piątek, 29 maja 2015

Kwiatowe love :)

Przez parę dni nurtowało mnie, co to takiego niebieskiego mieni się w oddali, w końcu przedarłam się przez wysokie trawsko i moim oczom ukazał się poniższy widok. Aż zaparło mi dech, bo to taka miła niespodzianka i zupełnie nieoczekiwana! 

W tym roku jakoś bardziej cieszą mnie kwiatki, posadziłam sobie trochę w doniczkach na parapetach zewnętrznych i podziwiam ich kolory. W ogródku niewiele się uchowało, bo mnie ogrodnictwo nigdy nie cieszyło i co tu dużo mówić: zaniedbało się. Przed domem mamy wierzbę z tych takich egzotycznych (kiedyś mówiłam na nią popieprzona wierzba, bo do wierzby za cholerę nie podobna), niekwitnące hortensje, wpół dzikiego migdałka i zarośnięte konwalie. Tak zarośnięte że ich nie widać. Chciałabym mieć piękny ogródek, z zadbanym trawnikiem, huśtawką i wygodnym stolikiem do kawy. Ale do tego droga daleka i drogie pieniądze. Bo trzeba kupić kosiarkę po(d)ręczną i któregoś roku puścić w ziemi rurki, które odprowadzałyby deszczówkę zbierającą się w wielkie kałuże na jedynym płaskim miejscu przed domem. 

Pod jabłonią zrobiłam sobie mini skalniak, czy raczej rabatę obłożoną kamieniami. I na tej rabacie to mamy wszystko. Irysa, takie coś pełzające z zielonymi listkami, narcyza, trzydziestoletniego tulipana, którego przesadziłam ze starego ogrodu babci, białego fiołka, a nawet truskawki. Truskawek chyba w tym roku nie będzie, bo jak kwitły to zaczęło padać i było zimno... Posadziłam tam też tajemnicze cebulki, które przyniosła mi teściowa, ale wykiełkowało tylko jedno. O ile to to :P
Ta rabata w sumie jest jedynym miejscem, które plewię, o ile mam czas, a czas mam rzadko. Jak jest ładna pogoda to skubię trawę z nudów, kiedy wychodzę z dzieckiem do ogródka. Staram się utrzymać przy życiu pozostałości po mamcinym ogródku. Ona to kochała i miała rękę do kwiatów. W jednym zakątku ogrodu miała długi pasek z żółtych irysów. Po czasie przestały kwitnąć, w tym roku oplewiłam je troszkę i przedwczoraj zauważyłam, że mają pąki. To dziwne, ale takie na wpół dzikie cieszą moje oko bardziej niż na rabacie!

W zeszłym roku posadziliśmy borówkę amerykańską. Ona  również w tym roku zakwitła i jeśli się poszczęści Mila zje pierwsze nasze boróweczki w tym roku. Kocurzasty namierzył też leszczynę, która sama posiała się przed domem i posadził ją w bardziej ogródkowym miejscu. Po czasie okazało się, że tych leszczyn naokoło domu jest mnóstwo. Ciekawe, czy kiedyś będą mieć orzechy? 
Cieszy mnie każde drzewko, które wyrasta wokół domu. Mamy już dwa dęby i jedną lipę, posiała się też brzoza. Podobają mi się domy otoczone drzewami, najlepiej wysokimi i starymi,  choć wiem, że to zupełnie niepraktyczne. Taka ze mnie romantyczna dusza... Pewnie kiedyś trzeba będzie je wyciąć, ale na razie mnie cieszą... Swoją drogą, teraz ludzie wycinają drzewa, a kiedyś budowano domy właśnie obok dużych drzew, wierząc że skoro drzewo czerpie siły do wzrostu z tego miejsca, jest ono dobre na dom. Szczególnie ceniono lipy właśnie :)

Będąc w pizzerii w mieście ujrzałam taki kwietnik z bratkami i zakochałam się. Tyle lat były dla mnie kwiatami cmentarnymi, teraz marzę o nich w ogrodzie :)

zielonyogrodek.pl




czwartek, 28 maja 2015

Kochany pamiętniczku...

"Kochany pamiętniczku, właściwie to nic ciekawego się dzisiaj nie wydarzyło, ale czasami mam taki dzień, kiedy po prostu potrzebuję ciebie wyciągnąć i coś napisać..."

