poniedziałek, 29 czerwca 2015

Przyjazne PKP

W ostatnim czasie dużo jeździmy pociągami. Właściwie jest to podyktowane koniecznością, ponieważ Misia cierpi z powodu choroby lokomocyjnej i wolimy nie ryzykować podróży zapchanymi, szarpiącymi, a często także  nieładnie pachnącymi busami. Jednakże wcale sobie nie krzywdujemy. Na pociąg mamy równie blisko jak na busa, ostatnimi czasy połączeń - szczególnie w kierunku Krakowa mamy sporo, a dodatkowo PKP zrobiło taką fajną promocję, że możemy jechać za piątkę. Czyli teoretycznie za tyle, co bus kosztuje, ale bus nie jest taki wygodny jak pociąg. Bo pociągami jeździ się naprawdę fajnie!

A ja pociągi kocham od dziecka. Podróże pociągami kojarzą mi się wyłącznie z przyjemnymi rzeczami. Albo jazda na wakacje do ciotek, albo z mamcią po wypłatę do zakładu, co później wiązało się z  przyjemnymi zakupami. Już nie mówiąc o kibicowskich wyprawach gdzieś w Polskę i jeździe takim zatłoczonym składem do Poznania, Warszawy lub Zabrza. Lubię, naprawdę lubię jeździć pociągami. I nawet specjalnie sobie nie krzywduję, jeśli na stację wtacza się "czarnuszek". Tak określamy z Misią te zwyczajne pociągi osobowe ( u nas czarno bordowe, kiedyś jeździły żółto niebieskie), bo co prawda jeździ toto wolniej i trochę się tłucze, ale można wygodnie nogi wyciągnąć, bagaże ułożyć, naprawdę nie to co w busie!

Jednak muszę przyznać, że pod tym względem PKP bardzo się zmienia. Od dłuższego czasu stopniowo wymieniają pociągi na te krótkie fajne szynobusy. I koło nas też często one jeżdżą. Są cichutkie, pachnące, szybkie. Parę razy zdarzyło nam się jechać pociągiem papieskim, bardzo wygodna podróż. Doszło właściwie do tego, że my z Kocurzastym, kiedy jedziemy gdzieś bez Misi, także unikamy busa i od razu idziemy na stację PKP. Dawniej pociągi jeździły przepełnione, ja osobiście pamiętam czasy, kiedy w składach były bufety i sklepiki. Do tamtego stanu jest daleko, ale i tak widzę, że jeździ coraz więcej ludzi. 

W związku z częstym podróżowaniem pociągami, czasem przydarzają nam się różne przygody. W zeszłym tygodniu Misia jak zaczarowana wpatrywała się w młodego chłopaka, który podróżował z ptakiem. Miał pudełko, ale ptak (nie wiem, jaki ale wyglądał jak szpak) był oswojony i skakał sobie po całym przedziale. To usiadł swojemu opiekunowi na ramieniu, to zajrzał dziewczynie co czyta. Niezłe przeżycie ;) Słyszałam o psie, który jeździł koleją, ale ptak? ;)

Z kolei w piątek miniony wjechaliśmy na stację w K i nagle okazało się, że ... elektrycy wyłączyli prąd. I staliśmy sobie parenaście minut na stacji, ponieważ bez prądu pociąg nie mógł jechać dalej. Misia naturalnie nie krzywdowała sobie wcale, jak wcześniej w ruchu się jej usypiało, nagle spanie minęło jak ręką odjął, z racji że był to pociąg do W, jechało nim sporo turystów. Misia - Czarodziejka wybierała sobie samych mężczyzn i czarowała ich uśmiechem. Jeden nawet zapytał po angielsku jak ma na imię. Ależ była dumna :))

Jeździmy często toteż i obsługa dobrze nas zna. Konduktorzy są różni, ale większość to bardzo sympatyczni ludzie. Sami szukają promocji, żebyśmy płaciły jak najtaniej. Szczerze? Jedyną nieprzyjemną w obejściu jest jedna konduktorka. Z racji, że na stacjach nie ma już kas biletowych, bilety trzeba kupować u obsługi. My z Misią chodzimy do samego przodu i tam na ogół znajdujemy kogoś od razu, albo czekamy. Przepraszam, ale nie będę z trzylatką ganiać po pociągu :P I tylko ta jedna pani mnie zrąbała jak psa pod płotem, ale niech jej będzie. Ja jej pokazałam adnotację, że podróżny ma zgłosić się do pierwszego wagonu od czoła pociągu i słodko zapytałam, gdzie ma czoło. Od tamtej pory nie lubi nas jeszcze bardziej, ale nie pozwolę się mieszać z błotem. Ale większość obsługi jest super. Niektórzy wypisują bilety, zanim podejdziemy. Inni żartują i próbują flirtować. Ale i tak wszystkich na głowę bije pan, który dwa tygodnie temu pomagał nam wynieść na peron wózek. Wyskoczył z pociągu i pękły mu w kroku spodnie :D Mam nadzieję, że jakoś dojechał do Krakowa!

