niedziela, 19 czerwca 2016

poniedziałek, 9 maja 2016

26/366 Moja słabość


Uwielbiam fotografować takie miejsca. Kiedy byłam mała, wierzyłam w niezwykłą ich moc. Chyba nadal wierzę, choć nieraz o tym zapominam. Podobno stawiano je tam, gdzie hulały moce nieczyste. 

Nie tak dawno od dyrektorki naszej biblioteki dostałam album - folder poświęcony kapliczkom i krzyżom w naszej gminie. Nawet nie wiedziałam, że jest ich tyle. Teraz nie dość, że mogę je sobie obejrzeć to jeszcze poczytać o nich, skąd się wzięły, kto je zbudował i dlaczego. Choć wiele z nich ma zupełnie niezbadane pochodzenie, bo są bardzo stare. Stare i bardzo piękne. I tajemnicze takie :) Aż chce się o nich pisać. W książkach na przykład :) W Misce więcej zdjęć :)

czwartek, 31 marca 2016

25/366 Jak cytrynę

Muszę przyznać, że wyleniłam się w marcu porządnie. Miałam nawet napisać: za wszystkie czasy, ale tak dobrze, to aż nie było. Bądź co bądź znalazłam sobie co nieco do roboty: zarówno to związane z pisaniem książki, jak też porządkami. Ale starałam - i staram nadal - wycisnąć z tych dni jak najwięcej. Dosłownie jak sok z cytryny. Tak zaplanować każdy dzień, by jak najwięcej skorzystać. 

Tak więc jest czas i na porządki wokół domu (troszeczkę), na edycję książki, na czytanie, recenzje, seriale i gmeranie po sieci za pomysłami na zabawy dla Mili. I nawet sama Mila też dostosowała się idealnie do mojego rytmu dnia, chętniej uczestnicząc w zajęciach, które przygotowałam. Pod koniec dnia - mimo wolnego - jestem porządnie zmęczona, ale mam też poczucie, że zrobiłam nie tylko to, co musiałam, ale także to co chciałam: coś dla siebie :)

Ale jak powszechnie wiadomo: wszystko co dobre, szybko się kończy. Już wczoraj odebrałam pierwsze zlecenia i niemal siłą musiałam się powstrzymać, by się za nie nie zabrać. W poniedziałek, nie wcześniej. Chociaż korci, bo duże zlecenie. I jeśli Wam się wydaje, że nie można pięknymi słowy opisać spłuczki do klozetu, to jesteście w błędzie.  Jutro jedziemy na zajęcia (trzymać mi kciuki), a weekend odpoczywamy. W niedzielę będziemy mieć towarzysko, ponieważ przyjeżdża do nas blogowa rodzinka :) A 2-3 tygodnie później kolejna - ależ się cieszę!

środa, 30 marca 2016

24/366. Nie dojadłam...

Po głębszym namyśle doszłam do wniosku, że te święta, to chyba jednak były nieudane. Bo zawsze było tak, że po świętach nie mogłam patrzeć na jedzenie i miałam wyraźny problem, by w ogóle otwierać lodówkę. A teraz nie dość, że zaglądam do wnętrza wspomnianego AGD zupełnie bez problemu, to już we wtorek miałam tak ogromną ochotę na kawałek sernika, że myślałam, że zejdę. A dziś jest środa i wcale nie jest lepiej. Wyraziłam swoje marzenia podczas zakupów w sklepie i wszyscy popatrzyli na mnie jak na wariatkę. Bo wszyscy najwyraźniej dojadają, co zostało, a ja tu ze sernikami wyjeżdżam. Sernika to może nie, ale chociaż jakieś mufinki machnę. Byle były lepsze niż ostatnio...

A jak tam u Was? Opustoszały lodówki? Macie ochotę na sernik czy spojrzycie na moją notkę z żądzą mordu w oczach? :))

wtorek, 29 marca 2016

23/366. Pierwsza wiosenna notka

Nie myślcie, że zresetował się nam kalendarz na ścianie i po raz drugi obchodzimy 21 marca. Po prostu dzisiaj po raz pierwszy naprawdę poczułam wiosnę i ujrzałam ją na własne oczy. Owszem, wcześniej widziałam i przebiśniegi i krokusy i te żółte kwiatuszki, co to moja babcia mówiła na nie "kogutki", ale kwiatki kwiatkami a ciężko nastroić się wiosennie, kiedy plucha i zimno. A dziś co prawda z rana popadał deszczyk, ale taki bardziej ciepły. Taki wiecie, co to po nim ziemia pachnie i listki zdają się być bardziej zielone. Pomyślałam sobie, że przyjemniej będzie jechać z Milą do miasteczka. 

