Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 19 czerwca 2016
środa, 16 marca 2016
20/366 Kolędowanie inaczej
O tym, że moje dziecię ma talent do śpiewania, wiem nie od dziś. O tym, że kolędy lubi, żeby nie powiedzieć wielbi, też wiem... ale dziś dowiedziałam się także, że ma niesamowitą zdolność do komponowania utworów i dostosowywania ich do aktualnych warunków.
No bo same powiedzcie moje kochane, która z was zna kolędę "Malujże Jezuniu" i śpiewa ją do kredek?
środa, 20 stycznia 2016
12/366 Nie-cicha noc
Opatulona
kołdrą, z dzieckiem przy lewym łokciu, z kawą w zasięgu prawej
ręki i z laptopem na kolanach. Dlaczego wcześniej nie wpadłam na
to, że łóżkowo-leniwcowy tryb życia jest całkiem przyjemny? I
tym sposobem mogę właściwie czytać, pisać, robić szkice notek,
tworzyć recenzje, opowiadania, a nawet pracować? Gdybym jeszcze
miała wi-fi, to już w ogóle byłby hajlajf, a tak to trochę
prowizorka. Ale za to jaka przyjemna...
Przyjemna
za to z pewnością nie była noc, która dzięki Mili zamieniła się
w koszmar. Dziecko nie wiadomo dlaczego, obudziło się w środku
nocy. I tak sobie leżało. Dopóki nie stwierdziło, że właściwie
to nieco mu się nudzi samemu i pasowałoby już iść spać. Ale tak
iść spać w samotności? No, nie... lepiej obudzić matkę i ojca,
niech dotrzymają towarzystwa, przeklną troszkę pod nosem, a matka
na to wszystko niech jeszcze pośpiewa. Cichą noc najlepiej. A niech
się matka ośmieli przy dwudziestym razie pomylić zwrotkę drugą z
trzecią... zgroza. My wstaliśmy jak zombie, ja swoje odryczałam
tuląc wierzgającą i wrzeszczącą rozespaną córkę. W takich
chwilach wydaje mi się, że nigdy nie będzie dobrze...
Ona
pospała do 9,00, ja swoje odpisałam i już mi się nic nie chce.
Trzeci dzień z rzędu wykładam ciało i cieszę się psim ciężarem
na stopie i ciepłem dobiegającym z kaflowego pieca. Czytam kryminał
na czytniku. Rozmyślam nad opowiadaniem na konkurs i próbuję
odgonić czarne myśli. Ale ciężko idzie...
wtorek, 19 stycznia 2016
11/366 Amen
- Mila, masz niebywały talent do robienia bałaganu!
- Amen!
Pozdrawiamy znad klawiatury, czerwonego obtartego nosa i pudełka chusteczek. Dziecko wraca do formy, przynajmniej pod względem dokazywania. Co nie znaczy że mniej marudne. A ja marzę o tym, jak porzucę komputer i wyłożę ciało na łóżku z czytnikiem. Nawet kakałko sobie zrobię, bo kawa mi nie smakuje. Wczorajsze leżenie nie wyszło, bo przyszła ciocia. Dziś nie otwieram. Nawet teściowej i listonoszowi.
ps. Choroba jest próbą, próbą rodzicielskiej cierpliwości. I ja chyba nie za bardzo zdaję ten egzamin. Amen.
poniedziałek, 11 stycznia 2016
8/366 Pierwszy raz
Wbrew obiegowej opinii pierwszy raz może być całkiem sympatyczny, nawet jeśli wyciska z ocząt strumienie łez. Ja na ten przykład dzisiaj po raz pierwszy kupowałam w sklepie kilo mieszanki krakowskiej, i to nie że kupowałam sobie ot tak, żeby pochłonąć, ale kupowałam do przedszkola. Żeby moje dziecko pierwszy raz mogło poczęstować koleżanki, kolegów i panie - ciocie. Z okazji urodzin. Czwartych.
Tak już mam, że bardziej przeżywam pierwsze razy mojego dziecka niż własne. Kiedyś przestanę, bo taka kolej rzeczy, a o niektórych nawet nie zostanę powiadomiona, mam nadzieję. Póki co przeżywam okropnie. Pierwszy dzień w przedszkolu, pierwszy rysunek przywleczony do domu, pierwsza piosenka odśpiewana i nie z telewizora, pierwszy obiad zjedzony w całości, pierwsza wytarta samodzielnie pupa, pierwszy mikołaj, a teraz jeszcze cukierki.
Wracając do urodzin: dacie wiarę, że to już cztery lata?
Przecież dopiero co chwaliłam się tymi dwiema słabymi kreseczkami na teście. Dopiero co przywiozłam toto do domu, dopiero co pierwszy krok, pierwsze mama. A jutro skończy cztery lata. Sama zainteresowana zainteresowanie przejawia średnie. Mieszanki krakowskiej nie lubi, częstować cukierkami nie będzie, ale chociaż ze "Sto lat" się ucieszy :) Chyba...
