Dzisiaj Red Sonia zadała mi ciekawe pytanie: jak długo my już się znamy. Z czasów Onetu, to pewne, ale ile? Trudno odgadnąć, bo kopiując notki ze starego bloga, nie było jak skopiować także komentarzy. Wspomnienie bloga na Onecie już zawsze będzie wzbudzać uśmiech na mojej twarzy, brakuje mi tamtych czasów. Niby się człowiek nawkurzał, kiedy na blogu pojawiały się trolowate komentarze, jednak i tak niemal każde polecenie sprawiało przyjemność. Niemal. W dzisiejszych czasach nie wyobrażam sobie takich sytuacji z poleceniami. W sieci jest tak mało anonimowości. A co się dzieje, kiedy na blog trafiają osoby z bliskiego otoczenia, wiele blogerek miało okazję się przekonać.
Rzadko korzystam z poczty na Onecie, bliżej powiedzieć, że nie korzystam wcale, tylko od czasu do czasu loguję się i usuwam reklamy. Czasami, gdy rejestruję się na jakimś forum czy konkursie, a nie chcę, by potem na gmailowskiego bloga przychodziły reklamy, podaję właśnie adres z Onetu. Ostatnio jakoś szukałam adresu, by wysłać kartkę świąteczną i przepadłam na długie godziny. Bo zupełnie zapomniałam, że na tej poczcie jest tak wiele maili od czytelników bloga. Część od osób z blogosfery, ale bardzo wiele także od osób, które na blog trafiły z polecenia na głównej, nie chciały komentować publicznie, ale szukały jakiegoś kontaktu. Takie maile na ogół były grzeczne i kulturalne, ktoś opowiadał parę słów o sobie, chwalił blog lub konkretnego posta, wypowiadał się w jakimś temacie zgadzając się ze mną lub nie zgadzając. Czasami nawet udzielał mi rady w jakiejś sprawie.
Czasami myślę o różnych osobach z blogosfery. Osobach kryjących się za nickami. Wiele z nich zniknęło, z dnia na dzień porzucając blog i nawyk pisania. I kontakt z innymi blogerami nierzadko także. Jeśli czyta się czyjś blog dłuższy czas i potem ta osoba znika, ot tak, pojawiają się niespokojne myśli. Zastanawia się, jaki był powód odejścia z bloga, czy nie stało się nic złego. Miałam tak z jedną blogerką, bardzo często wracałam do niej myślami. Próbowałam odszukać na innych blogach, wpisywałam nick w Google. Aż pewnego dnia, to było chyba w Gwiazdkę 2014 dostałam maila z życzeniami. Nie macie pojęcia, jak bardzo się ucieszyłam. I po prostu taki wielki kamień stoczył mi się z serca. Już potem nie napisała, ale dla mnie ważne było, że ten jeden raz dała znak życia.
Dziś jest zupełnie inaczej. Przez te lata z wieloma z Was poznałam się tak dobrze, że mamy nie tylko swoje maile, ale także namiary na portalach społecznościowych, numery komórek, adresy domowe. Spotykamy się, spędzamy razem wakacje, posyłamy swoim dzieciom prezenty. To bardzo specyficzna więź, pod wieloma względami osoby z bloga są mi bliższe niż te, które mam obok siebie. Być może nie jeden psycholog by się popukał w czoło i powiedział, że to niezdrowe, ale gwiżdżę na to. Najwyraźniej nie prowadził nigdy bloga i nie wie, jakie można fantastycznie więzi wypracować.
Kiedy zaczęłam prowadzić blog o książkach, sądziłam, że będzie podobnie. Ale albo czasy się trochę zmieniły, albo ludzie traktują to bardziej biznesowo i boją się konkurencji, albo ja miałam pecha, albo po prostu nikt mnie nie polubił :P - niestety, przeliczyłam się i nie raz przekonałam, że wielu blogerów jest zakłamanych. Za swoimi plecami prowadzą nieładne gierki, nie będę wdawać się w szczegóły, bo nie o to chodzi, ale rozczarowałam się. Lubię kilka osób, kilka nawet bardzo, ale jednak z dużym dystansem. Nie umiem także wykrzesać w sobie więzi z blogami parentingowymi. Wiem że w większości przypadków prowadzą je fajne osoby, dla których pisanie jest taką samą frajdą jak dla mnie, ale nie umiem. Są u mnie na równi z różnymi serwisami tematycznymi, czytam, interesuję się mniej lub bardziej, ale rzadko kiedy czuję w nich człowieka. Założę się o ostatnią chrupkę z miski naszego psiego towarzysza, że wiele osób ma tak z blogami książkowymi.
Weekend to i notka dłuższa. A jakie Wy macie wspomnienia związane z blogowaniem? Może jakieś refleksje?