Tak. dobre se... 
Do naszych tradycyjnych perypetii związanych z Pkp doszły kolejne. Dziś bowiem PKP przewoziło kilka stacji busami... i nas nie zabrali. W ramach wiosennego wyjazdu wróciłyśmy do domu i obserwowałyśmy przyrodę z huśtawkowej ławeczki :)) Też pięknie, tylko zajęć szkoda...

poniedziałek, 21 marca 2016

22/366. Kocurzaści gotują: Pieczarki chili z jabłkami

Chciałabym się z Wami podzielić moim kulinarnym odkryciem: pieczarkami chili z jabłkami. Przepis znalazłam na Tym blogu. Właściwie nic od siebie nie dodałam, więc nie będę wygłupiać i mówić, że to mój przepis. Zerżnęłam go dla Was i dla siebie (żeby mieć zawsze pod ręką na wypadek, gdyby właścicielka bloga zwinęła żagle) z tamtego bloga. 

1/2 kg pieczarek 
2 jabłka 
1 cebula
olej rzepakowy 
sól
pieprz
1/2 szkl bulionu 
2 łyżki papryki w proszku (słodkiej)
1 łyżeczka majeranku
1 łyżeczka chili w proszku
1/2 łyżeczki imbiru
2 łyżki musztardy francuskiej 
3 łyżki koncentratu pomidorowego (ja następnym razem dam 2, bo za bardzo pomidorowe nam wyszło)
2 łyżki octu jabłkowego. 

A robimy tak: pieczarki obieramy i kroimy w większe kawałki. Cebulę obieramy i kroimy w drobną kosteczkę. Cebulę szklimy na oleju, dodajemy pieczarki, oprószamy solą i pieprzem, podsmażamy ok. 10min, aby puściły sok. Jabłka kroimy w kostkę (ja obrałam) i dodajemy do pieczarek. Podsmażamy kilka minut. Do miseczki wlewamy łyżkę oleju i dodajemy wszystkie przyprawy plus musztardę i koncentrat. Mieszamy i wlewamy do pieczarek. Podsmażamy, potem podlewamy bulionem. Doprawiamy do smaku octem jabłkowym, jeszcze około 10 min. gotujemy i gotowe. 

Powiem tak: przypomina to konsystencją takie leczo, tylko że z pieczarek. Jest smaczne, jest ostre. My jedliśmy z ryżem na sypko, następnym razem oprócz ryżu użyjemy też usmażonych kawałków kurczaka i będzie super :)

Jeśli chcecie zobaczyć, jak smakowicie to wygląda, wejdźcie w link, który wyżej wam podałam :)

czwartek, 17 marca 2016

21/366 O dmuchaniu :)

Zagadka: co matka może robić o siódmej rano? Dmuchać :) I wcale nie w taki specjalny balonik, który służy do sprawdzania trzeźwości, bo przypominam, że samochodu ani widoku na samochód nie posiadam. Albo inaczej: co matka może o siódmej rano wydmuchać? Nie, nie nos, kataru już nie ma. 
Nie wiecie. To już wam powiem: matka może o siódmej rano wydmuchać cztery jaja. I bez pieprznych skojarzeń bardzo proszę, bo jak widać skoro cztery to uczciwej i wiernej matce nie może chodzić o jaja wiadomego pochodzenia :))

Przyszło mi dzisiaj produkować wydmuszki z jaj, z których to dziecię w przedszkolu będzie produkowało ozdoby świąteczne. Pani kazała przynieść po dwie wydmuszki, więc ja na wszelki wypadek wyprodukowałam cztery. Naprodukowałam się przy tym solidnie, bo w sumie to nie miałam pojęcia, jak się do tego zabrać. Kocurzasty podpowiedział, by zrobić dziurkę a nawet dwie, więc wkręciłam w jajo śrubkę i do dmuchania. Wyprodukowałam cztery, bo oczyma wyobraźni ujrzałam, jak moje dziecko swymi subtelnymi rączkami wydmuszkę obejmuje... więc lepiej więcej :) Poza tym inne dzieci mogą nie mieć... jak się potem okazało, inne mamy doszły do tego samego słusznego wniosku. 

Podsumowując: 
po pierwsze primo: wydmuszki dostarczyłam, wydmuchane usmażyłam i zjadłam do spółki z Sanczezem bo czterem nawet ja rady nie dam. 
po drugie primo: teraz się zastanawiam, czy to trzeba było w środku przepłukać? Bo jeśli tak to może być w naszych wydmuszkach smrodek...


środa, 16 marca 2016

20/366 Kolędowanie inaczej

O tym, że moje dziecię ma talent do śpiewania, wiem nie od dziś. O tym, że kolędy lubi, żeby nie powiedzieć wielbi, też wiem...  ale dziś dowiedziałam się także, że ma niesamowitą zdolność do komponowania utworów i dostosowywania ich do aktualnych warunków. 

No bo same powiedzcie moje kochane, która z was zna kolędę "Malujże Jezuniu" i śpiewa ją do kredek?

wtorek, 15 marca 2016

19/366 Biała kawa, biały dzień

Obudziłam się dzisiaj z masakryczną ochotą na kawę. Nie wiem, czy coś mi się śniło, ale moje kubki smakowe oszalały. Próbowałam walczyć sama ze sobą i utrzymać się w łóżku, ale wystarczyło, że wyobraziłam sobie swój biały kubeczek, a w nim kawę z mlekiem, zaczęłam się ślinić. Gorzej! Wyobraziłam sobie kartonik mleka skondensowanego, które wczoraj kupiłam i też zaczęłam się ślinić. 

