Jakkolwiek głupio to zabrzmi, ubiegłotygodniowy pogrzeb narobił mi apetytu na szarlotkę. Wszystko przez stypę, na której podano wprost nieziemskie ciasto z jabłkami. Sama stypa bardzo mnie rozczarowała, przyzwyczaiłam się, że na stypach rozmawia się o zmarłym, przytacza różne anegdotki z przeszłości. Tam nie. Po prostu nas nakarmiono (obłędnie i nieprzyzwoicie, zważywszy na okoliczności, dobrze) i wypuszczono do domu. A mnie przed oczyma i na języku pozostała szarlotka. Może to i dobrze? Ciocia nie będzie mi się kojarzyć z alzheimerem, starością, chorobą, ale właśnie z ciastem z jabłkami?
W weekend przystąpiłam do działania. Pamiętacie, jak piekłam ciasto (czereśniowe) z Milą? Tym razem było podobnie. Kocurzasty ulotnił się z domu, ja zabrałam się za przeszukiwanie szafek w poszukiwaniu składników (zawsze czegoś braknie, tym razem cynamonu), a dziecko podreptało do półki z książkami i przyniosło bajkę o Czereśniowym cieście. Ja zagniatałam ciasto, a ona z poważną miną zasiadła przy stole i wertowała książeczkę. Albo ewentualnie podbierała mi surową mąkę, albo jeszcze wyjadała rodzynki i powtarzała "Mieszamy, mieszamy". Nie cierpię wyrabiać ciasta kruchego, ale znalazłam rewelacyjny przepis, ciasto jest mięciutkie i szybko się zagniata. Już myślę, jak wykorzystać je przy okazji świąt i chyba już wiem :))
Ciasto wyszło doskonałe!
Już w sobotę opitoliłam jeden rządek. Później drugi rządek, a następnie trzeci. Na niedzielę zostało troszkę mniej niż pół, a musicie wiedzieć, że wcinałam sama. Kocurzasty nie lubi ciast, zatem zjadł (z łaską) jeden kawałek. Mila zawiązała ze mną spółkę i zbierała z ciasta (mojego) cukier puder, a ja jadłam i jadłam... wieczorem w niedzielę również okazała łaskę i podziubała kawałek ciasta (bez jabłek). Leżąc w łóżku i czekając na Kocurzastego, który był na meczu (przerżnęły patałachy), zjadłam kolejny rządek i na talerzyku zostały dwa kawałki. Prawie na rano do kawy i po szarlotce.
Rano obudziło mnie mlaskanie. Otworzyłam jedno oko i cóż ujrzałam? Ciastem z talerzyka poczęstował się pies. Smak docenił, zjadł nawet jabłka. Niemniej ochrzan chwycił solidny, nie że mu żałuję, ale jak się chce jeść szarlotkę w łóżku, to się bierze talerzyk! A teraz nie dość, że nie mam szarlotki, to jeszcze wolnego dnia, bo muszę prać...