wtorek, 15 grudnia 2015

Taki klimat

Ciężko jest poczuć świąteczny klimat, kiedy za oknem jest szaro albo zielono. I to bynajmniej nie od choinek jest zielono... I kiedy dziś z rana biegłam z pojemnikiem popiołu, olśniło mnie, że to wszystko wina ocieplenia klimatu! Naprawdę pamiętam białe święta, mroźne, skrzypiący pod butami śnieg, sanki i śnieżny nastrój Bożego Narodzenia! Jak tu wypatrywać pierwszej gwiazdki, gdy za oknem błoto i zeschłe badyle? Się wcale nie dziwię, że sąsiedzi od kilku lat nie zawieszają na balkonach i ogrodowych drzewkach kolorowych lampek. To nie przez wysokie ceny prądu! To przez to, że w takiej scenerii kolorowe światełka wyglądają nieomal żałośnie i smutno!

I wiecie co: tak mnie jeszcze naszło, że to chyba coś za szybko postępuje. Bo przecież nie jestem AŻ takim dinozaurem, a pamiętam białe święta. Naturalnie jest też jakaś dodatnia strona sytuacji. Istnieje możliwość, że dożyję czasów, gdy przed domem zamiast wierzby mandżurskiej będę mieć banany i daktyle. Polskie. 

ps. A ja po kawie zrobiłam taki myk i podprowadziłam córce kakao :) Bo pomimo ocieplenia klimatu, zimno dziś na dworze...


poniedziałek, 14 grudnia 2015

Mikołajusia

- Mama jest moją mikołajusią! - oświadczyło z rana dziecko, czym wzbudziło mój bardzo szeroki uśmiech. Cieszę się, że pomimo tych różnych niedogodności i zaburzeń, Milenka mówi tak pięknie i wyraźnie, że zawsze jestem w stanie zrozumieć, co mówi :) Dzięki temu nie przegapiam takich "tekściorów". 

Pies złapał z rana zrąbkę, bo wyłożył się na moim nowym płaszczyku. Czyja wina? Ano moja bo położyłam na oparciu łóżeczka, a przecież bestia wszystko ściągnie i udepcze, by mieć pod tyłkiem sześć warstw jak księżniczka na ziarnku grochu. Po pięciu minutach wchodzę do pokoju a dziecko macha mu palcem przed nosem i powtarza: 
- To nowy płaszcz, nowy!


piątek, 11 grudnia 2015

Jeśli masz kota...

Jeśli  posiadasz kota, albo inaczej: jeśli jakiś kot ciebie posiada i zamieszkuje w twoim domu, musisz być świadom człowieku kilku ważnych rzeczy: 

po pierwsze primo - Jeśli kot miauczy i czwartej nad ranem, bo chce wejść do domu, to nie ma najmniejszego sensu udawać, że się nie słyszy i przyciskać głowy do poduszki, bo kot i tak postawi na swoim. 

po drugie primo - Jeśli kot ma ochotę napić się mleka, to wodę możesz pić sobie sam. Żadna próba oszustwa nie ma najmniejszego sensu, bo kot i tak postawi na swoim. 

po trzecie primo - Jeśli kot chodzi po kuchni i miauczy żałośnie, nie ma najmniejszego sensu go uciszać i wygłaszać przemówień typu: "zamknij się wreszcie", bo kot przyszedł sobie pogadać. 

po czwarte primo - Jeśli kot udrapie cię w tylne partie ciała, nie ma najmniejszego sensu obwiniać kota. Sam jesteś sobie winien. Przecież kot próbował zwrócić twoją uwagę i miauczał. 

po czwarte primo - Jeśli wyobrażasz sobie, że kot będzie w taką pogodę siedział za drzwiami, to się grubo mylisz. Kot ma cieniutkie futerko i przy minus czterdziestu zamarza. Więc nie wygrażaj miotłą, nie używaj epitetów i wstań z kolan, bo kot i tak spod łóżka nie wyjdzie. 

po piąte primo...





U nas co prawda kot się w sprawy choinkowe nie miesza, ale za to dziecko już tak. Wystarczy przerobić troszkę tekst i też będzie :) Pozostałe są wiernym odzwierciedleniem dzisiejszego poranka z Gabriellą. Wstałam o czwartej. Nie po to, by wpuścić kota, nie. Bo i tak obudził mnie dziecięcy kaszel i spać nie mogłam. Ale skoro na dźwięk kaszlu zaczęło skrobać, to wpuściłam... resztę już znacie :)



poniedziałek, 30 listopada 2015

Weekend z szarlotką

Jakkolwiek głupio to zabrzmi, ubiegłotygodniowy pogrzeb narobił mi apetytu na szarlotkę. Wszystko przez stypę, na której podano wprost nieziemskie ciasto z jabłkami. Sama stypa bardzo mnie rozczarowała, przyzwyczaiłam się, że na stypach rozmawia się o zmarłym, przytacza różne anegdotki z przeszłości. Tam nie. Po prostu nas nakarmiono (obłędnie i nieprzyzwoicie, zważywszy na okoliczności, dobrze) i wypuszczono do domu. A mnie przed oczyma i na języku pozostała szarlotka. Może to i dobrze? Ciocia nie będzie mi się kojarzyć z alzheimerem, starością, chorobą, ale właśnie z ciastem z jabłkami?

W weekend przystąpiłam do działania. Pamiętacie, jak piekłam ciasto (czereśniowe) z Milą? Tym razem było podobnie. Kocurzasty ulotnił się z domu, ja zabrałam się za przeszukiwanie szafek w poszukiwaniu składników (zawsze czegoś braknie, tym razem cynamonu), a dziecko podreptało do półki z książkami i przyniosło bajkę o Czereśniowym cieście. Ja zagniatałam ciasto, a ona z poważną miną zasiadła przy stole i wertowała książeczkę. Albo ewentualnie podbierała mi surową mąkę, albo jeszcze wyjadała rodzynki i powtarzała "Mieszamy, mieszamy". Nie cierpię wyrabiać ciasta kruchego, ale znalazłam rewelacyjny przepis, ciasto jest mięciutkie i szybko się zagniata. Już myślę, jak wykorzystać je przy okazji świąt i chyba już wiem :))

Ciasto wyszło doskonałe!
Już w sobotę opitoliłam jeden rządek. Później drugi rządek, a następnie trzeci. Na niedzielę zostało troszkę mniej niż pół, a musicie wiedzieć, że wcinałam sama. Kocurzasty nie lubi ciast, zatem zjadł (z łaską) jeden kawałek. Mila zawiązała ze mną spółkę i zbierała z ciasta (mojego) cukier puder, a ja jadłam i jadłam... wieczorem w niedzielę również okazała łaskę i podziubała kawałek ciasta (bez jabłek). Leżąc w łóżku i czekając na Kocurzastego, który był na meczu (przerżnęły patałachy), zjadłam kolejny rządek i na talerzyku zostały dwa kawałki. Prawie na rano do kawy i po szarlotce. 

Rano obudziło mnie mlaskanie. Otworzyłam jedno oko i cóż ujrzałam? Ciastem z talerzyka poczęstował się pies. Smak docenił, zjadł nawet jabłka. Niemniej ochrzan chwycił solidny, nie że mu żałuję, ale jak się chce jeść szarlotkę w łóżku, to się bierze talerzyk! A teraz nie dość, że nie mam szarlotki, to jeszcze wolnego dnia, bo muszę prać...


niedziela, 29 listopada 2015

W chłodne dni

Zauważyłam, że kiedy za oknem robi się zimowo, jakoś większymi względami cieszy się u mnie herbata. Chyba bardziej pasuje mi do mroźnych poranków i popołudni. Nawet wieczorem, gdy czytam w łóżku, muszę mieć w zasięgu ręki kubek z herbatą, choć najczęściej zasypiam, zanim uda mi się wypić połowę. Zaraz po pobudce muszę jednak wciąż wypijać kawę i od tego nie ma zmiłuj. Złe nawyki wróciły i zakorzeniły się na dobre. Za to kiedy odprowadzę już Milę do przedszkola i wracam do domu, herbata smakuje mi jak nigdy! A do tego odkryłam nowy smak herbaty, który bardzo przypadł mi do gustu. I nie to nie jest post sponsorowany, chwalę się bo sobie kupiłam :P

zdjęcie pożyczone stad http://takatamzwykladziewczyna.blogspot.com/

Cóż, herbatka Rozgrzej się z Biedronki rozgrzewa tylko tym, że jest gorąca, bo nie zawiera żadnych "prądów" i innych takich, ale ma boski zapach. Połączenie pomarańczy, cynamonu i goździków, w smaku jest lekko cierpka i dość charakterystyczna, ale przyzwyczaiłam się. I teraz nieodmiennie kojarzy mi się z tym, że wracam do ciepłego domu, zalewam herbatę, czytam albo piszę. Już samo to skojarzenie jest miłe i rozgrzewające tak od środka. 

Zupełnie nie wiem dlaczego, ale kiedy wracam myślami do różnych wspomnień z przeszłości, najczęściej pojawiają się właśnie obrazy związane z chłodnymi, zimowymi dniami. Przypominają mi się przede wszystkim sobotnie popołudnia, gdy po kąpieli suszyłam włosy przy kaflowym piecu. Przypomina mi się mamcia, pytająca, czy już palimy. Pamiętam nawet taki dzień, gdy stałam przy oknie w domu Milenkowej chrzestnej (ona była wtedy małą dziewczynką) i obserwowałam wirujące płatki w świetle latarni. A najbardziej pamiętam właśnie zapach i smak gorącej herbaty połączony z fabułą ciekawej książki. W tamtym okresie Kinga najczęściej :)

Najczęściej lubię mocną herbatę z dwiema łyżeczkami cukru i grubym plastrem cytryny. Czasem piję też herbatę z miodem lub łyżeczkę malinowego soku. Lubię też herbaty owocowe, ale tylko te z "farfoclami", jak ja je nazywam :P Niestety zupełnie nie smakuje mi herbata biała, zielona i czerwona, czyli najzdrowsze. A Wy jakie lubicie/pijecie?


sobota, 28 listopada 2015

Na męża zawsze można liczyć ;)

Sobota, weekend, czy kojarzy się Wam to z czymś przyjemnym? Na  przykład z dłuższym czasem spędzonym w ciepłym łóżeczku? Z miłym i relaksującym snem, którego zazwyczaj w tygodniu trudno zaznać? I z tym, że nie trzeba się zrywać o piątej, tylko na przykład o szóstej trzydzieści? Właśnie tak wyobrażałam sobie tę konkretną sobotę. Nie wyszło, za sprawą męża mojego cudownego. 

Jakiś czas temu poskarżyłam się Kocurzastemu, że nie potrafię w nowym telefonie (smartfonie - srajfonie) ustawić pobudki i budzę się na wyczucie. Mąż poczuł się zobowiązany rzeczony budzik namierzyć i uruchomić i zabrał się za to wczoraj. O tym, że nastawia go na na sobotę, na piątą rano jakoś nie pomyślał... Tym samym dzisiaj o równiutkiej piątej cała rodzina została poderwana na nogi i ściągnięta do kuchni, gdzie uporczywie coś brzęczało. Brzęczało! Darło się, jakby z obudowy toto obdzierali! 

