wtorek, 31 grudnia 2013

Podsumować, czy nie podsumować? 
Postanawiać, czy nie postanawiać? 

Ostatni dzień starego roku jest dobrym dniem, by wykonać jakiś krok naprzód. Bądź co bądź to co przed nami jest czystą niezapisaną kartką i tylko od nas zależy, co z tym zrobimy. Choć wiadomo, że nie końca. Bo co? Postanowię sobie, że od przyszłego roku pójdę do szkoły, a z Milą co zrobię? Albo, że co dwa tygodnie będę jeździć w Tatry - a kto zostanie z psem? Czyli to nie jest tak, że ta kartka zależy tylko od nas, bo nie zawsze :) 

Smęcę, wiem. 

To przez Milę, bo się jej zebrało na pobudkę i pogaduszki o czwartej rano i jestem troszkę niedospana :)

Jaki był ten rok? 
Ano różny, ale w większości chyba dobry. 

Jeśli chodzi o to, co złe... straciłam dwóch świetnych przyjaciół, chodzi oczywiście o pieski. M. był ze mną tyle lat, że poczułam, jakby mi odpadł kawałek serca. Przez długi czas byłam na niego obrażona, bo gdzie taki stary dziad się szwendał, taki doświadczony pies, zaprawiony w bojach i dał się tak głupio zabić? Ostatnio obraza mi minęła i znów wspominam go z uśmiechem :)

Poza tym rok nie obfitował w jakieś większe wydarzenia. Właściwie nasze całe życie skupiło się na dziecku. Mila wciąż rośnie, odpukać jest zdrowa, rozwija się, nabiera nowych umiejętności. Niestety, gadać nie lubi i chyba tylko to nie bardzo mi się podoba, bo chciałabym poplotkować z córeczką, a tu lipa :)

Bardzo dobrze ten rok zaprezentował się także pod względem czytania i pisania, szczególnie jego druga połowa. Przeczytałam wiele fantastycznych książek, napisałam kilka swoich opowiadań. Jestem zadowolona :)

Nieco gorzej sprawa przedstawia się z blogiem, gdyż nadal nie jestem zdeklarowana w kwestii mojej orientacji blogowej. Niby mi się dobrze pisze na zamkniętym, ale jednak wolę na otwartym, wiadomo, że muszę zatajać niektóre szczególiki jak choćby kolor moich odrostów czy numer psiej łapy... Niemniej radość z prowadzenia bloga jest ogromna, co chyba widać po ilości notek tu i tam i jeszcze tam :)

Jeszcze gorzej jest w kwestii mego charakteru, który przez ten rok zrobił się po prostu okropny. Jestem nerwowa, płaczliwa, humorzasta, kłócę się z mężem z powodem czy bez. Nieraz warknę na dziecko, szczególnie, gdy mnie targa za włosy. Kocham ją bez pamięci, ale w kategorii "cierpliwość" z pewnością nie zostałabym matką roku :)

Gdy się głębiej zastanowię, wychodzi na to, że najlepszą rzeczą jaką nas w tym roku spotkała - poza zdrowiem naszego dziecka, bo to bezkonkurencyjne - jest pojawienie się Uszatego. Tak od kilku dni mówię na naszego psa, który gdy biega za piłką macha uszami jak słonik z bajki Disneya :))

W kwestii postanowień noworocznych, hm hm hm :) Nie wiem, czy jest sens jakieś czynić. Pewnie mogłabym sobie obiecać, że schudnę, będę pić mniej kawy, stanę się bardziej cierpliwa, spokojna i wyważona i zacznę zachowywać się jak kobieta po trzydziestce... Ale to chyba nie ma sensu, bo i tak nie dotrzymam, i tak będę robić po swojemu. Jedno sobie tylko obiecałam i powtarzam bez końca, może się uda, może spełnię to jedno postanowienie: napiszę w końcu własną książkę i wyślę gdzieś w świat :)
Ile można czytać cudze, co nie? 

A na Nowy Rok nasze domowe stado życzy Wam pomyślności i uśmiechu. Spełnienia marzeń, pragnień i snów erotycznych :) Dużo zdrowia i pieniędzy. Bo jak wiadomo, by w naszym pięknym kraju mieć jedno, potrzeba drugiego :)


poniedziałek, 30 grudnia 2013

Moje dziecko :)

Dziecko moje ma dobre serduszko.

