sobota, 28 lutego 2015

Nasza dziewczyna

Sobota, czyli dzień, kiedy pozwalam sobie na przestępstwo w postaci kawy na pusty żołądek i mam trochę więcej czasu na blogi. Przy okazji podzielę się z Wami również pewną historią...


      Katarzyna mieszkała w niewielkiej wsi w podgórskiej okolicy. Właściwie to nawet nie była wieś, bo zaledwie kilka domów. Wszyscy się znali i wszystko o sobie wiedzieli. Jeśli komuś słabo obrodziły ziemniaki, to sąsiad dał trochę ze swojego pola, jak kobieta pojechała do szpitala dziecko rodzić, sąsiadka brała starsze dzieciaki i przez dwa dni pilnowała, żeby do szkoły chodziły i obiad ciepły zjadły. Pewnie, że plotkowało się na tego i tamtego, ale ludzie żyli w zgodzie i wzajemnie się szanowali, bo do najbliższej wsi mieli dosyć daleko, o mieście już nawet nie mówiąc i wiedzieli, że właśnie na siebie mogą liczyć. 
    Kasia wychowała się w biednej  - jak wszystkie okoliczne - rodzinie, ale w przeciwieństwie do innych dzieciaków ze wsi marzyła, że pewnego dnia wyrwie się z małej wsi i zamieszka w ładnym domku w mieście. Godzinami potrafiła opowiadać, jakie firanki powiesi w kuchni i z jakich filiżanek będzie pić prawdziwą kawę. Sklepowa z sąsiedniej wsi przynosiła Kasi kolorowe czasopisma i dziewczyna wykleiła gruby zeszyt zdjęciami eleganckich domów, pięknych sukienek i modnych fryzur. Dziewczynie marzył się ten piękny świat z kolorowych gazet, a ponieważ ani pięknego domu, ani modnych ciuchów nie miała, pozostały jej tylko te fryzury i szybko stało się jasne, że ma do tego rękę i potrafi uczesać najpiękniej w całej wsi. 
     Po ukończeniu ósmej klasy tamtejsze dziewczęta obierały dwie drogi: zawodową szkołę fryzjerską lub zawodową szkołę krawiecką. Oczywistym było, że Katarzyna skieruje kroki do tej pierwszej. Do szkoły było daleko, więc dziewczyna w tygodniu pomieszkiwała u ciotki, ale na niedzielę zawsze wracała do domu, czesząc okoliczne kobiety w najbardziej wymyślne loczki i koczki. W zamian wciskały jej a to trochę jajek, a to litr mleka, co kto miał, to przyniósł. I dziewczyna się cieszyła, bo dzięki tym darom matce było lżej i kobiety na wsi się cieszyły, bo dzięki Kasi mogły w niedzielę do kościoła paradować w świeżej fryzurze. 
       Po ukończeniu szkoły Kasia zaczęła pracę w miejskim salonie fryzjerskim, w którym przez te lata miała praktykę. Właścicielka zakładu - miła i starsza już pani - wiedziała, że w swoim saloniku ma prawdziwy skarb. Katarzyna miała doskonałą rękę do włosów, potrafiła pięknie ciąć, modelować, kolor nakładany przez jej dłonie zawsze miał pożądany efekt. A przy tym nie bała się nowości, nakłaniała szefową na unowocześnione sprzęty, zmianę wystroju i szkolenia. Salonik zdobył coraz więcej klientek, ale właścicielka nie miała już zdrowia do prowadzenia biznesu i zaproponowała Kasi, by ta odkładała pieniądze i po upływie dwóch lat przejęła salon. Kasia była zachwycona propozycją, nareszcie czuła, że  jest o krok od spełnienia swoich marzeń. Tych z domkiem i filiżankami. 
       W tym czasie zaszły również zmiany w jej prywatnym życiu, zdecydowała się poślubić swojego wieloletniego narzeczonego, z którym zaczęła się spotykać jeszcze, kiedy chodziła do szkoły zawodowej. Chłopak był całkiem zmyślny, prowadził własną firmę budowlaną i raz dwa zaczął stawiać ich wspólny domek. Ślub odbył się w maleńkim kościółku, do którego dziewczyna chodziła jako dziecko. Kasia miała modną sukienkę z salonu mody ślubnej i własnoręcznie się uczesała. Wesela nie robili, bo im było szkoda pieniędzy  - ona odkładała na salon, a on budował dom - ale w  kościele stawili się wszyscy mieszkańcy małej osady. Kasia nazbierała życzeń i kwiatów zebranych prosto z ogródka, była wzruszona  i dziękowała, zapraszając niedawne sąsiadki do odwiedzin w mieście i własnym salonie. 
     Po upływie dwóch lat i kilku miesięcy, właścicielka salonu przeszła na zasłużoną emeryturę, a Kasia spłaciła biznes i stała się jego właścicielką. Praca sprawiała jej wielką przyjemność. Codziennie jako pierwsza zjawiała się w salonie i przygotowywała się na nadejście klientek. Wiele pań lubiło się u niej czesać, więc nie narzekała na brak pracy. W salonie zjawiały się również sąsiadki ze wsi, ilekroć tylko zjawiały się w mieście. Kasia z rozczuleniem patrzyła na ich zgarbione sylwetki i zniszczone od ciężkiej pracy ręce. Myła i czesała ich włosy, wysłuchując wiejskich ploteczek. A kobiety ze wsi z dumą powtarzały: To nasza dziewczyna. Z naszej wsi. I tak jej się udało, własny salon fryzjerski ma!
       A Katarzynie rzeczywiście się powodziło. Razem z mężem wprowadziła się już do nowego domu. W kuchni powiesiła rolety, bo były modne i bardziej praktyczne. Poza tym firanki, o których kiedyś marzyła, były zbyt skromne  i nie pasowały do eleganckiego wystroju willi. Ale kawę piła z filiżanki, tak jak chciała. Prawdziwą kawę z  prawdziwego ekspresu. 
     Również salon przeżywał prawdziwe oblężenie i Katarzyna musiała zatrudnić dodatkowe fryzjerki. Sama czesała tylko wyjątkowe klientki, bo od kilku miesięcy spodziewała się dziecka  i nie mogła zbyt długo wystać przy fotelu. Codziennie wieczorem mąż przyjeżdżał pod salon i samochodem zawoził ją do domu. Pewnego wieczoru, kiedy Kasia wsiadała do samochodu, skinęła jej ręką jakaś kobiecina.
   - Kto to? -zapytał mąż
  - To pani Młynarczykowa z  naszej wsi. Pewnie przyszła się uczesać. Dziś musi się nią zająć ktoś inny. 
   - Stać ją na czesanie w naszym salonie? - zdziwił się mąż.
   Katarzyna nie odpowiedziała, ponieważ nie chciała przyznać się przed mężem, że od sąsiadek ze wsi bierze tylko symboliczne kwoty. Jednak na myśl, że zatrudniona fryzjerka zawoła od kobiety pełną kwotę poczuła ucisk w brzuchu. Czym prędzej zawróciła do salonu i szeptem wydała pracownicy odpowiednie dyspozycje. Kiedy wróciła do samochodu, mąż nie krył rozdrażnienia. 
   - A nie uważasz, że te kobieciny psują nam opinię? Co inne klientki powiedzą? No, popatrz na nią!