Po spacyfikowaniu niewydarzonego budzika wróciliśmy do łóżka, niemniej to tak jakby nie było to samo... nawet pies westchnął tak głęboko, że go koło Krakowa słyszeli. Mąż pozostaje w niełasce, a ja... umyśliłam sobie na dziś szarlotkę. Ale to już zupełnie odrębna historia...


poniedziałek, 2 listopada 2015

Burak

Po powrocie z przedszkola gotujemy barszczyk czerwony i przy okazji - jak zwykle - utrwalamy słownictwo. Matka kroi marchewkę i pyta.
- Co mama robi?
- Kroi marchewkę! - odpowiada radośnie dziecko.
Matka sięga po buraka i obiera go ze skórki. 
- Co mama robi?
-...
- No, śmiało!
- Mama jest burak!
Miało być "ma buraka", ewentualnie "trzyma", droga córko. 
Ale i tak było śmiesznie :)

niedziela, 11 października 2015

Kurczak pieczony

Jakiś czas temu Mila przyswoiła sobie zwrot "kuźwa mać". Nie kojarzymy w jakich okolicznościach. Być może podczas rodzinnego oglądania futbolu, gdy Lewandowski, albo jakiś inny nie trafił w bramkę. Być może podczas rodzinnego gotowania, gdy pies materializuje się pod nogami, a dłoń upuszcza fileta z kurczaka? Może od babci, która w użyciu ma jeszcze ciekawsze wyrażenia, więc trzeba się cieszyć, że padło akurat na mało atrakcyjną, ale wcale nie najgorszą kuźwę? 

Nie wiemy, kiedy kuźwa weszła do czynnego słownika naszego dziecka, ale wiemy, że nieprawidłowo zareagowaliśmy. Najpierw śmiechem, bo takie "kuźwa mać" wypowiedziane z groźnie zmarszczonymi dziecięcymi brewkami rozśmieszyłoby nawet głaz. Następnie zaś napomnieniami i prośbami, by dziecko tak nie mówiło. A musicie wiedzieć, że takie napomnienia w takim wieku niosą efekty odmienne od zamierzonych. Czyli dziecko z radosnym uśmiechem powtarza "kuźwę" z zamiłowaniem i pięknym naciskiem na "mańć". Bo nasze dziecko końcówkę sobie też odmieniło. 

Z racji, że ostatnio jeździmy po różnych ludziach, gdzie "kuźwa" absolutnie nie jest pożądana, zdecydowaliśmy się z cholerą zawalczyć. Pani Justyna mówi, że taka "kuźwa" i tak jest niegroźnym przypadkiem, ale my jednak wolelibyśmy zamienić ją na coś innego. Może ne kuźnię? O, taka kuźnia mać, na przykład, jak fajnie brzmi? Ostatecznie stwierdziliśmy, że będziemy dziecko poprawiać i mówić, "kurczak pieczony". Wczoraj kurczak znalazł zastosowanie, gdyż podczas kolacji dziecku z talerza uciekł kabanos i orzekło. 

- No, kuźwa mańć!
Popatrzyliśmy na siebie z Kocurzastym i dalej tłumić parsknięcia wesołości, trzeba dziecku pokazać, że taka kuźwa wcale zabawna nie jest. Przybraliśmy więc surowe miny. 
- Kurczak pieczony. 
- Kurrrczak pieczony. 
- Kuźwa manć - dodało dziecko. 
Ręce nam opadły. 
- Mówi się kurczak pieczony. Kurczak pieczony jest zabawny! - Kocurzasty zademonstrował, jak to przy kurczaku można boki zrywać. 
- Kurczak pieczony! - powtórzyło zachwycone dziecko, parskając śmiechem i kabanosem. 
- Tak, właśnie tak! - wołamy uradowani. 
Nagle z widelca odrywa się kawałek oliwki i ląduje przed psim nosem. Dziecko spogląda za oliwką i woła:
- No, kurczak pieczony... kuźwa manć. 

Długa droga przed nami. Ale mogło być gorzej, co nie?

piątek, 9 października 2015

I oto jest :)

I oto po przerwie otwarty blog wraca do łask. Pod zmienionym tytułem, pod zmienionym adresem, ze zmienionym (na pierwszy rzut oka) autorem. Mam nadzieję, że posłuży dłuższym notkom, krótkim refleksjom, przebłyskom pięknych chwil, którymi będę chciała się z Wami podzielić. I oby było jak najmniej smutnych treści zawartych w jego postach :)

Na blog możecie wchodzić z Miski. Jeśli chcecie zapisać go w linkach, użyjcie proszę tytułu "Granda Familia" lub najzwyczajniej opiszcie go imieniem "Asia". Poprzednia nazwa bloga i nick przechodzą już do historii, tamten rozdział żegnam już na zawsze. Z uczuciem wzruszenia i myślą: ależ to były czasy :)

piątek, 21 sierpnia 2015

Tanie sentymenty

Odkąd pamiętam w naszym domu kuchnia była bardzo ważnym miejscem. Kiedy mieszkaliśmy jeszcze w starym domu, kuchnia była malutka. Kiedy wybudowali dom nowy, babcia cieszyła się, że kuchnia będzie wielka i wyposażona w porządny kaflowy piec. W kuchni koncentrowało się życie domu, tu się jadało posiłki, spotykało po pracy, rozmawiało, a nawet myło - w domu nie było wtedy łazienki - czy spało na małej wersalce. Kuchnia była królestwem babci i musiała być wyposażona odpowiednio do swojego statusu. 

Pewnie nie zdziwię Was, kiedy napiszę, że dawniej robiono porządne rzeczy i wyposażenie kuchenne nie stanowi tutaj wyjątku. Te rzeczy przetrwały naprawdę wiele lat. Większość kuchennych przedmiotów w naszym domu pochodziło jeszcze ze starego domu i kiedyś należało do babci. Jeszcze parę lat temu tarłam na plastykowej tarce ogórki na mizerię. Gdzieś na strychu zagubiła się metalowa maszynka do mięsa (taka ciężka, wiecie jaka?), gdybym ją znalazła i wyszorowała, pewnie mogłabym robić z jej pomocą kotlety mielone. Sól zawsze stała na piecu kuchennym, w starym glinianym dzbanku. Podobny dzbanek nasz historyk z podstawówki demonstrował nam na lekcjach jako zabytek, a ja siedziałam cicho, żeby nie kazał przynieść :)

Ze mnie jest marna gospodyni, chyba już o tym wspominałam. Do tego gapa okropna, więc pewnie Was nie zdziwi, że dzbanek stłukłam. Bardzo mi go szkoda, ale... No właśnie. Ale. Bo przecież coraz częściej dążymy do tego, by nasze wnętrza, nie tylko kuchenne, były coraz bardziej eleganckie i nowoczesne. Być może odrapany dzbanek by do nich nie pasował i zaległ gdzieś w piwnicy. Makutrę z tłuczkiem zastępujemy mikserem. Maszynkę do mięsa z korbką elektrycznym robotem. Młynek do kawy - ekspresem. To zupełnie naturalne. 

A jednak szkoda mi tych babcinych gratów. Gratów pisanych z czułością i sentymentem. Tak, jestem sentymentalna. Tak, nie umiem wyrzucić starej chochelki z ruszającą się główką. Tak, stosuję mikser przy każdym cieście i przekładam w szufladzie bezużyteczną pałkę do ucierania. A kiedy wchodzędo starych domów, czuję nie tylko ich zapach ale ich duszę. 

W naszym niestety jej nie czuję. Może musi się zestarzeć? Może kiedyś się jej dorobi? 

ps. Tanie sentymenty. Dlaczego? Bo ekonomicznie, to proste :)

środa, 19 sierpnia 2015

Świętowanie

Piętnastą rocznicę naszego poznania uświetniliśmy chipsami o smaku grillowanych warzyw i łykiem niebieskiego drinka z Biedronki. Na dodatek uczyniliśmy to we własnym łóżku, po oddelegowaniu dziecka do jego własnego łóżeczka. Chipsy gryźliźmy ostrożnie, co by malucha nie zbudzić. Jeszcze by się zechciała przyłączyć, a jak tu tłumaczyć, że niezdrowe, skoro samemu się wcina? Dodatkiem do świątecznego menu były czułe całusy i strony dobrych książek. U mnie papierowe, u Kocura na czytniku. 

Prezentów nie przewidziano. Jesteśmy już na tym etapie, kiedy bardziej świętuje się rocznicę ślubu niż ten dzień poznania. A kiedyś to było takie OJEJ! Pamiętam, jak zaznaczałam każdy 18 w kalendarzyku serduszkiem, potem zaznaczałam serduszkiem każdy 29, bo to nasz umowny pierwszy dzień związku. Teraz nie umiem sobie przypomnieć, czy braliśmy ślub 16 czy 17 a serduszkiem zaznaczam urodziny Mili :P

Jednak piętnastka to taka ładna, okrągła liczba, i zawiera piątkę, a ja piątkę lubię od czasów szkolnych :) Kocurzasty to nawet stwierdził że moglibyśmy sobie coś fajnego na tę rocznicę zafundować i zaproponował koncert Erosa Ramazzottiego (nie chce mi się iść sprawdzać, jak się pisze). Niestety, za bilety dla nas dwojga zapłacilibyśmy 500 zl, więc westchnęłam tylko żałośnie i oświeciłam męża, że za te pieniądze kupilibyśmy nowe panele do pokoju, albo pół pralki, albo opłacilibyśmy Mili 10 godzin zajęć. Tak, na tym etapie też już jesteśmy :)

Niemniej moja żałość skutkowała chwilą zadumy i stwierdzeniem. 
- Wiesz kochanie, ale w sumie to chciałabym kolejną rocznicę ślubu (piątą!!!) świętować jakoś fajnie. Może kolacja w restauracji, może wyjazd do Spa...
- Ale tak tylko my dwoje?
- Tak, tylko my...
Po chwili czytania i pochrupywania chipsów spojrzałam w kierunku łóżeczka, gdzie pod żółto-błękitną kołderką śpi Mila i weschnęłam. 
- Nie, no ale Milę też trzeba zabrać. Jej też się świętowanie należy...
- Czyli Spa odpada, ale do restauracji możemy ją zabrać... - zgodził się Kocur 
Chwila ciszy i nagle gdzieś z okolicy moich kostek doszło donośne burczenie. 
Podniosłam oczy i napotkałam pełne wyrzutu spojrzenie dwóch paciorków. 
- Ale przecież nie możemy zostawić w domu Sanczeza... on też należy do rodziny. 
Kocur najpierw westchnął, potem zaczął się śmiać, a jeszcze potem nakarmił samego zainteresowanego chipsami. Rodzina jest najważniejsza, zapamiętajcie! A rodzina to Ci, których obiejmuje się ciepłem serca. 

ps. Tak właśnie powstają książkowe komedie :)

wtorek, 18 sierpnia 2015

Jest kawa - jest notka

Dosłownie przed momentem przyjechałyśmy z miasteczka, w sierpniu zajęcia mamy częściej, bo musimy trochę odrobić za lipiec i początek sierpnia. Dziecko padło w pociągu i o dziwo: nie obudziło sie, kiedy przyniosłam ją do domu. A więc co? Szybko czajnik, kawa i komputer - trzeba wykorzystać wolną chwilę :)

Jest kawa, jest i notka. Przez myśl przemknęło mi: jak za starych, dobrych czasów. Nie żeby nowsze czasy były złe, z pewnością nie :) A jednak z sentymentem wspominam ten okres, kiedy zaczęłam blogować i z niecierpliwością czekałam, aż wrócę z pracy, zrobię kawę, zasiądę przed monitorem, napiszę notkę i zobaczę, co u Was :)

Fajnie jest być panią swojego czasu... Teraz trzeba dostosowywać blogowanie, czytanie i inne fajne czynności do dziecka. Notki podczytuję pomiędzy innymi czynnościami. Własne zaczynam i nie kończę, pozostawiając w kopiach roboczych, a potem usuwam, odczuwając zażenowanie na myśl, że sama nie pamiętam, o czym chciałam napisać. Masakra :) Ciekawe, czy coś drgnie w tej kwestii, kiedy mała pójdzie od września do przedszkola? 