Kiedy tylko widzi, że miska psa jest pusta, biegnie do szafki, gdzie trzymamy psie chrupki, taszczy opakowanie i sypie mu z kopką. Jeśli opakowanie jest za ciężkie, ogranicza się do wyciągania po jednej chrupce z paczki i wrzucania jej do miski. Potrafi tak kursować z pół godziny, a że dobrze się przy tym bawi, to jej nie bronimy. Pies też szczęśliwy, tak macha z radości ogonem, że nieraz powala dziecko na podłogę... Wyłudzacz się zrobił okropny, bo co ona nasypie to on zjada. Ona widzi, że miska pusta, więc leci po chrupki... On wyjada i tak w kółko. Niedługo pies się nam zrobi okrągły jak piłka, dziecko zaś chude jak przecinek od tego biegania tam i z powrotem. No i pewnie zbankrutujemy :)

Poza tym na nasze dziecko zaczęły oddziaływać reklamy. Pominę już pisk euforii przy "mój mały kucyk, mój mały kucyk" i lodziarni, która funduje niejadalne lody...

Ale wczoraj pojawiła się reklama karmy dla... kogo? Tak, dla psa, macie rację. A dokładniej mówiąc saszetek z karmą dla psa. Obejrzawszy krótki filmik, w którym sympatyczny jamnik wywijał sympatycznym cienkim ogonkiem, a następnie pałaszował z entuzjazmem zawartość małej miseczki, córcia głęboko się zamyśliła. Ponieważ była to pora, gdy małe dziewczynki powinny już spać - ale nie śpią - zgramoliła się z łóżka i na oczach zdumionych rodziców poczłapała do kuchni. Oczywiście do szafki, gdzie trzymamy psią karmę. Po czym posłała matce druzgocące spojrzenie, bo saszetki nie znalazła.

Coś mi się wydaje, że wkrótce pies będzie lepiej karmiony...

Tak jak mówię, nasze dziecko ma dobre serduszko. Przekonałam się o tym, gdy lepiła dla mnie kulki z chleba i podsuwała mi do jedzenia. Ale teraz zyskałam stuprocentową pewność. Muszę przyznać, że rozczula mnie to bardzo, jak dba o psa, kicię i moją sylwetkę. Bo mnie ciastka nie da za cholerę :)


sobota, 28 grudnia 2013

Kochać życie?

To, co teraz napiszę jest straszne.

Kolejna młoda osoba w naszej bliskiej okolicy odebrała sobie życie. Co prawda nie znałam człowieka, ale nie mogę przestać o tym myśleć. Zastanawiam się, co tak mu dokuczyło, że odebrał sobie to, co człowiek ma najcenniejszego? Odszedł, zostawiając rodzinę. Pogrążoną w rozpaczy, bólu, zadającą sobie pytanie: dlaczego, być może obwiniającą się, że nie zauważyli symptomów, że coś jest nie tak... Osoba, która się zabija, pozbywa się swoich kłopotów, ale tak naprawdę te zgryzoty przechodzą na tych, którzy pozostali...

Pamiętam, jak odbierałam moje wyniki wycinka. Jak się modliłam do Boga, by pozwolił mi żyć i wychować córkę. Tego samego dnia babcia Śrubki przekazała mi wiadomość, że powiesił się syn sąsiadki, kolega z podstawówki, chłopak którego pamiętam z szyją opuchniętą od świnki, z którego psem spacerowaliśmy nad rzeką, rzucając mu patyki. Osierocił córkę, pozostawił matkę, żonę. Kiedy dowiedziałam się, co zrobił, poczułam wściekłość. Ja jechałam po "wyrok", bałam się tego, co usłyszę, płakałam na myśl, że może jestem chora i w którymś momencie zabraknie mnie przy Misi. A on odrzucił życie, bliskich, Boga, wszystko!

Wiecie, że ta wściekłość jeszcze mi nie minęła? Chodzę czasami na jego grób, ale choć nieraz płaczę, jest w tych łzach wiele złości. Jego córkę często spotykam na ulicy. Chodzi z takim fajnym kundlem o kręconym futrze. Ładna dziewczyna z niej będzie. Szkoda, że on tego nie zobaczy...

