Pogodę mamy dziś ładną, tyle że wieje solidnie. Jednak porządków w ogródku nie dało się dłużej odkładać, więc czapki na głowy i do grabi. Mila wiernie mi towarzyszyła... rozdeptując kretowiny. Ale ja nie o Mili i nie o porządkach dziś chciałam, ale o tym, że ciężko mi na duszy przez to, co spotkało nas popołudniu. Mianowicie ledwie wyszłyśmy do ogródka i zabrałyśmy do grabi, zawołały nas dzieci sąsiadów. Podeszłyśmy więc do płotka, żeby pogawędzić i wtedy z oczu zniknął mi Uszaty, nie przejęłam się tym jednak bardzo, bo Uszaty jest psiskiem dość usłuchanym i raczej z oczu nie znika bez powodu. Po chwili jednak dostrzegłam go... stojącego na torowisku! Szybko wzięłam córkę na ręce i zaczęłam schodzić w stronę torów. Wtedy zobaczyłam, że kundel wcale nie jest sam!
Obok niego stał mały, rudy piesek. Natychmiast przywołałam Uszatego do nogi, na szczęście szybko usłuchał. Kątem oka zauważyłam, że w zaroślach za torami znika biało-czarne coś, ale rudy piesek nadal stał dokładnie pomiędzy szynami. Krzyknęłam, żeby schodził, a wtedy zaczął powoli iść w stronę dworca. Ale jak szedł... maluteńkimi kroczkami, utykał i w końcu położył się na tych torach i zaległ. Roztrzęsłam się cała, bo lada chwila mógł jechać pociąg, a miernota zostałaby przejechana! Zrozumiałam, że coś ma nie tak z łapami albo tyłem, bo nie kulał, ale utykał na cały tył tak śmiesznie. W międzyczasie przybiegły dzieci sąsiadów i co było robić? Dziewczynka chwyciła Milę za rękę, a ja poszłam po tą rudą sierotę. Kiedy podeszłam sprawdziłam, czy nie ma czasem złych zamiarów względem mojej dłoni, ale zamerdał ogonkiem... i dalej leżał patrząc smutno. Wzięłam na ręce i zniosłam na trawę kawałek od torów. I tam sobie leżał chwilę nieśmiało merdając rudą szabelką.
W tym czasie Uszaty zechciał okazać swoją zazdrość pod tytułem "moja pańcia" i rudego obszczekał. Nie było wyjścia. Milę na ręce, Uszatego ochrzanić i do domu. Psa przywiązałam na smyczy do krzesła ogrodowego, żeby nam nie chodził na zwiady, a my zabrałyśmy się do roboty. Ja obkopałam skalniak, Mila podeptała kretowiny, ale co chwila myślą wracałam do pieska. Postanowiłam, że kiedy Kocurzasty wróci z pracy, zamkniemy uszatego w domu i pójdziemy sprawdzić, czy jeszcze jest i jak się ma, ewentualnie zadzwonimy do jakiegoś ośrodka dla piesków. Po krótkiej chwili zauważyłam że piesek gramoli się z powrotem na nasyp. Obserwowałam go z daleka i czułam się cholernie bezsilna.
Pies przez chwilę dreptał po torowisku tam i z powrotem szczekając słabo. Po chwili na łące ukazał się biało - czarny kundelek i dołączył do niego. Razem ruszyły w stronę wsi, naturalnie torami. Wstąpiła we mnie nadzieja, bo rudy szedł już o wiele szybciej. Doszłam do wniosku, że kończą eskapadę i idą do domu. Miałam tylko nadzieję, że po drodze nie minie ich pociąg...
Półtorej godziny później Kocurzasty wrócił z pracy, a wtedy Uszaty popędził do ogródka. Mąż poszedł za nim i dostrzegł na łące tego czarno-białego pieska. Niestety uciekł na widok naszego Uszatego do lasku, Kocurzasty za nim poszedł, ale go nie znalazł. Rudego nie było. Chcę myśleć, że gdzieś się schował, albo wrócił do domu i że nie spotkał tego cholernego pociągu...
Nie wiem, czy to pora na psie romanse, czy ktoś je wyrzucił z pociągu? Nigdy wcześniej ich nie widziałam, teraz mało gdzie pies luzem lata. Jutro będę wypatrywać, może się pojawią? Ale tak mi źle i beznadziejnie. ..