Święta Wielkanocne nie należą do moich ulubionych, zdecydowanie bardziej wolę Boże Narodzenie. Ale uwaga: ostatnio odkryłam, dlaczego tak jest. Same Święta Wielkanocne są przecież radosne, zielone od trawki i żółte od kurczaków, ukwiecone narcyzami i forsycją, no piękne są przecież! Ale w dużej mierze kojarzą mi się ze smutną i ponurą otoczką Wielkiego Postu, Drogi Krzyżowej i Gorzkich Żali. Jak bardzo lubię chodzić do kościoła, tych nabożeństw nigdy nie lubiłam, zawsze były bardzo przygnębiające, a na dodatek strasznie bolały po nich kolana... Zanim przeżegnacie się na widok mojego postu, weźcie pod uwagę, że są to skojarzenia dziecka, które na długie lata zakorzeniło się gdzieś w środku i rzutuje na Bogu ducha winną Wielkanoc :))
Wielkanoc przez długi czas kojarzyła mi się bardzo negatywnie jeszcze z jednego powodu: podczas tych świąt zawsze działo się w rodzinie coś złego. Niekoniecznie w mojej, ale kiedy zaczęłam spotykać się z Kocurzastym, to jego rodzina stała się tak jakby moją. I tak właśnie było: w jedne święta pędziliśmy na dyżur dentystyczny z Kocurem, w inne zdarzył się wypadek samochodowy, jeszcze kiedyś wracającego ode mnie Kocura napadło trzech typków i dobrze, że uszedł z życiem, innym razem teść za dużo wypił i strugał chojraka. Zawsze było coś. Odpukać odkąd jesteśmy małżeństwem i urodziła się Mili jest spokojnie. Oby tak zostało...
No to może jeszcze trochę o zwyczajach wielkanocnych. Kiedy żyła jeszcze mamcia, często wybierała się na misterium męki pańskiej do pobliskiego klasztoru. Ja także chciałabym kiedyś pójść, choć nie wiem, czy to widok dla takiego wrażliwca. W Wielki Piątek zawsze pościmy (oczywiście poza Mili), jemy tylko lekkie śniadanie i bardzo lekką kolację. Gotujemy także jajka w obierkach z cebuli. I bardzo dobrze, że zaczęłam pisać tę notkę, bo znów choinka jasna zapomniałam nazbierać łupin. Może lecieć dziś do sklepu i żebrać! Pieczemy ciasta i robimy sałatki. W Sobotę Wielkanocną staram się mieć już wszystko porobione i tylko lekko posprzątać dom i przygotować koszyk, ale nie zawsze mi wychodzi. Rano nie jemy (znów poza Mili), na 11,00-12,00 idziemy z koszykiem na święcenie pokarmów. Wspomnę jeszcze, że kiedy byłam mała w sobotę właśnie babcia przynosiła o świcie wody ze studni żebym umyła w niej buzię. Miało mi to zapewnić urodę :) Chyba nie za bardzo chciałam się w niej myć, bo mam dużo zmarszczek...
Mili nie ma swojego koszyka, ponieważ nie ma póki co ochoty go nosić. My mamy duży koszyk, a w nim: jajka, baranka, kiełbaskę, kawałek szynki, mandarynkę, sól,buraczki, babkę, chleb, czasem także królika z czekolady, ale to zależy czy Mili dostanie, bo ja jej nie kupuję, bo od razu by zjadła :P Koszyk dekorujemy bukszpanem i jeśli pogoda na to pozwala, między bukszpan wtykam kwiatek narcyza ze starego ogródka babci. Taka moja tradycja, ale w tym roku chyba nic z tego. Co roku powtarza się taki scenariusz, mamy wychodzić z domu i okazuje się, że zapomniałam przygotować serwetki, więc tnę ją na szybkiego z kawałka firanki. Co roku to samo, muszę potem obcinać firankę na krótko, albo wyrzucać, albo idziemy bez serwetki :P
Stara rodzinna legenda mówi, że kiedy byłam małym dzieckiem i święciłam koszyczek, ksiądz pochylił się nade mną i zapytał: No i co ty tam masz w tym koszyku? Na te słowa wysypałam mu wszystko pod nogi. Teraz dzieci są jakby inne :) Mila cały czas patrzy, żeby dorwać się do jajek! W ich obliczu nawet królik z czekolady nie robi wrażenia!
Po powrocie z kościoła sprzątamy to co Uszate Psisko narozrabiało, kiedy nas nie było i siadamy do śniadania. Dziecko jest w swoim żywiole, tyle jajek na stole! Wielkanoc to dla nas trochę leniwe święta, dużo jemy i odpoczywamy. W odwiedziny chodzimy tylko do babci, albo ona do nas. W święta bardzo wyraźnie odczuwa się, gdy nie ma się rodziny i wtedy najbardziej brakuje mi mojej mamy.
Nie kultywujemy lanego poniedziałku i całe szczęście... To chyba najbardziej bezsensowna dla mnie tradycja, choć oczywiście kiedy było się dzieckiem, myślało się zupełnie inaczej i ganiało się w przemoczonych portkach po całej wsi. Dawniej kiedy szło się do kościoła nawet koło remizy strażackiej strach było przejść, bo stali autem i polewali babcia, dziadek czy młoda dziewczyna. Oczywiście dziewczyny najwięcej :)) Teraz co najwyżej psikamy się wodą z końcówek palców, to już ksiądz kropi więcej w kościele :))
Chciałabym Was na koniec prosić, byście weszły TUTAJ! i zapoznały się z pewną akcją. 5 zł przekazane na to cierpiące dziecko to zaledwie parę jajek czy kawałek kiełbaski mniej... No a jaja i tak są niezdrowe a kiełbasa sztuczna, więc? :)