Obudziłam się także z leniem. Po wczorajszej przeprawie z dzieckiem (patrz: miska), czuję się zmęczona i po prostu nie wyobrażałam sobie wstać i zacząć klepać. Nie skupiłabym się. Nic to. Przez ostatnie dni zasuwałam jak mały samochodzik, nie pisałam do ludzi, zaniedbywałam książki, po to tylko by mieć do końca miesiąca wolne i zająć się kończeniem książki i różnymi załatwieniami. Po prostu będę mieć jeden dzień wolnego mniej i będę musiała bardziej się sprężyć z różnym chodzeniem. Uda się, a co! Pewnie nie wszystko, ale może chociaż to co uwiera mnie najbardziej. Lub raczej to co uwiera mnie zaraz po tym, co najbardziej. 

Czuję się beznadziejnie. Dziecko padło paręnaście minut po dziewiętnastej, a przepłakałam do 22,30. Dopóki nie wrócił Kocurzasty. Który tylko na mnie spojrzał, stanął w pół kroku zszokowany i zapytał: co się stało? Cholera, a tak się starałam nadrabiać miną, nie wyszło :))

Ten też wie, jak poprawić humor. 
Zaraz o świcie wygląda przez okno i oświadcza: wiesz, że za oknem jest śnieg???
Nie, nie wiedziałam. Wczoraj była wiosna za oknem, dziś zima... prawie na wyjazd do miasteczka, będzie super! Brawo pogoda!

środa, 9 marca 2016

18. Zaspałam

9 marca, środa
pogoda: pod psem
biomet: ojaciepierdziele
na obiad serwujemy: fasolkę po bretońsku 


Dlaczego, jak się zaśpi, to robota idzie jeszcze trudniej? Za karę? :)
Mamuniu, jak ja przeżyję dzisiejszy dzień, skoro już mnie wszystko tak wnerwia, a nie ma jeszcze dziewiątej? Wi fi to zło, pamiętajcie moje słowa. Zamiast spać jak przyzwoity człowiek, przez dwie godziny grałam w idiotyczną grę, w której Masza napełnia słoiki owocami. Na telefonie.

wtorek, 16 lutego 2016

17/366. Jak Asia krem z brokuła gotowała

Plan był ambitny: zupa-krem z brokułów, podana z pulpecikami mięsnymi, posypana startym żółtym serem. I wszystko wyszło tak ładnie: zupka zielona, że aż wiosenna, kuleczki krągłe i nie rozleciały się podczas gotowania, a ser żółty tak ładnie starł się na tarce, jakby tylko to w życiu robił. I to naprawdę mógł być udany obiad!

Mógłby, ale...

Kocur zaraz po wejściu do domu najpierw poszedł otwierać wszystkie okna, bo "znów ciągnie z ubikacji". Nie, kochanie, to brokuł się gotował...

Po wszystkich "ble" wydanych nad garnkiem parującej zielonej zupki, podniósł pokrywkę z rondelka i zauważył pulpeciki. Od razu podzielił się z ukochaną żoną spostrzeżeniem, że pulpeciki są jedyną formą mielonego mięsa, której nie lubi, bo powodują u niego mdłości. "Nie mówiłem ci?", zapytał zdziwiony. 

Na to wszystko żona zdecydowała się spróbować pulpecika i ... zauważyła u siebie mdłości. W tej sytuacji zmierzyła mięsko podejrzliwym spojrzeniem i ... zjadła samą zupę. Wcześniej przywołała do siebie dziecko i skutecznie zakleszczyła między kolanami. Tym sposobem udało się podać z pięć łyżek gęstej zupy i to bez uszczerbku na garderobie. Tak się jednak tym podawaniem zmęczyła, że z pozostałości na talerzu zrezygnowała.

Tym sposobem zupę z pulpecikami i serem zjadł tylko Kocurzasty... odmówił jednak "repety", zasłaniając się pełnym żołądkiem. Że niby taka gęsta i pożywna ta zupa?

Zwieńczeniem wieczoru był pies. Który wszedł na stół i zjadł ser do zupy... (zupy z resztkami mięsa nie tknął)


sobota, 13 lutego 2016

16/366. Plan był taki

Przyjemny plan zaadaptowałam sobie na potrzeby weekendu. Postanowiłam pić dużo kawy i pisać, pisać, pisać... A do tego jeszcze czytać i oglądać serial. Powtórkę z Cieni Calendy sobie zrobiłam i ponownie się wciągnęłam na maksa. Nic to, że dobrze pamiętam, jak się skończyło. Już sama atmosfera małego hiszpańskiego miasteczka fajnie na mnie działa :)

Mój katar miał jednak co do weekendu inne plany. Zdecydował sobie, że weekend należy do niego. On zajmuje wszelkie strategiczne pozycje, powoduje cieknięcie, drapanie, swędzenie, pieczenie i obrzęk. Zaprasza na weekendowe spotkanie pudełko chusteczek higienicznych i wspólnie robią imprezę. A ja mam się przyłączyć i właściwie nie mam nic do gadania, bo zdecydowano beze mnie. 

