiedział mi że bardzo liczy na klocki Lego, ponieważ pisał o nich w liście. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że je dostał! Z jaką niecierpliwością czekałam więc na moją paczkę, gdzie pewnie prosiłam o lalkę Barbie lub coś w ten deseń. Kiedy rozpakowałam swój prezent, znalazłam kawałek ślicznego materiału na sukienkę :P Haha, był piękny, ale ja o niego nie prosiłam w liście :)) Kilka lat później kuzynka, która uczyła się na krawcową, uszyła mi z niego kostium: spódniczkę i bluzkę. Uszyła, ale za ciasny i nic nie skorzystałam z tamtego prezentu. No, poza słodyczami rzecz jasna :))
Ale mamcia zawsze była praktyczna, poza tym podejrzewam, że nie miała pieniędzy na dodatkowe mikołajki na salce, a przecież inny prezent dostawałam w jej zakładzie pracy. Więc po prostu zrobiła mi paczkę z tego, co było w domu, dokładając materiał, który kupiła na moją sukienkę :)

Cóż, mamcia mamcią - ale Mikołajowi nie darowałam, że tak mnie wkręcił. Mógł przecież dorzucić jakąś lalkę do paczki, co nie? Zresztą na mamci nieświadomie zemściłam się rok lub dwa później, gdy własnoręcznie przygotowałam dla członków rodziny paczki mikołajkowe z otrzymanej w szkole paki słodyczy. Jak wiadomo same słodycze są nudne, dołożyłam więc... stary grzebień, portmonetkę i plastykową okładkę na bilet miesięczny. Musieli być wzruszeni, co nie? :P


A może Wy też macie swoje kiepskie prezenty? Pochwalcie się :)



poniedziałek, 24 listopada 2014

Drzwi do dorosłości

Dziwnie tutaj wrócić i znowu pisać, ale mam nadzieję, że szybko załapię bakcyla i na powrót się przestawię. Nie będę obiecywać (sobie i wam) że wróciłam na otwarty blog na długo, bo nie wiem, jak to będzie, za parę chwil może znów czasu braknąć, może odechcieć się pisania, może zrodzić się obawa, że ktoś ze znajomych trafi. Kochałam tę anonimowość, którą dawały nam stare blogi i to wcale nie dlatego, że mogłam sobie bezkarnie ponarzekać na teściową i wspomnieć o problemach, które zauważam na około :P

No, ale przejdźmy do tematu notki :)

Ostatnie imprezowe klimaty sprawiły, że wróciłam wspomnieniami do chwili, kiedy wkraczałam w dorosłość. Od tamtego momentu minęło już kilkanaście lat, kawał czasu. Zabawne, bo młody człowiek z takim utęsknieniem czeka na to, gdy przekroczy ten magiczny próg i stanie się dorosły. Tak jakby jedna noc mogła przestawić trybiki w głowie i sprawić, że zacznie się poważniej postrzegać otaczający świat i jego problemy. A kilkanaście lat później nostalgiczną myślą wraca do czasu, kiedy był dzieckiem i mógł do świata podchodzić beztrosko. Dziś wiele bym dała, by cofnąć się choć na jeden dzień i poczuć tą lekkość. 

Ale o imprezie być miało. Osiemnastka. Wielu młodych ludzi chce ją świętować wyjątkowo, w gronie przyjaciół i rodziny. W moim przypadku impreza w domu nie wchodziła w grę. Domek mały, właściwie jeden pokój i kuchnia, przecież nie wyrzucę rodziny, by bawić się na imprezie. Mamcia zaproponowała, że dołoży mi się do wynajęcia stolika w dyskotece, takiej niby loży. W tym czasie w dyskotece w naszej okolicy można było wynająć taką lożę, przynieść swój alkohol, a nawet tort. Pewnie, że nie była to jakaś mega alternatywa, ale dla mnie wystarczająca. Koleżanki robiły imprezy w domach, wynajmowały lokale gastronomiczne, nas na to nie było stać i powiem Wam, że nigdy nie żałowałam, nigdy mi tego nie brakowało. 

