poniedziałek, 24 marca 2014

Post wiosenno-optymistyczny :)

Pozostańmy przy pogodnym, wiosennym nastroju. Nic to, że za oknem ciupie deszczem, jakby był listopad, to się nazywa WIOSENNY DESZCZYK i tak właśnie ma być. Jak nie pada deszczyk, to trawka zielona nie rośnie i nie spłukuje psiego gó... przepraszam, nawozu :)

U nas w ogrodzie pojawiły się już pierwsze wiosenne roślinki: oczywiście wszystko dzikie i wspaniałe. Mamy więc pędy bzu, mamy pod krzakiem bzu kępę fioletowych pachnących fiołków. Jak poznać, że fiołki są dzikie? Po tym, że pachną oczywiście. Te ogrodowe tak ładnie nie pachną.

Mamy także narcyzy, pewnie powiecie, że narcyz nie jest dziki, a ja się będę z Wami kłócić że jest. Bo skoro ma ponad 40 lat i jeszcze potrafi kwitnąć, a do tego co roku wyrasta w innej części ogrodu, to znaczy że zdziczał :) Mimo wszystko ładnie kwitną, z roku na rok ładniej, to chyba zasługa tego, że psy je regularnie podlewają :)

Mamy też liścia tulipana. Tulipan też sobie rósł sobie pod bzem i nigdy nie kwitł, aż taka jedna mądra doszła do wniosku, że jak go przesadzi to zakwitnie. Wykopała i przesadziła pod jabłoń. Przyjął się, a jakże. Teraz mamy dwa liście tulipana. Ale jak nie kwitł tak nie kwitnie. Cóż liście też ładne.

Przed domem wyrosła nam mała lipa. Chyba coś ją przywiało i zasiało. Ponieważ jestem z tych romantycznych, co mają hopla na punkcie lipowego kwiecia, to nie dałam jej ściąć razem z trawą. W ubiegłe wakacje lipa była Misi po pas i pozwalała obdzierać się z liści. W tym roku to Misia jest lipie po pas, ale lipa do obdzierania się nie bierze :) Za to pies się bierze do nawadniania. No, ale w sumie zima była bez śniegu, sucho jest.

Z innych roślin wiosennych mamy jeszcze pokrzywę. A wiosenna pokrzywa parzy jak skurczysyn.

ps. Miało być o czym innym, a wyszło jak zawsze.



niedziela, 23 marca 2014

Psie opowieści: Czerwona Obroża

Pierwszą rzeczą, jaką otrzymałem po przyjeździe do tego domu była czerwona obroża. Kiedy ją zakładali, powiedzieli, że wybrali ją specjalnie dla mnie i że w czerwonym będzie mi ładnie. Nie znam się na kolorach, ale obroży trochę się bałem. Nigdy wcześniej żadnej nie nosiłem, no może kiedy byłem całkiem mały i jeszcze kochany? Nie pamiętam. Tam, gdzie mnie porzucono, obroża była zbędna. No, poza tą przeciwpchelną, którą raz na kilka miesięcy kupowała mi wolontariuszka...

Szybko przyzwyczaiłem się do tej czerwonej ozdoby. Okazało się, że to całkiem przydatna rzecz, to do niej pańcia przypina smycz, gdy chce mnie zabrać na spacer. To za nią mnie chwyta, gdy do domu przychodzi ktoś obcy i mam ochotę go capnąć w nogę. Ta czerwona obroża jest dla mnie symbolem nowego życia, jakie zacząłem w tym domu. Jestem karmiony, pieszczony i kochany. Rzucają mi piłką i pozwalają podkradać sobie jedzenie. Jestem z nimi szczęśliwy!

Tamtego popołudnia pańcia wypowiedziała dziwne słowa: Koniec tego dobrego, piesku!
Zaniepokoiłem się, zastrzygłem uszami i na wszelki wypadek schowałem się pod łóżkiem. Z doświadczenia wiem, że gdy ludzie mówią coś takim tonem, nie wróży to psu nic dobrego. Wsunąłem się głębiej pod łóżko, ale nic to nie dało. Przyszli po mnie.