Kocur mnie straszy świńską grypą, Mila mnie straszy pokasływaniem, a ja łudzę się resztkami nadziei, że coś jednak z tego walentynkowego weekendu skorzystam. Może napiszę nawet jakąś scenkę miłosną lub kryminalną? Uczczę walentynki tym, co lubię robić. Bo na miłosne ekscesy z własnym mężem chęci brak - nie żeby była ochota na ekscesy z mężem cudzym. W myśl zasady, że jak pierdzieli się wszystko to wszystko, a jak cieknie to cieknie, z okazji walentynek fundnę sobie tampony... 


poniedziałek, 1 lutego 2016

15/366 Leniwy lutowy poranek

Luty rozpoczynam niespiesznie, wręcz leniwie. Wiedząc, że z samego rana nie mam żadnych zleceń, po odprawieniu Kocurzastego do pracy, wróciłam do łóżka. Przytuliłam się do cieplutkiej Mili, przygniotłam psa piętą i zamknęłam oczy. Mogłam wstać, wypić kawę i napisać recenzje (dwie zaległe przez weekend, w tym jedna raczej negatywna), ale po co? Nieczęsto mam okazję wrócić do łóżka i jeszcze mieć w nim miejsce. Poleżałam jeszcze godzinkę w pół śnie. Ale kiedy przyśniło mi się, że zbieramy się do przedszkola i zakładam niebieskie skarpetki, zdecydowałam się wstać. Mili też dobrze się spało. Zjadła śniadanko i zaraz do przedszkola. A ja poczekam na zlecenia i biorę się za pracę. Na dziś planuję też fryzjera. U Angel Oskuro wyczytałam, że zapowiada się intensywny miesiąc. U mnie też, kochana, u mnie też. Ale poranek jeszcze leniwy, więc korzystam :)

Miłego dnia!

czwartek, 28 stycznia 2016

14/366 Czternaście w plecy

Czternaście. Dokładnie tyle notek jestem w plecy na Grandzie. Jednakże nie będziemy z tego powodu rwać włosów z głowy i lać strumieni łez ( a przynajmniej ja nie będę, nie wiem, jak Wy :P), bo nie chodziło o wyzwanie tylko o ożywienie bloga i wyrobienie w sobie nawyku i przyjemności zaglądania w to miejsce. A to się udało. (a jakby co to przed końcem roku się trochę oszuka postami i też będzie). 

Spieszę donieść, że u nas zdrowotnie już bardzo dobrze, miejmy nadzieję, że to zdrowie zostanie u nas na trochę dłużej. Co prawda Kocurzasty jeszcze narzeka, że nie te siły, a mnie samej wciąż towarzyszą chusteczki higieniczne i bynajmniej nie dla przyjemności, ale powoli wychodzimy na prostą. Byle Mila była zdrowa - to będzie dobrze. A jak pójdzie do przedszkola to będzie wspaniale. 

Z pełną premedytacją przyznaję, że tęsknię za cichym domem. I mam ochotę obejrzeć jakąś telenowelę i niech to nie będą Teletubisie. Chce mi się, a nie mogę. Przy dziecku mogę co najwyżej poczytać i popisać. A i to zazwyczaj obłożone cenzurą czterolatki, taka dola matki :)

czwartek, 21 stycznia 2016

13/366 Antybiotyk razy dwa

Jestem tak monotematyczna, że aż sama się tego boję. Niech ta wiosna szybko przyjdzie, bo  inaczej blog zamieni się w serwis z poradami medycznymi w stylu: jak pozbyć się kataru w dziesięć dni. A tego nie zniosę :P

Cóż mogę powiedzieć: wczoraj wieczorem Kocurzasty wrócił do domu bardziej zasmarkany niż zwykle, połamany, kaszlący i jeszcze wiele ący ący. Zapowiedziałam mu, żeby się ani ważył dziś iść do pracy i skoro się zgodził, znaczy musiało być kiepsko. Tym sposobem dzisiaj z rana pomaszerował do pana doktora, który nie dość że mu znalazł infekcję w gardle to jeszcze zapalenie spojówek (surprajs!). Kocurzasty zostawił w aptece 80 zł, a obok prawie ukończonej buteleczki z antybiotykiem Mili stanęła jego własna osobista buteleczka. Plus tabletki na katar, syrop na kaszel, krople do oczu i proszek na jelita :) Mój syrop z babki lancetowatej za cztery złote wygląda przy tym mało imponująco, niemniej jestem najzdrowsza. Grunt na natura!