Miłego dnia!
czwartek, 7 stycznia 2016
5/366. Żadnej współpracy!
Pierwszy raz od świąt Bożego Narodzenia udało mi się wstać razem z Kocurzastym tuż po piątej. Zdążyłam zrobić sobie kawę, łyknąć tabletkę i nawet włączyć laptop i plik ze zleceniami. Na więcej niestety nie miałam co liczyć. Dziecko urządziło sobie pobudkę o pół do szóstej i zażądało kakałko. Zero współpracy, zero synchronizacji z ludem pracy!
Próbowałam utulić, nie udało się. Gdzieś za kwadrans szósta stwierdziłam, że bez sensu usypiać, jak za pół godziny pasuje budzić do przedszkola. Zrobiłam kakałko. I myślałam, że zostawię naczynie w dłoniach dziecięcia mojego i pójdę sobie do pisania. W międzyczasie zrobię repetę, bo naczynie malutkie, a brzuszek swoje potrzeby ma. I dziecię po raz kolejny odmówiło współpracy: Mama, z tobą! - usłyszałam i czy można odmówić? Do za kwadrans siódma czytałyśmy bajki.
Po powrocie z przedszkola palenie, druga kawa i robota. O dwunastej śniadanie i notka na bloga. Idę skrobać dalej i pilnować, żeby nie zapomnieć dodać koperku do koperkowej. Nie uśmiecha mi się pracować w sobotę, mam przyjemniejsze rzeczy do pisania. A przynajmniej bardziej mnie korcące :P
poniedziałek, 4 stycznia 2016
2/366. Cięcie
Jestem okropnie sentymentalna. Niby wiedziałam, że muszę to zrobić, bo coraz trudniej było ujarzmić te włosy do pasa, zakręcone na końcach, jak sprężynki. I zdawałam sobie sprawę z tego, że panna odmawia współpracy przy czesaniu, bo ją boli i ciągnie, że krótsza fryzurka będzie wygodniejsza i pod czapkę i na co dzień. Ale i tak zeszło mi chyba z dwa miesiące, zanim chwyciłam nożyczki i zrobiłam, to co zrobiłam. A potem poszłam do kuchni z jasną kitką w dłoni i poczułam pod powiekami łzy. Poczułam się normalnie jakbym jej co najmniej palec obcięła, a nie dziesięć centymetrów włosów :D
I okazało się, że z włosami do łopatki jest nadal tak samo piękna. A może będzie też grzeczniejsza, bo jej matka nie będzie psuła humoru bolesnym czesaniem? :P
poniedziałek, 14 grudnia 2015
Mikołajusia
- Mama jest moją mikołajusią! - oświadczyło z rana dziecko, czym wzbudziło mój bardzo szeroki uśmiech. Cieszę się, że pomimo tych różnych niedogodności i zaburzeń, Milenka mówi tak pięknie i wyraźnie, że zawsze jestem w stanie zrozumieć, co mówi :) Dzięki temu nie przegapiam takich "tekściorów".
Pies złapał z rana zrąbkę, bo wyłożył się na moim nowym płaszczyku. Czyja wina? Ano moja bo położyłam na oparciu łóżeczka, a przecież bestia wszystko ściągnie i udepcze, by mieć pod tyłkiem sześć warstw jak księżniczka na ziarnku grochu. Po pięciu minutach wchodzę do pokoju a dziecko macha mu palcem przed nosem i powtarza:
- To nowy płaszcz, nowy!
poniedziałek, 2 listopada 2015
Burak
Po powrocie z przedszkola gotujemy barszczyk czerwony i przy okazji -
jak zwykle - utrwalamy słownictwo. Matka kroi marchewkę i pyta.
- Co mama robi?
- Kroi marchewkę! - odpowiada radośnie dziecko.
Matka sięga po buraka i obiera go ze skórki.
- Co mama robi?
-...
- No, śmiało!
- Mama jest burak!
Miało być "ma buraka", ewentualnie "trzyma", droga córko.
Ale i tak było śmiesznie :)
niedziela, 11 października 2015
Kurczak pieczony
Jakiś czas temu Mila przyswoiła sobie zwrot "kuźwa mać". Nie kojarzymy w jakich okolicznościach. Być może podczas rodzinnego oglądania futbolu, gdy Lewandowski, albo jakiś inny nie trafił w bramkę. Być może podczas rodzinnego gotowania, gdy pies materializuje się pod nogami, a dłoń upuszcza fileta z kurczaka? Może od babci, która w użyciu ma jeszcze ciekawsze wyrażenia, więc trzeba się cieszyć, że padło akurat na mało atrakcyjną, ale wcale nie najgorszą kuźwę?
