Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 kwietnia 2015

Nic się nie stanie

Mam takie wrażenie, że żyjemy w bardzo niespokojnych czasach i wcale nie chodzi mi o sytuację militarną czy polityczną, ale o nas, zwykłych, szarych ludzi. Jesteśmy podatni na nerwy, chodzimy podminowani, łatwo wybuchamy, stresujemy się nie tylko poważnymi sprawami, ale i pierdołkami. a przy tym jesteśmy wciąż zmęczeni. Nie raz spotkałam się ze stwierdzeniem: a bo są ciężkie czasy, bo praca, bo niepewność dnia, bo to... bo tamto. Na pewno? Moja mama pracowała na trzy zmiany, po pracy zajmowała się gospodarką i domem, ale jakoś nie pamiętam, by chodziła podminowana, nie kojarzę, by krzyczała na kogoś "ty tępa krowo", bo za wolno jedzie samochodem. (no, dobra mało samochodów było, ale co z tego?), ludzie żyli w równie niepewnych czasach, nie mieli w domu wygód, w sklepach mogli kupić to, co było, nie to co chcieli, a sąsiad mógł ich "zgłosić" za to, że spotkali się z rodziną wieczorną porą i nie wiadomo po co. 

Być może pijemy za wiele kawy, być może zbyt wiele pracujemy, a może jesteśmy pobudzeni nieustannym jazgotem radia i telewizji? Być może to sztuczne dodatki, jakie pompuje się w jedzenie, wzbudzają w nas agresję? Nie wiem. Ale wiem, że jestem potwornie nerwowa, łatwo reaguję złością i zdarzy mi się burknąć nawet na dziecko. Ba... przyznam się teraz do czegoś, za co powinno się mnie spalić na stosie: zdarza mi się krzyknąć na dziecko, a potem palę się ze wstydu, bo niby za co? To nie w dziecku jest problem tylko we mnie. Ja jestem nerwowa, nie Mila. Ja biorę na siebie za dużo, a potem denerwuję się, gdy mała rączka odciąga mnie od pracy i każe malować ogórka. Ba, powiem Wam, że rozmawiałam o tym z kilkoma mamami i ten problem nie dotyczy wyłącznie mnie (pocieszające!), one również łatwo wpadają w nerwy w kontakcie ze swoimi dziećmi i mężami!

Musiałam coś z tym zrobić. Ustawić priorytety. Zrobić plan działania. Najpierw dziecko. Najważniejsze w każdej chwili i sytuacji. W sensie rodzina, bo i mąż i pies, choć dziecko zawsze na przedzie kolumny, bo najwięcej czasu z matką i najbardziej potrzebujące, najbardziej jeszcze bezradne. Potem dopiero zobowiązania. 

Praca. Jest potrzebna, bo dzięki niej rodzina zyskuje. Dodatkowe pieniądze są rodzinie potrzebne, zwłaszcza teraz, w obliczu przedszkola, zajęć i niezbędnych pomocy. Matka także zyskuje, bo każdy człowiek potrzebuje mieć coś, w czym jest dobry. Czasem będzie to właśnie opieka nad dzieckiem, a czasem to nie wystarczy i trzeba mieć co innego, w czym można się spełniać i rozwijać. Dziecko kiedyś podrośnie, coś trzeba będzie robić. Więc praca jest ważna. Ale nic ponad możliwości, bo wciąż dziecko na przodzie. Jeśli braknie stówki czy dwóch nic się nie stanie, jeśli braknie czasu dla dziecka - stanie się bardzo wiele. W niebieskich ślepkach pojawi się smutek, zakręci się łezka. Matce też to nie pomoże, bo poczuje się z tym fatalnie, odczuje wyrzuty sumienia, a chcąc pracować szybciej, zacznie się mylić i w efekcie będzie pracować jeszcze dłużej. 


Czasami bierzemy na siebie zbyt wiele, my sami kładziemy na swoje barki zbyt wiele i potem denerwujemy się, że dajemy rady, że  nie wyrabiamy. Co więcej oczekujemy, że dziecko (lub inna bliska osoba) to zrozumie, ale tak nie jest. Dziecko z pewnością tego nie zrozumie, ponieważ jest osóbką bezwarunkową, która kocha swoją mamę i tego samego żąda od mamy, okazuje zainteresowanie swoim rodzicom i tego żąda. Nie rozumie czym jest stres i obowiązek, wie, że mama i tata chodzą do pracy, czeka z niecierpliwością aż wrócą i poświęcą mu w końcu uwagę. Nie wie, że niedobry szef znów zwołał zebranie, lub szefowa kazała wziąć nadgodziny... Nie wie, dlaczego rodzic ma chmurną minę, widzi jednak i czuje, że coś jest nie w porządku.  

Nas pozornie to nie dotyczy, bo przecież Mila ma mamę w domu. Jednak czeka cierpliwie, aż mama skończy pisać i oczekuje, że kiedy mama skończy, zajmie się tylko nią. Denerwuje się, gdy mama odchodzi od komputera i ... idzie gotować obiad. Bo przecież miała już skończyć... płacze, ciągnie za rękę, żąda zabawek i książek. I właśnie tutaj objawiały się moje nerwy, tutaj pojawiało się najwięcej burknięć i krzyków. Aż pewnego dnia popłakałyśmy się obie i tego dnia obiadu już nie było, tylko jajko sadzone... Od tej pory jest inaczej, bo gotujemy razem, albo mama gotuje, gdy Mila śpi popołudniu. 

Poluzowałam sobie, przyznaję się bez bicia. I zdradzę Wam tajemnicę: świat się wcale nie kończy, kiedy w zlewie leżą talerze, a my rysujemy ogórka. Odkurzać można popołudniu, jeśli akurat lala Natalia z rana zaprasza na herbatkę. A jak popołudniu się nie odkurzy, to do następnego dnia kurz nas nie pokryje. Dzień ma tylko 24 godziny i nie jest z gumy, choć czasem tego oczekujemy. My też nie jesteśmy z żelaza i mamy prawo poczuć zmęczenie i nie wyrobić z wszystkim. Co więcej: zmieniłam jeszcze jedno, ustaliłam, że matka także ma prawo do chwili relaksu i przyjemności, z książką, serialem, spacerem, zakupami i czymś na co ma ochotę. Nie można sobie tego odmawiać, "bo nie ma czasu", wtedy najłatwiej o frustrację i nerwy, o ten brak cierpliwości do bliskich. To co zmieniłam póki co bardzo mi pomaga, odkąd wiem, że nic się nie stanie, jeśli czegoś nie zrobię w domu, jestem spokojniejsza, mniej się denerwuję i nie tracę cierpliwości do małej. Przecież zawsze mogę powiedzieć, że nie posprzątałam, bo robiłam coś bardzo ważnego. Bawiłam się z córką. 


wtorek, 14 kwietnia 2015

Jak zasłona z oczu

Pracowały biurko w biurko i szybko załapały wspólny język. Tematów do rozmów nie brakowało, obydwie były trochę po trzydziestce i były mężatkami, z tym, że Kinga miała dziesięcioletnią córkę, a Monika odkładała decyzję o dziecku na później. Każdy dzień rozpoczynały od zwierzania, z czym małżonek wyskoczył poprzedniego wieczoru i prędko zauważyły, że łączy je jeszcze coś...

- Wiesz - powiedziała kiedyś Monika - Mnie to strasznie brakuje swobody. Nie wyobrażam sobie, że mam być już na zawsze uwiązana w jednym związku. No, może nie do końca mi to przeszkadza, ale... uwielbiam być adorowana przez mężczyzn, a mój mąż... No, niby się stara, ale ...

- Ale to już nie jest to samo? - dopowiedziała ze zrozumieniem Kinga. - Jak ja cię kochana rozumiem! Czuję dokładnie to samo! Mój mąż jest bardzo dobrym człowiekiem, ale nie czuję już tego ognia co na początku. 

I tak sobie dyskutowały codziennie, wymieniając się poglądami, marzeniami, wspomnieniami i wszystkim tym, czym kobiety na ogół lubią się w rozmowie wymieniać. Poczuły tę specyficzną więź, która sprawia, że człowiek czuje się dobrze w swoim towarzystwie i którą czasami postrzega jako przyjaźń. Czy były przyjaciółkami? O, z pewnością natychmiast powiedziałyby że tak! Tylko ta złośliwa szefowa przypatrywała im się podejrzliwie, a nawet ośmieliła się powiedzieć, że na spotkania towarzyskie mogą umawiać się po pracy. 

- Pewnie, że możemy... - burknęła Kinga i kilka dni później rzeczywiście wylądowały w pobliskiej kafejce. 
- Jak tu ładnie! - zachwycała się Monika. 
- I nareszcie możemy porozmawiać swobodnie! - zgodziła się koleżanka. 

Toteż rozmawiały swobodniej i powierzały sobie kolejne tajemnice, dzięki czemu Monika dowiedziała się, że Kinga lubi od czasu do czasu zbałamucić jakiegoś chłopa, a Kinga dowiedziała się, że Monika przed mężem nie miała innego kochanka. Od tej pory bardzo często spotykały się po pracy, na początku w kafejkach i restauracjach, a potem również w pubach, bo odkryły, że przy piwie lub kieliszku wina rozmawia się jeszcze swobodniej. 