Tym sposobem mamy w domu kichająco i wesoło - możemy sobie pośpiewać "Buahaha antybiotyki dwa" :)))

Z racji, że mąż nie chodzi do pracy - zajął miejsce na wersalce. Obok niego leży Mila a w nogach śpi pies. Tym sposobem dla mnie miejsca już nie ma (chyba że na dywanie) i muszę złamać moją długowiekową trzydniową tradycję popołudniowego wylegiwania się w asyście kołdry, kubka i książki. W domu cisza, mnie serce mocno bije (kto był na misce wie o czym mówię, kto nie był ten leci ) i nie mogę skupić się na pracy :)

Chciałabym też zauważyć że na premierze będę wyglądała nad wyraz wyjściowo - czerwone obtarte nosy są bardzo modne w tym sezonie :))

środa, 20 stycznia 2016

12/366 Nie-cicha noc

Opatulona kołdrą, z dzieckiem przy lewym łokciu, z kawą w zasięgu prawej ręki i z laptopem na kolanach. Dlaczego wcześniej nie wpadłam na to, że łóżkowo-leniwcowy tryb życia jest całkiem przyjemny? I tym sposobem mogę właściwie czytać, pisać, robić szkice notek, tworzyć recenzje, opowiadania, a nawet pracować? Gdybym jeszcze miała wi-fi, to już w ogóle byłby hajlajf, a tak to trochę prowizorka. Ale za to jaka przyjemna...

Przyjemna za to z pewnością nie była noc, która dzięki Mili zamieniła się w koszmar. Dziecko nie wiadomo dlaczego, obudziło się w środku nocy. I tak sobie leżało. Dopóki nie stwierdziło, że właściwie to nieco mu się nudzi samemu i pasowałoby już iść spać. Ale tak iść spać w samotności? No, nie... lepiej obudzić matkę i ojca, niech dotrzymają towarzystwa, przeklną troszkę pod nosem, a matka na to wszystko niech jeszcze pośpiewa. Cichą noc najlepiej. A niech się matka ośmieli przy dwudziestym razie pomylić zwrotkę drugą z trzecią... zgroza. My wstaliśmy jak zombie, ja swoje odryczałam tuląc wierzgającą i wrzeszczącą rozespaną córkę. W takich chwilach wydaje mi się, że nigdy nie będzie dobrze...

Ona pospała do 9,00, ja swoje odpisałam i już mi się nic nie chce. Trzeci dzień z rzędu wykładam ciało i cieszę się psim ciężarem na stopie i ciepłem dobiegającym z kaflowego pieca. Czytam kryminał na czytniku. Rozmyślam nad opowiadaniem na konkurs i próbuję odgonić czarne myśli. Ale ciężko idzie...

wtorek, 19 stycznia 2016

11/366 Amen


- Mila, masz niebywały talent do robienia bałaganu!
- Amen!

Pozdrawiamy znad klawiatury, czerwonego obtartego nosa i pudełka chusteczek. Dziecko wraca do formy, przynajmniej pod względem dokazywania. Co nie znaczy że mniej marudne. A ja marzę o tym, jak porzucę komputer i wyłożę ciało na łóżku z czytnikiem. Nawet kakałko sobie zrobię, bo kawa mi nie smakuje. Wczorajsze leżenie nie wyszło, bo przyszła ciocia. Dziś nie otwieram. Nawet teściowej i listonoszowi. 

ps. Choroba jest próbą, próbą rodzicielskiej cierpliwości. I ja chyba nie za bardzo zdaję ten egzamin. Amen.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

10/366 Ożesz choroba

Siedzę przy komputerze, a u swoich stóp mam kupę. Na szczęście nie jest to jakaś straszna kupa, a tylko kupa zużytych chusteczek higienicznych. Jakoś pod koniec zeszłego tygodnia, kiedy to Mila wypluwała sobie płuca, stwierdziłam: ożesz ty chorobo, daj dziecku spokój. Lepiej przejdź na mnie. No i choroba mnie posłuchała. Niestety tylko połowicznie, bo co prawda na mnie przeszła, ale z Mili nie zrezygnowała. Tym sposobem wypluwamy płuca obie, smarkamy obie, pozostaje mi domyślić się, jak to moje biedne dziecko się czuje, skoro mnie łupie głowa, boli gardło i przeszkadza w nosie. Poziom marudności plus tysiąc. 

Niestety nie mam możliwości wziąć sobie wolnego. Ani od obowiązków pisaczki-copywriterki, ani tym bardziej matki. Nie mam nawet możliwości wziąć sobie wolnego od bycia pańcią takiego jednego futrzastego upierdliwca, co to niby chciałby na podwórko, ale właściwie to jest minus osiemdziesiąt i chyba jednak nie pójdzie. Z wytęsknieniem czekam na Kocurzastego i nie jest to bynajmniej tęsknota powodowana wyłącznie miłością małżeńską. Wykładam ciało na kanapie, może dziecko dotrzyma towarzystwa. Przy okazji telepię się z zimna i tylko wieści okołopremierowe mnie rozgrzewają. Nie polityczne, żeby nie było. Tamte mnie już ani ziębią ani grzeją :)

wtorek, 12 stycznia 2016

9/366 Z wywieszonym językiem

Mam ostatnio wrażenie, że ciągle ganiam z wywieszonym językiem. Ale może to dobrze, bo właśnie ćwiczenia z językiem robimy na zajęciach w miasteczku. Jak wywalę język do brody, to może dziecko się zainspiruje i też zechce? Bo póki co to język wyciągamy tylko pani logopedka i ja, a dziecię patrzy na nas z politowaniem i Bóg wie co se myśli :P Wariatki dwie!

