wtorek, 31 marca 2015

Ja (też) wolę gwiazdkę..

Święta Wielkanocne nie należą do moich ulubionych, zdecydowanie bardziej wolę Boże Narodzenie. Ale uwaga: ostatnio odkryłam, dlaczego tak jest. Same Święta Wielkanocne są przecież radosne, zielone od trawki i żółte od kurczaków, ukwiecone narcyzami i forsycją, no piękne są przecież! Ale w dużej mierze kojarzą mi się ze smutną i ponurą otoczką Wielkiego Postu, Drogi Krzyżowej i Gorzkich Żali. Jak bardzo lubię chodzić do kościoła, tych nabożeństw nigdy nie lubiłam, zawsze były bardzo przygnębiające, a na dodatek strasznie bolały po nich kolana... Zanim przeżegnacie się na widok mojego postu, weźcie pod uwagę, że są to skojarzenia dziecka, które na długie lata zakorzeniło się gdzieś w środku i rzutuje na Bogu ducha winną Wielkanoc :))

Wielkanoc przez długi czas kojarzyła mi się bardzo negatywnie jeszcze z jednego powodu: podczas tych świąt zawsze działo się w rodzinie coś złego. Niekoniecznie w mojej, ale kiedy zaczęłam spotykać się z Kocurzastym, to jego rodzina stała się tak jakby moją. I tak właśnie było: w jedne święta pędziliśmy na dyżur dentystyczny z Kocurem, w inne zdarzył się wypadek samochodowy, jeszcze kiedyś wracającego ode mnie Kocura napadło trzech typków i dobrze, że uszedł z życiem, innym razem teść za dużo wypił i strugał chojraka. Zawsze było coś. Odpukać odkąd jesteśmy małżeństwem i urodziła się Mili jest spokojnie. Oby tak zostało...

No to może jeszcze trochę o zwyczajach wielkanocnych. Kiedy żyła jeszcze mamcia, często wybierała się na misterium męki pańskiej do pobliskiego klasztoru. Ja także chciałabym kiedyś pójść, choć nie wiem, czy to widok dla takiego wrażliwca. W Wielki Piątek zawsze pościmy (oczywiście poza Mili), jemy tylko lekkie śniadanie i bardzo lekką kolację. Gotujemy także jajka w obierkach z cebuli. I bardzo dobrze, że zaczęłam pisać tę notkę, bo znów choinka jasna zapomniałam nazbierać łupin. Może lecieć dziś do sklepu i żebrać! Pieczemy ciasta i robimy sałatki. W Sobotę Wielkanocną staram się mieć już wszystko porobione i tylko lekko posprzątać dom i przygotować koszyk, ale nie zawsze mi wychodzi. Rano nie jemy (znów poza Mili), na 11,00-12,00 idziemy z koszykiem na święcenie pokarmów. Wspomnę jeszcze, że kiedy byłam mała w sobotę właśnie babcia przynosiła o świcie wody ze studni żebym umyła w niej buzię. Miało mi to zapewnić urodę :) Chyba nie za bardzo chciałam się w niej myć, bo mam dużo zmarszczek...

Mili nie ma swojego koszyka, ponieważ nie ma póki co ochoty go nosić. My mamy duży koszyk, a w nim: jajka, baranka, kiełbaskę, kawałek szynki, mandarynkę, sól,buraczki, babkę, chleb, czasem także królika z czekolady, ale to zależy czy Mili dostanie, bo ja jej nie kupuję, bo od razu by zjadła :P Koszyk dekorujemy bukszpanem i jeśli pogoda na to pozwala, między bukszpan wtykam kwiatek narcyza ze starego ogródka babci. Taka moja tradycja, ale w tym roku chyba nic z tego. Co roku powtarza się taki scenariusz, mamy wychodzić z domu i okazuje się, że zapomniałam przygotować serwetki, więc tnę ją na szybkiego z kawałka firanki. Co roku to samo, muszę potem obcinać firankę na krótko, albo wyrzucać, albo idziemy bez serwetki :P

Stara rodzinna legenda mówi, że kiedy byłam małym dzieckiem i święciłam koszyczek, ksiądz pochylił się nade mną i zapytał: No i co ty tam masz w tym koszyku? Na te słowa wysypałam mu wszystko pod nogi. Teraz dzieci są jakby inne :) Mila cały czas patrzy, żeby dorwać się do jajek! W ich obliczu nawet królik z czekolady nie robi wrażenia!