      I Katarzyna spojrzała na sąsiadkę oczyma męża. Zobaczyła przedwcześnie postarzałą kobietę, która nie ukończyła jeszcze 50 ale wyglądała na dziesięć lat więcej. Niedzielny płaszcz z grubej niebieskiej tkaniny smętnie zwisał z fotela. Stopy obute w zniszczone trzewiki pokryte błotem, bo do wsi prowadziła nieutwardzona droga. Nagle poczuła zawstydzenie, a równocześnie złość na męża, że jej to uświadomił. 
      Od tamtej chwili choć nie chciała tego sama przed sobą przyznać, odczuwała rozdrażnienie, kiedy w salonie zjawiały się klientki ze wsi. Starała się nie patrzeć na najlepsze ubrania, które przywdziewały, wybierając się do miasta, bo widziała, że są to stare szmaty, jakich sama by nie założyła. Pewnego dnia, kiedy czesała jedną z nich, napotkała w lustrze zgorszone spojrzenie klientki siedzącej w fotelu obok i zrozumiała, że mąż ma rację. Jeśli czegoś nie zrobi, stracą wszystko, na co tak długo pracowali. Od tamtej pory przebywanie w salonie już jej nie cieszyło. Zatrudniona recepcjonistka siedząca za lśniącym kontuarem umawiała wizyty, a Katarzyna spędzała czas w pokoiku na zapleczu, wertując strony internetowe i planując, jak urządzi dziecinny pokoik. 
   Któregoś dnia, kiedy siedziała na zapleczu, usłyszała znajomy głos Młynarczykowej. Recepcjonistka najwyraźniej była zdumiona, że kobiecina w lichym ubraniu pcha się do salonu pani Katarzyny, najlepszego w mieście. Podała klientce ulotkę z cennikiem i poleciła zastanowić się, jaka usługa ją interesuje. Katarzyna usłyszała zduszony głos sąsiadki.
   - Czesanie za 100 złotych? Tyle pieniędzy?
  - Tak, świadczymy usługi o najwyższym standardzie - odparła wyniośle recepcjonistka. - Zapisać panią?
    - A czy jest Kasia?
    - Pani Katarzyna przyjmuje tylko umówione wcześniej klientki.
    - Ale czy jest? - dopytywała Młynarczykowa. 
    - Zapisać panią? - powtórzyła recepcjonistka
    - Nie, na razie nie. Dziękuję. 
      Katarzyna przez maleńkie okienko obserwowała, jak sąsiadka wychodzi na ulicę i wiąże na głowie chusteczkę. Po chwili jej przygarbione plecy zostały połknięte przez tłum ludzi. 