Nie wiemy, kiedy kuźwa weszła do czynnego słownika naszego dziecka, ale wiemy, że nieprawidłowo zareagowaliśmy. Najpierw śmiechem, bo takie "kuźwa mać" wypowiedziane z groźnie zmarszczonymi dziecięcymi brewkami rozśmieszyłoby nawet głaz. Następnie zaś napomnieniami i prośbami, by dziecko tak nie mówiło. A musicie wiedzieć, że takie napomnienia w takim wieku niosą efekty odmienne od zamierzonych. Czyli dziecko z radosnym uśmiechem powtarza "kuźwę" z zamiłowaniem i pięknym naciskiem na "mańć". Bo nasze dziecko końcówkę sobie też odmieniło.
Z racji, że ostatnio jeździmy po różnych ludziach, gdzie "kuźwa" absolutnie nie jest pożądana, zdecydowaliśmy się z cholerą zawalczyć. Pani Justyna mówi, że taka "kuźwa" i tak jest niegroźnym przypadkiem, ale my jednak wolelibyśmy zamienić ją na coś innego. Może ne kuźnię? O, taka kuźnia mać, na przykład, jak fajnie brzmi? Ostatecznie stwierdziliśmy, że będziemy dziecko poprawiać i mówić, "kurczak pieczony". Wczoraj kurczak znalazł zastosowanie, gdyż podczas kolacji dziecku z talerza uciekł kabanos i orzekło.
- No, kuźwa mańć!
Popatrzyliśmy na siebie z Kocurzastym i dalej tłumić parsknięcia wesołości, trzeba dziecku pokazać, że taka kuźwa wcale zabawna nie jest. Przybraliśmy więc surowe miny.
- Kurczak pieczony.
- Kurrrczak pieczony.
- Kuźwa manć - dodało dziecko.
Ręce nam opadły.
- Mówi się kurczak pieczony. Kurczak pieczony jest zabawny! - Kocurzasty zademonstrował, jak to przy kurczaku można boki zrywać.
- Kurczak pieczony! - powtórzyło zachwycone dziecko, parskając śmiechem i kabanosem.
- Tak, właśnie tak! - wołamy uradowani.
Nagle z widelca odrywa się kawałek oliwki i ląduje przed psim nosem. Dziecko spogląda za oliwką i woła:
- No, kurczak pieczony... kuźwa manć.
Długa droga przed nami. Ale mogło być gorzej, co nie?
wtorek, 18 sierpnia 2015
Jest kawa - jest notka
Dosłownie przed momentem przyjechałyśmy z miasteczka, w sierpniu zajęcia mamy częściej, bo musimy trochę odrobić za lipiec i początek sierpnia. Dziecko padło w pociągu i o dziwo: nie obudziło sie, kiedy przyniosłam ją do domu. A więc co? Szybko czajnik, kawa i komputer - trzeba wykorzystać wolną chwilę :)
Jest kawa, jest i notka. Przez myśl przemknęło mi: jak za starych, dobrych czasów. Nie żeby nowsze czasy były złe, z pewnością nie :) A jednak z sentymentem wspominam ten okres, kiedy zaczęłam blogować i z niecierpliwością czekałam, aż wrócę z pracy, zrobię kawę, zasiądę przed monitorem, napiszę notkę i zobaczę, co u Was :)
Fajnie jest być panią swojego czasu... Teraz trzeba dostosowywać blogowanie, czytanie i inne fajne czynności do dziecka. Notki podczytuję pomiędzy innymi czynnościami. Własne zaczynam i nie kończę, pozostawiając w kopiach roboczych, a potem usuwam, odczuwając zażenowanie na myśl, że sama nie pamiętam, o czym chciałam napisać. Masakra :) Ciekawe, czy coś drgnie w tej kwestii, kiedy mała pójdzie od września do przedszkola?
A propo przedszkolnych wieści: dziś kupiłyśmy pantofle, pierwsze przedszkolne pantofle Milciaka, nad którymi matka musiała uronić łezkę wzruszenia oczywiście. Pantofle z rzepem, a jakże, z fioletowymi serduszkami, własnoręcznie przez dziecko wytypowane i określone słowem "fajne". Niech robią za talizman i przyniosą nam przedszkolne szczęście :)
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Przyjazne PKP
W ostatnim czasie dużo jeździmy pociągami. Właściwie jest to podyktowane koniecznością, ponieważ Misia cierpi z powodu choroby lokomocyjnej i wolimy nie ryzykować podróży zapchanymi, szarpiącymi, a często także nieładnie pachnącymi busami. Jednakże wcale sobie nie krzywdujemy. Na pociąg mamy równie blisko jak na busa, ostatnimi czasy połączeń - szczególnie w kierunku Krakowa mamy sporo, a dodatkowo PKP zrobiło taką fajną promocję, że możemy jechać za piątkę. Czyli teoretycznie za tyle, co bus kosztuje, ale bus nie jest taki wygodny jak pociąg. Bo pociągami jeździ się naprawdę fajnie!