Monika była dziewczyną raczej spokojną i dopiero przy Kindze odkryła, że można wyjść bez  męża do pubu na piwo, a jak się dobrze zasiedzi to i załapać się na dyskotekę. Mąż Kingi pracował w delegacji, więc kobieta właściwie miała wolną rękę. Córka radziła już sobie coraz lepiej, chętnie zostawała na noc u babci, więc Kinga mogła imprezować dłużej. Monika nie miała tej swobody, mąż często wydzwaniał do niej, kiedy siedziały w pubie, a wtedy Kinga śmiała się z niej, że nie umie sobie chłopa wychować. Dla Moniki było to przykre, ale mimo to nie ugięła się, kiedy koleżanka zaproponowała jej, by wymyśliła jakąś dobrą "bajeczkę" i mogła zostać na całonocnej imprezie. Monikę co prawda kusiło, jednak czuła się nielojalna. Zdecydowała że porozmawia z  mężem szczerze i powie, że szykuje jej się babski wypad, a jeśli mąż się nie zgodzi, zapomni o temacie. Koleżanka wierciła jej jednak dziurę w brzuchu, że małżonek na pewno zechce się przyłączyć i w ostateczności Monika zrezygnowała. 

I kto wie, jak długo trwałaby ta dziwna przyjaźń, która zaczęła się nad biurkiem w odrapanym biurowcu, a następnie przeniosła do zadymionych krakowskich pubów, gdyby nie jeden wieczór. Po pracy Monika pobiegła do domu założyć lżejsze ciuchy i planowała dołączyć do koleżanki w stałym miejscu. Mąż jednak nie był zadowolony i doszło do krótkiej sprzeczki. Mężczyzna zwrócił Monice uwagę, że wychodzi do pubu co najmniej dwa razy w tygodniu, wraca coraz później i często czuć od niej alkohol. Zarzucił jej także, że źle dobiera sobie przyjaciół. Kobieta obruszyła się i bez słowa wyszła z mieszkania. Pojechała na spotkanie z Kingą. Była wściekła na męża za jego słowa, ale nie potrafiły jej wyjść z głowy. W pubie zjawiła się zła i przygnębiona. Kinga już na nią czekała, podobnie jak zamówiony kieliszek wina...

Po kilkunastu minutach humor Moniki poprawił się, kobieta rozluźniła się. I wtedy zadzwonił telefon Kingi. Kobieta zniecierpliwionym ruchem sięgnęła po komórkę, ale nie odebrała. Na to miejsce napełniła winem ich kieliszki. Telefon ucichł a następnie ponownie się rozdzwonił. Kinga skrzywiła się i spojrzała na wyświetlacz. 

- To moja córka - rzuciła tonem wyjaśnienia a potem dodała coś, od czego Monice aż zaparło dech - Nie teraz, dziecko, spierdalaj! 

W tej jednej chwili, jakby zasłona spadła jej z  oczu i spojrzała na koleżankę zupełnie innymi oczyma. To czego nie dokonały słowa jej męża, uczyniło jedno wulgarne słowo rzucone pod adresem niewinnego dziecka, które ośmieliło się zakłócić spokój swej matki. Ujrzała nieco podpitą kobietę z mocnym makijażem, luzacko rozpartą na skórzanej kanapie loży. Zerknęła w drugą stronę i napotkała w oknie odbicie drugiej takiej samej kobiety. To była ona sama! 

Monika już nigdy nie umówiła się z Kingą, ani na kawę, ani na lampkę wina. Do pubu wychodzi teraz z mężem, a raczej wychodziła, bo już niedługo sama zostanie mamą...

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Całkiem głupia sytuacja

Te z Was, które są ze mną dłuższy czas, wiedzą, jak dużą pomoc otrzymałam przed narodzinami i po narodzinach dziecka. Od sąsiadki - mamy trójki dzieci - dostaliśmy łóżeczko, pościel, ubranka, załatwiła nam także wózek od innej mamy, ponieważ swojego nie miała. Ubranka dostaliśmy także od innych osób, mam tu na myśli ubranka po innych dzieciach, dostaliśmy je między innymi od kuzynki Kocurzastego, jak również od moich koleżanek w pracy. To bardzo miła, a przede wszystkim ogromna pomoc, bo nie każdego stać na nowe rzeczy dla maluszka i to jeszcze na takie zakupy na raz. W późniejszym czasie ja też starałam się komuś pomóc, wózek powędrował do mojej kuzynki, kiedy spodziewała się dziecka (teraz wrócił, bo kuzynka twierdzi, że jeszcze mi się przyda. Kto wie, może kiedyś? ), ubranka też były rozdane między kilka dzieciaków. I z związku z tym przydarzyła mi się dość głupia sytuacja. Ale od początku...

Jedna z moich koleżanek z ówczesnej pracy ma córeczkę o dwa latka starszą i zaraz po USG, które wykazało, że urodzi się dziewczynka, przytargała do mnie dwie torby wypchane ubrankami. Bardzo się ucieszyłam, szczególnie, że większość tych ubranek było bardzo dziewczęcych, a do tej pory miałam raczej chłopięce, bo sąsiadka ma dwóch synków i tylko jedną córcię. Dodatkowo gust koleżanki bardzo pokrywał się z moim, a niektóre rzeczy były w bardzo fajnym stanie. Nie raz stroiłam córę w te ubranka, ale dość szybko z nich wyrosła, ponieważ jak pamiętacie, była dość dużym noworodkiem :)

Kilka miesięcy temu koleżanka odezwała się do mnie z pytaniem, czy mam jej ubranka, bo zgłosi się do mnie nasza wspólna koleżanka , która weźmie je dla swojego dziecka. Kurczę, powiem Wam, że zrobiło mi się strasznie głupio, bo po pierwsze ja zupełnie nie pamiętałam, które ubranka są akurat od tej nazwijmy ją Magdy, bo minęło niemal trzy lata. Po drugie moja córcia w nich chodziła, były wielokrotnie prane i nie były już w takim dobrym stanie, a te które były w dobrym stanie przekazałam dalej, między innymi kuzynce właśnie i szwagierce, która rodziła kilka miesięcy po mnie. Odparłam, że poszukam i faktycznie znalazłam kilka rzeczy w pudle na strychu wraz z innymi ubrankami, które zostały, ale naprawdę nie były one już takie zadbane. Mimo to wyprałam i czekałam. Po pewnym czasie odezwała się do mnie tamta dziewczyna w ciąży z pytaniem czy mam te ubranka i czy to nie kłopot, bo Magda jej powiedziała, że dała mi ubranka i teraz może sobie je ode mnie wziąć. Według mnie to bardzo kłopotliwa sytuacja, zarówno dla mnie, jak i dla dziewczyny, która miała je dostać. Bo to trochę na zasadzie: ja ci dam, ale odbierz sobie je od laski, której dałam je trzy lata temu. Z kolei ja poczułam się głupio, bo nie przyszło mi na myśl, żeby je trzymać dla koleżanki albo jakoś specjalnie oszczędzać. Traktowałam je jak wszystkie używane ubranka i jak się trafiła plama ( drugie imię dziecka - szczególnie mojego - to plama) to nie robiłam tragedii, prałam, a jak nie zeszło to cięłam na szmatki albo wyrzucałam. Jeśli przekazywałam dalej, to  te ubranka bez plam i niezmechacone, bo jak to tak dać komuś (bardzo) zniszczone? Tym bardziej jak oddać komuś zniszczone ubranka, skoro niby odbiera je w kogoś imieniu? A jak pomyśli, że sprzedałam? 

I co zrobiłam? Miałam odłożone trochę ciuszków "prezentowych", takich co to córcia nie zdążyła założyć albo założyła raz i więcej nie było okazji. Niektóre ciuszki miały nawet metki, ale je poodrywałam. I dałam. Koleżance powiedziałam, że nie pamiętam, czy to na pewno ciuszki od Magdy, bo minęło dużo czasu. W szafie znalazłam też sukienkę i kurtkę, które były na pewno od niej, ale z racji że były dużo większe, córka nosiłaby je dopiero teraz. Mimo to oddałam od razu. Zrobiła się z tego całkiem duża torba, ale nie uzbierałam aż tyle co dała mi Magda. Zapewniłam koleżankę, że jak Mila wyrośnie z sukienek, będziemy o niej pamiętać. Po wiosennych porządkach pisałam do niej na facebooku, ale napisała mi, że ma na razie strasznie dużo ciuchów i dziękuje. 

Mało komfortowa sytuacja, kosztowała mnie "trochę" nerwów. Szczerze mówiąc, nie spotkałam się z czymś takim, żeby ktoś upomniał się o to, co dał Mili. Owszem, jedna z koleżanek, Paulina, zaproponowała mi że jeśli chcę, pożyczy mi trochę ubranek. Nie da ale pożyczy, bo u niej leżą i czekają na drugie dziecko. I takie podejście mi się podoba, bo wtedy wiadomo, że takie ubranka trzeba inaczej traktować, bardziej na nie uważać, trzymać osobno, żeby nie pomieszać i tak dalej. Co prawda odmówiłam, ale bardzo jej byłam wdzięczna za propozycję. 