Ledwie zamówiłam stolik, przystąpiłam do przygotowań. Wielkich przygotowań nie było, bo do takiej dyskoteki jedzenia się nie weźmie. Ale za punkt honoru postawiłam sobie, że zrobię sama torty. Nauczycielka technologii pozwoliła mi upiec biszkoptowe blaty na zajęciach (tak naprawdę robiła to moja przyjaciółka Doria, bo dla mnie znaleźli inną robotę), a kiedy przyjechałam do domu w piątkowe popołudnie zajęłam się dekorowaniem. Mamcia pracowała na popołudnie, ale czekałam, jak wróci do domu, by się jej pochwalić, jak mi torty wyszły. Do sprawy podeszłam ambitnie, żadnych mas ze sklepu, tylko najprawdziwsza masa czekoladowa z masła, ucierana na kąpieli wodnej. Nie pamiętam, jak te torty wyszły, ale pamiętam, że byłam z siebie naprawdę dumna. 

Kiedy mamcia weszła do domu, okazało się, że przyszła z prezentem. Oniemiałam, kiedy weszła do kuchni. W ręku trzymała bukiet z osiemnastu czerwonych róż. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie dostałam takiego bukietu. Poza tym kupiła mi najpiękniejszy złoty łańcuszek pod słońcem. Kosztował pięćset złotych, jeszcze nie zdążyła zdjąć ceny. To była wtedy minimalna pensja, domyślam się, że odkładała kilka miesięcy lub wzięła pożyczkę, Ten łańcuszek zakładam tylko na wyjątkowe okazje, na swój ślub, na wesela, na chrzciny Mili. Noszę go z wisiorkami od chrzestnej i za każdym razem, gdy zakładam, boję się, że zgubię. I za każdym razem, kiedy zakładam - mam pod powiekami łzy, bo wiem, ile ją kosztował. 

W sobotę po południu mój przyjaciel Krzysiek przyjechał do mnie samochodem i pomógł mi zawieźć tort i alkohol do dyskoteki. Bawiłam się z moimi ówczesnymi przyjaciółmi, stanowiliśmy zgraną paczkę. Kilka tygodni później wyjechałam nad morze i już nigdy się nie spotkaliśmy. Nasze drogi rozeszły się naturalnie, jakbyśmy nigdy się nie znali, ale wtedy byliśmy nierozłączni. Dziwnym zbiegiem okoliczności było to, że na tej samej dyskotece był mój przyszły mąż z kuzynkami. Kuzynki nawet załapały się na kawałek tortu. My jednak mieliśmy się poznać dopiero za trzy miesiące, choć los pchał nas do siebie na siłę. Impreza. Było podrzucanie, było bicie paskiem po pupie. Osiemnastka na dyskotece... dziś mnie to trochę śmieszy, lepiej było ognisko zrobić. Ale to był czas, gdy spędzaliśmy w tej dyskotece każdy weekend i nie wyobrażaliśmy sobie, że może nas nie być. Przecież bez nas by chyba nie otworzyli lokalu :P

Do domu wróciłam o szóstej rano, trzeźwa, za to z górą prezentów. Poszłam spać, ale mamcia była bezlitosna. Wstawać i do kościoła, bo to niedziela. Ile bym dziś dała, żeby tego zrzędzenia posłuchać. Po południu spotkała mnie niespodzianka. Przyjechały ciotki i moja chrzestna. Miałam w planach zaprosić je na kolejny weekend, ale one zawsze o mnie pamiętały. To była ostatnia taka impreza w naszym domu. Później spotykaliśmy się na stypach. Po śmierci wujka i mamci. 

Kilka tygodni po osiemnastych urodzinach wyjechałam nad morze, gdzie nasza szkoła miała podpisany kontrakt praktyk zawodowych. Nie czułam się bardzo dorosła, choć mogłam już kupić i pić alkohol. Nawet nie zdążyłam wyrobić dowodu osobistego. Tęskniłam do domu, pisałam listy do mamci, a ona do mnie. Nie wiem, czy je zachowałam. kiedy wróciłam po trzech miesiącach, złożyłam podanie o nowy dowód. Poznałam mojego przyszłego męża i trochę zmieniłam swoje życie. Przyszła klasa maturalna. Zmądrzałam. Więcej się uczyłam, miałam lepsze oceny. Było inaczej.

A jak Wy wspominacie swoje wejście w dorosłość? 





piątek, 7 marca 2014

Kobiet dzień...

Wzięłam sobie za obowiązek przypomnieć kochanemu mężowi, co za dzień jutro mamy. Plus jeszcze taką kwestię, że kobiety w domu ma dwie i zwiędniętym tulipanem się nie wykpi. Z młodszą kobietą sprawa wydaje się być prosta. Kupi Kinder Czekoladę i zaskarbi sobie miłość do 2032 roku. Ze starszą problem powtarza się, co roku. No, bo co jej kupić, jak ona nic nie chce (poza książkami)?