A ja pociągi kocham od dziecka. Podróże pociągami kojarzą mi się wyłącznie z przyjemnymi rzeczami. Albo jazda na wakacje do ciotek, albo z mamcią po wypłatę do zakładu, co później wiązało się z przyjemnymi zakupami. Już nie mówiąc o kibicowskich wyprawach gdzieś w Polskę i jeździe takim zatłoczonym składem do Poznania, Warszawy lub Zabrza. Lubię, naprawdę lubię jeździć pociągami. I nawet specjalnie sobie nie krzywduję, jeśli na stację wtacza się "czarnuszek". Tak określamy z Misią te zwyczajne pociągi osobowe ( u nas czarno bordowe, kiedyś jeździły żółto niebieskie), bo co prawda jeździ toto wolniej i trochę się tłucze, ale można wygodnie nogi wyciągnąć, bagaże ułożyć, naprawdę nie to co w busie!
Jednak muszę przyznać, że pod tym względem PKP bardzo się zmienia. Od dłuższego czasu stopniowo wymieniają pociągi na te krótkie fajne szynobusy. I koło nas też często one jeżdżą. Są cichutkie, pachnące, szybkie. Parę razy zdarzyło nam się jechać pociągiem papieskim, bardzo wygodna podróż. Doszło właściwie do tego, że my z Kocurzastym, kiedy jedziemy gdzieś bez Misi, także unikamy busa i od razu idziemy na stację PKP. Dawniej pociągi jeździły przepełnione, ja osobiście pamiętam czasy, kiedy w składach były bufety i sklepiki. Do tamtego stanu jest daleko, ale i tak widzę, że jeździ coraz więcej ludzi.
W związku z częstym podróżowaniem pociągami, czasem przydarzają nam się różne przygody. W zeszłym tygodniu Misia jak zaczarowana wpatrywała się w młodego chłopaka, który podróżował z ptakiem. Miał pudełko, ale ptak (nie wiem, jaki ale wyglądał jak szpak) był oswojony i skakał sobie po całym przedziale. To usiadł swojemu opiekunowi na ramieniu, to zajrzał dziewczynie co czyta. Niezłe przeżycie ;) Słyszałam o psie, który jeździł koleją, ale ptak? ;)
Z kolei w piątek miniony wjechaliśmy na stację w K i nagle okazało się, że ... elektrycy wyłączyli prąd. I staliśmy sobie parenaście minut na stacji, ponieważ bez prądu pociąg nie mógł jechać dalej. Misia naturalnie nie krzywdowała sobie wcale, jak wcześniej w ruchu się jej usypiało, nagle spanie minęło jak ręką odjął, z racji że był to pociąg do W, jechało nim sporo turystów. Misia - Czarodziejka wybierała sobie samych mężczyzn i czarowała ich uśmiechem. Jeden nawet zapytał po angielsku jak ma na imię. Ależ była dumna :))
Jeździmy często toteż i obsługa dobrze nas zna. Konduktorzy są różni, ale większość to bardzo sympatyczni ludzie. Sami szukają promocji, żebyśmy płaciły jak najtaniej. Szczerze? Jedyną nieprzyjemną w obejściu jest jedna konduktorka. Z racji, że na stacjach nie ma już kas biletowych, bilety trzeba kupować u obsługi. My z Misią chodzimy do samego przodu i tam na ogół znajdujemy kogoś od razu, albo czekamy. Przepraszam, ale nie będę z trzylatką ganiać po pociągu :P I tylko ta jedna pani mnie zrąbała jak psa pod płotem, ale niech jej będzie. Ja jej pokazałam adnotację, że podróżny ma zgłosić się do pierwszego wagonu od czoła pociągu i słodko zapytałam, gdzie ma czoło. Od tamtej pory nie lubi nas jeszcze bardziej, ale nie pozwolę się mieszać z błotem. Ale większość obsługi jest super. Niektórzy wypisują bilety, zanim podejdziemy. Inni żartują i próbują flirtować. Ale i tak wszystkich na głowę bije pan, który dwa tygodnie temu pomagał nam wynieść na peron wózek. Wyskoczył z pociągu i pękły mu w kroku spodnie :D Mam nadzieję, że jakoś dojechał do Krakowa!
wtorek, 23 czerwca 2015
Dlaczego nie lubię chińszczyzny...
Gdzieś znad oparów pierwszej kawy i okruchów zeschniętej drożdżówki poniósł się ogłuszający wrzask. Głośne "Mamaaaaaaaa! - w myśl zasady, że jak trwoga to do matki, uporczywym wrzaskiem zmusiło mnie do porzucenia rozmyśleń nad wyższością zaworów pneumatycznych w pneumatycznych układach hamowania. Jasne, nie?
Co-się-stało?