A Wy? Spotkałyście się kiedyś z taką sytuacją? Jesteście zdania, że skoro ktoś dał, to już nasze i mamy prawo tym rozporządzać, wedle własnego uznania? A może takie "prezenty"jednak traktować w kategoriach pożyczki? Ja sama nieraz otrzymane ciuszki rozdawałam, tak w rodzinie jak i po zaprzyjaźnionych rodzinach, bo dostałyśmy dużo, a Mordka wszystkiego sama nie zedrze :)


niedziela, 29 marca 2015

No i jestem obrzydliwa

Wspominałam, że nie lubię litanii typu "ten umarł,a ten ma to" ale jest jedna rzecz, której w rozmowach nie lubię jeszcze bardziej. Jestem mianowicie okropnie obrzydliwa i nie cierpię debatowania nad rzeczami krwawymi i śmierdzącymi, szczególnie w okolicach talerza. I ponownie kłania się scenka rodzajowa z udziałem mojej teściowej. I to wcale bynajmniej nie temu, że teściowa jest niewychowana w każdym względzie lub klasycznie mnie drażni (to czasem też), ale po prostu jest najczęstszym gościem w naszym domu i dzięki niej mam o czym pisać :P

Dalej będzie niesmacznie, więc jeśli ktoś je, albo coś... to wiecie :)

Mianowicie zasiedliśmy sobie do konsumowania kotleta mielonego z ziemniakiem i mizerią, kiedy nie wiedząc,co sprowokuję, poruszyłam kwestię, że muszę jechać córce po pieluchy. Dziecko mam nocnikowe, ale na noce zakładamy jeszcze pieluszkę i pewnie długo będziemy, a czasami o 20,00, kiedy już biegam po domu w piżamie, okazuje się, że nie ma ani sztuki podrabianego pampersa i trzeba się w te pędy ubierać i lecieć do pobliskiego sklepu. A więc ja wyszłam z tekstem, że trzeba kupić, a teściowa wyszła z tekstem, że ostatnio chciało jej się śmiać, bo żona mojego szwagra nie zauważyła, że córcia zrobiła kupę, a dziecko się tak zaklajstrowało, że aż mu pod pachami wyszło. Moja wyobraźnia jest bogata, pewnie za bogata, bo aż mi się kotleta odechciało. Spojrzałam na męża, ale on konsumował dalej z uduchowionym wyrazem twarzy. Spojrzałam na córkę, ale ona chyba nie załapała komizmu sytuacji, spojrzałam na teściową i napotkałam szeroki uśmiech i gestykulację, która miała podkreślać, że jej młodsza wnuczka robi kupy jak smok :D Na szczęście temat szybko się wyczerpał i z ulgą wróciłam do talerza, choć muszę wam powiedzieć, że przełykałam ślinę jak kaczor. 

Ale wtedy teściowa przypomniała sobie, jak ostatnio była świadkiem, jak pan w stanie wskazującym na spożycie przewrócił się na chodniku, pozostawiając po sobie mokrą plamę. Tutaj nastąpił wyraźny opis tego, co panu wypłynęło i spłynęło. I nie zdzierżyłam, wyszłam do łazienki. Może teściowa robiła zamach na mój kawałek kotleta i chciała się mnie z kuchni pozbyć? Ale szczerze mówiąc to wątpię, bo moje kotlety mielone nie należą do wybitnych rarytasów, poza tym teściowa nie za bardzo może smażone. Najlepsze że oni dalej jedli niewzruszeni, no dziecku się nie dziwię, bo mogła nie zrozumieć pewnych słów, ale mój mąż i teściowa pałaszowali aż im się uszy trzęsły. I tylko ja miałam przed oczyma obydwie te scenki i nie dałam rady dokończyć obiadu, na czym skorzystał Uszaty Pies. 

Teraz tak sobie myślę, że nie zawsze tak miałam, a z różnymi rzeczami człowiek się stykał. Może po trzyletnim zmienianiu pieluch zrobiłam się nadwrażliwa? Ale chyba powinno być na odwrót. Nie mniej nie cierpię takich wstawek, unikam spotkań mam, które chcą porównywać kupki swoich dzieci, bo choć "nic co ludzkie nie jest mi obce" to jednak "nie wszystko jest smaczne". A jak Wy macie? Trochę taki śmierdzący temat i być może brzydko zapytam,: jesteście obrzydliwe, czy dajecie z tym radę? 

sobota, 28 marca 2015

Nie lubię o chorobach...

U pewnego chłopaka zdiagnozowano guza na mózgu. Mam nadzieję, że wszystko zakończy się szczęśliwie, dopiero co wszedł w dorosłe życie, zaczął odnosić sukcesy zawodowe, cieszył się, że tak dobrze mu się powodzi. Jedna chwila pokazała, że wszystkie sukcesy, zaszczyty i pieniądze nie są ważne. Bo prawdziwym sukcesem jest zdrowie i życie. 

To tylko jedna z kilku wiadomości, które przyniósł do domu mój mąż. Chłopak związany jest z zakładem pracy, w którym zatrudniony jest Kocurzasty,więc informacja ta wzbudziła tam wielkie poruszenie. Tak się jednak zdarzyło, że kiedy Kocur zaczął o tym opowiadać, była u nas teściowa. Ona uwielbia ciągnąć takie tematy i w momencie zaczęła się litania. U tej wykryto guzka. Tamta pojechała do szpitala. Ten umarł, kojarzysz go synu, on kiedyś przyszedł do ojca, ty wtedy do zawodówki jeszcze chodziłeś? A przecież ten co zemdlał w ośrodku i go karetka wzięła, miał tak zaawansowanego raka, że lekarz tylko głową kręcił! A naszej kierowniczki siostra ma zdiagnozowane to i to. A umarł jeszcze ten, no jak on się nazywał..."

W pewnym momencie zrobiło mi się wręcz słabo i duszno. Musicie wiedzieć, że ja bardzo nie lubię rozmawiać o chorobach, bardzo. Nie znaczy to, że uciekam przed tematem, przecież dobrze wiem, że ludzie bardzo chorują, właściwie każdy z nas musi z czymś się zmagać. Że ludzie umierają. Że trzeba się pilnować, by w razie czego wcześnie wykryć. Jednak takie litanie wzbudzają we mnie gorący sprzeciw. No, bo co tu roztrząsać ludzkie nieszczęście? Wymieniać jak towary z listy sprawunków? I chyba po raz pierwszy jak znam moją teściową, poprosiłam, żeby zmieniła temat. Zaniemówiła, ale to chyba dobrze. W międzyczasie JA zmieniłam temat i dalej rozmawialiśmy o wiosennych porządkach. Nie lubię rozmawiać o chorobach z dwóch powodów. Po pierwsze uważam, że to trochę nie na miejscu roztrząsać choroby obcych osób, takie to trochę hienowate mi się wydaje, zwłaszcza że większość osób opowiada nie z troski czy realnego zainteresowania, ale bardziej plotkarsko. A po drugie, jak mnie ktoś "częstuje" taką wiązanką, zaczynam myśleć o tym, jak bardzo boję się, że pewnego dnia mogłabym odejść od córeczki i męża. 

piątek, 27 marca 2015

Przyszła i pachnie

Nie wiem, jak u Was, ale u nas wyraźnie można zauważyć, że wiosna przyszła. Na polanie w ogrodzie rozkwitły się takie małe żółte kwiatuszki, które będąc dzieckiem, nazywałam "kogutkami", żonkile też pokazały już pączki, a wierzba rosnąca przed domem z jednej strony wypuściła wyraźne, choć jeszcze malutkie listki. I pachnie, naprawdę pachnie wiosną. Ziemią zwilżoną deszczem, trawą i liśćmi, które budzą się do życia, świeżym praniem i wypranymi firankami. A jak do tego jeszcze słonko zaświeci, człowiekowi aż chce się żyć i oddychać pełną piersią. 

Za mycie okien zabrałam się wczoraj, od razu ściągając, piorąc, prasując i wieszając firanki. I kiedy już wyprałam i powiesiłam, pomyślałam sobie, jak by to było miło pomalować przed świętami kuchnię. Po całej zimie palenia w piecu ściany są w opłakanym stanie, aż się nie chce na nie patrzeć. Troszkę zazdroszczę ludziom, którzy mieszkają w nowych budynkach. Nie muszą martwić się odpadającym tynkiem i łuszczącymi się oknami. Nie cierpię myć naszych starych okien, zawsze nabrudzi się gorzej niż przed myciem, sypie się kit, łuszczy farba. Okropność! Ale Kocurzasty zawsze mnie pociesza, że nasze okna są tak szczelne, że przynajmniej nie grozi nam zaczadzenie...

Wracając do tematu ścian... wyszłam z tą propozycją do męża i otrzymałam odpowiedź, że właściwie to czemu nie? Jeśli więc uda nam się znaleźć dobrą duszę, która przygarnie na kilka godzin dziecko, pomalujemy kuchnię na wymarzony przeze mnie słoneczny kolor. Początkowo mieliśmy z tym poczekać aż uzbieramy kasę na gruntowny remont kuchni, łącznie z podłogą, najlepiej wymianą tego łuszczacego się okna i starych szafek... Ale wiadomo, że to nastąpi za tysiąc lat, zatem z malowaniem nie ma co czekać. Uwielbiam świeże wnętrza, nawet zapach farby. I będzie żółciutko, wesoło. I już sobie pomyślałam o innych zasłonkach, do których zrobię na szydełku takie fajne opaski do przywiązywania do ściany, bo jak będą świeże ściany, nie trzeba będzie ich chować za zasłonami :P

Oczywiście to tylko teoretyczny plan, niemniej żyję nadzieją, że uda się go zrealizować w Wielki Piątek. I nawet nie przeszkadza mi, że będę musiała drugi raz umyć okno... zresztą tylko od środka, co nie? :)

Gdy przychodzi wiosna, człowiekowi chce się tej świeżości, naprawdę się chce. Wszędzie :)

środa, 25 marca 2015

Matka zołza!