sobota, 27 czerwca 2015

Powrót kota marnotrawnego

Zbyszek wrócił wczoraj z wieczora. Jest jeszcze ładniejszy i jeszcze bardziej głodny. Nadal dziki i rozmawiamy przez płot, ale jest. Podobno koty mają o siedem żyć. No, to Zbychowi zostało jeszcze sześć :))

czwartek, 25 czerwca 2015

Nie ma Zbyszka

Na dniach miałam napisać notkę pod tytułem "Nowa morda przy misce". Nie zdążyłam. Zbyszka nie ma już półtora tygodnia, czyli zachodzi obawa, że już nie wróci. Kim jest Zbyszek? Kocurkiem, małym szarym kocurkiem po tej czarnej dzikiej kotce. Absolutnie dzikim, chudym jak nieboskie stworzenie i oczywiście chętnym do nakarmienia. Czy raczej był, bo najwyraźniej rozprawiły się ze Zbyszkiem kocury. 

Zbyszek jest... hm, Zbyszek był z tych srebrzystych, pięknych kocurków. I choć przy pierwszym naszym spotkaniu z moich ust dobyło się pozbawione radości "Nosz kur*** następny", to przecież nie odgonię od domu i od miski. Jego mama jest dzika, ale naturalnie ta dzikość nie przeszkadza jej w opędzlowywaniu miski naszych kotów stojącej na podwórku. Poniekąd czuję się za tę czarną chudzinę odpowiedzialna, więc za podarunek w postaci srebrzystego kocurka też... choć naprawdę czasami mam dość. :)) I lubiłam sobie ze Zbyszkiem pogawędzić odrobinę, choć naturalnie w odległości pięć metrów od płota...

Zniknięciu Zbyszka towarzyszą mi skrajne emocje. Z jednej strony to trochę ulga, że kolejna kocia sierota nie znajduje się na naszym utrzymaniu. Z drugiej... wychodzę na podwórko i rozglądam się, wołam, tak ociupinkę mam nadzieję, że wyrwał się z kocich szczęk i opędzluje michę z resztkami. (chrupek nie lubił). Koci świat brutalny jest, zupełnie jak ludzki. I nie znosi konkurencji. Nasze kocice też na siebie syczą przy misce, czasem robią "pac" łapą, ale jeszcze się nie gryzą i chyba na gryzienie za stare już są...

Nie znam się, jest jakiś sposób żeby tę czarną zabezpieczyć na wypadek seksu? Nie chcę powtórki ze Zbyszka. 
Z tym, że złapać się nie da, ani podejść. Jedynie jej coś rzucić. W parówce schowane. 

wtorek, 23 czerwca 2015

Dlaczego nie lubię chińszczyzny...

Gdzieś znad oparów pierwszej kawy i okruchów zeschniętej drożdżówki poniósł się ogłuszający wrzask. Głośne "Mamaaaaaaaa! - w myśl zasady, że jak trwoga to do matki, uporczywym wrzaskiem zmusiło mnie do porzucenia rozmyśleń nad wyższością zaworów pneumatycznych w pneumatycznych układach hamowania. Jasne, nie? 

Co-się-stało?

Roztrzęsiona mała raczka podetknęła mi pod nos coś, co jeszcze ułamek sekundy wcześniej było chochelką, a obecnie przeistoczyło się w dwa liche kawalątka plastyku. Hm. Hmmmm... Wrzask przechodzi w żałosne chlipanie, małe rączki usiłują sklecić do kupy coś, co jeszcze chwilkę temu nalewało lalce zupę z jajka sadzonego i parówek, a obecnie za cholerę nie chce tworzyć jedności. Podsuwają matce pod gardziel z nadzieją w załzawionych oczkach... No, napraw mi... I co ja mam powiedzieć? Wiem, czego nie mogę powiedzieć, a co mi się po głowie kołacze. 

"A prosiłam, żeby jej tego chińskiego badziewia nie kupowała, no ale przecie babcia zawsze wie LEPIEJ!"