Roztrzęsiona mała raczka podetknęła mi pod nos coś, co jeszcze ułamek sekundy wcześniej było chochelką, a obecnie przeistoczyło się w dwa liche kawalątka plastyku. Hm. Hmmmm... Wrzask przechodzi w żałosne chlipanie, małe rączki usiłują sklecić do kupy coś, co jeszcze chwilkę temu nalewało lalce zupę z jajka sadzonego i parówek, a obecnie za cholerę nie chce tworzyć jedności. Podsuwają matce pod gardziel z nadzieją w załzawionych oczkach... No, napraw mi... I co ja mam powiedzieć? Wiem, czego nie mogę powiedzieć, a co mi się po głowie kołacze.
"A prosiłam, żeby jej tego chińskiego badziewia nie kupowała, no ale przecie babcia zawsze wie LEPIEJ!"
No, to już wiecie, czemu nie lubię chińszczyzny?
Tytuł cokolwiek mylący, ponieważ w dzisiejszym konsumpcjonizmie bardzo trudno znaleźć coś, co albo nie jest chińskie, albo koło Chin nie przepłynęło w kontenerowcu. W naszym domu jedynym tworem niechińskim jest pewnie Sanczez :P I z pewnością wiele przedmiotów wyprodukowanych w tamtym rejonie odznacza się całkiem porządną jakością i nie stanowi zagrożenia dla zdrowia i życia. Ale to najczęściej da się rozpoznać już na pierwszy rzut oka. Nawet po opakowaniu, dacie wiarę? I to naprawdę nie przypadek, że chochelka od babci pękła a chochelka od cioci Joli służy dzielnie.
Już przy straganie odpustowym prosiłam: Nie kupuj jej tego, bo zaraz się połamie.
Usłyszałam wesołe: Połamie się, to będzie połamane.
Pewnie że tak, spoko, mi nie szkoda!
Ale przy okazji jest popłakane, powrzeszczane, posmarkane, bo dziecko nie rozumie tłumaczenia, że to był badziew (nie posunęłam się nawet do takiego tłumaczenia) i złamał się, bo raczka była zbyt niedelikatna, albo stopa stanęła. I że nie da się skleić bo w najszerszym miejscu było zbyt cienkie. I temu poleci do śmieci i nie płacz już bo masz inne... Bo dziecko akurat w tym momencie nie chce innego ale właśnie to. A tego już nie ma. Reklamacji nikt nie uzna.
Nie myślcie, że ze mnie snobka, co chińskiego nie kupuje. Kupuję, bo często nie mam alternatywy, albo metka nie pozostawia mi wyboru. Nie przemawia przeze mnie też chytrość na zasadzie: "no babcia, wyskocz z kasy, kup wnuczce porządne za 50 złotych a nie za dyszkę, nie rób obciachu". Przemawia za mną bardziej doświadczenie, bo już takie zabawki przerabialiśmy. Czasem ktoś przyniósł, rzadziej dostało się po innych dzieciach, niektóre się kupiło i bardzo żałowało. Ostatnio udało mi się powstrzymać przed kupnem odpustowego badziewia zabawka i na to miejsce poszłam do sklepu, kupiłam też chińskie, ale troszkę trwalsze. Nawet jakiś atest jest, choć całkiem możliwe że chiński :D Moje doświadczenie podszeptuje "nie" i chciałam się z babcią podzielić. Ale babcia nie słuchała, a czasem młodszego też warto do głosu dopuścić...
Efekt: pół godziny wycia. Może było warto, skoro wcześniej było pół godziny radości z plastykowych naczynek?
Kiedy łzy zostały już otarte, a plastykowe szczątki odprowadzone do żółtego worka na surowce wtórne, dziecko powróciło do kuchni i przygotowało dla mnie rybę z parówkami. Zostałam nakarmiona przy pomocy chochelki od cioci Joli (solidniejsza, grubsza, bardziej różowa) po czym wróciło do zabawy, a ja do zaworów pneumatycznych.
Po chwili moich uszu doszedł kolejny wrzask.
Poszedł cedzak od kompletu...
czwartek, 19 marca 2015
Kto chodzi spać z kurami?
Podczas ostatniej wizyty teściowa zauważyła, że M., czyli mój najmłodszy szwagier wcześnie chodzi spać. Już po dziesiątej się biedakowi usnęło, do tego nie w łóżku, tylko na siedząco przy komputerze. Słysząc to, uśmiechnęłam się półgębkiem - i wcale nie dlatego, że zaczęłam się zastanawiać, co takiego męczącego przy komputerze robił szwagierek, że go zmogło :) Uśmiechnęłam się do tego słowa "wcześnie", bo w czym jak w czym, ale we wczesnym chodzeniu spać nasza mała kocia rodzinka osiągnęła specjalizację. Faktycznie, M. chodzi spać wcześnie, bo po dziesiątej, a my... hm, my chodzimy spać z kurami :D
Ostatnimi czasy mamy przymusowy odwyk od telewizora. No, bo jak to tak? Dziecko bajek oglądać nie może, a rodzice będą sobie folgować w filmach i serialach? W ubiegłą sobotę chcieliśmy mecz obejrzeć. To znaczy Kocurzasty chciał, ja nie ukrywam, że w ostatnim czasie meczu wolę "słuchać" z kuchni i w tym czasie czytać książkę. W rezultacie dwóch godzin włączonego telewizora dziecko nam się tak pobudziło, że nie chciało usnąć do jedenastej. Przy tym głośno dopominało się o ulubione bajki, no bo jak to tak? Telewizor idzie i nie na bajkach? Tym sposobem nie oglądamy i dziecko po wysłuchaniu 1-2, a czasami 7 bajek usypia w okolicach pół do dziewiątej.