A propo przedszkolnych wieści: dziś kupiłyśmy pantofle, pierwsze przedszkolne pantofle Milciaka, nad którymi matka musiała uronić łezkę wzruszenia oczywiście. Pantofle z rzepem, a jakże, z fioletowymi serduszkami, własnoręcznie przez dziecko wytypowane i określone słowem "fajne". Niech robią za talizman i przyniosą nam przedszkolne szczęście :)

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Pada deszcz

W niedzielne popołudnie od zachodu nadciągnęły ciemne chmury. Parę racy huknęło gdzieś w dali, potem zaszumiało i kiedy wyjrzałam przez okno, okazało się, że pada. Ucieszyłam się. Straszyło od kilku dni, zanosiło się i roznosiło. W czwartek też przyszły chmury, czarne jak noc. Zrobiło się nieprzyjemnie. A potem spadły trzy krople wody, które nawet nie obudziły kota drzemiącego na stole przed oknem. 

Wczoraj to co innego. Solidna ulewa z burzą przy okazji. W momencie zrobiło się ciemno i nieprzyjemnie, trzeba było wyłączyć wszystko z prądu. Mila przespała całą burzę, ja siedziałam przy niej i wpatrywałam się w okno. Do moich kolan przykleił się rozedrgany pies. Parę razy huknęło gdzieś blisko i w niedługim czasie zawyła syrena strażacka. Tego momentu nie lubię najbardziej, dają o sobie znać skutki nawałnicy. Oby tylko połamane gałęzie, nie pioruny...

Ta burza i tak nie była taka straszna, przynajmniej nie u nas. Tym razem nie wydobyłam z barku świeczki. Tak właśnie robiła mamcia - przy tych najgorszych burzach zapalała w oknie gromnicę. Teraz ja tak robię, wtedy kiedy boję się najbardziej. Od palącej świecy strach jest mniejszy, nie wiem, jakim cudem, ale jest...

Dziś ranek obudził nas deszczem i grzmotami gdzieś w oddali. Burza minęła, pozostało przyjemnie chłodne powietrze. Miałam nadzieję, że wyjdzie słońce i będziemy mogły wyjść do ogródka, ale ciapie. Nie dopiszę "niestety", bo deszcz jest w tej chwili bardzo potrzebny. Niech ciapie. 

sobota, 1 sierpnia 2015

Kiedy chce się kawy (bardzo się chce)

Dzisiejszemu dniowi towarzyszy wprost nieziemska ochota na kawę. I to kawę fusiarę, co zdarza się u mnie wyjątkowo rzadko. Po zajęciach, na których byłam z Milą, wpadłam do domu niemal z głodem w oczach. Niestety, szybko mnie postopowało. Zapomniałam, że przed zajęciami nie zdążyłam umyć naczyń po śniadaniu. Uwierzycie, że nie wypiję kawy, jeśli mam w zlewie gary? Nie że jedną zagubioną szklankę, ale tak więcej. Więc najpierw zmywanie, potem przyjemności. A ślinka na kawę cieknie i cieknie.. 

W międzyczasie olśniło mnie, że do kawy z przyjemnością coś by się przegryzło. Na szczęście ucierane z owocami zajmuje 10 minut i prawie zawsze w domu są wszystkie składniki. Raz dwa i ucierane z borówką amerykańską (tudzież kanadyjską, a tak naprawdę małopolską :P ) w piekarniku. 

Po zmywaniu, po ucieraniu, po wstawieniu do piekarnika, przyszła pora na zasłużoną i wyczekaną kawę. A kawę warto wypić w fajnym kubku, doznania wizualne lepsze, co nie? Z wakacji nad morzem przywiozłam sobie ten oto kubeczek: 


I dopiero w domu olśniło mnie, że ten wzór tak mi się podoba, że trzeba było kupić kilka. Na szczęście można dokupić w internecie, nie trzeba jechać nad morze :)

To co: pijemy kawkę? Wcinamy placusia?

czwartek, 30 lipca 2015

Marzenia się spełniają

Dziś pieję z zachwytu, aż z tego piania ochrypłam doszczętnie, dziecko i pies patrzą na mnie jak na wariatkę. Ale jak nie piać, skoro spełnia się jedno z moich marzeń. Wpierw pomyślałam sobie, że to największe, a potem klepłam się w głowę. Weź się ogarnij kobieto, nie bluźnij. Największym marzeniem jest dla mnie pogawędka z Milą...

Ale to także jest ważne marzenie, piękne marzenie, moje marzenie. 
A Wy macie w nim swój udział :)

wtorek, 28 lipca 2015

Kiedy czuć już sierpień...

Wyniosłam dziś pościel do ogrodu, na chwilę przystanęłam, pociągnęłam nosem i co poczułam? Sierpień, moje drogie, sierpień nadchodzi wielkimi krokami. Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie sierpień jest miłym miesiącem, ale takim trochę rozżalonym. Bo to niby lato, bo niby ciepło, a w porywach gorąco, ale gdzieś tam już zza pachy wystaje mu jesień i szepcze złośliwie: idę, idę do was, koniec tego dobrego! 

I razem z sierpniem mijają już duszne poranki i ciepłe wieczory, mgły od rzeki ciągną takie chłodniejsze, powietrze pachnie zupełnie inaczej, ludzie zrywają z drzew owoce i wszystko bardziej się kojarzy z końcem niż z początkiem. No, bo z czym sierpień kojarzy się najczęściej? Nie wiem, jak Wam, ale mnie (poza tym że to miesiąc naszych kocurzastych rocznic) kojarzy się z tym, że minął już miesiąc wakacji i został tylko jeden... A sierpień to zawsze był taki szybki miesiąc. Bo do 15 sierpnia, kiedy to w pobliskiej miejscowości jest odpust, przeleciało szybko, a po odpuście to już leciało błyskawicznie. I nie ma to tamto - do szkoły :)

Ech, teraz człowiek do sierpnia ma podejście zgoła inne, bardziej nostalgiczne. Jeszcze taka romantyczna dusza jak ja, to już w ogóle. Nie mam żalu do jesieni że się zbliża, jest przecież taka piękna (tylko po cholerę jej węgiel do pieca :P), patrzę z przyjemnością na żółknące listki (choć odczuwam żal, że za chwilę ich nie będzie, w ogóle żadnych nie będzie), z przyjemnością wspominam miłe dla nas wydarzenia z przeszłości. Na nieszczęście sierpień niesie też wiele smutnych wspomnień, nawet jeśli w otoczce słońca i kwiatów. Ale z takimi też trzeba sobie poradzić. 

A tymczasem - nie wiem, jakim cudem i jestem pełna podziwu dla siebie samej - wygospodarowałam sobie jeszcze prawie tydzień urlopu. Dziś skończyłam pisanie i wszystko wskazuje, że do końca tygodnia mogę leżeć do góry kolanami i robić same przyjemne rzeczy. Oby nic nie wpadło ;P Pogoda nam sprzyja również, bo słońce grzeje, ale wiaterek chłodniejszy, więc możemy z Milą hasać po ogródku. Prawdopodobnie labę uczcimy kolejnym ucieranym plackiem z owocami (po czereśniach wykorzystałyśmy doń śliwki i wyszedł jeszcze lepszy, teraz może brzoskwinie? Albo mieszkankę?) Być może i blog zaszczycę częstszą obecnością? Póki co dziś wspominamy i świętujemy rocznicowo... pojawienie się psa. Dwa lata temu trafił do naszego domu :)

sobota, 25 lipca 2015

Małe tęsknoty...

ehem, ehem, ehem... pasuje troszkę odkurzyć tego bloga, tym razem przesadziłam z przerwą w pisaniu na Nikki. Ale wszystko przez urlop, wakacje, remonty, a po remoncie gorączkę w pracy oraz szpital z dzieckiem. Na szczęście wszystko się uspokoiło. Dziecię zdrowe, robota odrobiona, farba na ścianach się trzyma. Tylko blog przykurzony jakiś taki stoi...

Uświadomiłam sobie dziś, że zdarza mi się tęsknić za dawnym życiem. Kocham Milę ponad wszystko, jestem zadowolona ze swojego życia (gdybym nie była, chyba jakiś boski piorun by mnie trafił za karę), ale zdarzają mi się dni, kiedy tęsknię do takich po prostu duperel. Jakich? 

Ano na ten przykład;

- Do muzyki. Muzyka przez dłuższy czas była bardzo ważnym elementem mojego życia. Dorosłego życia, bo jako nastolatka jakoś nie czerpałam szczególnej przyjemności z obcowania z muzyką. Ale odkąd odkryłam hiszpańskojęzyczne utwory i wielu żywiołowych, ciekawych artystów, uwielbiałam poprawiać sobie nastrój muzyką. Dziś nie za bardzo mam kiedy i jak obcować z moimi ulubionymi artystami. Ze względu na zaburzenia Mili ograniczyliśmy w domu muzykę, owszem mogłabym słuchać na słuchawkach, ale jak? Kiedy wciąż trzeba słyszeć, mieć na oku, podawać, odpowiadać? No i tak jakoś muzyka jest w sferze tęsknoty... widziałam w przelocie że Anahi ma nowy singiel, jeszcze nie przesłuchałam... od maja albo i kwietnia. 