Nie pamiętam, kiedy zaczęłam pisać pierwszy pamiętnik. Nie za bardzo pamiętam też, co w nim opisywałam. Z pewnością było to jeszcze w podstawówce i pełno w nim było mniejszych i większych bzdur tak ważnych dla młodych dziewczyn. Ten się podoba, tamten się uśmiechnął, a jeszcze ktoś inny poprosił do tańca na szkolnej dyskotece...

Kolejne lata przyniosły kolejne pamiętniki. Tak bardzo lubiłam pisać, że pisać musiałam. Pisałam zresztą nie tylko pamiętniki, ale również opowiadania. Tych drugich nigdy nie ukrywałam i pewnego dnia jedno z nich wpadło w ręce mamci. Biedna staruszka była przekonana, że to moje własne przeżycia, w jednej chwili straciła złudzenia, że  jestem dziewicą, a  przy tym poczuła się zobowiązana do sprawdzenia moich żył, którym miejscem przyjmuję narkotyki. Od tamtej pory wybieram grzeczniejsze bohaterki i wiem, że matki są z natury ciekawskie. 

Doskonale pamiętam pamiętnik, który pisałam w chwili rozpoczęcia związku z Kocurzastym. O Kocurzastym też tam było, ale najlepiej pamiętam wpis, w którym wspominam dzień, kiedy w naszym domu pojawił się Maks. "Mała czarna kuleczka, która gryzie jak skurczysyn i szczypie mnie w tyłek". Pewnego dnia rozpaliłam w ogródku ognisko i spaliłam wszystkie zgromadzone do tej pory pamiętniki. Nie żałuję. One nie były do końca prawdziwe. 

Nigdy na przykład nie wspomniałam słówkiem, jak bardzo boli mnie to że mama pije. A przecież pamiętnik powinien zawierać takie ważne rzeczy, przemyślenia i refleksje. U mnie nie. Ja mam wybitny talent do nadrabiania miną i szukania optymistycznej strony życia. Moje pamiętniki skupiały się na radosnych wydarzeniach, ponieważ takie chciałam pamiętać. Po latach pamiętnik został zastąpiony przez blog, ale nawet tam rzadko wspominałam o alkoholizmie mojej rodzicielki. Myślę, że w dużej mierze było to podyktowane lojalnością, ponieważ choroba ta jest przeze mnie utożsamiana z czymś złym, a jak to tak pisać źle o swojej mamci? 

Dziś chyba nie umiałabym pisać pamiętnika w zeszycie. 
Dziś piszę nie pamiętnik, ale dziennik i wcale nie dla siebie, ale dla Mili. 
Dziennik codziennik, który ma jej pomóc w terapii logopedycznej. 
Jeśli uda mi się zrobić zdjęcia pokażę Wam na Misce. 

ps. Nowe KOMENTUJĄCE twarze proszone o zostawienie adresu mail w celu wysłania zaproszenia. 

wtorek, 26 maja 2015

Kto zabił Laurę P.?

Bez większego sprzeciwu i absolutnie bez bicia przyznaję, że lubię oglądać seriale. Znam takich, co uważają je za intelektualną papkę, ale zupełnie się tym nie przejmuję i oglądam z przyjemnością. Bo w życiu czasami chodzi o przyjemności, niektórzy lubią książki (ja tez), inni czekoladę (ja też), jeszcze inni piwo, seks i narkotyki (ja częściowo też, ale nie powiem, co :P), a jeszcze kolejni fizykę kwantową (ja nie). I seriale też czasami są dla mnie taką przyjemnością, uzupełniającą piwo, seks i narkotyki, książki, filmy, lody bakaliowe i mecze piłki nożnej. 

Jakie seriale oglądam? A różne. Jakoś na wiosnę zainteresowałam się hiszpańskim serialem Cienie Calendy i oglądałam z takimi wypiekami na twarzy, że  nie musiałam rano w piecu palić, tak mi było ciepło. Rzecz o morderstwach i wilkołakach, z tym że wilkołaki interesowały mnie średnio. Potem chciałam obejrzeć do końca sezony Gotowych na wszystko (uwielbiam takie życiowe, rodzinne, mocno pokręcone seriale), ale  nie mogłam znaleźć online, więc ostatecznie stwierdziłam, że chyba obejrzę jakąś telenowele. Telenowel nie oglądam dla miłości tylko dla języka hiszpańskiego i tej obyczajowości południowoamerykańskiej, żeby nie było. Miłość jest nudna i przereklamowana, ale język hiszpański jest piękny, a ludzie tam bardzo ciekawi i głośni :) Niestety telenoweli też nie znalazłam, więc obejrzałam na Youtube Zbuntowanych, taki serial młodzieżowy (niby-telenowela), Kocur mówi, że jeszcze nikt nie obejrzał 220 odcinków w dwa tygodnie, ale nic dziwnego, jak przesuwałam co kawałek, jak mi się nudziło :P 