I w tym momencie powinna zaczynać się część wieczoru ulubiona wszystkim rodzicom, którzy przy dzieciach nie mogą spokojnie porozmawiać, poprzytulać się, już nawet o czytaniu książki nie wspomnę. Powinna, nawet pewnie by się zaczęła, gdybyśmy mieli na to siły :P A my już o 20,30 lądujemy w łóżku. Ja pod pachą trzymam swoją książkę, by się na nią łapczywie rzucić, gdy tylko odłożę Kopciuszka i spółkę, Kocurzasty ściska czytnik i pendrive mając nadzieję, że kiedy dziecko zaśnie głęboko, obejrzy kolejny odcinek wojennego serialu. O 21,00 oczy zaczynają nam się kleić i raz dwa cała rodzina śpi. Z tego wszystkiego dwa razy zapomnieliśmy psa wyprowadzić na siku, bo po prostu było na to za wcześnie. Poza tym on też zasnął :D
Pomyślną stroną medalu jest to, że już dawno nie chodziłam taka wyspana! Wstaję po piątej, gdy Kocurzasty wychodzi do pracy i mam energię na wszystko. Gorzej, że moje dziecko również. Z czego korzysta. Już drugi dzień pod rząd wstała o 5,45!!!
czwartek, 26 lutego 2015
O metce... i książkach :)
Gdyby ktoś nie wiedział, to mamy w domu metkę boską. Nie wiem, skąd się wzięła, ale dziecko ją wyraźnie widzi i ciągle wzywa. Podejrzewam, że wyszła z książeczki z obrazkami, gdzie Jezusek leży w żłóbku, a nad nim stoją mamusia i tatuś. Dziecko uwielbia tę książeczkę i wciąż każe sobie opowiadać, co znajduje się na tym obrazku. A wieczorem opowiada po swojemu i modli się do metki boskiej. Różne metki mieliśmy już w domu, ale tak ważnej jeszcze nie :)
W ogóle dziecko zapałało ostatnią miłością do książek wprost nieziemską. Właściwie to przebywa w otoczeniu książek od pierwszych dni, wciąż pojawiają się nowe, grubsze i chudsze, nowe i używane, bo pewnie nietrudno się domyślić, ale bardzo zależy mi, by zaszczepić w niej tę miłość do książek. Ale do tej pory z czytaniem było różnie, nie za bardzo pozwalała sobie poczytać. Zdecydowanie woli oglądać obrazki, opowiadać je po swojemu, używać książek do zabaw, albo śpiewać ich bohaterom piosenki. Ostatnio zaczęło się to zmieniać i sama przynosi książeczki do czytania. Ulubioną bajkę z rymowankami o doktor Dośce nauczyła się już na pamięć i aż człowiek puchnie z dumy, gdy dziecko recytuje:
"Łowa boli, gypa bieze, zalaz ci goronce zmieze
Kilka minut no i ceść, mas tsydzieści seść i seść "
Oczywiście czytanie z dzieckiem przebiega w takim rytmie, jak dziecku to pasuje. Dlatego czasami bajki przedstawiane są w postaci skróconej. A po narodzinach Jezuska opowiadamy o potopie i arce. Bo tak się akurat otworzyło :)
wtorek, 24 lutego 2015
Wyczucie czasu
Czy dziecię moje musiało przyswoić zwrot "chebka ź masiełkiem" akurat w tym dniu, w którym matka zapomniała kupić? I teraz matczyna duma przepycha się u mnie z żalem, bo musiałam powiedzieć: nie ma. Zapomniałam kupić!
Na co dziecko wyłożyło mi ubiegłotygodniową listę zakupów, którą dyktowałam jej w drodze do sklepu. Chlebuś. Bułeczki. Pietruszka. Ciastko. Nutella. Pomidor. Ogórek. Kurczaczek. Masełka nie ma? Ano nie ma :)
Pamięć moja jest dziurawa jak ser żółty, który tak lubimy. Powinnam do sklepu pisać kartki. I piszę. A potem zostawiam je na stole...
Miłego dnia ;)
środa, 18 lutego 2015
Nauka nie poszła w las
Dziecię moje wzięło w dłonie pełną cukierniczkę, przechyliło i wysypało na podłogę. Najpierw spojrzałam oniemiała, a następnie przeszłam do tłumaczenia, dlaczego było to kiepskim pomysłem.