      Od tamtej pory w salonie Katarzyny nie zjawiła się już żadna sąsiadka ze wsi. Kobieta rozluźniła się, praca znów zaczęła sprawiać jej przyjemność. Choć trzeba przyznać, że nie miała zbyt wielu okazji układania fryzur, bo w tym czasie urodziła dziecko i zajęła się jego wychowaniem. Niemniej miała świetne pracownice i salon kwitł, inwestowano w nowe wyposażenie, szkolenia i najlepsze kosmetyki do pielęgnacji włosów. Mówiono, że to najnowocześniejszy salon fryzjerski w promieniu stu kilometrów i wiele pań pokonywało szmat drogi, by czesać się właśnie tutaj. 
     I wtedy na Katarzynę spadł cios. 
    Zaczęły nadchodzić wezwania do uregulowania niezapłaconych rachunków, także znajomi zaczęli upominać się o spłatę zadłużenia. Jakiego zadłużenia? - dziwiła się kobieta - Przecież mieli dwie świetnie prosperujące firmy! Wtedy na jaw wyszło, że mąż Katarzyny od pewnego czasu jest uzależniony od hazardu i przegrał na automatach cały ich majątek! Zaciągnął pożyczki pod zastaw firmy, domu, a nawet salonu fryzjerskiego, na którego akcie własności figurował. Katarzyna znów nie miała nic. 
   Na domiar złego nierozsądny małżonek czmychnął za granicę, zasłaniając się potrzebą zarobku i zostawił ją z małym dzieckiem i wierzycielami pukającymi do drzwi. Kiedy pewnego dnia na ulicy zaczepił ją agresywny mężczyzna ze wschodnim akcentem, insynuując, że może odpracować zadłużenie męża, czym prędzej spakowała siebie i dziecko i postanowiła się wynieść. 
   Jedynym miejscem, w jakim kiedykolwiek czuła się bezpieczna, był dom matki, która zmarła przed paroma laty. Na myśl, że musi wrócić pomiędzy ludzi, którymi wzgardziła, Katarzyna poczuła wielką gulę w dole brzucha. Wstydziła się. Ale nie miała wyjścia, agresywni wierzyciele mogli zjawić się w każdej chwili. Wyjeżdżając zabrała jedną walizkę z rzeczami dla siebie i dziecka. Na samym wierzchu ubrań położyła cieniutką, porcelanową filiżankę. 
   Do wsi zajechała o zmroku i mimo, że nic nie widziała, czuła, że jest obserwowana. Tej nocy niewiele spała, miała wrażenie, że ktoś kręci się po obejściu, zatęchły zapach niewietrzonego domu szczypał ją w nos, ale bała się otworzyć okna. 
   Kiedy nad ranem wyszła z domu, przed drzwiami stał dzbanek świeżo wydojonego mleka. Płakała nad tym mlekiem, siedząc na progu i przypominając sobie szerokie koło, jakie zatoczyła, by znów znaleźć się w tym samym miejscu. Sąsiedzi przyjęli ją, jakby nigdy nie wyjeżdżała, jakby nie była właścicielką pięknego salonu i nie robiła cięć włosów za sto złotych. Patrzą, jak jej synek biega boso po ogrodzie, a w soboty przychodzą, by ułożyła im loczki nowoczesną lokówką. Nasza dziewczyna wróciła, mówią. 