- Do telewizji. Z tv jest podobnie jak z muzyką, również z powodu Mili jest wyłączona. Zdarza się nam raz na tydzień obejrzeć mecz. Naturalnie moglibyśmy przetrzymać godzinę, kiedy Mila zaśnie, ale najczęściej my też padamy jak śnięte muchy. A ja czasami mam tak wielką ochotę obejrzeć odcinek Ojca Mateusza lub jakiegoś innego serialu. Nie że wciąż, ale tak od czasu do czasu. Próbowałam w necie, ale tnie się :((

- Do simsów. Ha, simsy zawsze były moją wielką namiętnością, ale niestety nie widziałam ich od ponad roku. Czasami tęskno mi do beztroskich czasów, kiedy sama decydowałam, ile gram i kiedy. Mogłam nawet wstać o piątej, by włączyć sobie grę. Teraz ... cóż, rano wstaję, by pracować, a na simsy szkoda czasu, bo lepiej pobawić się z dzieckiem. A mnie szkoda, że szkoda. 

- Do stadionu. To już poważniejsza sprawa. Przecież teoretycznie nikt mi nie broni jechać prawda?  Czasem nawet jadę... Ale nie ukrywajmy, to już nie to samo. Już nie można zupełnie egoistycznie zaplanować sobie wyprawy na Litwę czy do Wrocławia. Już zawsze będzie się myśleć, co tam w domu, jak tam dziecko. A skoro to nie to samo, to bez sensu i nie ma tej spontanicznej radości. Tylko czasem żal...

- Do dawnych znajomych. Ale to bardziej taki sentyment do dawnych czasów, klimatów i młodości :) Bo wszyscy się zmieniliśmy, wszyscy poszliśmy w swoją stronę, szukaliśmy własnego szczęścia w życiu. Teraz pozostaje cieszyć się wspólnymi chwilami, boziu jaka to była wspaniała ekipa! 

- Do ciszy. Znacie ten wspaniały stan, kiedy o szóstej rano jesteście same w mieszkaniu, za oknem świeci słońce, śpiewają ptaszki, a wy cieszycie się ciszą, spokojem i wogóle pięknem chwili? Ja też kiedyś znałam. Ale nie narzekam, paplanina dziecka jest cudowna. Pod warunkiem, że nie przechodzi z jakiegoś powodu w płacz...


Zdarza się Wam tęsknić za duperelami? 
Jeśli tak to za czym? Czego Wam brakuje?


poniedziałek, 29 czerwca 2015

Przyjazne PKP

W ostatnim czasie dużo jeździmy pociągami. Właściwie jest to podyktowane koniecznością, ponieważ Misia cierpi z powodu choroby lokomocyjnej i wolimy nie ryzykować podróży zapchanymi, szarpiącymi, a często także  nieładnie pachnącymi busami. Jednakże wcale sobie nie krzywdujemy. Na pociąg mamy równie blisko jak na busa, ostatnimi czasy połączeń - szczególnie w kierunku Krakowa mamy sporo, a dodatkowo PKP zrobiło taką fajną promocję, że możemy jechać za piątkę. Czyli teoretycznie za tyle, co bus kosztuje, ale bus nie jest taki wygodny jak pociąg. Bo pociągami jeździ się naprawdę fajnie!

A ja pociągi kocham od dziecka. Podróże pociągami kojarzą mi się wyłącznie z przyjemnymi rzeczami. Albo jazda na wakacje do ciotek, albo z mamcią po wypłatę do zakładu, co później wiązało się z  przyjemnymi zakupami. Już nie mówiąc o kibicowskich wyprawach gdzieś w Polskę i jeździe takim zatłoczonym składem do Poznania, Warszawy lub Zabrza. Lubię, naprawdę lubię jeździć pociągami. I nawet specjalnie sobie nie krzywduję, jeśli na stację wtacza się "czarnuszek". Tak określamy z Misią te zwyczajne pociągi osobowe ( u nas czarno bordowe, kiedyś jeździły żółto niebieskie), bo co prawda jeździ toto wolniej i trochę się tłucze, ale można wygodnie nogi wyciągnąć, bagaże ułożyć, naprawdę nie to co w busie!

Jednak muszę przyznać, że pod tym względem PKP bardzo się zmienia. Od dłuższego czasu stopniowo wymieniają pociągi na te krótkie fajne szynobusy. I koło nas też często one jeżdżą. Są cichutkie, pachnące, szybkie. Parę razy zdarzyło nam się jechać pociągiem papieskim, bardzo wygodna podróż. Doszło właściwie do tego, że my z Kocurzastym, kiedy jedziemy gdzieś bez Misi, także unikamy busa i od razu idziemy na stację PKP. Dawniej pociągi jeździły przepełnione, ja osobiście pamiętam czasy, kiedy w składach były bufety i sklepiki. Do tamtego stanu jest daleko, ale i tak widzę, że jeździ coraz więcej ludzi. 

W związku z częstym podróżowaniem pociągami, czasem przydarzają nam się różne przygody. W zeszłym tygodniu Misia jak zaczarowana wpatrywała się w młodego chłopaka, który podróżował z ptakiem. Miał pudełko, ale ptak (nie wiem, jaki ale wyglądał jak szpak) był oswojony i skakał sobie po całym przedziale. To usiadł swojemu opiekunowi na ramieniu, to zajrzał dziewczynie co czyta. Niezłe przeżycie ;) Słyszałam o psie, który jeździł koleją, ale ptak? ;)

Z kolei w piątek miniony wjechaliśmy na stację w K i nagle okazało się, że ... elektrycy wyłączyli prąd. I staliśmy sobie parenaście minut na stacji, ponieważ bez prądu pociąg nie mógł jechać dalej. Misia naturalnie nie krzywdowała sobie wcale, jak wcześniej w ruchu się jej usypiało, nagle spanie minęło jak ręką odjął, z racji że był to pociąg do W, jechało nim sporo turystów. Misia - Czarodziejka wybierała sobie samych mężczyzn i czarowała ich uśmiechem. Jeden nawet zapytał po angielsku jak ma na imię. Ależ była dumna :))

Jeździmy często toteż i obsługa dobrze nas zna. Konduktorzy są różni, ale większość to bardzo sympatyczni ludzie. Sami szukają promocji, żebyśmy płaciły jak najtaniej. Szczerze? Jedyną nieprzyjemną w obejściu jest jedna konduktorka. Z racji, że na stacjach nie ma już kas biletowych, bilety trzeba kupować u obsługi. My z Misią chodzimy do samego przodu i tam na ogół znajdujemy kogoś od razu, albo czekamy. Przepraszam, ale nie będę z trzylatką ganiać po pociągu :P I tylko ta jedna pani mnie zrąbała jak psa pod płotem, ale niech jej będzie. Ja jej pokazałam adnotację, że podróżny ma zgłosić się do pierwszego wagonu od czoła pociągu i słodko zapytałam, gdzie ma czoło. Od tamtej pory nie lubi nas jeszcze bardziej, ale nie pozwolę się mieszać z błotem. Ale większość obsługi jest super. Niektórzy wypisują bilety, zanim podejdziemy. Inni żartują i próbują flirtować. Ale i tak wszystkich na głowę bije pan, który dwa tygodnie temu pomagał nam wynieść na peron wózek. Wyskoczył z pociągu i pękły mu w kroku spodnie :D Mam nadzieję, że jakoś dojechał do Krakowa!

sobota, 27 czerwca 2015

Powrót kota marnotrawnego

Zbyszek wrócił wczoraj z wieczora. Jest jeszcze ładniejszy i jeszcze bardziej głodny. Nadal dziki i rozmawiamy przez płot, ale jest. Podobno koty mają o siedem żyć. No, to Zbychowi zostało jeszcze sześć :))

czwartek, 25 czerwca 2015

Nie ma Zbyszka

Na dniach miałam napisać notkę pod tytułem "Nowa morda przy misce". Nie zdążyłam. Zbyszka nie ma już półtora tygodnia, czyli zachodzi obawa, że już nie wróci. Kim jest Zbyszek? Kocurkiem, małym szarym kocurkiem po tej czarnej dzikiej kotce. Absolutnie dzikim, chudym jak nieboskie stworzenie i oczywiście chętnym do nakarmienia. Czy raczej był, bo najwyraźniej rozprawiły się ze Zbyszkiem kocury. 

Zbyszek jest... hm, Zbyszek był z tych srebrzystych, pięknych kocurków. I choć przy pierwszym naszym spotkaniu z moich ust dobyło się pozbawione radości "Nosz kur*** następny", to przecież nie odgonię od domu i od miski. Jego mama jest dzika, ale naturalnie ta dzikość nie przeszkadza jej w opędzlowywaniu miski naszych kotów stojącej na podwórku. Poniekąd czuję się za tę czarną chudzinę odpowiedzialna, więc za podarunek w postaci srebrzystego kocurka też... choć naprawdę czasami mam dość. :)) I lubiłam sobie ze Zbyszkiem pogawędzić odrobinę, choć naturalnie w odległości pięć metrów od płota...

Zniknięciu Zbyszka towarzyszą mi skrajne emocje. Z jednej strony to trochę ulga, że kolejna kocia sierota nie znajduje się na naszym utrzymaniu. Z drugiej... wychodzę na podwórko i rozglądam się, wołam, tak ociupinkę mam nadzieję, że wyrwał się z kocich szczęk i opędzluje michę z resztkami. (chrupek nie lubił). Koci świat brutalny jest, zupełnie jak ludzki. I nie znosi konkurencji. Nasze kocice też na siebie syczą przy misce, czasem robią "pac" łapą, ale jeszcze się nie gryzą i chyba na gryzienie za stare już są...

Nie znam się, jest jakiś sposób żeby tę czarną zabezpieczyć na wypadek seksu? Nie chcę powtórki ze Zbyszka. 
Z tym, że złapać się nie da, ani podejść. Jedynie jej coś rzucić. W parówce schowane. 

wtorek, 23 czerwca 2015

Dlaczego nie lubię chińszczyzny...

Gdzieś znad oparów pierwszej kawy i okruchów zeschniętej drożdżówki poniósł się ogłuszający wrzask. Głośne "Mamaaaaaaaa! - w myśl zasady, że jak trwoga to do matki, uporczywym wrzaskiem zmusiło mnie do porzucenia rozmyśleń nad wyższością zaworów pneumatycznych w pneumatycznych układach hamowania. Jasne, nie? 

Co-się-stało?

Roztrzęsiona mała raczka podetknęła mi pod nos coś, co jeszcze ułamek sekundy wcześniej było chochelką, a obecnie przeistoczyło się w dwa liche kawalątka plastyku. Hm. Hmmmm... Wrzask przechodzi w żałosne chlipanie, małe rączki usiłują sklecić do kupy coś, co jeszcze chwilkę temu nalewało lalce zupę z jajka sadzonego i parówek, a obecnie za cholerę nie chce tworzyć jedności. Podsuwają matce pod gardziel z nadzieją w załzawionych oczkach... No, napraw mi... I co ja mam powiedzieć? Wiem, czego nie mogę powiedzieć, a co mi się po głowie kołacze. 

"A prosiłam, żeby jej tego chińskiego badziewia nie kupowała, no ale przecie babcia zawsze wie LEPIEJ!"