Nawet Facebook wie, że jutro jest święto laseczek. Co druga firma oferuje wysyłkę gratis, nawet jeśli sprzedaje części zamienne do wiertarki udarowej. Same kobiety o swoim święcie nie mają szans zapomnieć. Przeglądając maile, przypomniałam sobie z rozczuleniem, jak w podstawówce kupowaliśmy sobie prezenty na dzień kobiet i dzień chłopka. Głupawe misie, długopisy, gumki serduszka, tulipany w celofanie. 
Co roku trzeba było się wysilić i wymyślić coś, czego jeszcze nie było :) Faceci mieli łatwiej, zawsze ten kwiatek, zawsze czekolada....

Ale pewnego razu...

Chłopaków w klasie miałyśmy dziesięciu. Zebrałyśmy fundusze i poszłyśmy do apteki. Nie, nie kupiłyśmy prezerwatyw o smaku malinowym. To nie były te czasy. Podeszłyśmy do okienka i poprosiłyśmy o dziesięć smoczków dla dzieci, tzw. cumelków. Pani farmaceutka rozdziawiła gębę i wpatrywała się dobre pięć minut, jakby pierwszy raz widziała dwunastolatki kupujące dziesięć smoczków. Dopiero włascicielka apteki trąciła ją w ramię i wyjaśniła, że to jakiś kawał. 

Kawał. I to jaki. Do każdego cumelka przywiązałyśmy cukierki. Chłopcom prezent się spodobał. Nauczycielom trochę mniej. Cały dzień ciumkali te smoczki :)

Rok później każda z nas dostała czekoladę zapakowaną w pampersa... na szczęście czystego :)


wtorek, 4 lutego 2014

Smak na ... smaki dzieciństwa :)

Gotowałam Misi grysik z sokiem malinowym i wpadł mi pomysł na tę notkę :)
Wczoraj było wspominanie saneczkowania, obijania tyłka i wszechobecnej bieli, szkoda, że zapomniałam o bałwanie napisać, ale zima jeszcze się nie kończy, więc może zdążę. A dziś będzie o smakach dzieciństwa. Podobną notkę pisałam zdaje się na Onecie, ale chyba nie  rozwijałam tematu zbyt mocno. Dziś postaram się trochę bardziej :)

Czy to, że wspominam dzieciństwo, znaczy że już się starzeję...? O, matko :)

Poniżej lista niezapomnianych smaków mojego dzieciństwa.

1) Barszcz czerwony z ziemniakami.

Barszcz. zupa mojego dzieciństwa. Ulubiona zupa. Przez długi czas jedyna zupa. Dlaczego? Nie pamiętam, byłam zbyt mała. Ale jedno z moich najwcześniejszych wspomnień dotyczy właśnie miski z barszczem. Stoję przy ławce w ogrodzie, na ławce zupa, w łapie łyżka i jazda. Barszcz oczywiście zabielany, z tłuczonymi ziemniakami. Czasami mamcia polewała skwareczkami, ale ja tego nie lubiłam. Dlaczego barszcz jadało się u nas z tłuczonymi ziemniakami, przecież przez to robiła paćka? Nieraz się nad tym zastanawiałam, ale prawdę poznałam, gdy sama zostałam mamą! Chodziło pewnie o to by się gówniarz, czyli ja - nie udławił :)

2) Kogel mogel ... z mlekiem.

Kiedy inne dzieci wsuwały na śniadanie kakao, na moim stole królował wspaniały, żółciutki specyfik. Przygotowywała go moja babcia. Pamiętam, że ucierała żółtka z cukrem, a następnie zalewała wrzącym mlekiem. Tworzyło się żółciutkie "kakao" z bardzo smakowitą pianką. Uwielbiałam ten napój, jednak zanikł on w naszym domu, gdy babcia zachorowała. I sami powiedzcie: które dziecko dziś zna smak kogla mogla? Którzy rodzice odważą się go zrobić ze sklepowych jaj? W naszym domu jaja były prosto od kury, babcia zawsze pilnowała, żeby były świeżo zebrane, a więc można było się koglować bezpiecznie :)

3) Omlet z cukrem

Gruby omlet tworzyła mi na kolację mama. Taki niby naleśnik, ale o wiele bardziej puchaty i gruby. Najczęściej jadałam go po prostu posypany łyżeczką cukru, ale czasami pokusiłam się na dżem. Kurczę, jak ja lubiłam te omlety... Potrafiłam na kolację zjeść trzy. Do tematu omletów powoli wracam we własnej kuchni. Misia ma niebywały apetyt na jajka, a ponieważ u niej z apetytem różnie bywa, cieszę się, że coś lubi. A omlet ma tę zaletę, że można w nim przemycić naprawdę wiele. Choćby brokuł czy szynkę...