Odpięli czerwoną obrożę i położyli na stole. To koniec, pomyślałem. Zabierają obrożę, zabierają moje nowe życie. Chciałem uciec, ale pańcia kazała trzymać mocno. Idź z nim do łazienki, bo tutaj zachlapiemy, powiedziała. Przełknąłem psią ślinę ściśniętym gardłem. Nie patrz się tak, pogroziła mi palcem, i tak cię nic nie uratuje!

Patrzyłem smutnym okiem na czerwoną obrożę leżącą na kuchennym stole, odprowadzałem ją spojrzeniem, gdy wnosili mnie do łazienki. Jakbyśmy się mieli już nie spotkać. Chwilę później to zrobili. Włożyli mnie do wanny i wyszorowali. Szamponem. Broniłem się, jak mogłem. Nie dałem im rady. Wyszorowali, spłukali i wytarli kocem. Na koniec otrzepałem im się w kuchni trzy razy. Niech wiedzą, że pies jest pamiętliwy i nie ma z nim łatwo...

Założyli mi czerwoną obrożę i pozwolili leżeć na łóżku. Że niby już nie śmierdzę. Że ja śmierdziałem?

ps. Kiedy rano wyszedłem z pańcia na siku, przypomniałem sobie o padlinie, którą mijaliśmy kilka dni wcześniej wracając ze spaceru. Pogalopowałem do niej jak najszybciej. Pańcia biegła za mną i wydzierała się, jakby ją ze skóry obdzierali. Nieładnie tak kląć w niedzielę. I tak nie zdążyła. Teraz znów pachnę jak pies a nie jakiś picuś glancuś. Tylko nie wiem, po co pańcia wodę grzeje, skoro naczynia po śniadaniu już zmyła??


piątek, 21 marca 2014

Różowe okulary

Jak często zdarza się Wam patrzeć na otaczający świat przez różowe okulary? A przede wszystkim na ludzi wokół siebie? Mnie chyba zbyt często... wszystkich lubię, do wszystkich miło, a może tak być nie powinno? I już na wstępie powinna następować selekcja: ty mi nie pasujesz, twój styl życia mi nie pasuje, nie wnosisz nic pozytywnego w moje życie. Tracę na znajomości z tobą. Nie że materialnie, tracę duchowo, bo twój sposób bycie mnie przytłacza, denerwuje, jest dla mnie źródłem stresu?

Ostatnio trafiają mi się bezsenne noce i tak sobie filozofuję. Rozmyślam. Analizuję. Rozkładam na czynniki pierwsze wszystko, nawet moje relacje z innymi ludźmi. Często się rozczarowuję, początkowo widzę daną osobę przez "różowe okulary", jest przecież taka miła, uczynna, sympatyczna, tak dobrze się rozumiemy. A potem nagle spada zasłona i z przerażeniem patrzę na inną twarz, inne rysy charakteru. Zaciekawiło mnie, czy ja również innych ludzi rozczarowuję, a jeśli tak, to czym? Co jest we mnie denerwującego? Zapytałabym męża, ale wiem, co powie: rozczarowujące jest we mnie niskie libido :))) No, ale faceci to podgatunek, ich mózg zszedł poniżej bioder i tam został już na amen :)

Czego nie lubicie w ludziach, co was denerwuje?

Mnie ogromnie denerwują wulgaryzmy, rażą mnie jak cho.le.ra. I nie, nie jestem dewotką, co to jej się "kura" z dzioba nie sypnie. Czasami "kura" jest potrzebna, pomaga upuścić trochę pary. Ale stosowana jako przerywnik traci swoją leczniczą moc, za to kurczy rozumek stosującego do rozmiaru rozumku ... kury :)
No i jak z takim dyskutować, jak co drugie słowo ma się ochotę go wytargać za uszy?

