Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogowanie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 stycznia 2016

7/366. Blogowe sentymenty

Dzisiaj Red Sonia zadała mi ciekawe pytanie: jak długo my już się znamy. Z czasów Onetu, to pewne, ale ile? Trudno odgadnąć, bo kopiując notki ze starego bloga, nie było jak skopiować także komentarzy. Wspomnienie bloga na Onecie już zawsze będzie wzbudzać uśmiech na mojej twarzy, brakuje mi tamtych czasów. Niby się człowiek nawkurzał, kiedy na blogu pojawiały się trolowate komentarze, jednak i tak niemal każde polecenie sprawiało przyjemność. Niemal. W dzisiejszych czasach nie wyobrażam sobie takich sytuacji z poleceniami. W sieci jest tak mało anonimowości. A co się dzieje, kiedy na blog trafiają osoby z bliskiego otoczenia, wiele blogerek miało okazję się przekonać. 

Rzadko korzystam z poczty na Onecie, bliżej powiedzieć, że nie korzystam wcale, tylko od czasu do czasu loguję się i usuwam reklamy. Czasami, gdy rejestruję się na jakimś forum czy konkursie, a nie chcę, by potem na gmailowskiego bloga przychodziły reklamy, podaję właśnie adres z Onetu. Ostatnio jakoś szukałam adresu, by wysłać kartkę świąteczną i przepadłam na długie godziny. Bo zupełnie zapomniałam, że na tej poczcie jest tak wiele maili od czytelników bloga. Część od osób z blogosfery, ale bardzo wiele także od osób, które na blog trafiły z polecenia na głównej, nie chciały komentować publicznie, ale szukały jakiegoś kontaktu. Takie maile na ogół były grzeczne i kulturalne, ktoś opowiadał parę słów o sobie, chwalił blog lub konkretnego posta, wypowiadał się w jakimś temacie zgadzając się ze mną lub nie zgadzając. Czasami nawet udzielał mi rady w jakiejś sprawie. 

Czasami myślę o różnych osobach z blogosfery. Osobach kryjących się za nickami. Wiele z nich zniknęło, z dnia na dzień porzucając blog i nawyk pisania. I kontakt z innymi blogerami nierzadko także. Jeśli czyta się czyjś blog dłuższy czas i potem ta osoba znika, ot tak, pojawiają się niespokojne myśli. Zastanawia się, jaki był powód odejścia z bloga, czy nie stało się nic złego. Miałam tak z jedną blogerką, bardzo często wracałam do niej myślami. Próbowałam odszukać na innych blogach, wpisywałam nick w Google. Aż pewnego dnia, to było chyba w Gwiazdkę 2014 dostałam maila z życzeniami. Nie macie pojęcia, jak bardzo się ucieszyłam. I po prostu taki wielki kamień stoczył mi się z serca. Już potem nie napisała, ale dla mnie ważne było, że ten jeden raz dała znak życia. 

Dziś jest zupełnie inaczej. Przez te lata z wieloma z Was poznałam się tak dobrze, że mamy nie tylko swoje maile, ale także namiary na portalach społecznościowych, numery komórek, adresy domowe. Spotykamy się, spędzamy razem wakacje, posyłamy swoim dzieciom prezenty. To bardzo specyficzna więź, pod wieloma względami osoby z bloga są mi bliższe niż te, które mam obok siebie. Być może nie jeden psycholog by się popukał w czoło i powiedział, że to niezdrowe, ale gwiżdżę na to. Najwyraźniej nie prowadził nigdy bloga i nie wie, jakie można fantastycznie więzi wypracować. 

Kiedy zaczęłam prowadzić blog o książkach, sądziłam, że będzie podobnie. Ale albo czasy się trochę zmieniły, albo ludzie traktują to bardziej biznesowo i boją się konkurencji, albo ja miałam pecha, albo po prostu nikt mnie nie polubił :P - niestety, przeliczyłam się i nie raz przekonałam, że wielu blogerów jest zakłamanych. Za swoimi plecami prowadzą nieładne gierki, nie będę wdawać się w szczegóły, bo nie o to chodzi, ale rozczarowałam się. Lubię kilka osób, kilka nawet bardzo, ale jednak z dużym dystansem. Nie umiem także wykrzesać w sobie więzi z blogami parentingowymi. Wiem że w większości przypadków prowadzą je fajne osoby, dla których pisanie jest taką samą frajdą jak dla mnie, ale nie umiem. Są  u mnie na równi z różnymi serwisami tematycznymi, czytam, interesuję się mniej lub bardziej, ale rzadko kiedy czuję w nich człowieka. Założę się o ostatnią chrupkę z miski naszego psiego towarzysza, że wiele osób ma tak z blogami książkowymi.