4) Gofry z dżemem!

Jeśli jechałam gdzieś z mamcią, a najczęściej jechałam z nią po wypłatę do zakładu pracy i potem na zakupy - było pewne, że wylądujemy na gofrach. Myślę, że w tamtych czasach gofry były bardziej popularne niż hamburgery, czy zapiekanki, a może to kubki smakowe dziecka tak kojarzą? Tak czy siak, miejsca gdzie sprzedawano gofry były dość często spotykane. Najtańsze były puste, troszkę droższe z cukrem pudrem, jeszcze więcej kosztowały z dżemem. Teraz można spotkać też inne dodatki: czekoladę, bitą śmietanę, czy owoce, - ja tego nie pamiętam z dzieciństwa. Najbardziej lubiłam z dżemem, ale jeśli miałyśmy gdzieś jeszcze iść, mamcia kupowała mi z pudrem, żebym się nie uciapała :D

5) Placek z jabłkami

Tak, moi kochani, żadna szarlotka. U nas w domu mówiło się "placek z jabłkami" i taki właśnie się piekło. Było to moje ukochane ciasto w dzieciństwie: wszelkie serniki, makowce, galaretki mogły sie schować przy placku z jabłkami. Placek składał się z dwóch blatów kruchego ciasta, pomiędzy którymi była masa z jabłek (renet z naszego ogrodu) i cynamonu. Wierzch placka mamcia nakłuwała widelcem w takie dziwne dziurki, myślałam, że dla ozdoby, ale chyba nie :)

6) Fasolka po bretońsku

W podstawówce żywiłam się na szkolnej stołówce. Z dzisiejszej perspektywy pracę pań kucharek oceniam średnio. Nie pamiętam na przykład żeby dawali surówkę do obiadu, zupa zawsze była zimna, bo nalewali ją o 11,30 a przerwa była o 12,00, a mięso było z "galaretką". Ale muszę przyznać jedno: panie kucharki były kochane, jak miały, to ładowały repety aż miło. Kiedyś dostałam 13 naleśników z dżemem :)) I gotowały najlepszą fasolkę po bretońsku na świecie. Z drobnego groszku i z bułeczką. Pychaaaaa!

7) Bułka i mleko

Był taki okres, gdy w naszym domu codziennie kupowało się dziesięć bułek. Oprócz chleba. Myślę, że pieczywo musiało być tańsze, bo przecież u nas też się nie przelewało. Ale te bułki zawsze były i do tego cieplutkie, z popołudniowej zmiany w piekarni. Mamcia przywoziła je z pracy, a wtedy dziecku wiele do szczęścia nie trzeba było. Obiadu też nie. Buła w łapę, garnuszek zimnego mleka, potem druga buła. Pojedzone.

8) Gumy kulki

Można je kupić w wielu sklepach do dziś. U nas na wsi był stary gs-owski sklep, w którym nic nie było. Ale już w kiosku pod ośrodkiem zdrowia, można było kupić banany i słodycze. I właśnie gumy kulki na długim pasku. O niesamowitym zapachu i smaku :) Do dziś gdy je widzę, ślinka mi cieknie...

9) Pomarańcze

O owoce egzotyczne było trudno. Pamiętam, jak moja chrzestna przywiozła mi kilka bananów. Były zielonkawe i nie smakowały mi. Kojarzyły się z ogórkiem. Plułam i nie chciałam, więc się złościła i mówiła, że jestem niewdzięczna. No, ale jak być wdzięcznym za coś ohydnego? :) W paczkach mikołajkowych mamcia przywoziła pomarańcze. Miały tak grubą skórę, że cięliśmy ją nożem. I były okropnie kwaśne. Pamiętam, że moczyliśmy je w cukrze i dopiero do pyszczka. Wtedy też jadłam pierwszy i ostatni raz czerwone pomarańcze.