Cierpią ci, którzy zostają. W przypadku samobójców jest jeszcze jeden problem. Zostają nie tylko bliscy, ale i poczucie winy. Skąd się bierze chęć zabicia siebie? Tłumione problemy, poczucie wstydu, strach przed proszeniem o pomoc?

Nie wiem. Wiem, że okropnie kocham życie. Mam na nie apetyt jak nigdy. Plany i marzenia. Misia, którą trzeba nauczyć żyć. Równocześnie przeraża mnie to wszystko. Jak dostrzec, że ktoś bezgłośnie woła o pomoc i myśli o śmierci?


sobota, 21 grudnia 2013

Hej kolęda!

Jak widzicie, pozostaję w świątecznym klimacie :) Dziś troszkę o choince :)

Święta w naszym domu zawsze były obchodzone bardzo tradycyjnie. Od rana zachowywaliśmy post. To znaczy kiedy byłam małą dziewczynką, mnie to nie dotyczyło. Jednak nie byłam wielkim smakoszem, post mi odpowiadał i chętnie rezygnowałam z jedzenia w południe. Przecież było tyle interesujących rzeczy do zrobienia, to po co myśleć o jedzeniu i tracić na nie czas?

Choinkę ubierało się u nas w Wigilię. No, chyba że wigilia wypadała w poniedziałek, to mamcia pozwalała ubrać drzewko w niedzielę, bo było dużo czasu. Ale zapalić lampek nie pozwalała wcześniej, niż około szesnastej w Wigilię, można było tylko sprawdzić, czy światełka działają i czy są równo ułożone na choince. Oczywiście ubieranie choinki przypadało w udziale najmłodszej w rodzinie, czyli mnie. Kiedy byłam mała, najczęściej mieliśmy żywe drzewko, potem zastąpiła je sztuczna choinka, którą trzeba było porządnie wyszorować w miednicy z ludwikiem. To także należało do mnie, czym już nie byłam tak zachwycona. No i nasza choinka pachniała miętą, nie lasem :)

Kiedy choinka lśniła już czystością, ktoś dorosły zakładał światełka, a ja już przebierałam nogami ze zniecierpliwienia. Czasami mamcia się zagalopowała i zaczęła wieszać bańki na gałązkach. U nas w domu były bańki, nie bombki :) Czasami mnie poprawiała i coś przewieszała po swojemu. W jednej i drugiej sytuacji okazywałam swoje niezadowolenie. To była moja choinka i koniec!

Poza kolorowymi bańkami mieliśmy także szklane sopelki, srebrne i złote łańcuchy, plecione bańki ze srebrnego drucika, zawieszki w kształcie gwiazdy betlejemskiej, szklane mikołaje i dwa łabędzie. Te łabędzie były moimi ulubionymi, białego lubiłam bardziej niż czerwonego i zawsze musiałam powiesić go z przodu. Na choince wisiały też cukierki, a czasami cukrowe laski w błyszczących papierkach, których nie lubiłam, bo aż cierpły od nich zęby, takie były słodkie... No, a na gałązkach, oparte o pień, stały sobie tabliczki czekolady. Zawsze na choince musiała stać chociaż jedna czekolada. Mamcia tego też pilnowała i na ogół po mikołajkach mówiła: Nie zjedz wszystkiego, zostaw sobie czekoladę na choinkę. Cukierki podjadaliśmy już w Wigilię po wieczerzy i czasem wisiały same papierki :)

Był także okres, gdy z choinki obowiązkowo zwieszało się anielskie włosie. Pięknie się mieniło w blasku światełek, ale nie lubiłam go. Moja babcia miała włosy w takim samym srebrnym odcieniu i zawsze mi się wydawało, że je zgubiła, gdy wstawała z łóżka.

Tak, jak pisałam wyżej, mamcia bardzo pilnowała, żeby światełka na choince zapalić, gdy zapadnie zmierzch w dzień Wigilii. W pokoju panował wtedy półmrok, wszyscy kręcili się po kuchni, podjadając ukradkiem coś z garnków, choć mama odganiała. Kiedy więc zapaliło się choinkę, dom nabierał niezwykłego charakteru, cudownego klimatu, od razu czuło się, że to nie jest normalny dzień. I rzeczywiście, zaraz nakrywano do stołu, rozkładano talerze, nie zapominając o nakryciu dla niespodziewanego gościa, krojono chałkę, a na białym talerzyku kładziono opłatek. Jeszcze parę chwil i wszyscy zbierali się przy stole, odświętnie ubrani, nieco skrępowani i ze wzruszeniem łamiącym gardła. Zaczynała się Wigilia i było naprawdę pięknie...