Weekend to i notka dłuższa. A jakie Wy macie wspomnienia związane z blogowaniem? Może jakieś refleksje?


niedziela, 3 stycznia 2016

1/366. Wyzwanie

Stworzyć samej sobie wyzwanie i spróbować je wypełnić? To ma być sposób na ożywienie tego bloga i udowodnienie samej sobie, że z czasem nie jest tak kiepsko, jak może się wydawać, i rozchodzi się wyłącznie o marnotrawienie jego okruchów na czynności zbędne. W ubiegłym roku podjęłam wyzwanie 52 przeczytanych książek. Poszło lekko. W tym roku książek nie będę liczyć do wyzwania, ale dla siebie samej. Do wyzwania policzę notki. 366 dni -- 366 notek? Wątpię. Ale sama jestem ciekawa, ile wyjdzie, co z tego powstanie i czy to mi pomoże odnaleźć się na otwartym blogu. Na którym nie piszę tylko dlatego, że zapominam. I może dlatego, ze jestem zbyt leniwa by się przelogować. Ot tak :)

To jak? 
O duperelach?
Codziennie?
Będziecie wpadać?



piątek, 9 października 2015

I oto jest :)

I oto po przerwie otwarty blog wraca do łask. Pod zmienionym tytułem, pod zmienionym adresem, ze zmienionym (na pierwszy rzut oka) autorem. Mam nadzieję, że posłuży dłuższym notkom, krótkim refleksjom, przebłyskom pięknych chwil, którymi będę chciała się z Wami podzielić. I oby było jak najmniej smutnych treści zawartych w jego postach :)

Na blog możecie wchodzić z Miski. Jeśli chcecie zapisać go w linkach, użyjcie proszę tytułu "Granda Familia" lub najzwyczajniej opiszcie go imieniem "Asia". Poprzednia nazwa bloga i nick przechodzą już do historii, tamten rozdział żegnam już na zawsze. Z uczuciem wzruszenia i myślą: ależ to były czasy :)

środa, 19 sierpnia 2015

Świętowanie

Piętnastą rocznicę naszego poznania uświetniliśmy chipsami o smaku grillowanych warzyw i łykiem niebieskiego drinka z Biedronki. Na dodatek uczyniliśmy to we własnym łóżku, po oddelegowaniu dziecka do jego własnego łóżeczka. Chipsy gryźliźmy ostrożnie, co by malucha nie zbudzić. Jeszcze by się zechciała przyłączyć, a jak tu tłumaczyć, że niezdrowe, skoro samemu się wcina? Dodatkiem do świątecznego menu były czułe całusy i strony dobrych książek. U mnie papierowe, u Kocura na czytniku. 

Prezentów nie przewidziano. Jesteśmy już na tym etapie, kiedy bardziej świętuje się rocznicę ślubu niż ten dzień poznania. A kiedyś to było takie OJEJ! Pamiętam, jak zaznaczałam każdy 18 w kalendarzyku serduszkiem, potem zaznaczałam serduszkiem każdy 29, bo to nasz umowny pierwszy dzień związku. Teraz nie umiem sobie przypomnieć, czy braliśmy ślub 16 czy 17 a serduszkiem zaznaczam urodziny Mili :P

Jednak piętnastka to taka ładna, okrągła liczba, i zawiera piątkę, a ja piątkę lubię od czasów szkolnych :) Kocurzasty to nawet stwierdził że moglibyśmy sobie coś fajnego na tę rocznicę zafundować i zaproponował koncert Erosa Ramazzottiego (nie chce mi się iść sprawdzać, jak się pisze). Niestety, za bilety dla nas dwojga zapłacilibyśmy 500 zl, więc westchnęłam tylko żałośnie i oświeciłam męża, że za te pieniądze kupilibyśmy nowe panele do pokoju, albo pół pralki, albo opłacilibyśmy Mili 10 godzin zajęć. Tak, na tym etapie też już jesteśmy :)