Od pewnego czasu uzupełniam ankiety przychodzące na maila, "płacą" w punktach, które potem mogę wydać na  stronach księgarni online. Ale nie o tym chciałam. Jedna z ostatnich ankiet skłoniła mnie do bicia się w piersi i przyznania, że matka ze mnie zołzowata. A przynajmniej takie wrażenie mogła mieć osoba, która potem przeglądała wyniki badania. 

Ankieta dotyczyła produktów nieczekoladowych dla dzieci. Z zapałem zabrałam się do uzupełniania odpowiedzi. I co mi wyszło? 

Pytanie pierwsze: 

Jakie słodycze nieczekoladowe kupujesz dla swojego dziecka w wieku do lat czterech?

a) cukierki 
b) gumy rozpuszczalne
c) lizaki
d) żelki 
e) moje dziecko nie jada słodyczy 

Jak myślicie, co zaznaczyłam? Oczywiście odpowiedź e. Bo ja jestem taka niedobra matka, co dziecku nie kupi ani cukierka ani lizaka, a gumie i żelku nie mówiąc. Z prostej przyczyny, że kupować się nie opłaca, bo dziecko nie lubi i pluje. Więc po co kupować? Ale takiej odpowiedzi nie było, podobnie jak nie było odpowiedzi "moje dziecko woli herbatniki i biszkopty". Hm... Pójdźmy dalej. 

Pytanie drugie:

Kto w twoim domu decyduje o zakupie słodyczy nieczekoladowych dla dziecka w wieku do lat czterech?

a) ja
b) mój mąż
c) moje dziecko 
d) moje dziecko nie jada słodyczy nieczekoladowych 

Tutaj się zagapiłam i zaznaczyłam d, a przecież mogłam a, skoro słodycz nieczekoladowy to ciastko :) Ale się zagapiłam, więc nadal wychodzę na zołzę. 

Ile czasu dziennie twoje dziecko w wieku do lat czterech poświęca na oglądanie bajek?

a) powyżej dwóch godzin 
b) powyżej godziny
c) do godziny
d) moje dziecko nie ogląda telewizji

Jak myślicie, którą odpowiedź zaznaczyłam? Tak, naturalnie. Zgodnie z prawdą zaznaczyłam d, bo przecież moje dziecko od dwóch tygodni ma zakaz oglądania telewizji. I nie ogląda i nie krzywduje. Jednak takiej odpowiedzi także nie było. Podobnych pytań było mnóstwo i uwierzcie że na większość odpowiedziałam po prostu okropnie! Nie kupuję dziecku "danonków", bo nie lubi, nie lubi też soczków dla dzieci. Nie kupuję cukierków. Moje dziecko nie korzysta z komputera i aplikacji na android, nawet bajek nie ogląda! Z naszej ankiety wynika że wiedzie całkiem ascetyczne życie, karmione chlebem z masłem i (nutellą) białym twarożkiem. Czas spędza na intensywnej nauce i czytaniu książek. Założę się, że osoba która przeglądała te badania pomyślała sobie: ta matka jest nawiedzona, biedne dziecko :) O nutellę, frytki i majonez nie pytali, a szkoda... wyszłabym na normalniejszą...


poniedziałek, 23 marca 2015

Kiepski poniedziałek...

Kiepski ten dzisiejszy poniedziałek. Dziecko marudne, byle jakaś choroba się nie przyplątała. Z popołudniowej drzemki wyrwała się z dzikim wrzaskiem i tak długo nie mogła się uspokoić, że zastanawiałam się, czy to nie atak wyrostka, albo czegoś i nie dzwonić po pogotowie. Po długim tuleniu wszystko wróciło do normy, na tyle że przy stole z zabawkami i słówkami spędziłyśmy aż 45 minut! Rekord normalnie! 

Mój humor zwiesił się już rano, kiedy okazało się, że mój osobisty telefon odmówił posłuszeństwa. A jeszcze nawet nie minęły dwa lata, jak go mam. Nie mam przekonania do telefonów dotykowych i mój właściwie był tylko pół-dotykowy. Jednak wystarczy, bo pin da się zatwierdzić tylko i wyłącznie na ekranie, a ekran nie reaguje na dotyk. Póki co przełożyłam kartę do starego telefonu Kocurzastego, ale czarno to widzę, bo z tego co pamiętam, on przed wymianą żalił się, że się psuje. Swój telefon włożyłam póki co do szuflady, może sobie przemyśli swoje zachowanie i zacznie działać?

Przy okazji policzyłam sobie i wyszło mi, że to jest mój ósmy telefon komórkowy, z tym że trzy były kompletnym nieporozumieniem i były szybko sprzedawane i wymieniane. Moja pierwsza komórka była Alcatelem i mam do niej sentyment tylko dlatego, że była pierwsza. Później zawsze były Nokie, za wyjątkiem trzech nieporozumień: dwóch samsungów i jednego LG. LG był nawet fajny i ładny, ale szybko zatęskniłam do Nokii i wymieniłam. Nigdy wcześniej nie zepsuł mi się telefon, każdą Nokię sprzedawałam, bo była na tyle w dobrym stanie. Ostatnią dwa lata temu dałam teściowej i służy jej do dziś. To była moja ulubiona Nokia i chyba trzeba było ją zostawić, lepiej bym na tym wyszła. Telefony chyba robią coraz gorsze, jedno jest pewne - nie chcę już niczego dotykowego... (no poza czytnikiem kupionym w ubiegłym tygodniu, mamo, mam nadzieję, że będzie działał...)

Chciałam Wam dziś opisać jedną taką historię, całkiem życiową, co to ją sobie ostatnio przypomniałam i ułożyłam w głowie. Ale z racji, że wstęp mi wyszedł za długi, opowiem Wam innym razem. Cieszę się, bo na powrót zaczynam odczuwać radość z pisania na otwartym blogu. Może coś z tego będzie :D

Jeśli chcecie mi jeszcze polecić jakiegoś bloga, lista jest otwarta, można wpisywać :)


czwartek, 19 marca 2015

Kto chodzi spać z kurami?

Podczas ostatniej wizyty teściowa zauważyła, że M., czyli mój najmłodszy szwagier wcześnie chodzi spać. Już po dziesiątej się biedakowi usnęło, do tego nie w łóżku, tylko na siedząco przy komputerze. Słysząc to, uśmiechnęłam się półgębkiem - i wcale nie dlatego, że zaczęłam się zastanawiać, co takiego męczącego przy komputerze robił szwagierek, że go zmogło :) Uśmiechnęłam się do tego słowa "wcześnie", bo w czym jak w czym, ale  we wczesnym chodzeniu spać nasza mała kocia rodzinka osiągnęła specjalizację. Faktycznie, M. chodzi spać wcześnie, bo po dziesiątej, a my... hm, my chodzimy spać z kurami :D

Ostatnimi czasy mamy przymusowy odwyk od telewizora. No, bo jak to tak? Dziecko bajek oglądać nie może, a rodzice będą sobie folgować w filmach i serialach? W ubiegłą sobotę chcieliśmy mecz obejrzeć. To znaczy Kocurzasty chciał, ja nie ukrywam, że w ostatnim czasie meczu wolę "słuchać" z kuchni i w tym czasie czytać książkę. W rezultacie dwóch godzin włączonego telewizora dziecko nam się tak pobudziło, że nie chciało usnąć do jedenastej. Przy tym głośno dopominało się o ulubione bajki, no bo jak to tak? Telewizor idzie i nie na bajkach? Tym sposobem nie oglądamy i dziecko po wysłuchaniu 1-2, a czasami 7 bajek usypia w okolicach pół do dziewiątej. 

I w tym momencie powinna zaczynać się część wieczoru ulubiona wszystkim rodzicom, którzy przy dzieciach nie mogą spokojnie porozmawiać, poprzytulać się, już nawet o czytaniu książki nie wspomnę. Powinna, nawet pewnie by się zaczęła, gdybyśmy mieli na to siły :P A my już o 20,30 lądujemy w łóżku. Ja pod pachą trzymam swoją książkę, by się na nią łapczywie rzucić, gdy tylko odłożę Kopciuszka i spółkę, Kocurzasty ściska czytnik i pendrive mając nadzieję, że kiedy dziecko zaśnie głęboko, obejrzy kolejny odcinek wojennego serialu. O 21,00 oczy zaczynają nam się kleić i raz dwa cała rodzina śpi. Z tego wszystkiego dwa razy zapomnieliśmy psa wyprowadzić na siku, bo po prostu było na to za wcześnie. Poza tym on też zasnął :D

Pomyślną stroną medalu jest to, że już dawno nie chodziłam taka wyspana! Wstaję po piątej, gdy Kocurzasty wychodzi do pracy i mam energię na wszystko. Gorzej, że moje dziecko również. Z czego korzysta. Już drugi dzień pod rząd wstała o 5,45!!!




piątek, 13 marca 2015

Jak to było z tą babcią...

Babcia Wiktoria urodziła się w 1912 roku, czyli równe sto lat przed swoją prawnuczką, a moją córką. Była jedną z czwórki rodzeństwa, pierwszą córką. Najmłodszy brat zmarł w bardzo młodym wieku, już jako staruszka babcia często go wspominała i nigdy nie mówiła o nim inaczej, jak Szczepanek. 