- Tak się nie robi, lala! Cukier jest drogi i nie można go wyrzucać. Poza tym jest potrzebny do jedzonka. Do herbatki i kawy!
Patrzę na moje skruszone dziecko i tarmoszę po lokach.
- I co zapamiętałaś z tego, co ci mama powiedziała? - pytam
- Lala! - odpowiada rozradowane dziecko.
Tak... Dziękuję za uwagę. Poza tym cukier jest niezdrowy, no nie? Na kij nam cukier!
środa, 10 grudnia 2014
To ci kołtun...
W książce o zwyczajach i przesądach góralskich wyczytałam, że kołtun był uznawany za chorobę i w żadnym razie nie wolno było obcinać skołtunionych włosów. Oczywiście w dziewiętnastym wieku kołtun był zjawiskiem powszechnym, brał się z braku higieny. Jeśli jednak myślicie, że w obecnych czasach kołtun się nie zdarza, jesteście w błędzie. Moje dziecko jest najlepszym przykładem, że kołtuna można nabawić się w pół godziny.
Siedzę w kuchni i klepię. Dziecko ogląda Numeraki i głośno daje znać o swoim zadowoleniu. Nagle zapada cisza, wchodzę więc do pokoju, by przekonać się, że siedzi, jak ten aniołek. I wtedy mój wzrok pada na włosy. Włosy, które jeszcze chwilę wcześniej były owijane na palec wskazujący, a teraz poplątane niebosko zwisają w jednym sztywnym strąku. Na strąku setki pętelek i supełków, gorzej niż puzzle na 5000 elementów.
Pierwsze spojrzenie i czarna rozpacz. Tyle zaplątanych włosów, że tylko nożyczki ratują. Kołtunik tak zaplątany, że sterczy w górę jak antenka na berecie. Dziecko ryczy i wierzga wszystkimi kończynami, ponieważ jest z gatunku tych, które do swoich włosów nie dają podejść ze szczotką, a co dopiero w celu ciągnięcia i rozplątywania. Już... już sięgałam po nożyczki, ale oczyma wyobraźni ujrzałam jej włosy z wyciętą z tyłu wielką dziurą. Unieruchomiłam dziecko kolanami i powoli, dosłownie po jednym włosku, wyplątałam. Potem wyczesałam. Spociłam się przy tym jak mysz, serducho mi waliło jak oszalałe, a nogi się trzęsły. Ją bolało, jak choinka, płakała tak strasznie, ale udało się, włosy zostały na swoim miejscu...
Dziecko potrafi, nie ma co. To prawda, że jest włosolubna, ale takiego dzieła dokonała pierwszy raz. A przecież przed nami przeboje z gumą do żucia... Miałam, gdy byłam dzieckiem, więc wiem, jak boli...
piątek, 25 kwietnia 2014
Zima jeszcze wróci
Wiem, że zaniedbuję tego bloga, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Inaczej nie będzie. Czasu mam mało, książek dużo :) Więc sami wiecie, jak jest. Ale dziś przychodzę do was z informacją na wagę złota: zima wróci jeszcze tej wiosny i wiem to ze sprawdzonego źródła, czyli od... mojej córki.
Misia od kilku dni mierzy się z dziwaczną traumą, mianowicie śpi w skarpetkach i wpada w ogromną histerię, gdy skarpetki są ściągane. Nawet jeśli ściągane są tylko do mycia i wymiany na świeże. Nie wiem, w czym rzecz, ale potrafi się przebudzić z najgłębszego snu, jeśli któreś z nas pozbawi ją skarpetki lub jeśli nie daj panie Boże skarpetka zahaczy się pod kołdra i sama spadnie... Jest wrzask na cały dom i już wiemy, nauczeni doświadczeniem, że nie chce się ani pić, ani jeść, ani nie śni się koszmar, tylko po prostu trzeba szukać pod kołdrą zsuniętej skarpetki i pospiesznie naciągnąć ją na wściekle kopiącą stopę...
Przeanalizowaliśmy problem dokładnie i doszliśmy do wniosku, że albo Mimi chce powstrzymać wzrost stopy (jak gejsze) poprzez zakładanie skarpet, albo chce wyhodować pieczarę potolubną między palcami, albo po prostu spodziewa się powrotu zimy i mrozu minus dziesięć... Tym samym ostrzegam lojalnie, wstrzymajcie się z wysiewem ogórków i fasolki szparagowej, bo i tak przemarznie. Ja przynajmniej czekam z zasadzeniem do ziemi krzewów i trzymam je w doniczkach :)
ps. A tymczasem na podwórku pojawiła się nowa atrakcja. Pominąwszy skalniak oczywiście. Zdolna matka polka nie mogąc doczekać się, aż dziecko wejdzie w posiadanie piaskownicy ( i zejdzie jej z pleców, kiedy zajmuje się wyrywaniem trawyi kwiatków . ) wyczarowała ją z plastykowej skrzynki, worka na śmieci i dwóch doniczek piasku. Misi nowa atrakcja smakuje, a jakże. Matka robi babki, Misi je zjada - równowaga zachowana. Ale to się wytnie...