Potem w planach był Ojciec Mateusz (kiedyś zatrzymałam się na trzecim sezonie i brakło czasu) ale na pewno nadrobię. Prawie zawsze udaje mi się zgadnąć kto zabił :P Ale w ostateczności porzuciłam Ojca Mateusza na rzecz agenta Coopera z FBI i już od tygodnia oglądam Miasteczko Twin Peaks. No, i co? Wiecie, kto zamordował Laurę Palmer? 

Ręka w górę: kto pamięta ten serial z lat 90- tych? Dwie ręce w górę, kto nie tylko pamięta, ale również bał się iść wysikać z obawy, że zza rogu wyskoczy BOB?

Powrót do tego serialu po latach był bardzo dobrą decyzją. Za pierwszym podejściem wiele szczegółów mi umknęło, jeszcze innych w ogóle nie zrozumiałam i teraz to nadrabiam. Momentami czuję, jak włoski na moim ramieniu same się unoszą. Oglądam w południe, kiedy dziecko drzemie, więc wieczorami już nie boję się chodzić do łazienki. Powoli zbliżam się do końca drugiej serii i tu pojawiło się troszkę rozczarowania, w pewnym momencie Lynch przesadził z niewyjaśnionymi zjawiskami i Twin Peaks stało się niczym Z archiwum X :) Niemniej i tak oglądam z  wypiekami na twarzy (w sam raz przy takim maju, bo wciąż mi zimno) Niedługo reżyser nakręci nową odsłonę, jestem ciekawa i trzymam kciuki, ale chyba nie uda  mu się odtworzyć tej atmosfery. Chyba, że da tę samą muzykę...


A Wy lubicie seriale? Oglądacie? Jakie są Wasze ulubione?



sobota, 16 maja 2015

Jadą, jadą busy

Niewielkie busy na stałe wpisały się w polski krajobraz. Jedni je kochają, bo podjeżdżają na przystanek co godzina, inni nienawidzą, bo wykończyły PKS i "teraz to już nie wiadomo, kiedy co przyjedzie, bo busiarze to jeżdżą jak chcą...". Ja się cieszę, że jeżdżą i mogę dostać się do centrum miasteczka w kilkanaście minut. Dworzec PKP jest kawałek od centrum i choć wolę jeździć pociągami, to nie zawsze mam czas i ochotę podejść..

Ale busy jakie są każdy widzi. Jedne czyściutkie i pachnące, z tapicerowanymi świeżo siedzeniami i jadące "miękko", inne śmierdzą brudem i niemytym człowiekiem, są zakurzone i niemiłosiernie się tłuką i buczą. Przy takich busach można dostać bólu głowy i mdłości przy okazji  - i nie, to nie ja jestem "pańcią" tylko mój organizm :P

Na  to miejsce ciekawych rzeczy się można w busie dowiedzieć, przydatne interesy załatwić i z ludźmi się spotkać. 

Nad pierwszym siedzeniem wisi kartka "Jaja wiejskie sprzedam 80 gr sztuka". Doskonałe miejsce do reklamowania kurzych wyrobów, bo na pierwszych siedzeniach niemal zawsze siedzą starsze panie, a starsze panie potrafią docenić potencjał wiejskich jaj. Młodsze też potrafią, ale mają lepszy wzrok, więc mogą czytać z trzeciego siedzenia :) Tak czy siak, jak kto wraca z "jarmarku" i zapomniał jaj kupić, to bus jest doskonałą okazją, żeby to sobie uświadomić. Podejrzewam, że pan busiarz nie ma jaj przy sobie (tzn, nie ma jaj wiejskich po 80 gr), bo gdzie by je trzymał? Ma za to kontakt do osoby od jaj :)

Jedziemy dalej i mimo woli przysłuchujemy się rozmowie dwóch starszych pań. Mimo woli dowiadujemy się, że doktor Kowalski jest dermatologiem od skóry i przyjmuje tu i tu w godzinach tych i tych. Jeśli ktoś akurat potrzebuje namiarów na dermatologa w miasteczku i to koniecznie od skóry (nie od skóry głowy, bo to co innego) to może teraz szukać pana Kowalskiego w określonych godzinach. 