Po powrocie z kościoła sprzątamy to co Uszate Psisko narozrabiało, kiedy nas nie było i siadamy do śniadania. Dziecko jest w swoim żywiole, tyle jajek na stole! Wielkanoc to dla nas trochę leniwe święta, dużo jemy i odpoczywamy. W odwiedziny chodzimy tylko do babci, albo ona do nas. W święta bardzo wyraźnie odczuwa się, gdy nie ma się rodziny i wtedy najbardziej brakuje mi mojej mamy. 

Nie kultywujemy lanego poniedziałku i całe szczęście... To chyba najbardziej bezsensowna dla mnie tradycja, choć oczywiście kiedy było się dzieckiem, myślało się zupełnie inaczej i ganiało się w przemoczonych portkach po całej wsi. Dawniej kiedy szło się do kościoła nawet koło remizy strażackiej strach było przejść, bo stali autem i polewali babcia, dziadek czy młoda dziewczyna. Oczywiście dziewczyny najwięcej :)) Teraz co najwyżej psikamy się wodą z końcówek palców, to już ksiądz kropi więcej w kościele :))

Chciałabym Was na koniec prosić, byście weszły TUTAJ! i zapoznały się z pewną akcją. 5 zł przekazane na to cierpiące dziecko to zaledwie parę jajek czy kawałek kiełbaski mniej... No a jaja i tak są niezdrowe a kiełbasa sztuczna, więc? :)

niedziela, 29 marca 2015

No i jestem obrzydliwa

Wspominałam, że nie lubię litanii typu "ten umarł,a ten ma to" ale jest jedna rzecz, której w rozmowach nie lubię jeszcze bardziej. Jestem mianowicie okropnie obrzydliwa i nie cierpię debatowania nad rzeczami krwawymi i śmierdzącymi, szczególnie w okolicach talerza. I ponownie kłania się scenka rodzajowa z udziałem mojej teściowej. I to wcale bynajmniej nie temu, że teściowa jest niewychowana w każdym względzie lub klasycznie mnie drażni (to czasem też), ale po prostu jest najczęstszym gościem w naszym domu i dzięki niej mam o czym pisać :P

Dalej będzie niesmacznie, więc jeśli ktoś je, albo coś... to wiecie :)

Mianowicie zasiedliśmy sobie do konsumowania kotleta mielonego z ziemniakiem i mizerią, kiedy nie wiedząc,co sprowokuję, poruszyłam kwestię, że muszę jechać córce po pieluchy. Dziecko mam nocnikowe, ale na noce zakładamy jeszcze pieluszkę i pewnie długo będziemy, a czasami o 20,00, kiedy już biegam po domu w piżamie, okazuje się, że nie ma ani sztuki podrabianego pampersa i trzeba się w te pędy ubierać i lecieć do pobliskiego sklepu. A więc ja wyszłam z tekstem, że trzeba kupić, a teściowa wyszła z tekstem, że ostatnio chciało jej się śmiać, bo żona mojego szwagra nie zauważyła, że córcia zrobiła kupę, a dziecko się tak zaklajstrowało, że aż mu pod pachami wyszło. Moja wyobraźnia jest bogata, pewnie za bogata, bo aż mi się kotleta odechciało. Spojrzałam na męża, ale on konsumował dalej z uduchowionym wyrazem twarzy. Spojrzałam na córkę, ale ona chyba nie załapała komizmu sytuacji, spojrzałam na teściową i napotkałam szeroki uśmiech i gestykulację, która miała podkreślać, że jej młodsza wnuczka robi kupy jak smok :D Na szczęście temat szybko się wyczerpał i z ulgą wróciłam do talerza, choć muszę wam powiedzieć, że przełykałam ślinę jak kaczor. 