Denerwują mnie ludzie, którzy coś we mnie wmuszają. Czy to kosmetyki, czy ubrania, czy jeszcze inne duperele. Mam przekorną duszę i coś mnie wtedy blokuje. No, bo z jakiej racji ja muszę? Ja mogę. Ale nigdy nie muszę. I skąd w nich to przeogromna pewność, że chcę?

Irytują mnie ci, którzy na siłę chcą być przebojowi. Fajni są ci, których styl jest niewymuszony, bierze się jakby z powietrza i przez to jest naturalny. Nie lubię, gdy ktoś robi z siebie takiego fircyka i robi wszystko by zwrócić na siebie uwagę. Pewnie że mu wolno, ja tylko mówię, że źle się z takimi ludźmi czuję.

Denerwują mnie ludzie napastliwi i kłótliwi. Którzy złością reagują na każdy skierowany ku nim gest czy słowo. Skoro reagują złością, to znaczy chyba że tego słowa nie potrzebują? Skoro szukają pretekstu by wbić szpileczkę, to znaczy że marnuję czas. Lubię rozmawiać, nie nabijać motylki na szpilkę.

Nie lubię niepunktualności. Tutaj niestety zaciskam zęby, bo chodzi o jedną z bliższych mi osób. Rzucam więc "kurami" w duchu i spoglądam na zegarek. Umówione na 17.00. O siedemnastej nie ma. Dziesięć po wiadomość, że wybywa z domu. Aha. Czyli będzie na 18,00. Super. Powiecie: czepiasz się. Bardzo tego nie lubię, czas jest cenny. Niby tylko godzinka, ale de organizuje pracę w domu i wszystko inne.

Nie lubię fałszu i działań za plecami. I kłamstwa też nie lubię. Nie chodzi mi o takie niewinne: Gdzie się podziała ta resztka czekolady z barku? Oj, nie wiem, Kocurku! Czy Jesteście dziś w domu? Nie, nie dziś nas nie ma, jedziemy wyrobić Uszatemu zdjęcia do paszportu! Ale już imprezy za plecami partnera, znikające pieniądze z konta, podstawione osoby w konkursach, robienie sobie "koło pióra" w pracy, opowiadanie na czyjś temat bajek - tego nie umiem zdzierżyć. Aha, żeby nie było: ja taka znowu niewinna nie jestem, też mam swoje za uszami. Człowiek popełnia błędy. Grunt, żeby zrozumieć, co jest złe. I naprawić. O ile się uda.

Przypomniało mi się takie coś: kiedyś należałam do pewnej grupy z czterema innymi dziewczynami, takie babskie ploty. Pewnego dnia otrzymałam kolejne zaproszenie, tym razem do grupy okrojonej o jedną osobę. Dziewczyny założyły ją tylko po to, by mieć miejsce do obgadywania tamtej! Wyszłam trzaskając drzwiami i kręcąc głową. Przynajmniej miały dwa tematy do rozmowy, co nie?

Wracając do tematu: chyba wiem, co ludzi we mnie drażni. Bo ze mną można pogadać:

- o Misi
- o psie
- o piłce
- o książkach :)

Nudna jestem, ot co :)
No, miało być poważnie, a jak zwykle diabeł ze mnie pod koniec wyskoczył.

ps. Dziękuję tym, którzy wpłacili dla Ali pieniążek. :*



wtorek, 18 marca 2014

Zrzutka :)

Jest maleńka, słodka i ma włos gęściejszy niż moja Misia.
Ma także chore serduszko.
Żyje na tym świecie zaledwie tydzień, a już musi zmagać się z choroba.
Nie umiem sobie wyobrazić, co czuje jej mama, o czym myśli, kiedy trzyma ją w ramionach...