No, to już wiecie, czemu nie lubię chińszczyzny?
Tytuł cokolwiek mylący, ponieważ w dzisiejszym konsumpcjonizmie bardzo trudno znaleźć coś, co albo nie jest chińskie, albo koło Chin nie przepłynęło w kontenerowcu. W naszym domu jedynym tworem niechińskim jest pewnie Sanczez :P I z pewnością wiele przedmiotów wyprodukowanych w tamtym rejonie odznacza się całkiem porządną jakością i nie stanowi zagrożenia dla zdrowia i życia. Ale to najczęściej da się rozpoznać już na pierwszy rzut oka. Nawet po opakowaniu, dacie wiarę? I to naprawdę nie przypadek, że chochelka od babci pękła a chochelka od cioci Joli służy dzielnie. 

Już przy straganie odpustowym prosiłam: Nie kupuj jej tego, bo zaraz się połamie. 
Usłyszałam wesołe: Połamie się, to będzie połamane. 
Pewnie że tak, spoko, mi nie szkoda!
Ale przy okazji jest popłakane, powrzeszczane, posmarkane, bo dziecko nie rozumie tłumaczenia, że to był badziew (nie posunęłam się nawet do takiego tłumaczenia) i złamał się, bo raczka była zbyt niedelikatna, albo stopa stanęła. I że nie da się skleić bo w najszerszym miejscu było zbyt cienkie. I temu poleci do śmieci i nie płacz już bo masz inne... Bo dziecko akurat w tym momencie nie chce innego ale właśnie to. A tego już nie ma. Reklamacji nikt nie uzna. 

Nie myślcie, że ze mnie snobka, co chińskiego nie kupuje. Kupuję, bo często nie mam alternatywy, albo metka nie pozostawia mi wyboru. Nie przemawia przeze mnie też chytrość na zasadzie: "no babcia, wyskocz z kasy, kup wnuczce porządne za 50 złotych a nie za dyszkę, nie rób obciachu". Przemawia za  mną bardziej doświadczenie, bo już takie zabawki przerabialiśmy. Czasem ktoś przyniósł, rzadziej dostało się po innych dzieciach, niektóre się kupiło i bardzo żałowało. Ostatnio udało mi się powstrzymać przed kupnem odpustowego badziewia zabawka i na to miejsce poszłam do sklepu, kupiłam też chińskie, ale troszkę trwalsze. Nawet jakiś atest jest, choć całkiem możliwe że chiński :D Moje doświadczenie podszeptuje "nie" i chciałam się z babcią podzielić. Ale babcia nie słuchała, a czasem młodszego też warto do głosu dopuścić...

Efekt: pół godziny wycia. Może było warto, skoro wcześniej było pół godziny radości z plastykowych naczynek?

Kiedy łzy zostały już otarte, a plastykowe szczątki odprowadzone do żółtego worka na surowce wtórne, dziecko powróciło do kuchni i przygotowało dla mnie rybę z parówkami. Zostałam nakarmiona przy pomocy chochelki od cioci Joli (solidniejsza, grubsza, bardziej różowa) po czym wróciło do zabawy, a ja do zaworów pneumatycznych. 

Po chwili moich uszu doszedł kolejny wrzask. 
Poszedł cedzak od kompletu...








czwartek, 18 czerwca 2015

Czereśniowe ciasto babci

Misia ma taką książeczkę z historyjką i naklejkami "Czereśniowe ciasto babci". Jest to historia o małej dziewczynce Zosi, która nocuje u babci, a następnego dnia zajada się pysznym ciastem czereśniowym. Bardzo lubi tę książeczkę, co widać po stanie technicznym :P

Postanowiłam dziecku sprawić przyjemność i dziś powstało czereśniowe ciasto Misi :)
Nie było lekko, bo w domu ani grama masła i ograniczona ilość mąki. Ale udało się. 
Taka oto niespodzianka czekała na maluszka, kiedy wstał z popołudniowej drzemki. 
Coś mi się wydaje, że zupa dziś pójdzie w odstawkę, ale raz na rok można. 
Właśnie wchodzi trzeci kawałek :)

Też chcecie?
Proszę uprzejmie, zapraszamy na kawę i herbatę owocową. Do wyboru :)


Nie będę się wymądrzać przepisem, bo nie mój, tylko po prostu Wam kliknę LINK! 
Po prostu my zastąpiłyśmy śliwki mieszanką czereśni i borówek amerykańskich. 
I jest pycha :)

Dziś mam rewelacyjny nastrój. Troszkę przez pracę , bo dostałam fantastyczną propozycję, trochę przez popołudniową kawę z chrzestną Misiaczka, trochę przez ciasto, a trochę bo dziecko zawołało dziś radośnie: Jedzie pociong, ćerwony jeśt jak matewka. 

Brawo misia!

ps. Kocia Dama zostaw maila po zaproszenie na Miskę :)

środa, 17 czerwca 2015

Jak popełnić próbę samobójczą

Nie ma dnia, żebym nie czytała lub nie słyszała o kimś, kto decydował się odebrać sobie życie. Co wtedy czuję? Wielki żal. Że najwyraźniej nikt w porę nie zareagował, nie wyciągnął ręki na pomoc. Że wszystko nie skończyło się szczęśliwie, a przecież mogło. Mogło, bo...

Bo zawsze jest jakieś rozwiązanie. Prostsze lub trudniejsze, a nawet i bardzo trudne. Ale jest. Śmierć oznacza koniec. Życie oznacza początek. Nowe marzenia do spełnienia, nowych ludzi do poznania, nawet nowe książki do przeczytania i nowe kwiaty do wąchania. Śmierć oznacza płacz i rozpacz. Życie jest radością i uśmiechem. Co mówisz? Że życie nie jest usłane płatkami róż, że kuje? Być może czasem i kuje, ale to w dużej mierze od nas zależy, czy dostrzeżemy swój uśmiech. 

Uwierz, wiem, co mówię. 
Byłam dzieckiem wychowującym się w oparach alkoholu. 
Wiem, czym jest wstyd. Wiem, czym jest bieda. Nie szkodzi. 
Znalazłam swój uśmiech w życiu, kilka uśmiechów, setki, tysiące. 
Ty też możesz je znaleźć. Ale musisz ŻYĆ!!!

W mojej rodzinie kobieta odebrała sobie życie. Złamała tym życie swojej córce. Zniszczyła tym życie swojego męża. Pozostała rozpacz, łzy i pytania bez odpowiedzi. Ona nie potrafiła poprosić o pomoc, ty bądź sprytniejszy!

Dzwoń!
116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej.

Jan z bloga Stay Flay zrobił kiedyś wpis o przewrotnym tytule (takim jak mój), w którym wstawił powyższe numery. Miesięcznie wchodzi na niego 4 tysiące osób, szukających sposobu jak odebrać sobie życie. 4 tysiące! Teraz blogosfera pod jego wezwaniem hakuje google. Jeżeli masz bloga to dołącz do nas. Napisz wpis o tym, że warto dać sobie szansę. Używaj w tytule słów „samobójstwo”, „śmierć” i im podobnych, żeby każdy kto szuka rozwiązania problemu ze swoim życiem trafił właśnie na Ciebie. Wstaw do wpisu powyższe numery. Niech wszystkie wyniki na pierwszych stronach Google będą odsyłać do wpisów, że warto walczyć, bo to Ty ustalasz reguły swojego życia. (fragmenty pochodzą z blogów: Klarki i Margerytki)


wtorek, 16 czerwca 2015

Grunt to reklama :)

Ohohoho!
Się bloga zaniedbało, ranyrany :)

Ale już spieszę z notką świeżutką, spieszę. Aż na zakręcie wyrobić nie mogę. 

Wybrałam się w niedzielę w odwiedziny do mamci. Dla niewtajemniczonych mamcia spoczywa na naszym wiejskim cmentarzyku, pod wysoką brzózką, na delikatnym wzniesieniu. Podczas wizyty tradycyjne przestawianie zniczy, strzepywanie kurzu z kwiatków, liści z pomnika i nawet rwanie trawy, która się przez te deszcze wokół grobu puściła (nic, że niedziela, bo cel chwalebny). I nagle rzucił mi się w oczy karteluszek niewielki, dyskretnie wsunięty pod świeczkę. 

Biorę i parskam śmiechem. Wizytówka całkiem ładna, przedsiębiorstwo świadczy usługi związane z odświeżaniem pomników, coś jak cyklinowanie podłóg, tylko że na marmurze. Do tego napisy też odświeżają i groby myją... zerkam podejrzliwie na nagrobek mamci, czy już w tak kiepskim stanie się znajduje, że specjaliści sugerują, jakoby trzeba było już za renowację się brać? Ale nie, nie jest tak źle. Choć literki współlokatora mamci, czyli mojego chrzestnego ojca, można by pomalować... ale tym zajmę się sama, kupię złoty pisak w papierniczym czy farbkę, nie wiem, co to się kupuje. 

Rozglądam się na boki i cóż widzę? Na każdym pomniku w zasięgu wzroku karteczka wsunięta pod znicza. Najpierw troszeczkę zirytowała mnie taka nachalna forma reklamy, a potem machnęłam ręką i tyle, że "naszą" wizytówkę wyrzuciłam. Na cmentarzu jest pewnie z tysiąc nagrobków, jakieś 80% to nowsze egzemplarze z płytami, które można odświeżać. Nie wiem, ile kosztuje wizytówka, ale wydaje mi się, że bardziej opłacałaby się inna forma reklamy. O, zatrudnienia copywritera chociażby!

A co Wy myślicie o takiej formie reklamy? Ja pierwszy raz się spotkałam :)

piątek, 29 maja 2015

Kwiatowe love :)

Przez parę dni nurtowało mnie, co to takiego niebieskiego mieni się w oddali, w końcu przedarłam się przez wysokie trawsko i moim oczom ukazał się poniższy widok. Aż zaparło mi dech, bo to taka miła niespodzianka i zupełnie nieoczekiwana! 

W tym roku jakoś bardziej cieszą mnie kwiatki, posadziłam sobie trochę w doniczkach na parapetach zewnętrznych i podziwiam ich kolory. W ogródku niewiele się uchowało, bo mnie ogrodnictwo nigdy nie cieszyło i co tu dużo mówić: zaniedbało się. Przed domem mamy wierzbę z tych takich egzotycznych (kiedyś mówiłam na nią popieprzona wierzba, bo do wierzby za cholerę nie podobna), niekwitnące hortensje, wpół dzikiego migdałka i zarośnięte konwalie. Tak zarośnięte że ich nie widać. Chciałabym mieć piękny ogródek, z zadbanym trawnikiem, huśtawką i wygodnym stolikiem do kawy. Ale do tego droga daleka i drogie pieniądze. Bo trzeba kupić kosiarkę po(d)ręczną i któregoś roku puścić w ziemi rurki, które odprowadzałyby deszczówkę zbierającą się w wielkie kałuże na jedynym płaskim miejscu przed domem. 