Ale wtedy teściowa przypomniała sobie, jak ostatnio była świadkiem, jak pan w stanie wskazującym na spożycie przewrócił się na chodniku, pozostawiając po sobie mokrą plamę. Tutaj nastąpił wyraźny opis tego, co panu wypłynęło i spłynęło. I nie zdzierżyłam, wyszłam do łazienki. Może teściowa robiła zamach na mój kawałek kotleta i chciała się mnie z kuchni pozbyć? Ale szczerze mówiąc to wątpię, bo moje kotlety mielone nie należą do wybitnych rarytasów, poza tym teściowa nie za bardzo może smażone. Najlepsze że oni dalej jedli niewzruszeni, no dziecku się nie dziwię, bo mogła nie zrozumieć pewnych słów, ale mój mąż i teściowa pałaszowali aż im się uszy trzęsły. I tylko ja miałam przed oczyma obydwie te scenki i nie dałam rady dokończyć obiadu, na czym skorzystał Uszaty Pies. 

Teraz tak sobie myślę, że nie zawsze tak miałam, a z różnymi rzeczami człowiek się stykał. Może po trzyletnim zmienianiu pieluch zrobiłam się nadwrażliwa? Ale chyba powinno być na odwrót. Nie mniej nie cierpię takich wstawek, unikam spotkań mam, które chcą porównywać kupki swoich dzieci, bo choć "nic co ludzkie nie jest mi obce" to jednak "nie wszystko jest smaczne". A jak Wy macie? Trochę taki śmierdzący temat i być może brzydko zapytam,: jesteście obrzydliwe, czy dajecie z tym radę? 

sobota, 28 marca 2015

Nie lubię o chorobach...

U pewnego chłopaka zdiagnozowano guza na mózgu. Mam nadzieję, że wszystko zakończy się szczęśliwie, dopiero co wszedł w dorosłe życie, zaczął odnosić sukcesy zawodowe, cieszył się, że tak dobrze mu się powodzi. Jedna chwila pokazała, że wszystkie sukcesy, zaszczyty i pieniądze nie są ważne. Bo prawdziwym sukcesem jest zdrowie i życie. 

To tylko jedna z kilku wiadomości, które przyniósł do domu mój mąż. Chłopak związany jest z zakładem pracy, w którym zatrudniony jest Kocurzasty,więc informacja ta wzbudziła tam wielkie poruszenie. Tak się jednak zdarzyło, że kiedy Kocur zaczął o tym opowiadać, była u nas teściowa. Ona uwielbia ciągnąć takie tematy i w momencie zaczęła się litania. U tej wykryto guzka. Tamta pojechała do szpitala. Ten umarł, kojarzysz go synu, on kiedyś przyszedł do ojca, ty wtedy do zawodówki jeszcze chodziłeś? A przecież ten co zemdlał w ośrodku i go karetka wzięła, miał tak zaawansowanego raka, że lekarz tylko głową kręcił! A naszej kierowniczki siostra ma zdiagnozowane to i to. A umarł jeszcze ten, no jak on się nazywał..."

W pewnym momencie zrobiło mi się wręcz słabo i duszno. Musicie wiedzieć, że ja bardzo nie lubię rozmawiać o chorobach, bardzo. Nie znaczy to, że uciekam przed tematem, przecież dobrze wiem, że ludzie bardzo chorują, właściwie każdy z nas musi z czymś się zmagać. Że ludzie umierają. Że trzeba się pilnować, by w razie czego wcześnie wykryć. Jednak takie litanie wzbudzają we mnie gorący sprzeciw. No, bo co tu roztrząsać ludzkie nieszczęście? Wymieniać jak towary z listy sprawunków? I chyba po raz pierwszy jak znam moją teściową, poprosiłam, żeby zmieniła temat. Zaniemówiła, ale to chyba dobrze. W międzyczasie JA zmieniłam temat i dalej rozmawialiśmy o wiosennych porządkach. Nie lubię rozmawiać o chorobach z dwóch powodów. Po pierwsze uważam, że to trochę nie na miejscu roztrząsać choroby obcych osób, takie to trochę hienowate mi się wydaje, zwłaszcza że większość osób opowiada nie z troski czy realnego zainteresowania, ale bardziej plotkarsko. A po drugie, jak mnie ktoś "częstuje" taką wiązanką, zaczynam myśleć o tym, jak bardzo boję się, że pewnego dnia mogłabym odejść od córeczki i męża. 