Trzeba pomóc. Zróbmy zrzutkę.
Wyślijmy po piątce, po dyszce, nieważne ile. Pomóżmy Ali.

niedziela, 16 marca 2014

Leniwa niedziela :)

Raz na jakiś czas funduję sobie leniwą niedzielę. Proszę męża, żeby zajął się obiadkiem, a sama zajmuję się czymś mega przyjemnym. Odrzucamy kotlety, mizerie i rosoły, Kocurzasty lubi eksperymentować z nowymi daniami, łazi po blogach kulinarnych i kombinuje. Jednym z takich "wygrzebanych" przepisów jest tadżin z kuskusem, w którym się po prostu zakochaliśmy. Kuskus jest czymś co mogłabym jeść trzy razy dziennie, tak uwielbiam, szkoda, że jest drogi. Kurczak w tadżinie jest bardzo aromatyczny, czuję się jakbym pławiła się w tych przyprawach :)

Dziś właśnie jest obiad tadżinowy. Kocurzasty biega po kuchni i zadaje mi dziwne pytania w rodzaju: Gdzie się podziały rodzynki. A ja snuję się leniwie po domu. Zrobiłam przemeblowanie na kociej półce z książkami, podczytuję rosyjski kryminał i czuję burczenie w brzuchu. Za oknem paskudnie, zimno i wietrznie. W sam raz na książkę i precelki czekoladowe :)

czwartek, 13 marca 2014

Marzenie :)

Czasem człowieka dopadnie jakieś marzenie i nie chce puścić. Macie takie niespełnione marzenie, które chodzi za wami, wodzi na pokuszenie, podszczypuje w pośladki i wyskakuje spod łokcia, krzycząc: Hej, tu jestem?

Bo ja mam takich kilka. Jedne większe, inne mniejsze. Te większe rozpychają się i depczą te mniejsze. A jedno mi wyrosło takie całkiem pokaźne i tak mnie męczy, tak mnie dręczy, że aż mnie coś boli w środku, tak bardzo chcę...

No, ale od początku.
Była słoneczna niedziela. Luty co prawda, ale za oknem wiosna, ptaszki ćwierkają, słoneczko mocno grzeje, bo to samo południe, jeszcze przed kotletem. Mąż mój - jak o na ogół w niedzielę ma w zwyczaju - kręci się po domu i kombinuje. Tu by przykręcił, tu by odkręcił, a tę szafę to by przerobił na nie wiadomo co. Ja także się kręcę, bo kotlet na patelni, ziemniaki trzeba by odcedzić i odkręcić ogórki kiszone, a na stole otwarta książka kusi i kusi, bo ciekawe, kto zabił, no nie? I tak właśnie do tego stołu podeszłam, a musicie wiedzieć, że ja mam stół przy kuchennym oknie, tak mi to oko za okno poleciało. A za oknem wiosna, ptaszki, kawałek niewygrabionego trawnika, jeszcze dalej łąka, droga, las... no jednym słowem cud miód i orzeszki. I wtedy własnie ono się narodziło, to podstępne marzenie. A jak się rodziło, to ja od razu męża mojego zawołałam, niech te śrubki zostawi na pięć minut, bo mu koniecznie coś muszę pokazać. Mąż przybiegł zaaferowany, pewnie liczył, że kotlet już na talerzu, a to tylko baba z głupią miną stoi przy oknie i mówi:

- Wiesz co mi się zamarzyło?
- Hawaje?
- Nie. Zamarzył mi się tutaj przed oknem kuchennym ganek. Taki balkonik na drewnianych palach, wiem, że ludzie takie budują, nie wiem jak ale budują. I z tego ganku zejście do ogródka. A tutaj byśmy odgrodzili siatką taki duży prostokąt, posiali trawkę, tutaj cały dzień jest słońce, Misia by się bawiła, pies by gonił swobodnie. A na ganku dużo kwiatów: pelargonii i surfinii, żeby było kolorowo. I stół i krzesła. Moglibyśmy jadać posiłki jak na filmach, na świeżym powietrzu. A ja bym tutaj przychodziła z laptopem i książką. I piłabym tutaj kawę. No, co ty na to?

Ech, mój mąż to kochany człowiek. Nie zwymyślał mnie, nie walnął w łeb patelnią - zresztą zajęta była, bo kotlet się smażył. Spojrzał za okno i powiedział coś, za co go kocham najbardziej na świecie.