10) Maltanki i wafelek "Skawa" (trójkącik)

Musiał być w każdej paczce z prezentem mikołajkowym. Najlepszy wafelek w czekoladzie pod słońcem. Uwielbiałam go, podobnie jak i Maltanki. Na szczęście można je jeszcze kupić :) Pamietam też czekoladę mleczną w fioletowym papierku, ależ była pyszna. I nie chodzi mi wcale o Milkę, to była polska firma, a czekolada wprost rozpływała się w ustach. Ale ja i tak wolałam tę z okienkiem. Zresztą czekolada z orzechami do dziś jest moją ulubioną :)

Teraz Wasza kolej - pochwalcie się swoimi wspomnieniami :)
Ps. Wiem, przeze mnie jesteście głodni :)









poniedziałek, 3 lutego 2014

Z górki na pazurki :)

Ten weekend miał być saneczkowy, ale niestety: pogoda pokrzyżowała nam plany i "zabrała" śnieg. Została ta paskudna szara breja, która przemaka buty i której nienawidzę. Nawet pies jej nienawidzi, bo stara się dotykać podłoże jak najmniejszą ilością łap. Szczególnie przy sikaniu fajnie to wygląda, bo nieraz pada na pyszczek :D

No, w tym roku zima się nie postarała. Ale może to i dobrze? Niemniej wspomnienia obudzone saneczkowym tematem, same biegną ku śnieżnej bieli, mroźnemu powietrzu, błękitnemu niebu i słońcu błyskającemu w zaspach. Tam, moi kochani, wspomnienia ferii szkolnych z prawdziwego zdarzenia. Wspomnienia okresu, gdy dwa tygodnie wolnego od szkoły były czymś fantastycznym, bo spędzało się je na śniegu, na mrozie, na powietrzu i najczęściej na sankach :)

Mieszkam w okolicy, która obfituje w liczne górki, mniejsze i większe. Nawet koło mojego domu jest ich kilka, więc mogłam się saneczkować bez konieczności opuszczania własnego podwórka. Sanki miałam solidne, drewniane, bez oparcia, niejedną zimę przetrzymały. Swój żywot zakończyły, gdy wpadłam na bajeczny pomysł zjeżdżania z górki, która kończyła się zamarzniętym na kość bajorkiem. Z takim impetem wpadły na lód, że się połamały, na szczęście tylko one...

Sanki - sankami, ale i tak najlepiej się zjeżdżało na worku. Z racji, że nasz dom był typowo wiejski i gospodarski, czyli konie, krowy i kurki, worków nie brakowało, jak i siana czy słomy do wypchania także nie brakowało. Worek taki ma nieziemski poślizg, żadnych sanek się do tego porównać nie da. Ma tylko jedną wadę, czasem wyjeżdża spod tyłka i tyle go widziałaś. Ty na górze, worek na dole, a zapewniam, że sam nie przyjdzie :)

Jednej zimy zjeżdżaliśmy też w metalowej misce, ale do tego trzeba być lekkim :)
Teraz bym zaryła się po pachy i tyle by mnie widzieli...

Kiedyś kolega pożyczył mi narty. Bawiłam sie więc, że jestem Andreasem Goldbergerem (Goldie I love you!), zbudowałam skocznię, bardzo niską i ćwiczyłam, póki tyłek nie był siny. Pod koniec nawet się już nie przewracałam, ale właśnie wtedy mi się znudziło.

Zawsze kombinowaliśmy, żeby górka była jak najdłuższa, choć nigdy nie chciało nam się spinać z powrotem. Niedaleko mojego domu jest stroma górka, po której biegnie chodniczek z betonowych płytek. namiętnie zjeżdżaliśmy po tych płytkach, bo były dobrze udeptane. Ludzie pewnie nie byli tym zachwyceni, ale kto zabroni dzieciom? Czasami łączyliśmy sanki w mini kulig, czasami ktoś spadał i nabił guza, ale nic się poważnego się nikomu nie stało.

A w prawdziwym kuligu uczestniczyłam tylko raz. Byłam na zimowisku w górach z młodzieżą oazową i ksiądz zorganizował nam kulig: sanie, konie, góry, śnieg. Niezapomniane.

środa, 22 stycznia 2014

"List" z przeszłości?