piątek, 27 marca 2015

Przyszła i pachnie

Nie wiem, jak u Was, ale u nas wyraźnie można zauważyć, że wiosna przyszła. Na polanie w ogrodzie rozkwitły się takie małe żółte kwiatuszki, które będąc dzieckiem, nazywałam "kogutkami", żonkile też pokazały już pączki, a wierzba rosnąca przed domem z jednej strony wypuściła wyraźne, choć jeszcze malutkie listki. I pachnie, naprawdę pachnie wiosną. Ziemią zwilżoną deszczem, trawą i liśćmi, które budzą się do życia, świeżym praniem i wypranymi firankami. A jak do tego jeszcze słonko zaświeci, człowiekowi aż chce się żyć i oddychać pełną piersią. 

Za mycie okien zabrałam się wczoraj, od razu ściągając, piorąc, prasując i wieszając firanki. I kiedy już wyprałam i powiesiłam, pomyślałam sobie, jak by to było miło pomalować przed świętami kuchnię. Po całej zimie palenia w piecu ściany są w opłakanym stanie, aż się nie chce na nie patrzeć. Troszkę zazdroszczę ludziom, którzy mieszkają w nowych budynkach. Nie muszą martwić się odpadającym tynkiem i łuszczącymi się oknami. Nie cierpię myć naszych starych okien, zawsze nabrudzi się gorzej niż przed myciem, sypie się kit, łuszczy farba. Okropność! Ale Kocurzasty zawsze mnie pociesza, że nasze okna są tak szczelne, że przynajmniej nie grozi nam zaczadzenie...

Wracając do tematu ścian... wyszłam z tą propozycją do męża i otrzymałam odpowiedź, że właściwie to czemu nie? Jeśli więc uda nam się znaleźć dobrą duszę, która przygarnie na kilka godzin dziecko, pomalujemy kuchnię na wymarzony przeze mnie słoneczny kolor. Początkowo mieliśmy z tym poczekać aż uzbieramy kasę na gruntowny remont kuchni, łącznie z podłogą, najlepiej wymianą tego łuszczacego się okna i starych szafek... Ale wiadomo, że to nastąpi za tysiąc lat, zatem z malowaniem nie ma co czekać. Uwielbiam świeże wnętrza, nawet zapach farby. I będzie żółciutko, wesoło. I już sobie pomyślałam o innych zasłonkach, do których zrobię na szydełku takie fajne opaski do przywiązywania do ściany, bo jak będą świeże ściany, nie trzeba będzie ich chować za zasłonami :P

Oczywiście to tylko teoretyczny plan, niemniej żyję nadzieją, że uda się go zrealizować w Wielki Piątek. I nawet nie przeszkadza mi, że będę musiała drugi raz umyć okno... zresztą tylko od środka, co nie? :)

Gdy przychodzi wiosna, człowiekowi chce się tej świeżości, naprawdę się chce. Wszędzie :)

środa, 25 marca 2015

Matka zołza!

Od pewnego czasu uzupełniam ankiety przychodzące na maila, "płacą" w punktach, które potem mogę wydać na  stronach księgarni online. Ale nie o tym chciałam. Jedna z ostatnich ankiet skłoniła mnie do bicia się w piersi i przyznania, że matka ze mnie zołzowata. A przynajmniej takie wrażenie mogła mieć osoba, która potem przeglądała wyniki badania. 