Jeszcze parę kilometrów i możemy dowiedzieć się, jakie dekoracje komunijne są preferowane w mijanej parafii. I że ksiądz znów wydziwia, bo nie pozwala wbijać takich małych gwoździków w ławki, że niby zabytkowe! A co to księdza ławki są czy parafialne? No, w du... się przewraca, da pani wiarę? Takie małe gwoździki, nawet pięć centymetrów nie miały! Ale kwiaty na ołtarz to wziął! I wie pani, takie ładne wiązanki robią w tej kwiaciarni pod mostkiem... Więc jeśli komuś wiązanka i to koniecznie ładna, to pod mostek, pod mostek :)

"A pani taka fajna jest! - wyrywa mnie z drzemki głos krzepkiej staruszki. - Z pani mamą to nie za bardzo się lubiłam, ale pani jest bardzo miła!" No, grunt to szczerość. Parsknęłam śmiechem i dobrze że już wysiadłam :))

Miłego weekendu ;)

sobota, 9 maja 2015

A wtedy kwitły jaśminy...

Kiedy było już po wszystkim, Karolina każdej nocy zadawała sobie pytanie, czy doszłoby do tego, gdyby nie upierała się, by zamieszkać we własnym domu. W bezsenne długie noce leżała zwinięta w kłębek na brzegu skotłowanego posłania i cicho łkała lub wpatrywała się tępo w szarzejący prostokąt okna. Przez uchyloną kwaterę do pokoju wpadał rześki wiaterek, poruszając delikatnie firanką i wnosząc do pokoju zapach mokrej trawy i pączkujących kwiatów lipy. W tym wszystkim brakowało jednego zapachu, który o tej porze roku towarzyszył jej o każdym poranku i zmierzchu. Ale jaśminy już nie kwitły...

W małym domku pod lasem rodzina Karoliny zamieszkała wczesnym latem. Wcześniej wszyscy gnieździli się w domu jej rodziców, razem z dwiema młodszymi siostrami kobiety i gromadką ich dzieci. Karolina lubiła spokój i ciszę, bardzo męczyła się w tak tłumnym towarzystwie. Marzyła, by wychowywać swoich dwóch synków w małym i cichym domku, najlepiej gdzieś na skraju wsi lub pod lasem. Mąż doskonale zdawał sobie sprawę z jej pragnień i pewnego dnia wrócił do domu z zagadkowym uśmiechem na twarzy i filuternym błyskiem w oku. 

 - Chcę ci coś pokazać - chwycił ją za rękę i poprowadził do sfatygowanego "malucha", którym na co dzień dojeżdżał do pracy. 
- Ale co? -dopytywała zaintrygowana. 
- To niespodzianka!
- Lepiej, żeby była tego warta  - pogroziła mu palcem - bo zostawiłam w zlewie nieumyte naczynia, a jak wrócimy woda będzie zimna!

W odpowiedzi mąż jedynie się uśmiechnął. Po chwili Karolina zrozumiała, o jaką niespodziankę chodzi. Wjechali na zarośnięte, opuszczone podwórko starej leśniczówki. Nieduży domek stał zwrócony do nich frontem, zachodzące słońce zabarwiło zakurzone szyby na pomarańczowo i wydawało się, jakby ktoś włączył światło elektryczne we wszystkich pokojach. Pośrodku podwórka stała stara studnia z kamienną cembrowiną, na lewo pysznił się na wpół dziki sad jabłoni, na prawo kręta ścieżynka prowadziła w łąki i lasy. Karolina stała jak urzeczona. 

- No i jak? Podoba ci się? 
- Nie... wiem. 
- No, to chodź, zobaczymy dom. 

Z kieszeni spodni wydobył stary klucz i z trudem obrócił go w zamku. Bez słowa przemierzyli niewielki domek, trzy kwadratowe pokoiki i niewielką prostokątną kuchnię. Wąski korytarz dzielił dom na dwie części i prowadził na tylny ganek, ukryty w zieleni ogrodu. Wyszli na ganek i po raz kolejny użyli klucza, by wyjść prosto w ramiona obsypanych kwieciem krzaków jaśminu. 