czwartek, 26 lutego 2015

O metce... i książkach :)

Gdyby ktoś nie wiedział, to mamy w domu metkę boską. Nie wiem, skąd się wzięła, ale dziecko ją wyraźnie widzi i ciągle wzywa. Podejrzewam, że wyszła z książeczki z obrazkami, gdzie Jezusek leży w żłóbku, a nad nim stoją mamusia i tatuś. Dziecko uwielbia tę książeczkę i wciąż każe sobie opowiadać, co znajduje się na tym obrazku. A wieczorem opowiada po swojemu i modli się do metki boskiej. Różne metki mieliśmy już w domu, ale tak ważnej jeszcze nie :)


W ogóle dziecko zapałało ostatnią miłością do książek wprost nieziemską. Właściwie to przebywa w otoczeniu książek od pierwszych dni, wciąż pojawiają się nowe, grubsze i chudsze, nowe i używane, bo pewnie nietrudno się domyślić, ale bardzo zależy mi, by zaszczepić w niej tę miłość do książek. Ale do tej pory z czytaniem było różnie, nie za bardzo pozwalała sobie poczytać. Zdecydowanie woli oglądać obrazki, opowiadać je po swojemu, używać książek do zabaw, albo śpiewać ich bohaterom piosenki. Ostatnio zaczęło się to zmieniać i sama przynosi książeczki do czytania. Ulubioną bajkę z rymowankami o doktor Dośce nauczyła się już na pamięć i aż człowiek puchnie z dumy, gdy dziecko recytuje: 

"Łowa boli, gypa bieze, zalaz ci goronce zmieze
Kilka minut no i ceść, mas tsydzieści seść i seść "

Oczywiście czytanie z  dzieckiem przebiega w takim rytmie, jak dziecku to pasuje. Dlatego czasami bajki przedstawiane są w postaci skróconej. A po narodzinach Jezuska opowiadamy o potopie i arce. Bo tak się akurat otworzyło :)

środa, 25 lutego 2015

Kocurzaści gotują: Zupa meksykańska [znowu]

Zima powoli odchodzi, ale tak nie do końca. Mrozów co prawda nie ma i lepiej niech nie będzie, ale na to miejsce jest mokro i paskudnie, a to czasami tak bardzo przejmuje zimnem. Dlatego u nas nadal królują zupy rozgrzewające, a meksykańska jest chyba ulubiona. Będąc ostatnio w GK w Krakowie, wstąpiliśmy na stoisko z egzotycznymi przysmakami i kupiliśmy na przecenie takie ciekawe bułeczki [pity?], według ulotki pochodzące z kuchni indyjskiej. Stwierdziliśmy, że będą idealnie pasować do zupy meksykańskiej, stąd niedzielne ucztowanie. Bułeczki zostały zrobione na ciepło z piekarnika i rzeczywiści wspaniale się nam z zupą skomponowały :)