A choinka towarzyszyła nam aż do Matki Boskiej Gromnicznej. Tego pilnowałam ja :) Uwielbiam drzewko Bożonarodzeniowe i zawsze chcę się nim cieszyć jak najdłużej...


piątek, 20 grudnia 2013

Filiżanki na wystawie

Kiedy byłam małą dziewczynką, lubiłam się przyglądać meblościankom w domach moich koleżanek i rodziny. A dokładniej mówiąc: ich oszklonej części, gdzie ślicznie wyeksponowane stały kryształy, szkliwo i na ogół serwis do kawy. A najpiękniejszy - złoty serwis - stał u babci Śrubki. Mogłam się w niego wpatrywać godzinami, wyobrażając sobie, jak nalewam kawę do malutkich filiżanek. Ogromnie mi się podobały takie serwisy i po cichu marzyłam, że i w naszym domu za szybką stanie podobny komplet. U nas w domu nie było meblościanki, była za to masywna komoda i wielka szafa. Teraz oddałabym wiele za te "antyki", ale wtedy uważałam, że są po prostu niemodne i po cichu marzyłam o nowoczesnej meblościance.

I pewnego dnia moje marzenie się spełniło. Mamcia doszła do wniosku, że meblościanka więcej mieści. Nie mieliśmy pieniędzy na nową z salonu meblowego... rany, co ja piszę. Wtedy chyba nie było salonów? W każdym razie znajoma wymieniała meble i chciała niedrogo sprzedać starą meblościankę. To było tuż przed Gwiazdką, ludzie lubią remontować i wymieniać meble przed świętami. Mamcia kupiła meblościankę, która może nie była bardzo nowoczesna, ale miała jedną niezaprzeczalną zaletę: posiadała oszkloną wnękę z wyjmowanymi, przesuwanymi szybami. Mogłam poukładać tam nasze "skarby" - eleganckie duże talerze, które wyglądały jak ręcznie malowane i wypolerowane na błysk szklanki. Tylko serwisu do kawy brakowało mi do szczęścia...

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że posiadanie oszklonej meblościanki to dodatkowe obowiązki. Przecież dwa razy do roku - co najmniej!- trzeba było wyjąć szyby, umyć wszystko w wodzie z octem, wypłukać, wysuszyć i poukładać na nowo! Początkowo zajmowała się tym mamcia, jednak z czasem stało się to moim obowiązkiem. O dziwo, lubiłam to robić, bo traktowałam to jako zabawę. Najgorsze było wkładanie szyb na miejsce. Strasznie się bałam, że upuszczę, a mamcia nie zawsze była w domu, żeby pomóc. Jakoś jednak szło, nigdy nic się nie stało :)

Kiedyś zapytałam mamci, dlaczego u nas w domu nie ma serwisu do kawy.
- Był - powiedziała - Ale się rozbił.

Rzeczywiście. W starym kredensie w kuchni stało kilka części które mogły pochodzić ze serwisu, i to niejednego. Duży brązowy dzbanek, malutki dzbanuszek i cukiernica. I dzbanek w kwiaty. I dwie malusie filiżaneczki, które były tak malutkie, że wydawały się jakby dla lalek.Takie domowe skarby, o których nikt już nie pamięta, bo są niekompletne. Pamiętam, że w dzbanku trzymało się ważne dokumenty, a w filiżance najdrobniejsze pieniądze. Lubiłam myśleć o tych naczyniach. Wyobrażać sobie, jak wyglądały kiedy były w komplecie. I gdzie stały, skoro nie było oszklonej witrynki? Czy były przekładane z miejsca w miejsce i dlatego się potłukły? A może filiżankę stłukła nieostrożna ciotka podczas imieninowej imprezy? A może babcia rzuciła nią o podłogę, gdy dziadek wrócił do domu pijany? To fascynujące, że przedmioty - jak ludzie - mają swoje historie!