- Podoba mi się! - zawołała Karolina, wodząc zachwyconym spojrzeniem po wydzielonym przed oknami ogrodzie, o tej porze ukrytym w cieniu. 
- Nie ma łazienki. 
- To nic. 
- Nie ma wody. Trzeba nosić ze studni. - wyliczał mąż. 
- Mam dwie zdrowe ręce. Proszę, zamieszkajmy tutaj...
- Cieszę się, że ci się podoba - powiedział po chwili milczenia mąż - Bo już go kupiłem...

I tym sposobem zamieszkali w domu pod lasem, choć wszyscy znajomi pukali się znacząco w głowę. Karolina musiała przyznać, że życie w takim domu nie jest łatwe. Codziennie pompowali wodę ze studni, kąpali się w wielkiej balii ustawionej w zaimprowizowanej naprędce łazience, każdego dnia wymiatała z kątów nowe pajęczyny i sterty pająków. Ale chłopcy beztrosko ganiali po łąkach i zagajnikach, a popołudniami wszyscy chodzili na długie spacery po lesie. Lato minęło beztrosko i przyjemnie, przyszła jesień i domek skąpał się w żółci i czerwieni lasów, przyszła zima i pokrył się białą pierzynką. Okna były nieszczelne, trzeba było palić w kaflowych piecach, wynosić popiół i rąbać drwa, ale Karolina nadal była szczęśliwa i wszystkie prace wykonywała z uśmiechem. Mąż dzielnie jej pomagał, choć rzadko bywał w domu, bo pracował w mieście kilkadziesiąt kilometrów od domu. 

Przyszła wiosna i znów wszystko pięknie się zazieleniło, a Karolina z radością wyszła do ogrodu. Chłopcy również czerpali radość z wiosennej swobody, eksplorując coraz dalsze zakątki. Tylko jedna rzecz mąciła kobiecie spokój. Młodszy synek, Kajtek, nad wyraz upodobał sobie studnię. Kiedy tylko nikt go nie widział, podchodził do niej i usiłował zajrzeć pod wieko, którym była przykryta. Na szczęście nie był w stanie jej unieść, ale i tak wzbudzało to w Karolinie dreszcz niepokoju i gdy tylko widziała synka kręcącego się w pobliżu cembrowiny, groźnie poruszała palcem i goniła do ogrodu. 

Ona sama spędzała w swoim zielonym zakątku mnóstwo czasu. Posadziła nowe kwiaty, posiała warzywa i owoce. Z utęsknieniem czekała na późniejszą wiosnę i czas, gdy zakwitną jaśminy. Chciała znów je poczuć. 

Tamtego dnia cieszyła się nimi po raz pierwszy. Usiadła na stopniach ganku i schowała twarz w zielonym listowiu, wdychając słodki zapach... Tak bardzo lubiła wiosnę i zapach jaśminu, który kojarzył jej się z gospodarstwem własnej babci. Tak bardzo kochała swój nowy dom, spokojne i ciche miejsce do życia, w którym czuła się jak w raju. Nie mogła wiedzieć, że wszystko to zostanie jej odebrane lada chwila, jeszcze siedziała na kamiennych schodkach i czuła szczęście przepełniające serce. 

I właśnie wtedy usłyszała głośny krzyk  syna. Spłoszona zerwała się na równe nogi i boso pognała na frontowe podwórko. Naprzeciw niej biegł starszy syn, Piotrek. Płakał, nie był w stanie wymówić słowa i tylko wskazywał palcem cembrowinę studni. Przez chwilę nie potrafiła pojąć, co chce jej przekazać, ale ledwie jej oczy spoczęły na odsuniętym wieku, zrozumiała. Z dzikim wrzaskiem rzuciła się w kierunku studni i z pewnością wskoczyła by w jej czeluści, gdyby w tym momencie nie nadjechał mąż... Ostatnim obrazem, jaki zapamiętała, był widok falującej ciemnej wody, a potem wszystko pokrył cień. 

Kiedy się ocknęła, leżała  na łóżku, a u jej boku siedziała matka. Miała mokrą od łez twarz i w tej twarzy Karolina wyczytała więcej, niż mogłyby powiedzieć usta. Zaniosła się suchym szlochem, który przeszedł w potworne wycie. Łzy miały nadejść o wiele później, kiedy przyszedł do niej mąż i czule wziął ją w ramiona. Płakali oboje wtuleni w siebie, a za ścianą spało niespokojnie jedyne dziecko, jakie im zostało. W pewnej chwili Karolina wyszeptała mężowi do ucha: 

- Chcę, żebyś zasypał tę cholerną studnię...
- Zrobię to, ale może lepiej będzie jeśli stąd wyjedziemy? - zapytał
- Nie. Chcę pamiętać, co się stało. Ale jest jeszcze coś..
- Co?
- Wytnij wszystkie jaśminy - i odwróciła się twarzą do ściany. 