Ankieta dotyczyła produktów nieczekoladowych dla dzieci. Z zapałem zabrałam się do uzupełniania odpowiedzi. I co mi wyszło? 

Pytanie pierwsze: 

Jakie słodycze nieczekoladowe kupujesz dla swojego dziecka w wieku do lat czterech?

a) cukierki 
b) gumy rozpuszczalne
c) lizaki
d) żelki 
e) moje dziecko nie jada słodyczy 

Jak myślicie, co zaznaczyłam? Oczywiście odpowiedź e. Bo ja jestem taka niedobra matka, co dziecku nie kupi ani cukierka ani lizaka, a gumie i żelku nie mówiąc. Z prostej przyczyny, że kupować się nie opłaca, bo dziecko nie lubi i pluje. Więc po co kupować? Ale takiej odpowiedzi nie było, podobnie jak nie było odpowiedzi "moje dziecko woli herbatniki i biszkopty". Hm... Pójdźmy dalej. 

Pytanie drugie:

Kto w twoim domu decyduje o zakupie słodyczy nieczekoladowych dla dziecka w wieku do lat czterech?

a) ja
b) mój mąż
c) moje dziecko 
d) moje dziecko nie jada słodyczy nieczekoladowych 

Tutaj się zagapiłam i zaznaczyłam d, a przecież mogłam a, skoro słodycz nieczekoladowy to ciastko :) Ale się zagapiłam, więc nadal wychodzę na zołzę. 

Ile czasu dziennie twoje dziecko w wieku do lat czterech poświęca na oglądanie bajek?

a) powyżej dwóch godzin 
b) powyżej godziny
c) do godziny
d) moje dziecko nie ogląda telewizji

Jak myślicie, którą odpowiedź zaznaczyłam? Tak, naturalnie. Zgodnie z prawdą zaznaczyłam d, bo przecież moje dziecko od dwóch tygodni ma zakaz oglądania telewizji. I nie ogląda i nie krzywduje. Jednak takiej odpowiedzi także nie było. Podobnych pytań było mnóstwo i uwierzcie że na większość odpowiedziałam po prostu okropnie! Nie kupuję dziecku "danonków", bo nie lubi, nie lubi też soczków dla dzieci. Nie kupuję cukierków. Moje dziecko nie korzysta z komputera i aplikacji na android, nawet bajek nie ogląda! Z naszej ankiety wynika że wiedzie całkiem ascetyczne życie, karmione chlebem z masłem i (nutellą) białym twarożkiem. Czas spędza na intensywnej nauce i czytaniu książek. Założę się, że osoba która przeglądała te badania pomyślała sobie: ta matka jest nawiedzona, biedne dziecko :) O nutellę, frytki i majonez nie pytali, a szkoda... wyszłabym na normalniejszą...


poniedziałek, 23 marca 2015

Kiepski poniedziałek...

Kiepski ten dzisiejszy poniedziałek. Dziecko marudne, byle jakaś choroba się nie przyplątała. Z popołudniowej drzemki wyrwała się z dzikim wrzaskiem i tak długo nie mogła się uspokoić, że zastanawiałam się, czy to nie atak wyrostka, albo czegoś i nie dzwonić po pogotowie. Po długim tuleniu wszystko wróciło do normy, na tyle że przy stole z zabawkami i słówkami spędziłyśmy aż 45 minut! Rekord normalnie! 

Mój humor zwiesił się już rano, kiedy okazało się, że mój osobisty telefon odmówił posłuszeństwa. A jeszcze nawet nie minęły dwa lata, jak go mam. Nie mam przekonania do telefonów dotykowych i mój właściwie był tylko pół-dotykowy. Jednak wystarczy, bo pin da się zatwierdzić tylko i wyłącznie na ekranie, a ekran nie reaguje na dotyk. Póki co przełożyłam kartę do starego telefonu Kocurzastego, ale czarno to widzę, bo z tego co pamiętam, on przed wymianą żalił się, że się psuje. Swój telefon włożyłam póki co do szuflady, może sobie przemyśli swoje zachowanie i zacznie działać?