Babcia urodziła się w małym domku, jakieś dwa kilometry od miejsca, w którym obecnie mieszkam. Pewnego dnia przechodziłam obok miejsca, w którym kiedyś stał dom moich pradziadków. Było upalne czerwcowe popołudnie, idąc upajałam się zapachem lip i gęstych roślin rosnących nad rzeką. I nagle poczułam obecność mojej babci. Po prostu nagle zaczęłam intensywnie o babci myśleć i oczyma wyobraźni ujrzałam ją jako małą dziewczynkę. Jak wyglądało jej życie w niewielkim biednym domku? Czy kiedy była dwuletnim berbeciem moja prababka sadzała ją na miedzy, by mieć na oku w czasie pracy? Od tamtej pory często wracałam myślami do babci Wiktorii. 

Tak naprawdę wiem o jej życiu bardzo niewiele. Kiedy byłam już na tyle duża, by słuchać opowieści o jej życiu, zachorowała. Zresztą dorastające dzieci rzadko chcą słuchać wspomnień starszych ludzi. Po dwudziestu latach lub więcej tego żałują, ale wtedy niewiele już mogą zrobić. Niemniej pewne historie z życia mojej babci w rodzinie przetrwały, jak chociażby te wojenne. Babcia przeżyła dwie wojny światowe, podczas pierwszej była małym dzieckiem, podczas drugiej młodą mężatką i matką. 

Około 1930 roku babcia poślubiła dziadka i zamieszkała w gospodarstwie, w którym obecnie stoi nasz dom. Dziadek był od babci starszy o niemal dziesięć lat. W 1932 roku urodziła się ich najstarsza córka, Maria. Do 1939 roku, kiedy wybuchła wojna, babcia  urodziła dziadkowi czworo dzieci, w ciągu wojny urodziło się jeszcze dwoje, a po zakończeniu wojny jeszcze czworo. W sumie szczęśliwa dziesiątka, wszystkie przeżyły wojenną zawieruchę i późniejsze lata. Moja mama była pierwszym dzieckiem narodzonym po wojnie. 

W tamtych czasach dziadek uprawiał dość znaczne gospodarstwo, jednak przy tak licznej gromadzie dzieci, nie było lekko. Poza powożeniem koniem pracował również na kolei, przez co w czasie wojny spotkały go poważne nieprzyjemności. Jak wspominały moje ciotki, babcia nie miała z dziadkiem lekkiego życia. Dziadek pił, chadzał na karty i awanturował się w domu. Jak to kiedyś przyznała jedna z sióstr mojej mamy, babcia miała do niego anielską cierpliwość i nie dała powiedzieć na niego złego słowa. Kiedy pił i wrzeszczał, przytulała, odciągała uwagę od dzieci i... rodziły się kolejne maluchy. 

W czasie wojny dziadek pracował jako dróżnik. W tym czasie przez wieś przejeżdżały pociągi wiozące węgiel dla Niemców. Dziadek specjalnie zamykał semafor, by pociąg się zatrzymał, a wtedy ludzie otwierali wagony i węgiel wysypywał się na tory. Z węgla tego korzystali ludzie z całej wsi, ale Niemcy szybko się połapali i przyszli po dziadka. Został wywieziony w kierunku Oświęcimia. Słysząc to babcia, nie namyślając się długo, załadowała na wóz całą czwórkę dzieci i ruszyła  w ślad za dziadkiem, powożąc Kasztanem. Nie wiem, jaki miała plan, ale z  pewnością zamierzała błagać o litość dla dziadka. Babcia była stanowczą kobietą, nie bała się Niemców. Jednak jak się okazało, wcale nie musiała starać się o uwolnienie dziadka, ponieważ ten poradził sobie znakomicie. Co zrobił? Najzwyczajniej w świecie upił niemieckich żołnierzy, co było doprawdy niespotykane przy ich dyscyplinie. A jednak babcia spotkała go w połowie drogi, gdy wracał pieszo do domu. W późniejszym czasie dziadka aresztowano ponownie, a babci w tym czasie przytrafiła się inna historia. 

Zbliżał się już koniec wojny, kiedy babcia znalazła w ogródku rosyjskiego żołnierza i jego konia. Żołnierz ukrywał się przed Niemcami, był ranny i nie był w stanie poruszać się o własnych siłach. Babcia zabrała konia do własnej stajni, a żołnierza ukryła w piwnicy. W tym czasie Rosjanie traktowani byli jeszcze jako wybawiciele, a Niemcy byli najzacieklejszym wrogiem. Myślę jednak, że moja babcia nie odmówiłaby pomocy żadnemu rannemu człowiekowi. Na  temat ukrywającego się w piwnicy żołnierza nie wiedział nikt z rodziny. Niemcy przeszukiwali obejście, a nawet grozili, że je spalą. Babcia osobiście siedziała na zydelku i skrobała ziemniaki, tarasując wejście do piwnicy. Kiedy Rosjanie wypierali Niemców z naszych terenów w styczniu 1945 roku, żołnierz wyruszył w dalszą drogę. W podziękowaniu zostawił babci swojego konia, który również odniósł w walce rany. 

Czasami zastanawiam się, skąd ludzie czerpali siłę, by przeżyć takie dramatyczne wydarzenia. Wyobrażam sobie moją babcię, jak na drabiniastym wozie, z czwórką malutkich dzieci rusza za dziadkiem. Myślę, że musiała go bardzo kochać, choć przecież wcale nie traktował jej dobrze. Chociaż... ciotka mówiła, że babcia dla niego zawsze była Wiktusią... więc może jednak? 

Proszę nie nawiązujcie tutaj do opowiadania M. Jak widzicie to zupełnie inna historia, chciałam ją zamieścić tutaj i podzielić się z Wami na otwartym blogu losami mojej rodziny, a przede wszystkim mojej dzielnej babci. Mam nadzieję, że moja córka, narodzona sto lat później, będzie równie silna, jednak życie nie napisze dla niej tak trudnych scenariuszy...

ps. Coś niecoś zmieniłam :) Musiałam, same rozumiecie :)

wtorek, 10 marca 2015

Wyją syreny...

Wystarczyło, że od dwóch dni pogoda się poprawiła, a już co poniektórym słoneczko za bardzo przygrzało. Syreny strażackie wyją właściwie bez przerwy, w powietrzu unosi się charakterystyczny zapach (smród!) wypalanej trawy. Wiem, że do piromanów nic nie dociera. Chyba w momencie, kiedy widzą kawałek wysuszonej trawy, coś ich ściska, póki nie wyciągną zapalniczki i nie podpalą. I mogą sobie wmawiać, że to dla użyźniania ziemi. Taaaa, tylko po co, skoro to wszystko są nieużytki i nikt na nich nic nie uprawia? 

Nie dociera, że w trawach żyją różne mniejsze i większe zwierzątka. No, kto by się tam żabą przejmował, co nie? Nie dociera, że we wsi śmierdzi, że nie można okna otworzyć, już o praniu nawet nie mówiąc! Nie docierają mandaty, zresztą przecież jak podpali to patrzy z daleka, nie czeka, jak straż przyjedzie. Znam przypadek, gdy jeden taki gagatek podpalił, a potem usnął w tym co podpalił. Szkoda, że go procenty nie zmogły, zanim znalazł w kieszeni zapałki. 

W pobliżu domu mojej teściowej podpalili całą skarpę. Co prawda ten co podpalił, tłumaczył, że przecież podpalił kilkaset metrów dalej, z dala od domów i tak dalej... Wyobraźni mu nie starczyło, by się domyślić, że na takim wysuszonym zajmuje się błyskawicznie, a że skarpa stroma, to nawet straż nie ma jak dojechać. Takiego ognia jeszcze nie widziałam. Paliły się wysuszone krzaki ostrężnic, drzewa, łąka, od dołu zaczęło podchodzić do ludzkich ogródków... koszmar. 

Sezon na wypalanie traw się zaczął, niestety. Tak, mój teść też już planuje. Przecież bez wypalania świeża trawa nie wyrośnie, co nie?

sobota, 7 lutego 2015

To mi mama dała

Mam taką jedną koszulkę do spania, którą bardzo lubię. Mamcia kupiła mi ja na któreś imieniny, babka na placu targowym powiedziała jej, że takie są modne. Koszulka sięga mi do kolan i jest w rozmiarze XXL. Kiedy po raz pierwszy ją zobaczyłam, parsknęłam śmiechem i powiedziałam ironicznie "dzięki". Że niby moja mama myślała, że ja noszę XXL? Magia reklamy można powiedzieć, bo pani na placu mamci powiedziała, że tak się teraz nosi :) Koszulka służy mi do spania i bardzo ją lubię. Jest wygodna i przewiewna, a przede wszystkim to mama mi dała. 

Mam też różaniec, który kupiła mi w Licheniu, gdy była na pielgrzymce. Bardzo się na nią cieszyła, bała się, że nie zgodzę się wydoić kozy i nie będzie mogła jechać. Pojechała, a my z Kocurem wspólnie doiliśmy tę kozę. Kocur trzymał, ja doiłam, ale i tak uparte zwierzę wszystko wylało. Z Lichenia pochodzi więc biały różaniec z perłowych serduszek. Śliczny. Rzadko go używam, to prawda, ale wiem, że jest i to bywa dla mnie wielką pociechą. Drugi kupiła dla siebie i zabrała go ze sobą w ostatnią drogę. 