Leżała w ciemności i płakała. Poduszka była wilgotna, pachniała kwiatami i świeżym powietrzem. A z ogrodu dobiegał odgłos siekiery, która powalała na ziemię kolejne rozkwitłe jaśminy. Karolina obiecała sobie, że już nigdy nie podda się ich zniewalającej woni, miała być to swego rodzaju pokuta, kara za to, że upajała się nimi, kiedy jej syn podnosił wieko studni.


(Klarko, przepraszam, ta historia nie miała happy endu )


czwartek, 7 maja 2015

Maryla ratuje sytuację

Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, jak poważnym zobowiązaniem jest zwierzę. Przykładem niech będą wakacje: chcemy gdzieś wyjechać i nagle pojawia się dylemat, co zrobić z czworonogiem. Nie wszędzie przyjmują urlopowiczów z czworonożnym gratisem, poza tym jeśli człowiek jedzie na wakacje, to chce coś zwiedzić i niepotrzebne mu komplikacje w postaci psa czy kota. Doskonałą alternatywą są hoteliki dla zwierząt, za opłatą można zostawić tam swojego przyjaciela pod dobrą opieką. Niestety, wielu ludzi nie zdaje sobie z tego sprawy, albo żal im pieniędzy, co roku statystyki wakacyjne i przedświąteczne są po prostu przerażające, przy poboczach koczują porzucone psy, a schroniska zaczynają pękać w szwach. 

Uszatego pierwszy raz zostawiliśmy w hoteliku, kiedy jechaliśmy na wesele. Zaopiekowali się nim bardzo sympatyczni ludzie, którzy zrobili wszystko, by czuł się jak w domu. Bardzo się denerwowałam, zostawiając go w tym hotelu, bo Uszaty to podrzutek z ulicy, który już raz został porzucony i bardzo źle znosi rozłąkę. Na szczęście po chwilowym piszczeniu, przyjął sytuację i zadomowił się u tymczasowych opiekunów. Kiedy zaczęliśmy planować tegoroczne wakacje, od razu wiedziałam, że chcę go tam zawieść, choć cena jest dużo wyższa niż normalnie w hotelu dla psów. Wszystko było już ugrane, termin zaklepany, przyjaciółka z którą jedziemy na wakacje wpłaciła zaliczkę i wtedy okazało się, że opiekunka dostała pracę na etacie i nie może się nim zająć. Była opcja, że zaopiekuje się Uszatym jej mąż, jednak pies go nie polubił i pan prosił, żeby to przemyśleć. Zwróćcie uwagę, że mogli zamknąć go w kojcu i mieć w tyłku, inkasując pieniądze, ale to są ludzie, którzy naprawdę kochają zwierzęta. Zrezygnowaliśmy dla dobra psa, ale zostaliśmy w czarnej dupci...

No i tym sposobem rodzinny wypad stanął pod znakiem zapytania. Kocurzasty chciał, żebyśmy jechały z Misią same, ale widziałam, że minę ma nietęgą. Dla mnie nie było o czym mówić, albo razem, albo w ogóle. Prosiliśmy znajomych i rodzinę, oferując kasę, którą mieliśmy zostawić w hotelu, ale nikt się nie zgodził. Było naprawdę mało kolorowo i momentami chciało mi się ryczeć. Muszę wspomnieć, że bardzo fajnie zachowała się teściowa, która chciała dla nas wziąć L4, ale przecież nie mogliśmy na to pozwolić! Ostatecznie ustaliłyśmy, że jakoś zorganizuje się, żeby pies zostawał w domu, a teściowa do niego jechała po pracy, ale nie przemawiało to do mnie. Ostatnią deską ratunku okazał się hotelik w trochę dalszej miejscowości. Dzwoniłam tam już z duszą na ramieniu, ale pani nie miała przy sobie terminarza i kazała mi dzwonić wieczorem. 