Niemniej moja żałość skutkowała chwilą zadumy i stwierdzeniem. 
- Wiesz kochanie, ale w sumie to chciałabym kolejną rocznicę ślubu (piątą!!!) świętować jakoś fajnie. Może kolacja w restauracji, może wyjazd do Spa...
- Ale tak tylko my dwoje?
- Tak, tylko my...
Po chwili czytania i pochrupywania chipsów spojrzałam w kierunku łóżeczka, gdzie pod żółto-błękitną kołderką śpi Mila i weschnęłam. 
- Nie, no ale Milę też trzeba zabrać. Jej też się świętowanie należy...
- Czyli Spa odpada, ale do restauracji możemy ją zabrać... - zgodził się Kocur 
Chwila ciszy i nagle gdzieś z okolicy moich kostek doszło donośne burczenie. 
Podniosłam oczy i napotkałam pełne wyrzutu spojrzenie dwóch paciorków. 
- Ale przecież nie możemy zostawić w domu Sanczeza... on też należy do rodziny. 
Kocur najpierw westchnął, potem zaczął się śmiać, a jeszcze potem nakarmił samego zainteresowanego chipsami. Rodzina jest najważniejsza, zapamiętajcie! A rodzina to Ci, których obiejmuje się ciepłem serca. 

ps. Tak właśnie powstają książkowe komedie :)

wtorek, 18 sierpnia 2015

Jest kawa - jest notka

Dosłownie przed momentem przyjechałyśmy z miasteczka, w sierpniu zajęcia mamy częściej, bo musimy trochę odrobić za lipiec i początek sierpnia. Dziecko padło w pociągu i o dziwo: nie obudziło sie, kiedy przyniosłam ją do domu. A więc co? Szybko czajnik, kawa i komputer - trzeba wykorzystać wolną chwilę :)

Jest kawa, jest i notka. Przez myśl przemknęło mi: jak za starych, dobrych czasów. Nie żeby nowsze czasy były złe, z pewnością nie :) A jednak z sentymentem wspominam ten okres, kiedy zaczęłam blogować i z niecierpliwością czekałam, aż wrócę z pracy, zrobię kawę, zasiądę przed monitorem, napiszę notkę i zobaczę, co u Was :)

Fajnie jest być panią swojego czasu... Teraz trzeba dostosowywać blogowanie, czytanie i inne fajne czynności do dziecka. Notki podczytuję pomiędzy innymi czynnościami. Własne zaczynam i nie kończę, pozostawiając w kopiach roboczych, a potem usuwam, odczuwając zażenowanie na myśl, że sama nie pamiętam, o czym chciałam napisać. Masakra :) Ciekawe, czy coś drgnie w tej kwestii, kiedy mała pójdzie od września do przedszkola? 

A propo przedszkolnych wieści: dziś kupiłyśmy pantofle, pierwsze przedszkolne pantofle Milciaka, nad którymi matka musiała uronić łezkę wzruszenia oczywiście. Pantofle z rzepem, a jakże, z fioletowymi serduszkami, własnoręcznie przez dziecko wytypowane i określone słowem "fajne". Niech robią za talizman i przyniosą nam przedszkolne szczęście :)

czwartek, 28 maja 2015

Kochany pamiętniczku...

"Kochany pamiętniczku, właściwie to nic ciekawego się dzisiaj nie wydarzyło, ale czasami mam taki dzień, kiedy po prostu potrzebuję ciebie wyciągnąć i coś napisać..."

Nie pamiętam, kiedy zaczęłam pisać pierwszy pamiętnik. Nie za bardzo pamiętam też, co w nim opisywałam. Z pewnością było to jeszcze w podstawówce i pełno w nim było mniejszych i większych bzdur tak ważnych dla młodych dziewczyn. Ten się podoba, tamten się uśmiechnął, a jeszcze ktoś inny poprosił do tańca na szkolnej dyskotece...

Kolejne lata przyniosły kolejne pamiętniki. Tak bardzo lubiłam pisać, że pisać musiałam. Pisałam zresztą nie tylko pamiętniki, ale również opowiadania. Tych drugich nigdy nie ukrywałam i pewnego dnia jedno z nich wpadło w ręce mamci. Biedna staruszka była przekonana, że to moje własne przeżycia, w jednej chwili straciła złudzenia, że  jestem dziewicą, a  przy tym poczuła się zobowiązana do sprawdzenia moich żył, którym miejscem przyjmuję narkotyki. Od tamtej pory wybieram grzeczniejsze bohaterki i wiem, że matki są z natury ciekawskie. 