Pod jabłonią zrobiłam sobie mini skalniak, czy raczej rabatę obłożoną kamieniami. I na tej rabacie to mamy wszystko. Irysa, takie coś pełzające z zielonymi listkami, narcyza, trzydziestoletniego tulipana, którego przesadziłam ze starego ogrodu babci, białego fiołka, a nawet truskawki. Truskawek chyba w tym roku nie będzie, bo jak kwitły to zaczęło padać i było zimno... Posadziłam tam też tajemnicze cebulki, które przyniosła mi teściowa, ale wykiełkowało tylko jedno. O ile to to :P
Ta rabata w sumie jest jedynym miejscem, które plewię, o ile mam czas, a czas mam rzadko. Jak jest ładna pogoda to skubię trawę z nudów, kiedy wychodzę z dzieckiem do ogródka. Staram się utrzymać przy życiu pozostałości po mamcinym ogródku. Ona to kochała i miała rękę do kwiatów. W jednym zakątku ogrodu miała długi pasek z żółtych irysów. Po czasie przestały kwitnąć, w tym roku oplewiłam je troszkę i przedwczoraj zauważyłam, że mają pąki. To dziwne, ale takie na wpół dzikie cieszą moje oko bardziej niż na rabacie!

W zeszłym roku posadziliśmy borówkę amerykańską. Ona  również w tym roku zakwitła i jeśli się poszczęści Mila zje pierwsze nasze boróweczki w tym roku. Kocurzasty namierzył też leszczynę, która sama posiała się przed domem i posadził ją w bardziej ogródkowym miejscu. Po czasie okazało się, że tych leszczyn naokoło domu jest mnóstwo. Ciekawe, czy kiedyś będą mieć orzechy? 
Cieszy mnie każde drzewko, które wyrasta wokół domu. Mamy już dwa dęby i jedną lipę, posiała się też brzoza. Podobają mi się domy otoczone drzewami, najlepiej wysokimi i starymi,  choć wiem, że to zupełnie niepraktyczne. Taka ze mnie romantyczna dusza... Pewnie kiedyś trzeba będzie je wyciąć, ale na razie mnie cieszą... Swoją drogą, teraz ludzie wycinają drzewa, a kiedyś budowano domy właśnie obok dużych drzew, wierząc że skoro drzewo czerpie siły do wzrostu z tego miejsca, jest ono dobre na dom. Szczególnie ceniono lipy właśnie :)

Będąc w pizzerii w mieście ujrzałam taki kwietnik z bratkami i zakochałam się. Tyle lat były dla mnie kwiatami cmentarnymi, teraz marzę o nich w ogrodzie :)

zielonyogrodek.pl




czwartek, 28 maja 2015

Kochany pamiętniczku...

"Kochany pamiętniczku, właściwie to nic ciekawego się dzisiaj nie wydarzyło, ale czasami mam taki dzień, kiedy po prostu potrzebuję ciebie wyciągnąć i coś napisać..."

Nie pamiętam, kiedy zaczęłam pisać pierwszy pamiętnik. Nie za bardzo pamiętam też, co w nim opisywałam. Z pewnością było to jeszcze w podstawówce i pełno w nim było mniejszych i większych bzdur tak ważnych dla młodych dziewczyn. Ten się podoba, tamten się uśmiechnął, a jeszcze ktoś inny poprosił do tańca na szkolnej dyskotece...

Kolejne lata przyniosły kolejne pamiętniki. Tak bardzo lubiłam pisać, że pisać musiałam. Pisałam zresztą nie tylko pamiętniki, ale również opowiadania. Tych drugich nigdy nie ukrywałam i pewnego dnia jedno z nich wpadło w ręce mamci. Biedna staruszka była przekonana, że to moje własne przeżycia, w jednej chwili straciła złudzenia, że  jestem dziewicą, a  przy tym poczuła się zobowiązana do sprawdzenia moich żył, którym miejscem przyjmuję narkotyki. Od tamtej pory wybieram grzeczniejsze bohaterki i wiem, że matki są z natury ciekawskie. 

Doskonale pamiętam pamiętnik, który pisałam w chwili rozpoczęcia związku z Kocurzastym. O Kocurzastym też tam było, ale najlepiej pamiętam wpis, w którym wspominam dzień, kiedy w naszym domu pojawił się Maks. "Mała czarna kuleczka, która gryzie jak skurczysyn i szczypie mnie w tyłek". Pewnego dnia rozpaliłam w ogródku ognisko i spaliłam wszystkie zgromadzone do tej pory pamiętniki. Nie żałuję. One nie były do końca prawdziwe. 

Nigdy na przykład nie wspomniałam słówkiem, jak bardzo boli mnie to że mama pije. A przecież pamiętnik powinien zawierać takie ważne rzeczy, przemyślenia i refleksje. U mnie nie. Ja mam wybitny talent do nadrabiania miną i szukania optymistycznej strony życia. Moje pamiętniki skupiały się na radosnych wydarzeniach, ponieważ takie chciałam pamiętać. Po latach pamiętnik został zastąpiony przez blog, ale nawet tam rzadko wspominałam o alkoholizmie mojej rodzicielki. Myślę, że w dużej mierze było to podyktowane lojalnością, ponieważ choroba ta jest przeze mnie utożsamiana z czymś złym, a jak to tak pisać źle o swojej mamci? 

Dziś chyba nie umiałabym pisać pamiętnika w zeszycie. 
Dziś piszę nie pamiętnik, ale dziennik i wcale nie dla siebie, ale dla Mili. 
Dziennik codziennik, który ma jej pomóc w terapii logopedycznej. 
Jeśli uda mi się zrobić zdjęcia pokażę Wam na Misce. 

ps. Nowe KOMENTUJĄCE twarze proszone o zostawienie adresu mail w celu wysłania zaproszenia. 

wtorek, 26 maja 2015

Kto zabił Laurę P.?

Bez większego sprzeciwu i absolutnie bez bicia przyznaję, że lubię oglądać seriale. Znam takich, co uważają je za intelektualną papkę, ale zupełnie się tym nie przejmuję i oglądam z przyjemnością. Bo w życiu czasami chodzi o przyjemności, niektórzy lubią książki (ja tez), inni czekoladę (ja też), jeszcze inni piwo, seks i narkotyki (ja częściowo też, ale nie powiem, co :P), a jeszcze kolejni fizykę kwantową (ja nie). I seriale też czasami są dla mnie taką przyjemnością, uzupełniającą piwo, seks i narkotyki, książki, filmy, lody bakaliowe i mecze piłki nożnej. 

Jakie seriale oglądam? A różne. Jakoś na wiosnę zainteresowałam się hiszpańskim serialem Cienie Calendy i oglądałam z takimi wypiekami na twarzy, że  nie musiałam rano w piecu palić, tak mi było ciepło. Rzecz o morderstwach i wilkołakach, z tym że wilkołaki interesowały mnie średnio. Potem chciałam obejrzeć do końca sezony Gotowych na wszystko (uwielbiam takie życiowe, rodzinne, mocno pokręcone seriale), ale  nie mogłam znaleźć online, więc ostatecznie stwierdziłam, że chyba obejrzę jakąś telenowele. Telenowel nie oglądam dla miłości tylko dla języka hiszpańskiego i tej obyczajowości południowoamerykańskiej, żeby nie było. Miłość jest nudna i przereklamowana, ale język hiszpański jest piękny, a ludzie tam bardzo ciekawi i głośni :) Niestety telenoweli też nie znalazłam, więc obejrzałam na Youtube Zbuntowanych, taki serial młodzieżowy (niby-telenowela), Kocur mówi, że jeszcze nikt nie obejrzał 220 odcinków w dwa tygodnie, ale nic dziwnego, jak przesuwałam co kawałek, jak mi się nudziło :P 

Potem w planach był Ojciec Mateusz (kiedyś zatrzymałam się na trzecim sezonie i brakło czasu) ale na pewno nadrobię. Prawie zawsze udaje mi się zgadnąć kto zabił :P Ale w ostateczności porzuciłam Ojca Mateusza na rzecz agenta Coopera z FBI i już od tygodnia oglądam Miasteczko Twin Peaks. No, i co? Wiecie, kto zamordował Laurę Palmer? 

Ręka w górę: kto pamięta ten serial z lat 90- tych? Dwie ręce w górę, kto nie tylko pamięta, ale również bał się iść wysikać z obawy, że zza rogu wyskoczy BOB?

Powrót do tego serialu po latach był bardzo dobrą decyzją. Za pierwszym podejściem wiele szczegółów mi umknęło, jeszcze innych w ogóle nie zrozumiałam i teraz to nadrabiam. Momentami czuję, jak włoski na moim ramieniu same się unoszą. Oglądam w południe, kiedy dziecko drzemie, więc wieczorami już nie boję się chodzić do łazienki. Powoli zbliżam się do końca drugiej serii i tu pojawiło się troszkę rozczarowania, w pewnym momencie Lynch przesadził z niewyjaśnionymi zjawiskami i Twin Peaks stało się niczym Z archiwum X :) Niemniej i tak oglądam z  wypiekami na twarzy (w sam raz przy takim maju, bo wciąż mi zimno) Niedługo reżyser nakręci nową odsłonę, jestem ciekawa i trzymam kciuki, ale chyba nie uda  mu się odtworzyć tej atmosfery. Chyba, że da tę samą muzykę...


A Wy lubicie seriale? Oglądacie? Jakie są Wasze ulubione?



sobota, 16 maja 2015

Jadą, jadą busy

Niewielkie busy na stałe wpisały się w polski krajobraz. Jedni je kochają, bo podjeżdżają na przystanek co godzina, inni nienawidzą, bo wykończyły PKS i "teraz to już nie wiadomo, kiedy co przyjedzie, bo busiarze to jeżdżą jak chcą...". Ja się cieszę, że jeżdżą i mogę dostać się do centrum miasteczka w kilkanaście minut. Dworzec PKP jest kawałek od centrum i choć wolę jeździć pociągami, to nie zawsze mam czas i ochotę podejść..

Ale busy jakie są każdy widzi. Jedne czyściutkie i pachnące, z tapicerowanymi świeżo siedzeniami i jadące "miękko", inne śmierdzą brudem i niemytym człowiekiem, są zakurzone i niemiłosiernie się tłuką i buczą. Przy takich busach można dostać bólu głowy i mdłości przy okazji  - i nie, to nie ja jestem "pańcią" tylko mój organizm :P

Na  to miejsce ciekawych rzeczy się można w busie dowiedzieć, przydatne interesy załatwić i z ludźmi się spotkać. 