I tu właśnie na scenę wkracza (pani) Maryla, w której się dosłownie zakochałam. Przegadałyśmy przez telefon chyba z dwadzieścia minut, w czasie których wysłuchałam jej powitania z psem (akurat wróciła do domu), dowiedziałam się, jakie pies ma zwyczaje, jak pies wygląda, ile waży i takie tam sprawy. Potem zeszłyśmy na temat Uszatego, wakacji i tak dalej. Kocurzasty myślał, że do jakiejś koleżanki dzwonię, tak chichrałam się do tego telefonu. Efekt? Uszaty dostał miejscówkę na sześć dób hotelowych, a przy tym odwiozą go potem do domu. Trochę to kosztuje, bo ponad 200 zł, ale jestem spokojna, że będzie mu tam dobrze, że będą się tam o niego naprawdę troszczyć a nawet rozpieszczać. Jak sama  właścicielka mówi, hotel prowadzi hobbystycznie, bo ma tylko trzy miejsca dla czworonogów. A powiem Wam, że zapotrzebowanie na takie usługi jest bardzo duże. Macie ogrodzoną działkę i (obowiązkowo) lubicie psy? Macie gotowy plan na biznes. Ja mam, tylko Kocur o tym jeszcze nie wie :P

środa, 6 maja 2015

Nigdy nie wytnę jabłoni...

Wiosna, Boże, jaka ona jest piękna... momentami tak, że aż dech zapiera. Wczoraj wracając z kapliczki, przystanęłam na chwilę na wzniesieniu, u którego podnóża stoi nasz dom i upajałam się zapachem wiosny. Kwitną korczyny, jabłonie, kwiaty w ogrodzie u sąsiadki, świeżo skoszona trawa i wilgotna ziemia. Piękny aromat i piękny widok, kiedy tak o zmierzchu patrzy się na stare drzewa skąpane w białych płatkach. Mam wrażenie, że nowe drzewka nie kwitną tak pięknie, jak te stare, z poskręcanymi i omszałymi konarami. Na szczęście to dla mnie żaden problem, bo wszystkie drzewa na naszym podwórku są stare, mają po kilkadziesiąt lat...

Przed kilkoma laty obserwowałam zmagania moich sąsiadów z zagospodarowaniem ogrodów. Dawniej niemal każdy miał przy domu grządki, a na nich podstawowe jarzyny, truskawki, gdzieś w kącie krzaki porzeczek i agrestu. I oczywiście drzewka owocowe, jabłonie, śliwy, grusze i wiśnie. Z biegiem czasu sadzenie warzyw przestało być opłacalne, czy może konieczne, bo przecież zawsze można skoczyć do sklepu po pietruszkę czy marchewkę. Grządki zostały więc wyrównane i obsiane zieloną trawą, na której dzielnie pracują kosiarki. Wiele osób wycięło także owocowe drzewa, bo były stare i zmurszałe, pewnie nie dawały owoców, a może nie musiały, bo jabłka też są w sklepie? Zastąpiły je zielone iglaki, wierzby mandżurskie i inne ozdobne drzewka. A mnie jest szkoda kwitnących jabłoni i nigdy ich nie wytnę. Pewnie kiedyś dokończą żywota, ale może nie tak szybko. Póki sąsiadka przychodzi na jesień po renety, póki wiosną siedzimy w cieniu ukwieconego drzewa, niech będą i niosą radość... piękno dla oczu, zapach dla nosa, uśmiech dla twarzy. Jest coś w kwitnących drzewach, co mnie zachwyca. Nieprzerwanie :)

Zdjęcie nie jest moje, ponieważ nasz aparat znów odmówił posłuszeństwa, ale jest właśnie tak pięknie!

https://angelika27z.wordpress.com/

wtorek, 5 maja 2015

Zapada zmrok...

Zapada zmrok, już świat ukołysany, 
Znów jeden dzień odfrunął nam jak ptak. 
Panience swej piosenkę na dobranoc 
Zaśpiewać chcę w ostatnią chwilę dnia. 

I chociaż wnet ostatnie światła zgasną,
Opieka Twa rozproszy nocy mrok.
Uśpionym wsiom, ukołysanym miastom,
Panienko, daj szczęśliwą, dobrą noc.

I ludzkim snom błogosław dłonią jasną,
I oddal od nich cień codziennych trosk.
I tym, co znów nie będą mogli zasnąć,
Panienko, daj szczęśliwą, dobrą noc.