Mam także duży pierścionek z rubinem. Lubiłam go przymierzać jako dziecko i wyobrażać sobie, że to czarodziejski pierścień z serialu Janka. Teraz takich pierścionków się nie nosi. Niemodne, ale to nie jest najważniejsze, bo moda wraca, zmienia się, ale przede wszystkim niewygodny, wielki. Ale jest i wiem, że kiedyś to Ona nosiła go na ręce. 

W domu są ręczniki, które kupiła, zasłony, pościel. Czasem gdzieś na strychu mignie jakaś stara bluzka. Ale najważniejsze są te przedmioty, które Ona mi dała. Mają dla mnie szczególne znaczenie. Myślę, że nauczyłam się je doceniać i bardzo kochać dopiero, kiedy odeszła. 

Takie pamiątki są ważne, niemal tak ważne, co matki dają nam, wychowując nas. Doświadczenie, własną wiedzę, próby i błędy. Czy macie coś ważnego, co dała Wam mama lub inna bliska osoba? Jakiś bardzo ważny choć niekoniecznie cenny przedmiot?

piątek, 30 stycznia 2015

Cytologii dawno nie było

Ostatnimi czasy wiele się mówi o pigułce po. Wiele się mówi o potrzebie uświadamiania dzieci w kwestiach seksu, by były przygotowane na to, co może się stać. A ja zadaję sobie pytanie, tylko w kwestii seksu? My takie zajęcia mieliśmy. I w szkole podstawowej i w szkole średniej. Na temat seksu wiedzieliśmy już wtedy sporo, a przynajmniej tyle, by wiedzieć, że dla nas za wcześnie. Wiedzieliśmy czym jest prezerwatywa, co odważniejsi wiedzieli jak ją nakładać, bo poćwiczyli w kącie korytarza na bananie. Mimo to poruszano z nami sprawę seksu, inicjacji, zabezpieczenia, tego, że na seks nigdy nie jest za późno. Zadziwiające, że nikomu nie przyszło do głowy porozmawiać z nami o konieczności wykonywania cytologii, samokontroli piersi, upławów i pms-u. To także jest bardzo ważne, a kto wie, czy nie ważniejsze. 

Kilka tygodni temu zadzwoniła do mnie dziewczyna z rodziny. Młoda mężatka. Piszę dziewczyna, ale  mam na myśli 25 letnią kobietę. Wybrała się do ginekologa, bo spóźniał się jej okres, pełna nadziei, że jest w ciąży. Z gabinetu wyszła zapłakana, przerażona. Dlaczego? Bo lekarz jej coś miział, coś pobierał, na pewno podejrzewa raka. Osłupiała tłumaczyłam jej czym jest cytologia i po co się ją robi. Zastanawiam się, czy lekarz był równie osłupiały, czy nawet się nie pofatygował jej wytłumaczyć, co robi i po co? Czy była pierwszy raz u ginekologa? Dlaczego potrafi obsługiwać smartfona i wie, do czego służy test ciążowy, ale nie wie czym jest cytologia?

Swoją drogą przypomniało mi się, że  pora na moją własną. Pewnie, że nic przyjemnego. Ale trzeba. 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Przed świętami

Okna umyte... tylko od środka, ale to nie ma znaczenia, bo od zewnątrz okazały się czystsze niż od środka. Tak to już jest, gdy ma się kuchnię na węgiel i piec kaflowy. Firanki zmienione. Na ulubionym obrusie w gwiazdki niespodziewanie zmaterializowała się plama po czymś smacznym. Skąd wiem, że po smacznym? Bo u nas wszystko jest pyszne :) Pierniczki upieczone, twarde jak skała, ale póki zęby dają im radę, jest w porządku. Lampki choinkowe skontrolowane, świecą już któryś rok z kolei i żal je zastąpić nowymi. Bo są kolorowe i wesołe, a te nowe są tylko zielone i to nic, że modne, ledowe i elektrooszczędne. To już nie byłoby to samo, nie ten klimat. 

Stroik zrobiony z gałązek świerkowych uciętych z drzewka pod oknem. Najskromniejszy jaki może być, gałązki wsunięte w dzbanek do herbaty, który znalazłam na jednym ze spacerów po lesie. Latem sieję w nim bazylię, zimą służy za podstawę do stroika świerkowego. Między gałązki wetknięty aniołek na długim patyku. Tylko bez patyka, bo Milcia złamała. Ozdoby świąteczne zniesione, filcowe zwierzątka nieco przykurzone, plastry z pomarańcza świeżo wysuszone. Kilka filczaków trzeba doszyć, bo nie wiadomo, gdzie poszły. Choinka jeszcze nie wyszorowana, najgorszą robotę lubię zostawiać na koniec, po co mam sobie zawczasu humor psuć? 

Jutro dzień pieczenia i sałatkowania. Wieczorem mam zamiar ugotować kompot z suszu i nareszcie zapachnie świętami na całego. Uwielbiam ten czas i czekam na niego z wręcz dziecięcą radością. 

A Wy?

czwartek, 11 grudnia 2014

Jak zarobić dwie dychy, czyli o organiście podrywaczu :)

Nie wiem, jak jest u Was, ale u nas opłatki przed świętami roznosili przedstawiciele rady parafialnej. Miły starszy pan w ubiegłym roku zostawił mi opłatki, zainkasował piątkę, bo tyle miałam drobnych i tubalnym głosem życzył wesołych świąt. Spodziewałam się, że w tym roku będzie podobnie, a tu niespodzianka! Pies się rozszczekał, a w drzwiach ukazał się organista. W pierwszej chwili nie wiedziałam, kto to. Organista siedzi na chórze przy organach i nawet głowy mu nie widać, pierwszy raz go więc widziałam.  Ale przedstawił się, powiedział, że przyniósł opłatki, więc grzecznie poprosiłam, żeby poczekał, aż uwiążę dziecko i uspokoję psa, tfu! na odwrót. Zamknę psa w pokoju i wytrę dziecku buzię. Poczekał grzecznie, zrobiłam co zrobić miałam, pan wszedł, wydobył opłatki, złożył życzenia i... zaczął się we mnie tak intensywnie wpatrywać, że zrobiło mi się głupio. 

Najpierw pomyślałam, że mam brudną twarz... No, bo dziecku buzię wytarłam, o sobie nie pomyślałam. Nie myślcie, że siedzę w domu, jak ten kocmołuch, ale rano paliło się w piecu, wynosiło popiół, przy takich pracach nie trudno zafundować sobie dodatkowe kreski w makijażu. Pan wpatrywał się intensywnie, ja nie miałam, jak zerknąć, czy wpatruje się, bo jestem brudna, czy po prostu podziwia moją wysublimowaną urodę. Milcia rżała jak konik po kuchni, Uszaty warczał zza drzwi, a ja uświadomiłam sobie, że za opłatki trzeba dać co łaska... (swoją drogą pan z Rady parafialnej miał zeszyt i notował wpłaty, a pan organista nie. Ale przypomniałam sobie, że od czerwca jest nowy proboszcz, więc i rządy inne).

Rozpoczęłam poszukiwanie portfela i drobnych w portfelu. Jak na złość był cały papierek 20 zł, czyli nie tak drobno. Pan wpatrywał się już tak intensywnie, że poczułam niepokój... że on mnie chyba podrywa! Bo się tak w tym wpatrywaniu uśmiechał, że aż mi było głupio. Wcisnęłam mu czym prędzej te 20 zł, ze słowami, że bardzo dziękuję, i że wesołych świąt i w ogóle. Pan mnie złapał za rękę i najwyraźniej chciał po dłoniach całować, ale wzięłam i solidnie po męsku dłoń mu uścisnęłam, poprosiłam dziecko, by powiedziało "do widzenia" i pana za drzwi wypchnęłam. Kiedy był już na drodze przypomniało mi się, że to ten organista co za godzinę - a w gruncie rzeczy 30 minut!-  grania na naszym ślubie zażyczył sobie 200 zł. 

Przeanalizowałyśmy z Martą zachowanie pana organisty i doszłyśmy do wniosku, że jego zachowanie jest zamierzone. Bo albo się babki cieszą, że je podrywa i ładują grubsze pieniądze, albo chcą się go jak najszybciej pozbyć i nie czekają na resztę. Ja reprezentuję drugą grupę, żeby nie było:)

wtorek, 25 listopada 2014

Królowa Sofii

Na chwilę obecną mamy dwa koty, dokarmiamy dwa razy tyle. Każdej zimy przeklinam na nie, ale jak nie dać temu jeść, kiedy siedzi i patrzy żałośnie? Nasze kotki Zośka i Ryśka zamieszkują korytarzyk koło łazienki. Zośka nie odwiedza domu, przestała zaraz jakoś po śmierci mamci. Ryśka jest bardziej bezczelna i jak się ją wyprasza oknem to przychodzi drzwiami. Jak się ją wyprosi drzwiami, zjawia się na parapecie i tak długo froteruje przednimi łapkami szyby, aż się człowiek ulituje (albo dosadnie szału z powodu zabrudzonych szyb) i wpuści. Czasem froteruje tak godzinę i zastanawiam się, czy nie założyć jej flanelowych rękawiczek. Miałabym najczystsze okna na wsi :)

Koty "nie nasze" przez lato mieszkają gdzie popadnie, a gdy przychodzi zima - przeprowadzają się do piwnicy lub na strych. Przez wakacje dokarmia je sąsiadka, która przyjeżdża z miasta i wtedy nawet nie patrzą w stronę naszego podwórka. Ale co się dziwić, skoro sąsiadka kupuje puszki i chrupki projektowane specjalnie pod koci ząb? U nas w misce dla kotów spotkać można chrupki psie lub chleb rozmoczony w mleku. Ale kiedy przychodzi jesień i sąsiadka wyjeżdża, nasza miska też smakuje. Aha, uprzedzam, nie wieszać mi tu kotów na sąsiadce za to, że kotów nie bierze ze sobą. To są dzikie koty, podejść się nie dadzą, zanim je człowiek nakarmi to "opierdzielają" go równo. Gdyby się dały podejść to bym wysterylizowała, a tak to z jednego kota zrobiły się trzy. 