Jak widać każdy u nas ma swoją miskę. Dziecko na zupę również  się załapało, ale przed doprawianiem, bo by nie zjadła ;)



Zupa meksykańska 

Potrzebujemy: 

- duży podwójny filet z kurczaka 
- dużą cebulę 
- dużą czerwoną paprykę 
- puszkę pomidorów w zalewie
- puszkę czerwonej fasoli 
- puszkę kukurydzy 
- sól
- pieprz
- paprykę ostrą 
- olej
- kawałeczek pikantnej papryczki np. chili 

Kurczaka myjemy, kroimy w kosteczkę,solimy,pieprzymy i podsmażamy na oleju. Kiedy nieco się zrumieni, dodajemy cebulę i paprykę pokrojone w kosteczkę. Chwilkę przesmażamy. Podlewamy sporo wodą, chętni mogą dorzucić bulionetkę. Dusimy z 7-10 minut, dodajemy pomidory wraz z zalewą i dusimy dalej. Zupka powinna gotować się na bardzo wolnym ogniu. Kukurydzę i fasolę dodajemy pod sam koniec, na parę minut przed zdjęciem z ognia. Jeśli chcemy dorzucić ostrą papryczkę, to będzie również dobra chwila. Doprawiamy. Zjadamy :)

Ps. Muszę się Wam przyznać, że uwielbiam takie zupy, chili con carne też nam pyszne wychodzi. I marzymy o wizycie w prawdziwej restauracji meksykańskiej. Nie takiej, gdzie podają kurczaka z frytkami :))




wtorek, 24 lutego 2015

Wyczucie czasu

Czy dziecię moje musiało przyswoić zwrot "chebka ź masiełkiem" akurat w tym dniu, w którym matka zapomniała kupić? I teraz matczyna duma przepycha się u mnie z żalem, bo musiałam powiedzieć: nie ma. Zapomniałam kupić!

Na co dziecko wyłożyło mi ubiegłotygodniową listę zakupów, którą dyktowałam jej w drodze do sklepu. Chlebuś. Bułeczki. Pietruszka. Ciastko. Nutella. Pomidor. Ogórek. Kurczaczek. Masełka nie ma? Ano nie ma :)

Pamięć moja jest dziurawa jak ser żółty, który tak lubimy. Powinnam do sklepu pisać kartki. I piszę. A potem zostawiam je na stole...

Miłego dnia ;)

środa, 18 lutego 2015

Nauka nie poszła w las

Dziecię moje wzięło w dłonie pełną cukierniczkę, przechyliło i wysypało na podłogę. Najpierw spojrzałam oniemiała, a następnie przeszłam do tłumaczenia, dlaczego było to kiepskim pomysłem. 

- Tak się nie robi, lala! Cukier jest drogi i nie można go wyrzucać. Poza tym jest potrzebny do jedzonka. Do herbatki i kawy!

Patrzę na moje skruszone dziecko i tarmoszę po lokach. 

- I co zapamiętałaś z tego, co ci mama powiedziała? - pytam
- Lala! - odpowiada rozradowane dziecko. 

Tak... Dziękuję za uwagę. Poza tym cukier jest niezdrowy, no nie? Na kij nam cukier!


niedziela, 15 lutego 2015

Kinomani z od siedmiu boleści

Z okazji walentynek wybraliśmy się z Kocurzastym do kina. Choć w gruncie rzeczy trochę kłamię, bo nie wybraliśmy się wcale z okazji walentynek, ale walentynki przypadkowo zbiegły nam się z filmem. Ale to tak ładnie brzmi: wybraliśmy się z okazji Walentynek do kina. Na dodatek na film o miłości, choć bynajmniej nie na Greya, a przedstawiona miłość nie była słodka. Poszliśmy do kina tradycyjnego, żadnego multi pleksi i podobne, piękne stare kino, z aksamitnymi zasłonami, kameralne, ciche, z eleganckim żyrandolem zwieszającym się z korytarzowego sufitu. W kamienicy krakowskiej, ze schodami stromymi, aż głowa boli. Cichutko, żadnego chrupania popcornu, miło. Taka inna atmosfera, aż się człowiekowi od środka tak przyjemnie i kulturalnie zrobiło ;)