A komu noc czuwaniem jest niełatwym
Na czas bezsenny siłę daj i moc.
I tym, co dzisiaj zasną raz ostatni,
Panienko, daj szczęśliwą, dobrą noc.

Zasypia świat piosenką kołysany, 
odpłynął dzień, by jutro wrócić znów.
Uśmiecham się do Ciebie na dobranoc,
Piastunko moich najpiękniejszych snów. 


Wczoraj wieczorem zabrałam Misię na majówkę do pobliskiej kaplicy. Chciałam jej pokazać miejsce, które sama odwiedzałam z babcią, będąc dzieckiem. Dawno mnie tam nie było, na majówki przestałam chodzić kilkanaście lat temu. Nigdy nie było po drodze, choć wcale nie jest daleko i nie raz wpadam tam zupełnie bez powodu. Jeśli się uda, będziemy teraz chodzić razem z córką, trochę późno te nasze majówki, bo prawie o 20,00, więc pewnie nie zawsze się uda. 

Dziecko jak zaczarowane, z szeroko otwartą buzią oglądało śpiewających ludzi, kwiaty przed ołtarzykiem i płonące świece. Trochę czasu i opanuje pieśni i litanię, jak ją znam. Chociaż nie da się ukryć, że najbardziej zainteresowały ją stojące w środku dzieci :)

A ja wzruszyłam  się przy pieśni, którą Wam zacytowałam na początku. W oczach pojawiły się łzy, zadławiło w gardle. Przypomniałam sobie, jak będąc niewiele większą dziewczynką od Misi, przychodziłam do tej samej kaplicy z babcią. Przypomniałam sobie sfatygowaną książeczkę, z której babcia się modliła, zapach bzu i to, że zastanawiałam się, czy stojąca na ołtarzu figurka Maryi z Jezuskiem ma tam gdzieś w środku mieszkanie, do którego chowa się na noc. Rany, ile to lat minęło... Trzydzieści? Nie da się zaprzeczyć :)



sobota, 2 maja 2015

Majówkowe klimaty i te (seksualne) sprawy...

Przyszedł długo wyczekiwany majowy weekend - długi tak zwany. Tak jak zapowiadałam, od rana jesteśmy dziś z dzieckiem same, tata bezpiecznie dojechał tam, gdzie miał dojechać i zapewnia, że tęskni... taaa. Pewnie tak, jak i my :P Zastanawiam się, czy już teraz pić trzecią kawę, czy gdzieś za godzinę. Jak za wcześnie wypiję, to zachodzi obawa, że koło piątej najdzie mnie na kolejną, a przecież nie można pić tylu kaw. A może w wolny dzień jednak można? :) 

Jak spędzacie długi weekend? 
My czytamy (obie), malujemy obrazki w malowankach (ja), oglądamy seriale kiedy dziecko śpi (ja), sylabizujemy (dziecko), denerwujemy ludzi (pies), gramy w różne gry z wymyślonymi zasadami, bo te ustalone przez producenta się nie sprawdziły :)

Klimat majowego weekendu bynajmniej nie nastraja optymizmem. Od kilku dni po facebooku krążył tragikomiczny obrazek zapowiadający na długi weekend 30 stopni Celsjusza - 10 w piątek, 10 w sobotę i 10 w niedzielę... U nas całe 12 więc i tak jesteśmy do przodu. Niemniej majówka  spędzona całkowicie w domu i to jeszcze zachodzi potrzeba palenia w piecu! Tak się porobiło! Może to i dobrze, że Kocurzasty nie pomyślał o wspólnym długim weekendzie, bo przy takiej pogodzie szkoda pieniędzy i zachodu. Wolę poczytać. No chyba że zabrałby nas do jakichś gorących źródeł, ale wątpię, by przyszło mu to do głowy, faceci nie mają AŻ takiej fantazji...

Na koniec coś z seksualnych klimatów. Wiecie, że przed jedzeniem należy myć ręce? Wiecie. A wiecie, że po jedzeniu też? Mój mąż nie wie. Najpierw doprawiał sobie kolację świeżą papryczką chili, a następnie zebrało się mu na amory. Które trzeba było przerwać (moją) szybką kąpielą, bo dosłownie płonęłam. I bynajmniej nie z pożądania... A więc, dobra rada. Jeśli planujecie oddać się w dłonie swoich mężczyzn, sprawdźcie co nimi kroili i czy je umyli ;)

ps. Po kąpieli było fajnie, żeby nie było :)