- Musiałby być zadaszony ten ganek, żeby ci na głowę nie padało :D

Pomarzyć dobra sprawa, no nie?
No to już wiecie, czemu mnie tak ciśnie i na co pójdzie honorarium z pierwszej książki?
I kolejnych siedmiu? :D

ps. A może macie ochotę podzielić się swoim marzeniem?



środa, 12 marca 2014

Porządki :)

Od kilku dni pięknie, wiosennie, ciepło. Żal w domu siedzieć, dziecko trzeba dotleniać, choć wzbrania się rękami i nogami i każdy spacer okupuje histerią. Choć chyba nawet nie sam spacer, ale ubieranie: buty, kurtka, czapka, apaszka pod szyjkę. Ubieranie to trauma, ryk, histeria, a kiedy ubrane dziecko wychodzi na świeże powietrze, następuje zmiana i dziecko jest prze szczęśliwe. Obrywa zeszłoroczne badylki, niszczy stokrotki, a nawet próbuje, jak smakuje glina. Pewnie dlatego, że ta glina kolorystycznie pod czekoladę podchodzi. :)

A matce żal czas marnotrawić i kiwać głową nad każdym badylkiem. Owszem, trochę można, ale nie za wiele. W zanadrzu ma więc grabki (do grabienia) i łopatę ryjówkę (na kreta) i kiedy dziecko zajęte jest kontemplowaniem przyrody, matka cichaczem porządkuje ogródek. Trochę już uporządkowała, ale niezbyt dużo, bo dziecko kontemplujące przyrodę także wymaga uwagi i nadzoru. Nie za wiele, ale jednak.

A tak poważnie mówiąc i nie bawiąc się w trzecie osoby (za dużo ostatnio klepię w klawiaturę i mi się udziela narracja, kopnijcie mnie w du... i będzie po krzyku) wzięłam się za porządkowanie ogródka. Mocno ściskam kciuki by zima w tym roku nie wróciła w kwietniu i moje marcowe porządki nie poszły na marne. Niestety, ale teren naokoło domu mamy wielgachny, potrzeba sporo czasu żeby to uprzątnąć. W zeszłym roku nie zdążyłam, Misia była malutka, więc nie mogłam jej zebrać ze sobą, czekałam na Kocurowe wolne, ile zrobiłam tyle zrobiłam i czekałam na kolejne wolne. Ale zanim się doczekałam to trawa bujnęła i zarosła to co było do sprzątania. Potem mąż przeklinał, że źle mu się trawę kosi koło domu :)

W tym roku mam o tyle lepiej, że Misia idzie ze mną do ogródka na godzinę dwie. Wynoszę jej stolik i wiaderko zabawek, a ona i tak zbiera kamyki i trawki. Uszatego wiążę na smyczy gdzieś obok, nie może być luzem bo koty się marcują i szwendają. Nie chcę by mi uciekł gdzieś za kotem jak wiecie kto. Ja sobie grabię i rozwalam kretówki, a Misia się bawi i śpiewa. W poniedziałek tak głośno śpiewała, że aż sąsiadka przybiegła do płota, co się dzieje :) A to tylko nasza gwiazda :P

Wiadomo, że i tak ta robota nie wygląda tak jak powinna. Gdybym nie musiała co pięć sekund patrzeć na moje pomysłowe dziecko, zrobiłabym więcej. Jednak póki co nie mogę jej obdarzyć pełnym zaufaniem, co udowodniła minutę po wyjściu z domu pakując do ust garść wyżej wspomnianej gliny :D Mimo wszystko praca na świeżym powietrzu cieszy, a po hasaniu na zielonej trawce Misia śpi dwa razy dłużej, popołudniu oczywiście.

Generalnie ta notka miała być o czym innym, ale nie wyszło. Może wyjdzie następnym razem :)

poniedziałek, 10 marca 2014

Co mnie cieszy?