Misia od kilku dni mierzy się z dziwaczną traumą, mianowicie śpi w skarpetkach i wpada w ogromną histerię, gdy skarpetki są ściągane. Nawet jeśli ściągane są tylko do mycia i wymiany na świeże. Nie wiem, w czym rzecz, ale potrafi się przebudzić z najgłębszego snu, jeśli któreś z nas pozbawi ją skarpetki lub jeśli nie daj panie Boże skarpetka zahaczy się pod kołdra i sama spadnie... Jest wrzask na cały dom i już wiemy, nauczeni doświadczeniem, że nie chce się ani pić, ani jeść, ani nie śni się koszmar, tylko po prostu trzeba szukać pod kołdrą zsuniętej skarpetki i pospiesznie naciągnąć ją na wściekle kopiącą stopę...
Przeanalizowaliśmy problem dokładnie i doszliśmy do wniosku, że albo Mimi chce powstrzymać wzrost stopy (jak gejsze) poprzez zakładanie skarpet, albo chce wyhodować pieczarę potolubną między palcami, albo po prostu spodziewa się powrotu zimy i mrozu minus dziesięć... Tym samym ostrzegam lojalnie, wstrzymajcie się z wysiewem ogórków i fasolki szparagowej, bo i tak przemarznie. Ja przynajmniej czekam z zasadzeniem do ziemi krzewów i trzymam je w doniczkach :)
ps. A tymczasem na podwórku pojawiła się nowa atrakcja. Pominąwszy skalniak oczywiście. Zdolna matka polka nie mogąc doczekać się, aż dziecko wejdzie w posiadanie piaskownicy ( i zejdzie jej z pleców, kiedy zajmuje się wyrywaniem trawy
poniedziałek, 10 marca 2014
Co mnie cieszy?
Chciałam podzielić się z Wami tym, co mnie cieszy w ostatnich dniach. Mianowicie, chodzi o to, że córka mi się rozgadała i tak sobie fajnie konwersujemy. Oczywiście nie rozmawiamy na temat przeczytanych książek, ani kupionych ciuszków, na to mamy kolejne piętnaście a może nawet sześćdziesiąt lat. Obecnie jesteśmy na etapie powtarzania i polega to najczęściej na tym, że albo ja coś mówię i Misia powtarza, albo Misia coś mówi i następuje konsternacja, bo matka powinna powtórzyć, a nie wie co :)
Czasami jednak wychodzą nam całkiem fajne dialogi. Misia jeszcze posługuje się słowem bardzo ostrożnie, powtarza po nas większość wyrazów, jedne wyraźnie, inne po swojemu, ale czasami się zapomni i rąbnie z grubej rury :) Jak na ten przykład wczoraj, gdy siedziała wieczorem na toalecie i nagle wrzasnęła:
- KUPA idzie!
Było to tak komiczne, że wszyscy (za wyjątkiem Misi, która kontynuowała dzieło) tarzaliśmy się po podłodze w kuchni :)
Poza tym całkiem wyraźnie powtarza swoje imię, woła psa, gdy nie ma go przy niej, mama-tata to już norma, podobnie jak misiu :) Słowo "rajtki" wzbudza euforię, aż skacze pod sufit, pić jest równie lubiane, jeść trochę mniej :) Nieźle kombinuje, coraz lepiej jej wychodzi, mam nadzieję, że przed czerwcem się rozgada na całego, bo jedziemy tam, gdzie jest druga rozgadana dziewczynka i mogłyby się przegadywać :)
Ujęłabym to tak, ona jeszcze nie wie, że już umie mówić. Ale pewnie się dowie :)
Czasami jednak wychodzą nam całkiem fajne dialogi. Misia jeszcze posługuje się słowem bardzo ostrożnie, powtarza po nas większość wyrazów, jedne wyraźnie, inne po swojemu, ale czasami się zapomni i rąbnie z grubej rury :) Jak na ten przykład wczoraj, gdy siedziała wieczorem na toalecie i nagle wrzasnęła:
- KUPA idzie!
Było to tak komiczne, że wszyscy (za wyjątkiem Misi, która kontynuowała dzieło) tarzaliśmy się po podłodze w kuchni :)
Poza tym całkiem wyraźnie powtarza swoje imię, woła psa, gdy nie ma go przy niej, mama-tata to już norma, podobnie jak misiu :) Słowo "rajtki" wzbudza euforię, aż skacze pod sufit, pić jest równie lubiane, jeść trochę mniej :) Nieźle kombinuje, coraz lepiej jej wychodzi, mam nadzieję, że przed czerwcem się rozgada na całego, bo jedziemy tam, gdzie jest druga rozgadana dziewczynka i mogłyby się przegadywać :)
Ujęłabym to tak, ona jeszcze nie wie, że już umie mówić. Ale pewnie się dowie :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