A tak poważnie mówiąc: doszłam do wniosku, że mam coraz większe problemy z logistyką naszych wyjazdów na zajęcia, do tego doszły Wasze przekonywania i efektem tego zdecydowałam, że rzeczywiście na to prawko pójdę. Jak wiadomo, najpierw mnie przebadają i odkryją, że jestem ślepa jak kret, potem każą mi nosić okulary, a potem się w ogóle okaże czy mam predyspozycje do siadania za kierownicą. I oczywiście swoim zwyczajem już się strasznie napaliłam. Najchętniej już jutro bym pojeździła. Nic to, że z egzaminu na kartę rowerową w 1991 roku nie zapamiętałam żadnego znaku...

A mówiłam Wam, że jakieś siedemnaście lat temu uczyłam się jeździć? Maluchem. Po parkingu. Moim instruktorem był kolega, który wstydził się przyznać, że ma benzyny na styk by dojechać do domu. W efekcie wraz z chłopakiem mojej koleżanki pchali auto jakieś 2 kilometry...

I też pewnie z wywieszonym językiem...




poniedziałek, 11 stycznia 2016

8/366 Pierwszy raz

Wbrew obiegowej opinii pierwszy raz może być całkiem sympatyczny, nawet jeśli wyciska z ocząt strumienie łez. Ja na ten przykład dzisiaj po raz pierwszy kupowałam w sklepie kilo mieszanki krakowskiej, i to nie że kupowałam sobie ot tak, żeby pochłonąć, ale kupowałam do przedszkola. Żeby moje dziecko pierwszy raz mogło poczęstować koleżanki, kolegów i panie - ciocie. Z okazji urodzin. Czwartych. 

Tak już mam, że bardziej przeżywam pierwsze razy mojego dziecka niż własne. Kiedyś przestanę, bo taka kolej rzeczy, a o niektórych nawet nie zostanę powiadomiona, mam nadzieję. Póki co przeżywam okropnie. Pierwszy dzień w przedszkolu, pierwszy rysunek przywleczony do domu, pierwsza piosenka odśpiewana i nie z telewizora, pierwszy obiad zjedzony w całości, pierwsza wytarta samodzielnie pupa, pierwszy mikołaj, a teraz jeszcze cukierki. 

Wracając do urodzin: dacie wiarę, że to już cztery lata? 
Przecież dopiero co chwaliłam się tymi dwiema słabymi kreseczkami na teście. Dopiero co przywiozłam toto do domu, dopiero co pierwszy krok, pierwsze mama. A jutro skończy cztery lata. Sama zainteresowana zainteresowanie przejawia średnie. Mieszanki krakowskiej nie lubi, częstować cukierkami nie będzie, ale chociaż ze "Sto lat" się ucieszy :) Chyba...

Miłego dnia!

 


sobota, 9 stycznia 2016

7/366. Blogowe sentymenty

Dzisiaj Red Sonia zadała mi ciekawe pytanie: jak długo my już się znamy. Z czasów Onetu, to pewne, ale ile? Trudno odgadnąć, bo kopiując notki ze starego bloga, nie było jak skopiować także komentarzy. Wspomnienie bloga na Onecie już zawsze będzie wzbudzać uśmiech na mojej twarzy, brakuje mi tamtych czasów. Niby się człowiek nawkurzał, kiedy na blogu pojawiały się trolowate komentarze, jednak i tak niemal każde polecenie sprawiało przyjemność. Niemal. W dzisiejszych czasach nie wyobrażam sobie takich sytuacji z poleceniami. W sieci jest tak mało anonimowości. A co się dzieje, kiedy na blog trafiają osoby z bliskiego otoczenia, wiele blogerek miało okazję się przekonać. 

Rzadko korzystam z poczty na Onecie, bliżej powiedzieć, że nie korzystam wcale, tylko od czasu do czasu loguję się i usuwam reklamy. Czasami, gdy rejestruję się na jakimś forum czy konkursie, a nie chcę, by potem na gmailowskiego bloga przychodziły reklamy, podaję właśnie adres z Onetu. Ostatnio jakoś szukałam adresu, by wysłać kartkę świąteczną i przepadłam na długie godziny. Bo zupełnie zapomniałam, że na tej poczcie jest tak wiele maili od czytelników bloga. Część od osób z blogosfery, ale bardzo wiele także od osób, które na blog trafiły z polecenia na głównej, nie chciały komentować publicznie, ale szukały jakiegoś kontaktu. Takie maile na ogół były grzeczne i kulturalne, ktoś opowiadał parę słów o sobie, chwalił blog lub konkretnego posta, wypowiadał się w jakimś temacie zgadzając się ze mną lub nie zgadzając. Czasami nawet udzielał mi rady w jakiejś sprawie. 

Czasami myślę o różnych osobach z blogosfery. Osobach kryjących się za nickami. Wiele z nich zniknęło, z dnia na dzień porzucając blog i nawyk pisania. I kontakt z innymi blogerami nierzadko także. Jeśli czyta się czyjś blog dłuższy czas i potem ta osoba znika, ot tak, pojawiają się niespokojne myśli. Zastanawia się, jaki był powód odejścia z bloga, czy nie stało się nic złego. Miałam tak z jedną blogerką, bardzo często wracałam do niej myślami. Próbowałam odszukać na innych blogach, wpisywałam nick w Google. Aż pewnego dnia, to było chyba w Gwiazdkę 2014 dostałam maila z życzeniami. Nie macie pojęcia, jak bardzo się ucieszyłam. I po prostu taki wielki kamień stoczył mi się z serca. Już potem nie napisała, ale dla mnie ważne było, że ten jeden raz dała znak życia. 