Przy okazji policzyłam sobie i wyszło mi, że to jest mój ósmy telefon komórkowy, z tym że trzy były kompletnym nieporozumieniem i były szybko sprzedawane i wymieniane. Moja pierwsza komórka była Alcatelem i mam do niej sentyment tylko dlatego, że była pierwsza. Później zawsze były Nokie, za wyjątkiem trzech nieporozumień: dwóch samsungów i jednego LG. LG był nawet fajny i ładny, ale szybko zatęskniłam do Nokii i wymieniłam. Nigdy wcześniej nie zepsuł mi się telefon, każdą Nokię sprzedawałam, bo była na tyle w dobrym stanie. Ostatnią dwa lata temu dałam teściowej i służy jej do dziś. To była moja ulubiona Nokia i chyba trzeba było ją zostawić, lepiej bym na tym wyszła. Telefony chyba robią coraz gorsze, jedno jest pewne - nie chcę już niczego dotykowego... (no poza czytnikiem kupionym w ubiegłym tygodniu, mamo, mam nadzieję, że będzie działał...)

Chciałam Wam dziś opisać jedną taką historię, całkiem życiową, co to ją sobie ostatnio przypomniałam i ułożyłam w głowie. Ale z racji, że wstęp mi wyszedł za długi, opowiem Wam innym razem. Cieszę się, bo na powrót zaczynam odczuwać radość z pisania na otwartym blogu. Może coś z tego będzie :D

Jeśli chcecie mi jeszcze polecić jakiegoś bloga, lista jest otwarta, można wpisywać :)


niedziela, 22 marca 2015

Poleć mi bloga

Dziecko drzemie, mąż chrapie, a pies ma w nosie spacer, bo od rana pada deszcz. Spaceruję więc sobie sama, tyle że po blogach. W ostatnim czasie na znajomych blogach panuje zastój, wiele znanych od lat blogerek zaprzestało pisania, wiele pisze bardzo rzadko. Kiedyś przejrzenie linków zajmowało mi tyle czasu, że miałam wyrzuty sumienia, że aż tyle :P Teraz uwijam się w pięć minut i to z komentowaniem! Choruję na deficyt blogów, takich normalnych do poczytania, nie takich reklamujących i zachwalających. Bo tych reklamujących i zachwalających (paretingowych, si?) mam dużo na facebooku i wchodzę tylko, jeśli coś mnie zainteresuje. 

I tutaj pojawia się zadanie dla Was: gdybyście miały polecić mi jeden, góra trzy blogi - jakie adresy byście podały? Oczywiście zastrzegając, że są to otwarte blogi, których właściciele bądź właścicielki są nastawione na zawieranie nowych znajomości i udostępnianie kawałka swojego życia zupełnie obcej babie :) Blogi z poczuciem humoru są punktowane u mnie podwójnie. No, więc? Polecicie coś ciekawego? 

sobota, 21 marca 2015

Kawowe deja vu

Oj, nie za długo udało mi się wytrzymać w swoim pozytywnym nawyku picia z rana herbatki owocowej! Niestety, ostatnie tygodnie zaczęłam wcześnie wstawać i przez moją myśl przemknęło, że przecież o takiej nieludzkiej godzinie kawa smakuje wprost idealnie. Ledwie to pomyślałam, dostałam potężnego ślinotoku i ... poszło. Raz się złamałam i znów piję kawę codziennie. Na szczęście w innych kwestiach dotyczących diety okazałam się bardziej słowna i dzięki temu dolegliwości brzucha nie wróciły. 