No, to już wiecie, czemu nie lubię chińszczyzny?
Tytuł cokolwiek mylący, ponieważ w dzisiejszym konsumpcjonizmie bardzo trudno znaleźć coś, co albo nie jest chińskie, albo koło Chin nie przepłynęło w kontenerowcu. W naszym domu jedynym tworem niechińskim jest pewnie Sanczez :P I z pewnością wiele przedmiotów wyprodukowanych w tamtym rejonie odznacza się całkiem porządną jakością i nie stanowi zagrożenia dla zdrowia i życia. Ale to najczęściej da się rozpoznać już na pierwszy rzut oka. Nawet po opakowaniu, dacie wiarę? I to naprawdę nie przypadek, że chochelka od babci pękła a chochelka od cioci Joli służy dzielnie. 

Już przy straganie odpustowym prosiłam: Nie kupuj jej tego, bo zaraz się połamie. 
Usłyszałam wesołe: Połamie się, to będzie połamane. 
Pewnie że tak, spoko, mi nie szkoda!
Ale przy okazji jest popłakane, powrzeszczane, posmarkane, bo dziecko nie rozumie tłumaczenia, że to był badziew (nie posunęłam się nawet do takiego tłumaczenia) i złamał się, bo raczka była zbyt niedelikatna, albo stopa stanęła. I że nie da się skleić bo w najszerszym miejscu było zbyt cienkie. I temu poleci do śmieci i nie płacz już bo masz inne... Bo dziecko akurat w tym momencie nie chce innego ale właśnie to. A tego już nie ma. Reklamacji nikt nie uzna. 

Nie myślcie, że ze mnie snobka, co chińskiego nie kupuje. Kupuję, bo często nie mam alternatywy, albo metka nie pozostawia mi wyboru. Nie przemawia przeze mnie też chytrość na zasadzie: "no babcia, wyskocz z kasy, kup wnuczce porządne za 50 złotych a nie za dyszkę, nie rób obciachu". Przemawia za  mną bardziej doświadczenie, bo już takie zabawki przerabialiśmy. Czasem ktoś przyniósł, rzadziej dostało się po innych dzieciach, niektóre się kupiło i bardzo żałowało. Ostatnio udało mi się powstrzymać przed kupnem odpustowego badziewia zabawka i na to miejsce poszłam do sklepu, kupiłam też chińskie, ale troszkę trwalsze. Nawet jakiś atest jest, choć całkiem możliwe że chiński :D Moje doświadczenie podszeptuje "nie" i chciałam się z babcią podzielić. Ale babcia nie słuchała, a czasem młodszego też warto do głosu dopuścić...

Efekt: pół godziny wycia. Może było warto, skoro wcześniej było pół godziny radości z plastykowych naczynek?

Kiedy łzy zostały już otarte, a plastykowe szczątki odprowadzone do żółtego worka na surowce wtórne, dziecko powróciło do kuchni i przygotowało dla mnie rybę z parówkami. Zostałam nakarmiona przy pomocy chochelki od cioci Joli (solidniejsza, grubsza, bardziej różowa) po czym wróciło do zabawy, a ja do zaworów pneumatycznych. 

Po chwili moich uszu doszedł kolejny wrzask. 
Poszedł cedzak od kompletu...








czwartek, 18 czerwca 2015

Czereśniowe ciasto babci

Misia ma taką książeczkę z historyjką i naklejkami "Czereśniowe ciasto babci". Jest to historia o małej dziewczynce Zosi, która nocuje u babci, a następnego dnia zajada się pysznym ciastem czereśniowym. Bardzo lubi tę książeczkę, co widać po stanie technicznym :P

Postanowiłam dziecku sprawić przyjemność i dziś powstało czereśniowe ciasto Misi :)
Nie było lekko, bo w domu ani grama masła i ograniczona ilość mąki. Ale udało się. 
Taka oto niespodzianka czekała na maluszka, kiedy wstał z popołudniowej drzemki. 
Coś mi się wydaje, że zupa dziś pójdzie w odstawkę, ale raz na rok można. 
Właśnie wchodzi trzeci kawałek :)

Też chcecie?
Proszę uprzejmie, zapraszamy na kawę i herbatę owocową. Do wyboru :)


Nie będę się wymądrzać przepisem, bo nie mój, tylko po prostu Wam kliknę LINK! 
Po prostu my zastąpiłyśmy śliwki mieszanką czereśni i borówek amerykańskich. 
I jest pycha :)

Dziś mam rewelacyjny nastrój. Troszkę przez pracę , bo dostałam fantastyczną propozycję, trochę przez popołudniową kawę z chrzestną Misiaczka, trochę przez ciasto, a trochę bo dziecko zawołało dziś radośnie: Jedzie pociong, ćerwony jeśt jak matewka. 

Brawo misia!

ps. Kocia Dama zostaw maila po zaproszenie na Miskę :)

środa, 17 czerwca 2015

Jak popełnić próbę samobójczą

Nie ma dnia, żebym nie czytała lub nie słyszała o kimś, kto decydował się odebrać sobie życie. Co wtedy czuję? Wielki żal. Że najwyraźniej nikt w porę nie zareagował, nie wyciągnął ręki na pomoc. Że wszystko nie skończyło się szczęśliwie, a przecież mogło. Mogło, bo...