Dziś jest zupełnie inaczej. Przez te lata z wieloma z Was poznałam się tak dobrze, że mamy nie tylko swoje maile, ale także namiary na portalach społecznościowych, numery komórek, adresy domowe. Spotykamy się, spędzamy razem wakacje, posyłamy swoim dzieciom prezenty. To bardzo specyficzna więź, pod wieloma względami osoby z bloga są mi bliższe niż te, które mam obok siebie. Być może nie jeden psycholog by się popukał w czoło i powiedział, że to niezdrowe, ale gwiżdżę na to. Najwyraźniej nie prowadził nigdy bloga i nie wie, jakie można fantastycznie więzi wypracować. 

Kiedy zaczęłam prowadzić blog o książkach, sądziłam, że będzie podobnie. Ale albo czasy się trochę zmieniły, albo ludzie traktują to bardziej biznesowo i boją się konkurencji, albo ja miałam pecha, albo po prostu nikt mnie nie polubił :P - niestety, przeliczyłam się i nie raz przekonałam, że wielu blogerów jest zakłamanych. Za swoimi plecami prowadzą nieładne gierki, nie będę wdawać się w szczegóły, bo nie o to chodzi, ale rozczarowałam się. Lubię kilka osób, kilka nawet bardzo, ale jednak z dużym dystansem. Nie umiem także wykrzesać w sobie więzi z blogami parentingowymi. Wiem że w większości przypadków prowadzą je fajne osoby, dla których pisanie jest taką samą frajdą jak dla mnie, ale nie umiem. Są  u mnie na równi z różnymi serwisami tematycznymi, czytam, interesuję się mniej lub bardziej, ale rzadko kiedy czuję w nich człowieka. Założę się o ostatnią chrupkę z miski naszego psiego towarzysza, że wiele osób ma tak z blogami książkowymi.

Weekend to i notka dłuższa. A jakie Wy macie wspomnienia związane z blogowaniem? Może jakieś refleksje?


piątek, 8 stycznia 2016

6/366 O premierze

Mówię do Kocurzastego:

- Wiesz, że za miesiąc będzie już po premierze?
- A co mu zrobią?

Kurtyna.
ps. Jej, drogi mężu, jej. Ta premier. Tudzież ta premiera :)

czwartek, 7 stycznia 2016

5/366. Żadnej współpracy!

Pierwszy raz od świąt Bożego Narodzenia udało mi się wstać razem z Kocurzastym tuż po piątej. Zdążyłam zrobić sobie kawę, łyknąć tabletkę i nawet włączyć laptop i plik ze zleceniami. Na więcej niestety nie miałam co liczyć. Dziecko urządziło sobie pobudkę o pół do szóstej i zażądało kakałko. Zero współpracy, zero synchronizacji z ludem pracy!

Próbowałam utulić, nie udało się. Gdzieś za kwadrans szósta stwierdziłam, że bez sensu usypiać, jak za pół godziny pasuje budzić do przedszkola. Zrobiłam kakałko. I myślałam, że zostawię naczynie w dłoniach dziecięcia mojego i pójdę sobie do pisania. W międzyczasie zrobię repetę, bo naczynie malutkie, a brzuszek swoje potrzeby ma. I dziecię po raz kolejny odmówiło współpracy: Mama, z tobą! - usłyszałam i czy można odmówić? Do za kwadrans siódma czytałyśmy bajki. 

Po powrocie z przedszkola palenie, druga kawa i robota. O dwunastej śniadanie i notka na bloga. Idę skrobać dalej i pilnować, żeby nie zapomnieć dodać koperku do koperkowej. Nie uśmiecha mi się pracować w sobotę, mam przyjemniejsze rzeczy do pisania. A przynajmniej bardziej mnie korcące :P

środa, 6 stycznia 2016

4/366 Dlaczego nie lubię pociągu papieskiego

Na pewno miałyście okazję zobaczyć pociąg papieski, złociste cudo, którym kolejarze uczcili pamięć JPII. Początkowo woził turystów do Wadowic, ale po jakimś czasie zainteresowanie zmalało i zdjęli go z trasy. W ostatnim czasie jednak wozi zwykłych pasażerów na trasie z Krakowa do Bielska, a my mamy przyjemność jeździć nim do Wadowic. I początkowo bardzo się cieszyłam, że akurat ten pociąg jeździ, bo to wyższa technika, nie trzęsie, siedzenia takie ładne i jeździ dość cicho. Ale szybko okazało się, że ma ten pociąg swoje minusy, a najważniejszym jest to, że on początkowo zatrzymywał się tylko na miejskich stacjach i jest dopasowany do wysokich peronów. Na dodatek poręcze ma od wewnątrz wagonu i żeby wsiąść do niego z dzieckiem na naszym przystanku, trzeba się naprawdę nagimnastykować, żeby nie powiedzieć, że wchodzić na kolanach. (Bądź co bądź papieski, to może o to chodziło, żeby na kolanach?)