Przygotowując się do imprezy, przytargałam ze strychu trochę gazet. Dawniej namiętnie je kupowałam, wszystko co miało przepisy kulinarne. A już w szczególności te, które obiecywały nie lada smakołyki z okazji świąt, smaczne ciasta z sezonowymi owocami, przetwory. Bądź co bądź miałam być szefem kuchni, musiałam je znać :)

Więc tak sobie kartkowałam i kartkowałam, szukając inspiracji, gdy nagle... rzuciło mi się w oczy coś znajomego. Coś, czego bardzo dawno już nie widziałam, ale co sprawiło, że od razu się uśmiechnęłam. Wiecie, co to było? To było pismo mojej mamci. Nie, nie list, tak sobie tylko w tytule napisałam, bo tak mi się skojarzyło. Była to zwykła rozwiązana krzyżówka w gazecie, rozwiązana przez moją mamę, która w krzyżówkach była rozmiłowana na amen i która męczyła je nawet oglądając telewizję :) I kurczę, to było takie niezwykłe i przyjemne zobaczyć jej pismo, ponieważ w ogóle się tego nie spodziewałam...

Owszem, mam sporo pamiątek, trochę ręcznie zapisanych karteczek z przepisami, zdjęcie zrobione, gdy miała osiemnaście lat (kiedyś Wam zeskanuję na M i pochwalę się, jaka była piękna), mam biżuterię, nawet te perełki z gazety, co je tak lubiła, choć były sztuczne do kwadratu. Ale gazet na ogół się nie przechowuje, więc kiedy otworzyłam przepisy na stronie z krzyżówką, przez chwilę poczułam się... jakby mama była w domu. To było króciutkie uczucie, ale tak piękne, że chciałam się z Wami nim podzielić :)

sobota, 28 grudnia 2013

Kochać życie?

To, co teraz napiszę jest straszne.

Kolejna młoda osoba w naszej bliskiej okolicy odebrała sobie życie. Co prawda nie znałam człowieka, ale nie mogę przestać o tym myśleć. Zastanawiam się, co tak mu dokuczyło, że odebrał sobie to, co człowiek ma najcenniejszego? Odszedł, zostawiając rodzinę. Pogrążoną w rozpaczy, bólu, zadającą sobie pytanie: dlaczego, być może obwiniającą się, że nie zauważyli symptomów, że coś jest nie tak... Osoba, która się zabija, pozbywa się swoich kłopotów, ale tak naprawdę te zgryzoty przechodzą na tych, którzy pozostali...

Pamiętam, jak odbierałam moje wyniki wycinka. Jak się modliłam do Boga, by pozwolił mi żyć i wychować córkę. Tego samego dnia babcia Śrubki przekazała mi wiadomość, że powiesił się syn sąsiadki, kolega z podstawówki, chłopak którego pamiętam z szyją opuchniętą od świnki, z którego psem spacerowaliśmy nad rzeką, rzucając mu patyki. Osierocił córkę, pozostawił matkę, żonę. Kiedy dowiedziałam się, co zrobił, poczułam wściekłość. Ja jechałam po "wyrok", bałam się tego, co usłyszę, płakałam na myśl, że może jestem chora i w którymś momencie zabraknie mnie przy Misi. A on odrzucił życie, bliskich, Boga, wszystko!

Wiecie, że ta wściekłość jeszcze mi nie minęła? Chodzę czasami na jego grób, ale choć nieraz płaczę, jest w tych łzach wiele złości. Jego córkę często spotykam na ulicy. Chodzi z takim fajnym kundlem o kręconym futrze. Ładna dziewczyna z niej będzie. Szkoda, że on tego nie zobaczy...

Cierpią ci, którzy zostają. W przypadku samobójców jest jeszcze jeden problem. Zostają nie tylko bliscy, ale i poczucie winy. Skąd się bierze chęć zabicia siebie? Tłumione problemy, poczucie wstydu, strach przed proszeniem o pomoc?

Nie wiem. Wiem, że okropnie kocham życie. Mam na nie apetyt jak nigdy. Plany i marzenia. Misia, którą trzeba nauczyć żyć. Równocześnie przeraża mnie to wszystko. Jak dostrzec, że ktoś bezgłośnie woła o pomoc i myśli o śmierci?


sobota, 21 grudnia 2013

Hej kolęda!

Jak widzicie, pozostaję w świątecznym klimacie :) Dziś troszkę o choince :)

Święta w naszym domu zawsze były obchodzone bardzo tradycyjnie. Od rana zachowywaliśmy post. To znaczy kiedy byłam małą dziewczynką, mnie to nie dotyczyło. Jednak nie byłam wielkim smakoszem, post mi odpowiadał i chętnie rezygnowałam z jedzenia w południe. Przecież było tyle interesujących rzeczy do zrobienia, to po co myśleć o jedzeniu i tracić na nie czas?