Piję więc z rana kawę i cieszę się jej smakiem. Jednego poranka, kiedy zalewałam akurat wrzątkiem zawartość kubeczka, lotem błyskawicy przemknęła przez moją głowę myśl: ja już to kiedyś robiłam. Robiłam kawę i szłam z nią do komputera, żeby pracować. Zagłębiłam się w tym dosadniej i zaczęłam wspominać Wylęgarnię. Z sentymentem i przyjemnością, bo kiedy człowieka już nic nie boli, nic w boczek nie uwiera, może wspominać ze spokojem, a nawet z głupawym uśmieszkiem. Więc siedziałam przez chwilę i wspominałam sobie, jak rano jechałam do pracy, witałam się z dziewczynami na punkcie, leciałam robić kawę, a potem brałam się za klepanie. Wspominałam Barbarkę, Długiego, niektóre bardziej lubiane koleżanki, dostawców i przedstawicieli handlowych. 

A popołudniu wlazłam na M i przetrząsnęłam archiwum, by jeszcze lepiej to poczuć. Wtedy zrobiło mi się smutno, przypomniałam sobie jak nas tam gnębili czasami, przypomniałam sobie śmierć mojej starszej koleżanki Basi, a na koniec rozczarowanie związane z Baby. Jednak wspomnienia jakoś tak same chciały szybować w kierunku tych pozytywnych. Chciałabym wiedzieć, co u niektórych osób słychać, jestem ciekawa nawet czy ta nasza zołzowata szefowa puściła mężach w skarpetkach przy rozwodzie, jak obiecywała. Z biegiem czasu żal przemija, urazy stają się mniejsze, ale to chyba dobrze. Szkoda na nie energii i czasu...

Jednak wspominając jedną z tych osób, czuję jeszcze głęboki żal. Żal nie do niej, ale że tak się to wszystko potoczyło, że padły słowa, których nie sposób wycofać, oskarżenia i groźby. Osoba ta jakiś czas temu zaprosiła mnie do znajomych na portalu społecznościowym. Odrzuciłam. Kilka miesięcy później zaprosiła do znajomych mojego męża, a ten cymbałek przyjął! Kiedy opierniczyłam go równo i solidnie, był zdziwiony, bo przecież to była taka przyjaźń! Nie była. Skoro skończyło się, jak się skończyło, nie mogła być to przyjaźń i nie była. I dopiero wtedy wyjawiłam mojemu mężowi, co naprawdę zaszło. Powiedziałam mu o pieniądzach, które straciłam i o zaufaniu, które zostało zburzone. Był zaskoczony i zapytał, dlaczego nic wcześniej nawet nie wspomniałam, Więc powiedziałam prawdę. Wstydziłam się, że ktoś mnie tak potraktował. Że tak się pomyliłam co do drugiego człowieka. Potem wstyd minął, ale żal i gniew już nie. Jeszcze później gniew także minął, żal pozostał, a przebaczenie się nie pojawiło. Zaskakujące do jakich myśli potrafi sprowokować zwykła kawa...

czwartek, 19 marca 2015

Kto chodzi spać z kurami?

Podczas ostatniej wizyty teściowa zauważyła, że M., czyli mój najmłodszy szwagier wcześnie chodzi spać. Już po dziesiątej się biedakowi usnęło, do tego nie w łóżku, tylko na siedząco przy komputerze. Słysząc to, uśmiechnęłam się półgębkiem - i wcale nie dlatego, że zaczęłam się zastanawiać, co takiego męczącego przy komputerze robił szwagierek, że go zmogło :) Uśmiechnęłam się do tego słowa "wcześnie", bo w czym jak w czym, ale  we wczesnym chodzeniu spać nasza mała kocia rodzinka osiągnęła specjalizację. Faktycznie, M. chodzi spać wcześnie, bo po dziesiątej, a my... hm, my chodzimy spać z kurami :D

Ostatnimi czasy mamy przymusowy odwyk od telewizora. No, bo jak to tak? Dziecko bajek oglądać nie może, a rodzice będą sobie folgować w filmach i serialach? W ubiegłą sobotę chcieliśmy mecz obejrzeć. To znaczy Kocurzasty chciał, ja nie ukrywam, że w ostatnim czasie meczu wolę "słuchać" z kuchni i w tym czasie czytać książkę. W rezultacie dwóch godzin włączonego telewizora dziecko nam się tak pobudziło, że nie chciało usnąć do jedenastej. Przy tym głośno dopominało się o ulubione bajki, no bo jak to tak? Telewizor idzie i nie na bajkach? Tym sposobem nie oglądamy i dziecko po wysłuchaniu 1-2, a czasami 7 bajek usypia w okolicach pół do dziewiątej. 