Ale po wczorajszej przygodzie znielubiłam papieski pociąg ostatecznie. Jak zwykle podjechał na stację i zaczęłyśmy się do niego gramolić. Wygląda to tak, że podnoszę córkę do środka i lekko wpycham, po czym wspinam się sama. A wczoraj zdążyłam Milkę wepchnąć, a drzwi zaczęły się zamykać! Mila się przestraszyła i cofnęła, ja się przestraszyłam, że ją zgniotą i pociągnęłam ją do tyłu. Drzwi się znów otworzyły, więc powtórzyłyśmy manewr z wchodzeniem, po czym znów zaczęły się zamykać! W końcu jakoś się wtaszczyłyśmy, ale ciśnienie mi się podniosło solidnie. W tym czasie w naszą stronę podszedł maszynista, żeby pomóc nam wsiąść. Wiecie co, zestresowałam się na maksa, a gdyby konduktor nie zauważył i pociąg pojechał z samą Milą? Chyba muszę jej zrobić adresatkę, jak dla psa :P Bo ona co prawda mówi, że nazywa się tak i tak, ale już sama sytuacja, jaka okropna!

I widzicie, rozmawiałam z panią konduktorką i ona mówi, że to kwestia fotokomórki. Po prostu zbyt długo pozostawałyśmy w bezruchu (jeśli gramolenie można nazwać bezruchem) i drzwi to wyłapały i zaczęły się zamykać. Jednak na pewno nie zamknęłyby się do końca, tak żeby nas przytrzasnąć, bo fotokomórka nas by wyczuła. Dziękuję, nie sprawdzę. I powiem wam, że chrzanię takie technologie. Wolę czarne złomki (pociągi, na pewno je znacie), czasem drzwi się w nich nie domykają, piździ jak w kieleckim, mają twarde siedzenia, ale poręcze są na swoim miejscu i można do nich wsiąść bez przygód :)

wtorek, 5 stycznia 2016

3/366. Cieplej

Na termometrze cieplej, zaledwie minus cztery i coś z nieba polatuje. Ulżyło mi. Nie widziałam nas dziś w miasteczku przy mrozie, biegających od poczty do sklepu, od sklepu do pizzerii, byle tylko wypełnić czas przed zajęciami. Będzie nam teraz trudniej, bo pociąg przyjeżdża już o 11,30 a my mamy zajęcia dopiero o 14,00. Co robić w tym czasie, gdy panują mrozy? Więc gromadnie wnieśmy podanie o brak mrozów tej zimy. Z myślą o Mili. 

Może by tak zrobić prawo jazdy? Coraz bardziej mnie korci, przyznaję. Ale nie widzę, nie czuję siebie jako kierowcy, boję się. Do opanowanych to ja nie należę. A żeby się przekonać, jak się czuję za kierownicą, pasowałoby zapisać się na kurs i zapłacić dość znaczną kwotę. Chciałabym, a boję się. Kobieta...

poniedziałek, 4 stycznia 2016

2/366. Cięcie

Jestem okropnie sentymentalna. Niby wiedziałam, że muszę to zrobić, bo coraz trudniej było ujarzmić te włosy do pasa, zakręcone na końcach, jak sprężynki. I zdawałam sobie sprawę z tego, że panna odmawia współpracy przy czesaniu, bo ją boli i ciągnie, że krótsza fryzurka będzie wygodniejsza i pod czapkę i na co dzień. Ale i tak zeszło mi chyba z dwa miesiące, zanim chwyciłam nożyczki i zrobiłam, to co zrobiłam. A potem poszłam do kuchni z jasną kitką w dłoni i poczułam pod powiekami łzy. Poczułam się normalnie jakbym jej co najmniej palec obcięła, a nie dziesięć centymetrów włosów :D

I okazało się, że z włosami do łopatki jest nadal tak samo piękna. A może będzie też grzeczniejsza, bo jej matka nie będzie psuła humoru bolesnym czesaniem? :P

niedziela, 3 stycznia 2016

1/366. Wyzwanie

Stworzyć samej sobie wyzwanie i spróbować je wypełnić? To ma być sposób na ożywienie tego bloga i udowodnienie samej sobie, że z czasem nie jest tak kiepsko, jak może się wydawać, i rozchodzi się wyłącznie o marnotrawienie jego okruchów na czynności zbędne. W ubiegłym roku podjęłam wyzwanie 52 przeczytanych książek. Poszło lekko. W tym roku książek nie będę liczyć do wyzwania, ale dla siebie samej. Do wyzwania policzę notki. 366 dni -- 366 notek? Wątpię. Ale sama jestem ciekawa, ile wyjdzie, co z tego powstanie i czy to mi pomoże odnaleźć się na otwartym blogu. Na którym nie piszę tylko dlatego, że zapominam. I może dlatego, ze jestem zbyt leniwa by się przelogować. Ot tak :)

To jak? 
O duperelach?
Codziennie?
Będziecie wpadać?