Wiele lat później doczekałam się pełnego serwisu do kawy. Razem z meblościanką od ciotki przyjechał cały obiadowy komplet, ciężki, masywny. Wydaje mi się, że w niewielu domach trzyma się teraz za szybą serwisy, może nasi rodzice, dziadkowie, ale młodsze pokolenie nie widzi powodu by eksponować akurat serwis obiadowy. Kiedyś to był wyznacznik pewnego luksusu, teraz jest tyle innych pięknych przedmiotów, którymi można się pochwalić, prawda?

To wszystkie wspomnienia wirowały mi po głowie, gdy wczoraj szorowałam szkliwo. Nie mamy już meblościanki. Ponownie w naszym domu stoi szafa i komoda - historia kołem się toczy czy co? - a serwis od ciotki i niektóre przedmioty o których wspominałam wyżej min. brązowy dzbanek wylądowały za szybką w kuchni. W drugim pokoju mamy wąską oszkloną witrynę, gdzie stoją ... książki. I komplet sześciu pięknych filiżanek, które dostałam w prezencie ślubnym od teściowej. Ona z kolei dostała je na swoją osiemnastkę. Kiedyś przekażę je Mili, bo to kawałek historii i niech tak zostanie...

A czy Wy pamiętacie te dumne serwisy? Może w Waszym domu nadal stoją za szybą?
Filiżankowe rewelacje zaprocentowały w mojej głowie pomysłem na opowiadanie, muszę je tylko szybko zapisać, bo umknie.
Tylko kiedy zapisać???




czwartek, 19 grudnia 2013

Myślenie przy kawie

No, to teraz przyznawać się bez bicia. Ktoś zdziwiony?
Podejrzewaliście, że nie wytrzymam? No, to dobrze podejrzewaliście :)
Nic nie mówcie, po prostu czytajcie :)
Bo ja jestem i piszę. Znów.

A tymczasem z rana siedzę sobie z kubkiem kawy i myślę. Przede wszystkim o świętach, jak urządzić to wszystko, co kupić, co ugotować. Klimat świąteczny poczułam już ponad miesiąc temu, ale jeśli chodzi o organizację, jestem w rozsypce. Kupiłam tylko bombki z bambusa, paczkę grochu i suszone śliwki. Co lepsze, nie wiem, kiedy kupię resztę, bo sama się nie wybiorę, a mój kochany mąż pracuje do świąt...

Dziecko zrobiło mi się też nieznośne. Wiem, wiem, już pisałam kilkakrotnie, że jest nieznośna. Ale wychodzi na to, że osiągnęła kolejny poziom nieznośności. Mam tylko nadzieję, że to już ostatnie stadium, bo jak się jej jeszcze rozwinie, to ja chyba padnę i nie wstanę... Nic tylko by siedziała na kolanach, matka nie może wyjść z kuchni, do łazienki wbiegam w rozpędzie, często opuszczając spodnie już w progu. Sikanie trwa dokładnie pięć sekund, aż mi się mąż zainteresował ostatnio, co ja tak mało czasu spędzam w łazience.
No, po prostu wyćwiczona jestem, mój drogi! Na grubsze sprawy szans nie ma, pies nauczył się wiązać pęcherz na supeł i czekać jak milady zaśnie i będzie mógł wyjść do ogródka...

Nie wiem, czy to pod dręczenie zwierząt nie podchodzi, ale robię, co mogę. Sam wyjść nie może, bo odkąd capnął pijaka w nogę, jest na wsi persona non grata i zachodzi obawa, czy alkoholowa mafia nie zrobi zamachu na jego życie...

O przygotowaniach do świąt jeszcze napiszę, tak jak mówię jestem w rozsypce, wiem tylko, że teściowie spędzają wigilię w domu (hip hip hurra), więc u nas będzie cztero osobowo, kameralnie i fajnie. Poza tym będzie jak zawsze :)





środa, 18 grudnia 2013

Próbny post :)

Po dość długiej przerwie - wracam. Na jak długo? Nie wiem. Wiem, że będę pisać inaczej. Swobodniej. Lekko i przyjemnie. Albo ciężko i złośliwie, jeśli mój nastrój mnie do tego zmusi. A więc... witaj blogowy świecie :) Znów :)