Przy okazji bytności w kinie obliczyliśmy, że to nasz trzeci wspólny seans. Czyli do kina chodzimy średnio co pięć lat. Tacy z nas kinomani od siedmiu boleści. Przez takich jak my kina się zamykają. Obiecaliśmy sobie solenną poprawę, ale jak to będzie, czas pokaże. 

Na to miejsce poszliśmy zobaczyć, kiedy można się wybrać do muzeum w Sukiennicach. I sympatyczny pan nam powiedział, że w niedziele jest wstęp gratis. Prawdopodobnie więc się w którąś niedzielę wybierzemy. Ja już byłam, choć blisko 15 lat temu, Kocurzastego muszę ukulturalnić. ;)

A Wy często chodzicie do kina?
Jakie filmy lubicie?
Co ostatnio widzieliście na dużym ekranie?

poniedziałek, 9 lutego 2015

Nietrafione prezenty :)

Podczas sobotniej wizyty teściowa niespodziewanie wydobyła z torby poszewki na "jaśki" i oddała mi je ze słowami: Może ci się przydadzą. Pewnie, że się przydadzą, szczególnie przy dziecku, które uważa, że każde miejsce na sen z "jaśkiem" pod głową jest dobre, a im bliżej pieca (tak, tego z sadzami i popiołem) tym lepiej. Mimo wszystko wpadłam w pewną konsternację i zamiast wrzucić poszewki do szafy i podziękować, a tym samym ugryźć się w język, stałam z nimi jakąś chwilę i wypaliłam rozżalonym tonem. 

- Ale przecież ja ci je dałam w zeszłym roku na imieniny! 

Możecie sobie wyobrazić minę teściowej (jakby żabę połknęła), moją (święte oburzenie) i śmiech pozostałych gości, którzy mało co się nie pokładali na podłodze. Oczywiście teściowa się obraziła. Ja się nie obraziłam, bo przecież wybierałam według swego gustu, więc co mi biedne poszewki winne. Na następne imieniny pójdą  rajtki, kawa i piwonia spod płota sąsiadki. Ale widzicie ile zamieszania z nietrafionymi prezentami? 

Też takie dostawałam, nie powiem. Ale ja mam takie podejście, że zawsze się przyda, a jak się nie przyda to trzeba temu znaleźć inne zastosowanie. (Teściowa pewnie ma podobne podejście, tylko osoby pomyliła). Generalnie ja niewiele prezentów dostaję. Kocur pyta, na co mam ochotę. Kiedyś mu powiedziałam, że bieliznę, pojechał do H&M i kupił gorset. Bielizna? Bielizna. No i super, raz czy dwa było gorąco, minie parę lat i znów się ubierze. Mamcia kupiła bluzkę XXL, zatem robi za koszulkę do spania. O depilatorze marzyłam, ale nie wiedziałam, że to tak boli. To leży i się kurzy, a ja podbieram Kocurowi maszynki. Denerwują mnie tylko prezenty dla dziecka, czasami. Jak na przykład dostaje takie o rok do tyłu, albo za małe ciuchy. Wtedy sprzedaję i kupuję jej na to miejsce coś innego. Przecież jak dostała, niech skorzysta. 

No a co Wy robicie z nietrafionymi prezentami? 
Macie takie?

niedziela, 8 lutego 2015

Ale po co?

Za oknem śnieg, od rana sypie i do tego dmie watr. Świata nie widać. Płatki wirują w powietrzu, jak w baśni o Królowej Śniegu Andersena. Pięknie jest, ale trochę groźnie... Stoję przy kuchennym oknie i piję kawę. Wpatruję się w biały, prawie niewidoczny świat. Przede mną lekkie wzgórze, później tory kolejowe i łąki. Z białej mgły wysuwają się nagle dwie czarne sylwetki, z trudem brną przez zaspy, poruszają się wolno i ospale. Kto i po co?