Choinkę ubierało się u nas w Wigilię. No, chyba że wigilia wypadała w poniedziałek, to mamcia pozwalała ubrać drzewko w niedzielę, bo było dużo czasu. Ale zapalić lampek nie pozwalała wcześniej, niż około szesnastej w Wigilię, można było tylko sprawdzić, czy światełka działają i czy są równo ułożone na choince. Oczywiście ubieranie choinki przypadało w udziale najmłodszej w rodzinie, czyli mnie. Kiedy byłam mała, najczęściej mieliśmy żywe drzewko, potem zastąpiła je sztuczna choinka, którą trzeba było porządnie wyszorować w miednicy z ludwikiem. To także należało do mnie, czym już nie byłam tak zachwycona. No i nasza choinka pachniała miętą, nie lasem :)

Kiedy choinka lśniła już czystością, ktoś dorosły zakładał światełka, a ja już przebierałam nogami ze zniecierpliwienia. Czasami mamcia się zagalopowała i zaczęła wieszać bańki na gałązkach. U nas w domu były bańki, nie bombki :) Czasami mnie poprawiała i coś przewieszała po swojemu. W jednej i drugiej sytuacji okazywałam swoje niezadowolenie. To była moja choinka i koniec!

Poza kolorowymi bańkami mieliśmy także szklane sopelki, srebrne i złote łańcuchy, plecione bańki ze srebrnego drucika, zawieszki w kształcie gwiazdy betlejemskiej, szklane mikołaje i dwa łabędzie. Te łabędzie były moimi ulubionymi, białego lubiłam bardziej niż czerwonego i zawsze musiałam powiesić go z przodu. Na choince wisiały też cukierki, a czasami cukrowe laski w błyszczących papierkach, których nie lubiłam, bo aż cierpły od nich zęby, takie były słodkie... No, a na gałązkach, oparte o pień, stały sobie tabliczki czekolady. Zawsze na choince musiała stać chociaż jedna czekolada. Mamcia tego też pilnowała i na ogół po mikołajkach mówiła: Nie zjedz wszystkiego, zostaw sobie czekoladę na choinkę. Cukierki podjadaliśmy już w Wigilię po wieczerzy i czasem wisiały same papierki :)

Był także okres, gdy z choinki obowiązkowo zwieszało się anielskie włosie. Pięknie się mieniło w blasku światełek, ale nie lubiłam go. Moja babcia miała włosy w takim samym srebrnym odcieniu i zawsze mi się wydawało, że je zgubiła, gdy wstawała z łóżka.

Tak, jak pisałam wyżej, mamcia bardzo pilnowała, żeby światełka na choince zapalić, gdy zapadnie zmierzch w dzień Wigilii. W pokoju panował wtedy półmrok, wszyscy kręcili się po kuchni, podjadając ukradkiem coś z garnków, choć mama odganiała. Kiedy więc zapaliło się choinkę, dom nabierał niezwykłego charakteru, cudownego klimatu, od razu czuło się, że to nie jest normalny dzień. I rzeczywiście, zaraz nakrywano do stołu, rozkładano talerze, nie zapominając o nakryciu dla niespodziewanego gościa, krojono chałkę, a na białym talerzyku kładziono opłatek. Jeszcze parę chwil i wszyscy zbierali się przy stole, odświętnie ubrani, nieco skrępowani i ze wzruszeniem łamiącym gardła. Zaczynała się Wigilia i było naprawdę pięknie...

A choinka towarzyszyła nam aż do Matki Boskiej Gromnicznej. Tego pilnowałam ja :) Uwielbiam drzewko Bożonarodzeniowe i zawsze chcę się nim cieszyć jak najdłużej...


piątek, 20 grudnia 2013

Filiżanki na wystawie

Kiedy byłam małą dziewczynką, lubiłam się przyglądać meblościankom w domach moich koleżanek i rodziny. A dokładniej mówiąc: ich oszklonej części, gdzie ślicznie wyeksponowane stały kryształy, szkliwo i na ogół serwis do kawy. A najpiękniejszy - złoty serwis - stał u babci Śrubki. Mogłam się w niego wpatrywać godzinami, wyobrażając sobie, jak nalewam kawę do malutkich filiżanek. Ogromnie mi się podobały takie serwisy i po cichu marzyłam, że i w naszym domu za szybką stanie podobny komplet. U nas w domu nie było meblościanki, była za to masywna komoda i wielka szafa. Teraz oddałabym wiele za te "antyki", ale wtedy uważałam, że są po prostu niemodne i po cichu marzyłam o nowoczesnej meblościance.