Chciałam podzielić się z Wami tym, co mnie cieszy w ostatnich dniach. Mianowicie, chodzi o to, że córka mi się rozgadała i tak sobie fajnie konwersujemy. Oczywiście nie rozmawiamy na temat przeczytanych książek, ani kupionych ciuszków, na to mamy kolejne piętnaście a może nawet sześćdziesiąt lat. Obecnie jesteśmy na etapie powtarzania i polega to najczęściej na tym, że albo ja coś mówię i Misia powtarza, albo Misia coś mówi i następuje konsternacja, bo matka powinna powtórzyć, a nie wie co :)

Czasami jednak wychodzą nam całkiem fajne dialogi. Misia jeszcze posługuje się słowem bardzo ostrożnie, powtarza po nas większość wyrazów, jedne wyraźnie, inne po swojemu, ale czasami się zapomni i rąbnie z grubej rury :) Jak na ten przykład wczoraj, gdy siedziała wieczorem na toalecie i nagle wrzasnęła:
- KUPA idzie!
Było to tak komiczne, że wszyscy (za wyjątkiem Misi, która kontynuowała dzieło) tarzaliśmy się po podłodze w kuchni :)

Poza tym całkiem wyraźnie powtarza swoje imię, woła psa, gdy nie ma go przy niej, mama-tata to już norma, podobnie jak misiu :) Słowo "rajtki" wzbudza euforię, aż skacze pod sufit, pić jest równie lubiane, jeść trochę mniej :) Nieźle kombinuje, coraz lepiej jej wychodzi, mam nadzieję, że przed czerwcem się rozgada na całego, bo jedziemy tam, gdzie jest druga rozgadana dziewczynka i mogłyby się przegadywać :)

Ujęłabym to tak, ona jeszcze nie wie, że już umie mówić. Ale pewnie się dowie :)

piątek, 7 marca 2014

Kobiet dzień...

Wzięłam sobie za obowiązek przypomnieć kochanemu mężowi, co za dzień jutro mamy. Plus jeszcze taką kwestię, że kobiety w domu ma dwie i zwiędniętym tulipanem się nie wykpi. Z młodszą kobietą sprawa wydaje się być prosta. Kupi Kinder Czekoladę i zaskarbi sobie miłość do 2032 roku. Ze starszą problem powtarza się, co roku. No, bo co jej kupić, jak ona nic nie chce (poza książkami)?


Nawet Facebook wie, że jutro jest święto laseczek. Co druga firma oferuje wysyłkę gratis, nawet jeśli sprzedaje części zamienne do wiertarki udarowej. Same kobiety o swoim święcie nie mają szans zapomnieć. Przeglądając maile, przypomniałam sobie z rozczuleniem, jak w podstawówce kupowaliśmy sobie prezenty na dzień kobiet i dzień chłopka. Głupawe misie, długopisy, gumki serduszka, tulipany w celofanie. 
Co roku trzeba było się wysilić i wymyślić coś, czego jeszcze nie było :) Faceci mieli łatwiej, zawsze ten kwiatek, zawsze czekolada....

Ale pewnego razu...

Chłopaków w klasie miałyśmy dziesięciu. Zebrałyśmy fundusze i poszłyśmy do apteki. Nie, nie kupiłyśmy prezerwatyw o smaku malinowym. To nie były te czasy. Podeszłyśmy do okienka i poprosiłyśmy o dziesięć smoczków dla dzieci, tzw. cumelków. Pani farmaceutka rozdziawiła gębę i wpatrywała się dobre pięć minut, jakby pierwszy raz widziała dwunastolatki kupujące dziesięć smoczków. Dopiero włascicielka apteki trąciła ją w ramię i wyjaśniła, że to jakiś kawał. 

Kawał. I to jaki. Do każdego cumelka przywiązałyśmy cukierki. Chłopcom prezent się spodobał. Nauczycielom trochę mniej. Cały dzień ciumkali te smoczki :)

Rok później każda z nas dostała czekoladę zapakowaną w pampersa... na szczęście czystego :)