Nad pierwszym siedzeniem wisi kartka "Jaja wiejskie sprzedam 80 gr sztuka". Doskonałe miejsce do reklamowania kurzych wyrobów, bo na pierwszych siedzeniach niemal zawsze siedzą starsze panie, a starsze panie potrafią docenić potencjał wiejskich jaj. Młodsze też potrafią, ale mają lepszy wzrok, więc mogą czytać z trzeciego siedzenia :) Tak czy siak, jak kto wraca z "jarmarku" i zapomniał jaj kupić, to bus jest doskonałą okazją, żeby to sobie uświadomić. Podejrzewam, że pan busiarz nie ma jaj przy sobie (tzn, nie ma jaj wiejskich po 80 gr), bo gdzie by je trzymał? Ma za to kontakt do osoby od jaj :)

Jedziemy dalej i mimo woli przysłuchujemy się rozmowie dwóch starszych pań. Mimo woli dowiadujemy się, że doktor Kowalski jest dermatologiem od skóry i przyjmuje tu i tu w godzinach tych i tych. Jeśli ktoś akurat potrzebuje namiarów na dermatologa w miasteczku i to koniecznie od skóry (nie od skóry głowy, bo to co innego) to może teraz szukać pana Kowalskiego w określonych godzinach. 

Jeszcze parę kilometrów i możemy dowiedzieć się, jakie dekoracje komunijne są preferowane w mijanej parafii. I że ksiądz znów wydziwia, bo nie pozwala wbijać takich małych gwoździków w ławki, że niby zabytkowe! A co to księdza ławki są czy parafialne? No, w du... się przewraca, da pani wiarę? Takie małe gwoździki, nawet pięć centymetrów nie miały! Ale kwiaty na ołtarz to wziął! I wie pani, takie ładne wiązanki robią w tej kwiaciarni pod mostkiem... Więc jeśli komuś wiązanka i to koniecznie ładna, to pod mostek, pod mostek :)

"A pani taka fajna jest! - wyrywa mnie z drzemki głos krzepkiej staruszki. - Z pani mamą to nie za bardzo się lubiłam, ale pani jest bardzo miła!" No, grunt to szczerość. Parsknęłam śmiechem i dobrze że już wysiadłam :))

Miłego weekendu ;)

sobota, 9 maja 2015

A wtedy kwitły jaśminy...

Kiedy było już po wszystkim, Karolina każdej nocy zadawała sobie pytanie, czy doszłoby do tego, gdyby nie upierała się, by zamieszkać we własnym domu. W bezsenne długie noce leżała zwinięta w kłębek na brzegu skotłowanego posłania i cicho łkała lub wpatrywała się tępo w szarzejący prostokąt okna. Przez uchyloną kwaterę do pokoju wpadał rześki wiaterek, poruszając delikatnie firanką i wnosząc do pokoju zapach mokrej trawy i pączkujących kwiatów lipy. W tym wszystkim brakowało jednego zapachu, który o tej porze roku towarzyszył jej o każdym poranku i zmierzchu. Ale jaśminy już nie kwitły...

W małym domku pod lasem rodzina Karoliny zamieszkała wczesnym latem. Wcześniej wszyscy gnieździli się w domu jej rodziców, razem z dwiema młodszymi siostrami kobiety i gromadką ich dzieci. Karolina lubiła spokój i ciszę, bardzo męczyła się w tak tłumnym towarzystwie. Marzyła, by wychowywać swoich dwóch synków w małym i cichym domku, najlepiej gdzieś na skraju wsi lub pod lasem. Mąż doskonale zdawał sobie sprawę z jej pragnień i pewnego dnia wrócił do domu z zagadkowym uśmiechem na twarzy i filuternym błyskiem w oku. 

 - Chcę ci coś pokazać - chwycił ją za rękę i poprowadził do sfatygowanego "malucha", którym na co dzień dojeżdżał do pracy. 
- Ale co? -dopytywała zaintrygowana. 
- To niespodzianka!
- Lepiej, żeby była tego warta  - pogroziła mu palcem - bo zostawiłam w zlewie nieumyte naczynia, a jak wrócimy woda będzie zimna!

W odpowiedzi mąż jedynie się uśmiechnął. Po chwili Karolina zrozumiała, o jaką niespodziankę chodzi. Wjechali na zarośnięte, opuszczone podwórko starej leśniczówki. Nieduży domek stał zwrócony do nich frontem, zachodzące słońce zabarwiło zakurzone szyby na pomarańczowo i wydawało się, jakby ktoś włączył światło elektryczne we wszystkich pokojach. Pośrodku podwórka stała stara studnia z kamienną cembrowiną, na lewo pysznił się na wpół dziki sad jabłoni, na prawo kręta ścieżynka prowadziła w łąki i lasy. Karolina stała jak urzeczona. 

- No i jak? Podoba ci się? 
- Nie... wiem. 
- No, to chodź, zobaczymy dom. 

Z kieszeni spodni wydobył stary klucz i z trudem obrócił go w zamku. Bez słowa przemierzyli niewielki domek, trzy kwadratowe pokoiki i niewielką prostokątną kuchnię. Wąski korytarz dzielił dom na dwie części i prowadził na tylny ganek, ukryty w zieleni ogrodu. Wyszli na ganek i po raz kolejny użyli klucza, by wyjść prosto w ramiona obsypanych kwieciem krzaków jaśminu. 

- Podoba mi się! - zawołała Karolina, wodząc zachwyconym spojrzeniem po wydzielonym przed oknami ogrodzie, o tej porze ukrytym w cieniu. 
- Nie ma łazienki. 
- To nic. 
- Nie ma wody. Trzeba nosić ze studni. - wyliczał mąż. 
- Mam dwie zdrowe ręce. Proszę, zamieszkajmy tutaj...
- Cieszę się, że ci się podoba - powiedział po chwili milczenia mąż - Bo już go kupiłem...

I tym sposobem zamieszkali w domu pod lasem, choć wszyscy znajomi pukali się znacząco w głowę. Karolina musiała przyznać, że życie w takim domu nie jest łatwe. Codziennie pompowali wodę ze studni, kąpali się w wielkiej balii ustawionej w zaimprowizowanej naprędce łazience, każdego dnia wymiatała z kątów nowe pajęczyny i sterty pająków. Ale chłopcy beztrosko ganiali po łąkach i zagajnikach, a popołudniami wszyscy chodzili na długie spacery po lesie. Lato minęło beztrosko i przyjemnie, przyszła jesień i domek skąpał się w żółci i czerwieni lasów, przyszła zima i pokrył się białą pierzynką. Okna były nieszczelne, trzeba było palić w kaflowych piecach, wynosić popiół i rąbać drwa, ale Karolina nadal była szczęśliwa i wszystkie prace wykonywała z uśmiechem. Mąż dzielnie jej pomagał, choć rzadko bywał w domu, bo pracował w mieście kilkadziesiąt kilometrów od domu. 

Przyszła wiosna i znów wszystko pięknie się zazieleniło, a Karolina z radością wyszła do ogrodu. Chłopcy również czerpali radość z wiosennej swobody, eksplorując coraz dalsze zakątki. Tylko jedna rzecz mąciła kobiecie spokój. Młodszy synek, Kajtek, nad wyraz upodobał sobie studnię. Kiedy tylko nikt go nie widział, podchodził do niej i usiłował zajrzeć pod wieko, którym była przykryta. Na szczęście nie był w stanie jej unieść, ale i tak wzbudzało to w Karolinie dreszcz niepokoju i gdy tylko widziała synka kręcącego się w pobliżu cembrowiny, groźnie poruszała palcem i goniła do ogrodu. 

Ona sama spędzała w swoim zielonym zakątku mnóstwo czasu. Posadziła nowe kwiaty, posiała warzywa i owoce. Z utęsknieniem czekała na późniejszą wiosnę i czas, gdy zakwitną jaśminy. Chciała znów je poczuć. 

Tamtego dnia cieszyła się nimi po raz pierwszy. Usiadła na stopniach ganku i schowała twarz w zielonym listowiu, wdychając słodki zapach... Tak bardzo lubiła wiosnę i zapach jaśminu, który kojarzył jej się z gospodarstwem własnej babci. Tak bardzo kochała swój nowy dom, spokojne i ciche miejsce do życia, w którym czuła się jak w raju. Nie mogła wiedzieć, że wszystko to zostanie jej odebrane lada chwila, jeszcze siedziała na kamiennych schodkach i czuła szczęście przepełniające serce. 

I właśnie wtedy usłyszała głośny krzyk  syna. Spłoszona zerwała się na równe nogi i boso pognała na frontowe podwórko. Naprzeciw niej biegł starszy syn, Piotrek. Płakał, nie był w stanie wymówić słowa i tylko wskazywał palcem cembrowinę studni. Przez chwilę nie potrafiła pojąć, co chce jej przekazać, ale ledwie jej oczy spoczęły na odsuniętym wieku, zrozumiała. Z dzikim wrzaskiem rzuciła się w kierunku studni i z pewnością wskoczyła by w jej czeluści, gdyby w tym momencie nie nadjechał mąż... Ostatnim obrazem, jaki zapamiętała, był widok falującej ciemnej wody, a potem wszystko pokrył cień. 

Kiedy się ocknęła, leżała  na łóżku, a u jej boku siedziała matka. Miała mokrą od łez twarz i w tej twarzy Karolina wyczytała więcej, niż mogłyby powiedzieć usta. Zaniosła się suchym szlochem, który przeszedł w potworne wycie. Łzy miały nadejść o wiele później, kiedy przyszedł do niej mąż i czule wziął ją w ramiona. Płakali oboje wtuleni w siebie, a za ścianą spało niespokojnie jedyne dziecko, jakie im zostało. W pewnej chwili Karolina wyszeptała mężowi do ucha: 

- Chcę, żebyś zasypał tę cholerną studnię...
- Zrobię to, ale może lepiej będzie jeśli stąd wyjedziemy? - zapytał
- Nie. Chcę pamiętać, co się stało. Ale jest jeszcze coś..
- Co?
- Wytnij wszystkie jaśminy - i odwróciła się twarzą do ściany. 

Leżała w ciemności i płakała. Poduszka była wilgotna, pachniała kwiatami i świeżym powietrzem. A z ogrodu dobiegał odgłos siekiery, która powalała na ziemię kolejne rozkwitłe jaśminy. Karolina obiecała sobie, że już nigdy nie podda się ich zniewalającej woni, miała być to swego rodzaju pokuta, kara za to, że upajała się nimi, kiedy jej syn podnosił wieko studni.


(Klarko, przepraszam, ta historia nie miała happy endu )


czwartek, 7 maja 2015

Maryla ratuje sytuację

Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, jak poważnym zobowiązaniem jest zwierzę. Przykładem niech będą wakacje: chcemy gdzieś wyjechać i nagle pojawia się dylemat, co zrobić z czworonogiem. Nie wszędzie przyjmują urlopowiczów z czworonożnym gratisem, poza tym jeśli człowiek jedzie na wakacje, to chce coś zwiedzić i niepotrzebne mu komplikacje w postaci psa czy kota. Doskonałą alternatywą są hoteliki dla zwierząt, za opłatą można zostawić tam swojego przyjaciela pod dobrą opieką. Niestety, wielu ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy, albo żal im pieniędzy, co roku statystyki wakacyjne i przedświąteczne są po prostu przerażające, przy poboczach koczują porzucone psy, a schroniska zaczynają pękać w szwach. 