Koty nasze to zupełnie inna historia. Ryśka na kolana człowiekowi się pcha nawet, jak siedzi na WC. Swoją drogą to musi być śmieszny widok, taka Ryśka o posturze tygrysa rozłożona na kolanach sikającego człowieka. Zośka, czyli nasza Królowa Sofii, chodzi ze mną do sklepu. Mówię cholerze, żeby nie szła, ale nie słucha. Jak idę do sklepu to chyba z trzy razy przez ulicę przechodzę, niby blisko, ale ruch! Ale Zośka jak ta królowa wyniosłym krokiem na małych łapkach idzie za mną. Czasem czeka pod bramą sąsiadki, czasem idzie dalej. I tak Zośka lepsza niż ta koza co poszła do sklepu za moim wujkiem... Tylko żeby jej się nic nie stało. Znaczy Zośce, bo koza już zjedzona...

Swoją drogą z naszymi kotami dziwna historia jest... Niby się wszystkim nadaje jakieś śmieszne imiona w rodzaju Bąbli, Kici i Diabłów, a jak przyjdzie co do czego to potem się okazuje, że one noszą ludzkie imiona. Mamy więc Zośkę, mamy Ryśkę, mieliśmy Stefcię, a ta w piwnicy dzika to ma na imię Agatka :) 

Moja ciotka - nomen omen Zośka - obraziła się kiedyś na mnie. 
- Jak ten kot ma na imię?
- Zośka.
- Co, moim imieniem kota nazwałaś? A ten drugi?
- Hm.... Rysiek... 

Bo Ryśka przez krótki czas była Ryśkiem. Zupełnie jak mąż ciotki Zośki :P

Ale niech się ciocia nie czepia. 
Zapomniała, że mieli psa Kubę?
I że kozę Baśką nazwała? 
(jak własną synową? )


poniedziałek, 24 listopada 2014

Drzwi do dorosłości

Dziwnie tutaj wrócić i znowu pisać, ale mam nadzieję, że szybko załapię bakcyla i na powrót się przestawię. Nie będę obiecywać (sobie i wam) że wróciłam na otwarty blog na długo, bo nie wiem, jak to będzie, za parę chwil może znów czasu braknąć, może odechcieć się pisania, może zrodzić się obawa, że ktoś ze znajomych trafi. Kochałam tę anonimowość, którą dawały nam stare blogi i to wcale nie dlatego, że mogłam sobie bezkarnie ponarzekać na teściową i wspomnieć o problemach, które zauważam na około :P

No, ale przejdźmy do tematu notki :)

Ostatnie imprezowe klimaty sprawiły, że wróciłam wspomnieniami do chwili, kiedy wkraczałam w dorosłość. Od tamtego momentu minęło już kilkanaście lat, kawał czasu. Zabawne, bo młody człowiek z takim utęsknieniem czeka na to, gdy przekroczy ten magiczny próg i stanie się dorosły. Tak jakby jedna noc mogła przestawić trybiki w głowie i sprawić, że zacznie się poważniej postrzegać otaczający świat i jego problemy. A kilkanaście lat później nostalgiczną myślą wraca do czasu, kiedy był dzieckiem i mógł do świata podchodzić beztrosko. Dziś wiele bym dała, by cofnąć się choć na jeden dzień i poczuć tą lekkość. 

Ale o imprezie być miało. Osiemnastka. Wielu młodych ludzi chce ją świętować wyjątkowo, w gronie przyjaciół i rodziny. W moim przypadku impreza w domu nie wchodziła w grę. Domek mały, właściwie jeden pokój i kuchnia, przecież nie wyrzucę rodziny, by bawić się na imprezie. Mamcia zaproponowała, że dołoży mi się do wynajęcia stolika w dyskotece, takiej niby loży. W tym czasie w dyskotece w naszej okolicy można było wynająć taką lożę, przynieść swój alkohol, a nawet tort. Pewnie, że nie była to jakaś mega alternatywa, ale dla mnie wystarczająca. Koleżanki robiły imprezy w domach, wynajmowały lokale gastronomiczne, nas na to nie było stać i powiem Wam, że nigdy nie żałowałam, nigdy mi tego nie brakowało. 

Ledwie zamówiłam stolik, przystąpiłam do przygotowań. Wielkich przygotowań nie było, bo do takiej dyskoteki jedzenia się nie weźmie. Ale za punkt honoru postawiłam sobie, że zrobię sama torty. Nauczycielka technologii pozwoliła mi upiec biszkoptowe blaty na zajęciach (tak naprawdę robiła to moja przyjaciółka Doria, bo dla mnie znaleźli inną robotę), a kiedy przyjechałam do domu w piątkowe popołudnie zajęłam się dekorowaniem. Mamcia pracowała na popołudnie, ale czekałam, jak wróci do domu, by się jej pochwalić, jak mi torty wyszły. Do sprawy podeszłam ambitnie, żadnych mas ze sklepu, tylko najprawdziwsza masa czekoladowa z masła, ucierana na kąpieli wodnej. Nie pamiętam, jak te torty wyszły, ale pamiętam, że byłam z siebie naprawdę dumna. 

Kiedy mamcia weszła do domu, okazało się, że przyszła z prezentem. Oniemiałam, kiedy weszła do kuchni. W ręku trzymała bukiet z osiemnastu czerwonych róż. Nigdy wcześniej, ani nigdy później nie dostałam takiego bukietu. Poza tym kupiła mi najpiękniejszy złoty łańcuszek pod słońcem. Kosztował pięćset złotych, jeszcze nie zdążyła zdjąć ceny. To była wtedy minimalna pensja, domyślam się, że odkładała kilka miesięcy lub wzięła pożyczkę, Ten łańcuszek zakładam tylko na wyjątkowe okazje, na swój ślub, na wesela, na chrzciny Mili. Noszę go z wisiorkami od chrzestnej i za każdym razem, gdy zakładam, boję się, że zgubię. I za każdym razem, kiedy zakładam - mam pod powiekami łzy, bo wiem, ile ją kosztował. 

W sobotę po południu mój przyjaciel Krzysiek przyjechał do mnie samochodem i pomógł mi zawieźć tort i alkohol do dyskoteki. Bawiłam się z moimi ówczesnymi przyjaciółmi, stanowiliśmy zgraną paczkę. Kilka tygodni później wyjechałam nad morze i już nigdy się nie spotkaliśmy. Nasze drogi rozeszły się naturalnie, jakbyśmy nigdy się nie znali, ale wtedy byliśmy nierozłączni. Dziwnym zbiegiem okoliczności było to, że na tej samej dyskotece był mój przyszły mąż z kuzynkami. Kuzynki nawet załapały się na kawałek tortu. My jednak mieliśmy się poznać dopiero za trzy miesiące, choć los pchał nas do siebie na siłę. Impreza. Było podrzucanie, było bicie paskiem po pupie. Osiemnastka na dyskotece... dziś mnie to trochę śmieszy, lepiej było ognisko zrobić. Ale to był czas, gdy spędzaliśmy w tej dyskotece każdy weekend i nie wyobrażaliśmy sobie, że może nas nie być. Przecież bez nas by chyba nie otworzyli lokalu :P

Do domu wróciłam o szóstej rano, trzeźwa, za to z górą prezentów. Poszłam spać, ale mamcia była bezlitosna. Wstawać i do kościoła, bo to niedziela. Ile bym dziś dała, żeby tego zrzędzenia posłuchać. Po południu spotkała mnie niespodzianka. Przyjechały ciotki i moja chrzestna. Miałam w planach zaprosić je na kolejny weekend, ale one zawsze o mnie pamiętały. To była ostatnia taka impreza w naszym domu. Później spotykaliśmy się na stypach. Po śmierci wujka i mamci. 

Kilka tygodni po osiemnastych urodzinach wyjechałam nad morze, gdzie nasza szkoła miała podpisany kontrakt praktyk zawodowych. Nie czułam się bardzo dorosła, choć mogłam już kupić i pić alkohol. Nawet nie zdążyłam wyrobić dowodu osobistego. Tęskniłam do domu, pisałam listy do mamci, a ona do mnie. Nie wiem, czy je zachowałam. kiedy wróciłam po trzech miesiącach, złożyłam podanie o nowy dowód. Poznałam mojego przyszłego męża i trochę zmieniłam swoje życie. Przyszła klasa maturalna. Zmądrzałam. Więcej się uczyłam, miałam lepsze oceny. Było inaczej.