I pewnego dnia moje marzenie się spełniło. Mamcia doszła do wniosku, że meblościanka więcej mieści. Nie mieliśmy pieniędzy na nową z salonu meblowego... rany, co ja piszę. Wtedy chyba nie było salonów? W każdym razie znajoma wymieniała meble i chciała niedrogo sprzedać starą meblościankę. To było tuż przed Gwiazdką, ludzie lubią remontować i wymieniać meble przed świętami. Mamcia kupiła meblościankę, która może nie była bardzo nowoczesna, ale miała jedną niezaprzeczalną zaletę: posiadała oszkloną wnękę z wyjmowanymi, przesuwanymi szybami. Mogłam poukładać tam nasze "skarby" - eleganckie duże talerze, które wyglądały jak ręcznie malowane i wypolerowane na błysk szklanki. Tylko serwisu do kawy brakowało mi do szczęścia...

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że posiadanie oszklonej meblościanki to dodatkowe obowiązki. Przecież dwa razy do roku - co najmniej!- trzeba było wyjąć szyby, umyć wszystko w wodzie z octem, wypłukać, wysuszyć i poukładać na nowo! Początkowo zajmowała się tym mamcia, jednak z czasem stało się to moim obowiązkiem. O dziwo, lubiłam to robić, bo traktowałam to jako zabawę. Najgorsze było wkładanie szyb na miejsce. Strasznie się bałam, że upuszczę, a mamcia nie zawsze była w domu, żeby pomóc. Jakoś jednak szło, nigdy nic się nie stało :)

Kiedyś zapytałam mamci, dlaczego u nas w domu nie ma serwisu do kawy.
- Był - powiedziała - Ale się rozbił.

Rzeczywiście. W starym kredensie w kuchni stało kilka części które mogły pochodzić ze serwisu, i to niejednego. Duży brązowy dzbanek, malutki dzbanuszek i cukiernica. I dzbanek w kwiaty. I dwie malusie filiżaneczki, które były tak malutkie, że wydawały się jakby dla lalek.Takie domowe skarby, o których nikt już nie pamięta, bo są niekompletne. Pamiętam, że w dzbanku trzymało się ważne dokumenty, a w filiżance najdrobniejsze pieniądze. Lubiłam myśleć o tych naczyniach. Wyobrażać sobie, jak wyglądały kiedy były w komplecie. I gdzie stały, skoro nie było oszklonej witrynki? Czy były przekładane z miejsca w miejsce i dlatego się potłukły? A może filiżankę stłukła nieostrożna ciotka podczas imieninowej imprezy? A może babcia rzuciła nią o podłogę, gdy dziadek wrócił do domu pijany? To fascynujące, że przedmioty - jak ludzie - mają swoje historie!

Wiele lat później doczekałam się pełnego serwisu do kawy. Razem z meblościanką od ciotki przyjechał cały obiadowy komplet, ciężki, masywny. Wydaje mi się, że w niewielu domach trzyma się teraz za szybą serwisy, może nasi rodzice, dziadkowie, ale młodsze pokolenie nie widzi powodu by eksponować akurat serwis obiadowy. Kiedyś to był wyznacznik pewnego luksusu, teraz jest tyle innych pięknych przedmiotów, którymi można się pochwalić, prawda?

To wszystkie wspomnienia wirowały mi po głowie, gdy wczoraj szorowałam szkliwo. Nie mamy już meblościanki. Ponownie w naszym domu stoi szafa i komoda - historia kołem się toczy czy co? - a serwis od ciotki i niektóre przedmioty o których wspominałam wyżej min. brązowy dzbanek wylądowały za szybką w kuchni. W drugim pokoju mamy wąską oszkloną witrynę, gdzie stoją ... książki. I komplet sześciu pięknych filiżanek, które dostałam w prezencie ślubnym od teściowej. Ona z kolei dostała je na swoją osiemnastkę. Kiedyś przekażę je Mili, bo to kawałek historii i niech tak zostanie...

A czy Wy pamiętacie te dumne serwisy? Może w Waszym domu nadal stoją za szybą?
Filiżankowe rewelacje zaprocentowały w mojej głowie pomysłem na opowiadanie, muszę je tylko szybko zapisać, bo umknie.
Tylko kiedy zapisać???