Uszatego pierwszy raz zostawiliśmy w hoteliku, kiedy jechaliśmy na wesele. Zaopiekowali się nim bardzo sympatyczni ludzie, którzy zrobili wszystko, by czuł się jak w domu. Bardzo się denerwowałam, zostawiając go w tym hotelu, bo Uszaty to podrzutek z ulicy, który już raz został porzucony i bardzo źle znosi rozłąkę. Na szczęście po chwilowym piszczeniu, przyjął sytuację i zadomowił się u tymczasowych opiekunów. Kiedy zaczęliśmy planować tegoroczne wakacje, od razu wiedziałam, że chcę go tam zawieść, choć cena jest dużo wyższa niż normalnie w hotelu dla psów. Wszystko było już ugrane, termin zaklepany, przyjaciółka z którą jedziemy na wakacje wpłaciła zaliczkę i wtedy okazało się, że opiekunka dostała pracę na etacie i nie może się nim zająć. Była opcja, że zaopiekuje się Uszatym jej mąż, jednak pies go nie polubił i pan prosił, żeby to przemyśleć. Zwróćcie uwagę, że mogli zamknąć go w kojcu i mieć w tyłku, inkasując pieniądze, ale to są ludzie, którzy naprawdę kochają zwierzęta. Zrezygnowaliśmy dla dobra psa, ale zostaliśmy w czarnej dupci...

No i tym sposobem rodzinny wypad stanął pod znakiem zapytania. Kocurzasty chciał, żebyśmy jechały z Misią same, ale widziałam, że minę ma nietęgą. Dla mnie nie było o czym mówić, albo razem, albo w ogóle. Prosiliśmy znajomych i rodzinę, oferując kasę, którą mieliśmy zostawić w hotelu, ale nikt się nie zgodził. Było naprawdę mało kolorowo i momentami chciało mi się ryczeć. Muszę wspomnieć, że bardzo fajnie zachowała się teściowa, która chciała dla nas wziąć L4, ale przecież nie mogliśmy na to pozwolić! Ostatecznie ustaliłyśmy, że jakoś zorganizuje się, żeby pies zostawał w domu, a teściowa do niego jechała po pracy, ale nie przemawiało to do mnie. Ostatnią deską ratunku okazał się hotelik w trochę dalszej miejscowości. Dzwoniłam tam już z duszą na ramieniu, ale pani nie miała przy sobie terminarza i kazała mi dzwonić wieczorem. 

I tu właśnie na scenę wkracza (pani) Maryla, w której się dosłownie zakochałam. Przegadałyśmy przez telefon chyba z dwadzieścia minut, w czasie których wysłuchałam jej powitania z psem (akurat wróciła do domu), dowiedziałam się, jakie pies ma zwyczaje, jak pies wygląda, ile waży i takie tam sprawy. Potem zeszłyśmy na temat Uszatego, wakacji i tak dalej. Kocurzasty myślał, że do jakiejś koleżanki dzwonię, tak chichrałam się do tego telefonu. Efekt? Uszaty dostał miejscówkę na sześć dób hotelowych, a przy tym odwiozą go potem do domu. Trochę to kosztuje, bo ponad 200 zł, ale jestem spokojna, że będzie mu tam dobrze, że będą się tam o niego naprawdę troszczyć a nawet rozpieszczać. Jak sama  właścicielka mówi, hotel prowadzi hobbystycznie, bo ma tylko trzy miejsca dla czworonogów. A powiem Wam, że zapotrzebowanie na takie usługi jest bardzo duże. Macie ogrodzoną działkę i (obowiązkowo) lubicie psy? Macie gotowy plan na biznes. Ja mam, tylko Kocur o tym jeszcze nie wie :P

środa, 6 maja 2015

Nigdy nie wytnę jabłoni...

Wiosna, Boże, jaka ona jest piękna... momentami tak, że aż dech zapiera. Wczoraj wracając z kapliczki, przystanęłam na chwilę na wzniesieniu, u którego podnóża stoi nasz dom i upajałam się zapachem wiosny. Kwitną korczyny, jabłonie, kwiaty w ogrodzie u sąsiadki, świeżo skoszona trawa i wilgotna ziemia. Piękny aromat i piękny widok, kiedy tak o zmierzchu patrzy się na stare drzewa skąpane w białych płatkach. Mam wrażenie, że nowe drzewka nie kwitną tak pięknie, jak te stare, z poskręcanymi i omszałymi konarami. Na szczęście to dla mnie żaden problem, bo wszystkie drzewa na naszym podwórku są stare, mają po kilkadziesiąt lat...

Przed kilkoma laty obserwowałam zmagania moich sąsiadów z zagospodarowaniem ogrodów. Dawniej niemal każdy miał przy domu grządki, a na nich podstawowe jarzyny, truskawki, gdzieś w kącie krzaki porzeczek i agrestu. I oczywiście drzewka owocowe, jabłonie, śliwy, grusze i wiśnie. Z biegiem czasu sadzenie warzyw przestało być opłacalne, czy może konieczne, bo przecież zawsze można skoczyć do sklepu po pietruszkę czy marchewkę. Grządki zostały więc wyrównane i obsiane zieloną trawą, na której dzielnie pracują kosiarki. Wiele osób wycięło także owocowe drzewa, bo były stare i zmurszałe, pewnie nie dawały owoców, a może nie musiały, bo jabłka też są w sklepie? Zastąpiły je zielone iglaki, wierzby mandżurskie i inne ozdobne drzewka. A mnie jest szkoda kwitnących jabłoni i nigdy ich nie wytnę. Pewnie kiedyś dokończą żywota, ale może nie tak szybko. Póki sąsiadka przychodzi na jesień po renety, póki wiosną siedzimy w cieniu ukwieconego drzewa, niech będą i niosą radość... piękno dla oczu, zapach dla nosa, uśmiech dla twarzy. Jest coś w kwitnących drzewach, co mnie zachwyca. Nieprzerwanie :)

Zdjęcie nie jest moje, ponieważ nasz aparat znów odmówił posłuszeństwa, ale jest właśnie tak pięknie!

https://angelika27z.wordpress.com/

wtorek, 5 maja 2015

Zapada zmrok...

Zapada zmrok, już świat ukołysany, 
Znów jeden dzień odfrunął nam jak ptak. 
Panience swej piosenkę na dobranoc 
Zaśpiewać chcę w ostatnią chwilę dnia. 

I chociaż wnet ostatnie światła zgasną,
Opieka Twa rozproszy nocy mrok.
Uśpionym wsiom, ukołysanym miastom,
Panienko, daj szczęśliwą, dobrą noc.

I ludzkim snom błogosław dłonią jasną,
I oddal od nich cień codziennych trosk.
I tym, co znów nie będą mogli zasnąć,
Panienko, daj szczęśliwą, dobrą noc.

A komu noc czuwaniem jest niełatwym
Na czas bezsenny siłę daj i moc.
I tym, co dzisiaj zasną raz ostatni,
Panienko, daj szczęśliwą, dobrą noc.

Zasypia świat piosenką kołysany, 
odpłynął dzień, by jutro wrócić znów.
Uśmiecham się do Ciebie na dobranoc,
Piastunko moich najpiękniejszych snów. 


Wczoraj wieczorem zabrałam Misię na majówkę do pobliskiej kaplicy. Chciałam jej pokazać miejsce, które sama odwiedzałam z babcią, będąc dzieckiem. Dawno mnie tam nie było, na majówki przestałam chodzić kilkanaście lat temu. Nigdy nie było po drodze, choć wcale nie jest daleko i nie raz wpadam tam zupełnie bez powodu. Jeśli się uda, będziemy teraz chodzić razem z córką, trochę późno te nasze majówki, bo prawie o 20,00, więc pewnie nie zawsze się uda. 

Dziecko jak zaczarowane, z szeroko otwartą buzią oglądało śpiewających ludzi, kwiaty przed ołtarzykiem i płonące świece. Trochę czasu i opanuje pieśni i litanię, jak ją znam. Chociaż nie da się ukryć, że najbardziej zainteresowały ją stojące w środku dzieci :)

A ja wzruszyłam  się przy pieśni, którą Wam zacytowałam na początku. W oczach pojawiły się łzy, zadławiło w gardle. Przypomniałam sobie, jak będąc niewiele większą dziewczynką od Misi, przychodziłam do tej samej kaplicy z babcią. Przypomniałam sobie sfatygowaną książeczkę, z której babcia się modliła, zapach bzu i to, że zastanawiałam się, czy stojąca na ołtarzu figurka Maryi z Jezuskiem ma tam gdzieś w środku mieszkanie, do którego chowa się na noc. Rany, ile to lat minęło... Trzydzieści? Nie da się zaprzeczyć :)



sobota, 2 maja 2015

Majówkowe klimaty i te (seksualne) sprawy...

Przyszedł długo wyczekiwany majowy weekend - długi tak zwany. Tak jak zapowiadałam, od rana jesteśmy dziś z dzieckiem same, tata bezpiecznie dojechał tam, gdzie miał dojechać i zapewnia, że tęskni... taaa. Pewnie tak, jak i my :P Zastanawiam się, czy już teraz pić trzecią kawę, czy gdzieś za godzinę. Jak za wcześnie wypiję, to zachodzi obawa, że koło piątej najdzie mnie na kolejną, a przecież nie można pić tylu kaw. A może w wolny dzień jednak można? :) 

Jak spędzacie długi weekend? 
My czytamy (obie), malujemy obrazki w malowankach (ja), oglądamy seriale kiedy dziecko śpi (ja), sylabizujemy (dziecko), denerwujemy ludzi (pies), gramy w różne gry z wymyślonymi zasadami, bo te ustalone przez producenta się nie sprawdziły :)

Klimat majowego weekendu bynajmniej nie nastraja optymizmem. Od kilku dni po facebooku krążył tragikomiczny obrazek zapowiadający na długi weekend 30 stopni Celsjusza - 10 w piątek, 10 w sobotę i 10 w niedzielę... U nas całe 12 więc i tak jesteśmy do przodu. Niemniej majówka  spędzona całkowicie w domu i to jeszcze zachodzi potrzeba palenia w piecu! Tak się porobiło! Może to i dobrze, że Kocurzasty nie pomyślał o wspólnym długim weekendzie, bo przy takiej pogodzie szkoda pieniędzy i zachodu. Wolę poczytać. No chyba że zabrałby nas do jakichś gorących źródeł, ale wątpię, by przyszło mu to do głowy, faceci nie mają AŻ takiej fantazji...

Na koniec coś z seksualnych klimatów. Wiecie, że przed jedzeniem należy myć ręce? Wiecie. A wiecie, że po jedzeniu też? Mój mąż nie wie. Najpierw doprawiał sobie kolację świeżą papryczką chili, a następnie zebrało się mu na amory. Które trzeba było przerwać (moją) szybką kąpielą, bo dosłownie płonęłam. I bynajmniej nie z pożądania... A więc, dobra rada. Jeśli planujecie oddać się w dłonie swoich mężczyzn, sprawdźcie co nimi kroili i czy je umyli ;)

ps. Po kąpieli było fajnie, żeby nie było :)