A jak Wy wspominacie swoje wejście w dorosłość? 





piątek, 25 kwietnia 2014

Zima jeszcze wróci

Wiem, że zaniedbuję tego bloga, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Inaczej nie będzie. Czasu mam mało, książek dużo :) Więc sami wiecie, jak jest. Ale dziś przychodzę do was z informacją na wagę złota: zima wróci jeszcze tej wiosny i wiem to ze sprawdzonego źródła, czyli od... mojej córki.

Misia od kilku dni mierzy się z dziwaczną traumą, mianowicie śpi w skarpetkach i wpada w ogromną histerię, gdy skarpetki są ściągane. Nawet jeśli ściągane są tylko do mycia i wymiany na świeże. Nie wiem, w czym rzecz, ale potrafi się przebudzić z najgłębszego snu, jeśli któreś z nas pozbawi ją skarpetki lub jeśli nie daj panie Boże skarpetka zahaczy się pod kołdra i sama spadnie... Jest wrzask na cały dom i już wiemy, nauczeni doświadczeniem, że nie chce się ani pić, ani jeść, ani nie śni się koszmar, tylko po prostu trzeba szukać pod kołdrą zsuniętej skarpetki i pospiesznie naciągnąć ją na wściekle kopiącą stopę...

Przeanalizowaliśmy problem dokładnie i doszliśmy do wniosku, że albo Mimi chce powstrzymać wzrost stopy (jak gejsze) poprzez zakładanie skarpet, albo chce wyhodować pieczarę potolubną między palcami, albo po prostu spodziewa się powrotu zimy i mrozu minus dziesięć... Tym samym ostrzegam lojalnie, wstrzymajcie się z wysiewem ogórków i fasolki szparagowej, bo i tak przemarznie. Ja przynajmniej czekam z zasadzeniem do ziemi  krzewów i trzymam je w doniczkach :)

ps. A tymczasem na podwórku pojawiła się nowa atrakcja. Pominąwszy skalniak oczywiście. Zdolna matka polka nie mogąc doczekać się, aż dziecko wejdzie w posiadanie piaskownicy ( i zejdzie jej z pleców, kiedy zajmuje się wyrywaniem trawy i kwiatków . ) wyczarowała ją z plastykowej skrzynki, worka na śmieci i dwóch doniczek piasku. Misi nowa atrakcja smakuje, a jakże. Matka robi babki, Misi je zjada - równowaga zachowana. Ale to się wytnie...

piątek, 31 stycznia 2014

Jesteś dla mnie wszystkim!

Zdarzają się dni, kiedy Kocurzasty wraca z pracy tak zmięty i zmęczony, że aż mi się serce ściska, gdy na niego patrzę. Robota lekka nie jest, to prawda, ale najgorsze jest nie zmęczenie fizyczne, ale stres. Kiedy zaczynają się zawirowania z pieniędzmi, albo jędza dyrektorka lata z wywieszonym jęzorem i rozsiewa wokół jad - wtedy widzę, że Kocurzasty ma dość. I najbardziej się o niego martwię. W pracy wymagają wiele, czasami absurdalnie wiele. Pewnie pomyślicie: a gdzie nie wymagają? To prawda, wymagają wszędzie. Ale "tam" wymagają rzeczy niemożliwych. Absurdalnych.

Bo jak inaczej określić żądanie, by usługa była na dziś, skoro w magazynie nie ma niezbędnego towaru? Czy pani dyrektor wie, że nie ma? Pewnie wie. I pewnie wrzaskiem chce wyładować frustrację za to, że towaru nie ma i kontrahent wyleje na nią wiadro pomyj. Ja pani dyrektor współczuję, nic przyjemnego, ale czy to jest wina pracownika, że w magazynie brak towaru? Może ma kupić za swoje?

Kocurzasty jest z tych ambitnych i nie można mu powiedzieć "Olej". Denerwuje się. Ostatnio znów zaczął wędrówkę po ofertach pracy. Jednak to nie takie proste. Dojazdy. I żeby praca była stała, a nie tylko na chwilę "gdy się ruszy". I z ubezpieczeniem. Bo niestety zatrudnianie "na czarno" w tej branży to norma. Widzę, jak się miota i dręczy. Jak z niedowierzaniem porównuje godziny przepracowane w miesiącu z kwitkiem wypłaty. Wypłaty wiecznie spóźnionej. I jest mi go tak okropnie żal. I tak bardzo się boję. Bo przecież on i Misia - są dla mnie wszystkim. I Uszate Psisko też. Rodzina. Rodzina jest dla mnie wszystkim.

Kilka dni temu spotkałam na ulicy sąsiadkę. W jej rodzinie na zawał zmarł 36 letni chłopak. Wciąż mówię o facetach trzydzieści plus - chłopak. Na zawał. Za granicą. W pracy. Trójka dzieci. Rozpoczęta budowa domu. Zdrowy! Zaharował się na śmierć. Przez te kilka dni myślałam o tej biednej kobiecie, sama z trójką małych dzieci... Koszmar! Od tej pory boję się jeszcze bardziej. Gdybym mogła - dałabym mu z siebie pół serca. By miał więcej i był silniejszy, odporniejszy. Gdyby się dało. Też tak macie, też się boicie?


wtorek, 7 stycznia 2014

Fanaticos...

Pamiętam piękne czasy, gdy słowo fanatyk kojarzyło mi się tylko i wyłącznie ze stadionowymi trybunami. Z kolorowymi świecami dymnymi, racami, głośnym śpiewem. Owszem, race były nielegalne, ale nikomu nie robiły szkody. Że czasem przypiekliśmy sobie troszkę palce? Podmuchało się i do domu. Słowo fanatyk było dla mnie synonimem czegoś ciekawego, podnoszącego adrenalinę, wspaniałego, jedna wielka przygoda. Po prostu magia.

Z czasem zauważyłam, że mianem fanatyków określa się wiele postaci. Są fanatycy religijni, którzy wszędzie widzą Jezusa i w zdjęciu na Facebooku mają jego krwawiące rany. Są fanatyczne feministki, które krzyczą, że zrobią sobie aborcję łyżeczką (powodzenia). Są fanatycy kosmosu, kiedyś jeden usiłował mi wmówić, że za słabą gospodarkę naszego kraju odpowiada UFO, są w końcu fanatycy polityczni, oczywiście ci dzielą się na różne podobozy, jednych wciąż prześladuje widok brzozy, inni za każde niepowodzenie (obecne) obwiniają prezydenta (byłego). Są też fanatycy internetowi, którzy pod każdym artykułem muszą wylać swój jad. Odkąd nie ma blogów typowo onetowskich muszą sobie jakoś radzić. Dziś z kolei zetknęłam się z fanatykami od zwierząt.

Każdy kto mnie zna, wie, że kocham zwierzaki i że nie dam im robić krzywdy. Dowodem na to chyba są moje własne, które wchodzą mi na głowę. Kiedy mogę pomagam, wysyłając schroniskom parę groszy. Chętnie udostępniam na facebooku posty, gdy pies czy kot zaginął, lub szuka się mu domu. Prosta sprawa. Dziś także weszłam w jeden z takich postów i aż mnie zmroziło. Młode małżeństwo wywaliło psa, bo będą mieć dziecko. Według mnie skrajnie nieodpowiedzialne, ludzie do dupy i w ogóle... Chętnie bym im parę słów powiedziała. Jednak to, co przeczytałam pod postem woła o pomstę do nieba. Ludzie nie skupili się wcale na dorosłych, nie wygarnęli im od dupków i nawet trochę gorzej. Posunęli się o wiele dalej, komentarze w rodzaju "Wywalić tego bachora w powietrze" i inne tego typu. Zmroziło mnie. Potem mnie rozsierdziło i rozwścieczyło!

No żesz kurwa mać, przepraszam, nie umiem inaczej! Jak można wyskoczyć z takim tekstem do dziecka, nienarodzonego ale jednak dziecka. Napisała to kobieta i jest mi autentycznie za nią wstyd. Rozumiem gniew, ale ta pani najwyraźniej ma jakieś zaburzenia osobowości. Szacunek należy się każdej istocie na tej ziemi, czy to jest dziecko, pies, staruszka czy jaszczurka na drodze do Morskiego Oka. Ciężko mi jest w takiej sytuacji uwierzyć, że ktoś, kto wyskakuje z takimi słowami, naprawdę jest dobrym człowiekiem i dba o potrzeby zwierząt. Raczej szuka okazji do zaczepki i wyładowania swoich frustracji. A jeśli nawet ta pani (jedna z kilku zresztą, ale ja skupiam się na jednej) chce pomóc zwierzakowi, to nawet nie wie, że takim zachowaniem mu szkodzi. Bo post z takimi wulgaryzmami wstyd jest zamieścić na swojej tablicy i niejeden człowiek wyjdzie zniesmaczony nie zaszczycając niczemu winnego zwierzaka jednym spojrzeniem...

Wydaje mi się, że przesada jest naszym wrogiem na każdym kroku. I nie chodzi mi tu tylko o tę jedną sytuację. Skrajności są niebezpieczne. Wychodzi na to, że fanatyzm jest groźny. Dla umysłu przede wszystkim, ale chyba nie tylko. Ja po dzisiejszym zdarzeniu mogę przytoczyć jedno powiedzonko.
Pochodzi gdzieś z zagranicy, nie wiem skąd dokładnie, ale brzmi mniej więcej Boże chroń fanatyków. 
Ja mam ochotę dodać: Tylko dobrze się zastanów których!