Po chwili pada strzał i już wszystko jasne. Ogarnia mnie złość, jak co roku. Myśliwi. Strzelają do ptaków i sarn. Tych sarn, które jeszcze kilka lat temu karmiliśmy obierkami jabłek. A może do ich dzieci, bo tamte już zostały odstrzelone? Nie wiem. Wiem, że co roku ogarnia mnie wściekłość, kiedy ich widzę. Wiem, że pies nie wyjdzie dziś sam do ogródka. I zastanawiam się, czy mają prawo wchodzić na naszą łąkę i mogę ich zwyzywać od panów na ch i morderców zwierząt? 

Mama opowiadała mi o pewnej niedzieli, kiedy byłam mała, a za torami odbywało się polowanie. W jakim mogłam być wieku? 6-7 lat? Nie pamiętam tego, gdyby nie mamcia, nigdy bym o tym nie wiedziała. Rozpłakałam się i płakałam tak długo aż wujek poszedł do nich i powiedział, że mają się zabierać. I zabrali się. 

Czy zwierzęta, natura, sarny - są naszą wspólną własnością?
Jakim prawem i po co zabijają moje sarny? Ja sobie tego nie życzę?
Czują się wielcy i męscy? 
Mam nadzieję, że jeden drugiego strzeli w siurka i dopiero poczują się jak prawdziwi mężczyźni. 


sobota, 7 lutego 2015

To mi mama dała

Mam taką jedną koszulkę do spania, którą bardzo lubię. Mamcia kupiła mi ja na któreś imieniny, babka na placu targowym powiedziała jej, że takie są modne. Koszulka sięga mi do kolan i jest w rozmiarze XXL. Kiedy po raz pierwszy ją zobaczyłam, parsknęłam śmiechem i powiedziałam ironicznie "dzięki". Że niby moja mama myślała, że ja noszę XXL? Magia reklamy można powiedzieć, bo pani na placu mamci powiedziała, że tak się teraz nosi :) Koszulka służy mi do spania i bardzo ją lubię. Jest wygodna i przewiewna, a przede wszystkim to mama mi dała. 

Mam też różaniec, który kupiła mi w Licheniu, gdy była na pielgrzymce. Bardzo się na nią cieszyła, bała się, że nie zgodzę się wydoić kozy i nie będzie mogła jechać. Pojechała, a my z Kocurem wspólnie doiliśmy tę kozę. Kocur trzymał, ja doiłam, ale i tak uparte zwierzę wszystko wylało. Z Lichenia pochodzi więc biały różaniec z perłowych serduszek. Śliczny. Rzadko go używam, to prawda, ale wiem, że jest i to bywa dla mnie wielką pociechą. Drugi kupiła dla siebie i zabrała go ze sobą w ostatnią drogę. 

Mam także duży pierścionek z rubinem. Lubiłam go przymierzać jako dziecko i wyobrażać sobie, że to czarodziejski pierścień z serialu Janka. Teraz takich pierścionków się nie nosi. Niemodne, ale to nie jest najważniejsze, bo moda wraca, zmienia się, ale przede wszystkim niewygodny, wielki. Ale jest i wiem, że kiedyś to Ona nosiła go na ręce. 

W domu są ręczniki, które kupiła, zasłony, pościel. Czasem gdzieś na strychu mignie jakaś stara bluzka. Ale najważniejsze są te przedmioty, które Ona mi dała. Mają dla mnie szczególne znaczenie. Myślę, że nauczyłam się je doceniać i bardzo kochać dopiero, kiedy odeszła. 

Takie pamiątki są ważne, niemal tak ważne, co matki dają nam, wychowując nas. Doświadczenie, własną wiedzę, próby i błędy. Czy macie coś ważnego, co dała Wam mama lub inna bliska osoba? Jakiś bardzo ważny choć niekoniecznie cenny przedmiot?