Doskonale pamiętam pamiętnik, który pisałam w chwili rozpoczęcia związku z Kocurzastym. O Kocurzastym też tam było, ale najlepiej pamiętam wpis, w którym wspominam dzień, kiedy w naszym domu pojawił się Maks. "Mała czarna kuleczka, która gryzie jak skurczysyn i szczypie mnie w tyłek". Pewnego dnia rozpaliłam w ogródku ognisko i spaliłam wszystkie zgromadzone do tej pory pamiętniki. Nie żałuję. One nie były do końca prawdziwe. 

Nigdy na przykład nie wspomniałam słówkiem, jak bardzo boli mnie to że mama pije. A przecież pamiętnik powinien zawierać takie ważne rzeczy, przemyślenia i refleksje. U mnie nie. Ja mam wybitny talent do nadrabiania miną i szukania optymistycznej strony życia. Moje pamiętniki skupiały się na radosnych wydarzeniach, ponieważ takie chciałam pamiętać. Po latach pamiętnik został zastąpiony przez blog, ale nawet tam rzadko wspominałam o alkoholizmie mojej rodzicielki. Myślę, że w dużej mierze było to podyktowane lojalnością, ponieważ choroba ta jest przeze mnie utożsamiana z czymś złym, a jak to tak pisać źle o swojej mamci? 

Dziś chyba nie umiałabym pisać pamiętnika w zeszycie. 
Dziś piszę nie pamiętnik, ale dziennik i wcale nie dla siebie, ale dla Mili. 
Dziennik codziennik, który ma jej pomóc w terapii logopedycznej. 
Jeśli uda mi się zrobić zdjęcia pokażę Wam na Misce. 

ps. Nowe KOMENTUJĄCE twarze proszone o zostawienie adresu mail w celu wysłania zaproszenia. 

wtorek, 28 kwietnia 2015

Lubię

Lubię, kiedy zjawiacie się na blogu i lubię Was bardzo. Chciałam Wam to napisać. Uświadomiłam sobie, że mam już niemal trzydzieści trzy lata, a więc blog prowadzę niemal 7 lat. Generalnie to Margolka mi przypomniała w jednej z ostatnich swoich notek. Bo my z Margolką jesteśmy równolatkami blogowymi, podobnie zresztą jak wiele z Was. Tamten okres był rewelacyjny dla blogosfery - wiele ludzi tym się zajęło i przybyło blogów. Szkoda, że część z nich już zniknęła albo stoi puste, a blogerzy nie dają znaku życia. Człowiek przyzwyczaja się do internetowych znajomości i potem martwi się, czy milczenie nie jest spowodowane czymś smutnym, albo co gorsza ostatecznym...

Dzisiaj nad naszym domem przeszła pierwsza wiosenna burza, niebo zasnuły chmury, padał ciepły deszcz i spadały pioruny. I choć na ogół boję się burzy, dziś byłam dziwnie spokojna, a nawet wzruszona, że przyszła kolejna wiosna i wszystko rośnie i pachnie! Bo rośnie i pachnie po prostu nieziemsko. Chyba naprawdę starzeję się, skoro przy burzy płaczę nie ze strachu ale z nostalgii... :D


niedziela, 22 marca 2015

Poleć mi bloga

Dziecko drzemie, mąż chrapie, a pies ma w nosie spacer, bo od rana pada deszcz. Spaceruję więc sobie sama, tyle że po blogach. W ostatnim czasie na znajomych blogach panuje zastój, wiele znanych od lat blogerek zaprzestało pisania, wiele pisze bardzo rzadko. Kiedyś przejrzenie linków zajmowało mi tyle czasu, że miałam wyrzuty sumienia, że aż tyle :P Teraz uwijam się w pięć minut i to z komentowaniem! Choruję na deficyt blogów, takich normalnych do poczytania, nie takich reklamujących i zachwalających. Bo tych reklamujących i zachwalających (paretingowych, si?) mam dużo na facebooku i wchodzę tylko, jeśli coś mnie zainteresuje. 

I tutaj pojawia się zadanie dla Was: gdybyście miały polecić mi jeden, góra trzy blogi - jakie adresy byście podały? Oczywiście zastrzegając, że są to otwarte blogi, których właściciele bądź właścicielki są nastawione na zawieranie nowych znajomości i udostępnianie kawałka swojego życia zupełnie obcej babie :) Blogi z poczuciem humoru są punktowane u mnie podwójnie. No, więc? Polecicie coś ciekawego?