Bo zawsze jest jakieś rozwiązanie. Prostsze lub trudniejsze, a nawet i bardzo trudne. Ale jest. Śmierć oznacza koniec. Życie oznacza początek. Nowe marzenia do spełnienia, nowych ludzi do poznania, nawet nowe książki do przeczytania i nowe kwiaty do wąchania. Śmierć oznacza płacz i rozpacz. Życie jest radością i uśmiechem. Co mówisz? Że życie nie jest usłane płatkami róż, że kuje? Być może czasem i kuje, ale to w dużej mierze od nas zależy, czy dostrzeżemy swój uśmiech. 

Uwierz, wiem, co mówię. 
Byłam dzieckiem wychowującym się w oparach alkoholu. 
Wiem, czym jest wstyd. Wiem, czym jest bieda. Nie szkodzi. 
Znalazłam swój uśmiech w życiu, kilka uśmiechów, setki, tysiące. 
Ty też możesz je znaleźć. Ale musisz ŻYĆ!!!

W mojej rodzinie kobieta odebrała sobie życie. Złamała tym życie swojej córce. Zniszczyła tym życie swojego męża. Pozostała rozpacz, łzy i pytania bez odpowiedzi. Ona nie potrafiła poprosić o pomoc, ty bądź sprytniejszy!

Dzwoń!
116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej.

Jan z bloga Stay Flay zrobił kiedyś wpis o przewrotnym tytule (takim jak mój), w którym wstawił powyższe numery. Miesięcznie wchodzi na niego 4 tysiące osób, szukających sposobu jak odebrać sobie życie. 4 tysiące! Teraz blogosfera pod jego wezwaniem hakuje google. Jeżeli masz bloga to dołącz do nas. Napisz wpis o tym, że warto dać sobie szansę. Używaj w tytule słów „samobójstwo”, „śmierć” i im podobnych, żeby każdy kto szuka rozwiązania problemu ze swoim życiem trafił właśnie na Ciebie. Wstaw do wpisu powyższe numery. Niech wszystkie wyniki na pierwszych stronach Google będą odsyłać do wpisów, że warto walczyć, bo to Ty ustalasz reguły swojego życia. (fragmenty pochodzą z blogów: Klarki i Margerytki)


wtorek, 16 czerwca 2015

Grunt to reklama :)

Ohohoho!
Się bloga zaniedbało, ranyrany :)

Ale już spieszę z notką świeżutką, spieszę. Aż na zakręcie wyrobić nie mogę. 

Wybrałam się w niedzielę w odwiedziny do mamci. Dla niewtajemniczonych mamcia spoczywa na naszym wiejskim cmentarzyku, pod wysoką brzózką, na delikatnym wzniesieniu. Podczas wizyty tradycyjne przestawianie zniczy, strzepywanie kurzu z kwiatków, liści z pomnika i nawet rwanie trawy, która się przez te deszcze wokół grobu puściła (nic, że niedziela, bo cel chwalebny). I nagle rzucił mi się w oczy karteluszek niewielki, dyskretnie wsunięty pod świeczkę. 

Biorę i parskam śmiechem. Wizytówka całkiem ładna, przedsiębiorstwo świadczy usługi związane z odświeżaniem pomników, coś jak cyklinowanie podłóg, tylko że na marmurze. Do tego napisy też odświeżają i groby myją... zerkam podejrzliwie na nagrobek mamci, czy już w tak kiepskim stanie się znajduje, że specjaliści sugerują, jakoby trzeba było już za renowację się brać? Ale nie, nie jest tak źle. Choć literki współlokatora mamci, czyli mojego chrzestnego ojca, można by pomalować... ale tym zajmę się sama, kupię złoty pisak w papierniczym czy farbkę, nie wiem, co to się kupuje. 

Rozglądam się na boki i cóż widzę? Na każdym pomniku w zasięgu wzroku karteczka wsunięta pod znicza. Najpierw troszeczkę zirytowała mnie taka nachalna forma reklamy, a potem machnęłam ręką i tyle, że "naszą" wizytówkę wyrzuciłam. Na cmentarzu jest pewnie z tysiąc nagrobków, jakieś 80% to nowsze egzemplarze z płytami, które można odświeżać. Nie wiem, ile kosztuje wizytówka, ale wydaje mi się, że bardziej opłacałaby się inna forma reklamy. O, zatrudnienia copywritera chociażby!

A co Wy myślicie o takiej formie reklamy? Ja pierwszy raz się spotkałam :)