I w tym momencie powinna zaczynać się część wieczoru ulubiona wszystkim rodzicom, którzy przy dzieciach nie mogą spokojnie porozmawiać, poprzytulać się, już nawet o czytaniu książki nie wspomnę. Powinna, nawet pewnie by się zaczęła, gdybyśmy mieli na to siły :P A my już o 20,30 lądujemy w łóżku. Ja pod pachą trzymam swoją książkę, by się na nią łapczywie rzucić, gdy tylko odłożę Kopciuszka i spółkę, Kocurzasty ściska czytnik i pendrive mając nadzieję, że kiedy dziecko zaśnie głęboko, obejrzy kolejny odcinek wojennego serialu. O 21,00 oczy zaczynają nam się kleić i raz dwa cała rodzina śpi. Z tego wszystkiego dwa razy zapomnieliśmy psa wyprowadzić na siku, bo po prostu było na to za wcześnie. Poza tym on też zasnął :D

Pomyślną stroną medalu jest to, że już dawno nie chodziłam taka wyspana! Wstaję po piątej, gdy Kocurzasty wychodzi do pracy i mam energię na wszystko. Gorzej, że moje dziecko również. Z czego korzysta. Już drugi dzień pod rząd wstała o 5,45!!!




piątek, 13 marca 2015

Jak to było z tą babcią...

Babcia Wiktoria urodziła się w 1912 roku, czyli równe sto lat przed swoją prawnuczką, a moją córką. Była jedną z czwórki rodzeństwa, pierwszą córką. Najmłodszy brat zmarł w bardzo młodym wieku, już jako staruszka babcia często go wspominała i nigdy nie mówiła o nim inaczej, jak Szczepanek. 

Babcia urodziła się w małym domku, jakieś dwa kilometry od miejsca, w którym obecnie mieszkam. Pewnego dnia przechodziłam obok miejsca, w którym kiedyś stał dom moich pradziadków. Było upalne czerwcowe popołudnie, idąc upajałam się zapachem lip i gęstych roślin rosnących nad rzeką. I nagle poczułam obecność mojej babci. Po prostu nagle zaczęłam intensywnie o babci myśleć i oczyma wyobraźni ujrzałam ją jako małą dziewczynkę. Jak wyglądało jej życie w niewielkim biednym domku? Czy kiedy była dwuletnim berbeciem moja prababka sadzała ją na miedzy, by mieć na oku w czasie pracy? Od tamtej pory często wracałam myślami do babci Wiktorii. 

Tak naprawdę wiem o jej życiu bardzo niewiele. Kiedy byłam już na tyle duża, by słuchać opowieści o jej życiu, zachorowała. Zresztą dorastające dzieci rzadko chcą słuchać wspomnień starszych ludzi. Po dwudziestu latach lub więcej tego żałują, ale wtedy niewiele już mogą zrobić. Niemniej pewne historie z życia mojej babci w rodzinie przetrwały, jak chociażby te wojenne. Babcia przeżyła dwie wojny światowe, podczas pierwszej była małym dzieckiem, podczas drugiej młodą mężatką i matką. 

Około 1930 roku babcia poślubiła dziadka i zamieszkała w gospodarstwie, w którym obecnie stoi nasz dom. Dziadek był od babci starszy o niemal dziesięć lat. W 1932 roku urodziła się ich najstarsza córka, Maria. Do 1939 roku, kiedy wybuchła wojna, babcia  urodziła dziadkowi czworo dzieci, w ciągu wojny urodziło się jeszcze dwoje, a po zakończeniu wojny jeszcze czworo. W sumie szczęśliwa dziesiątka, wszystkie przeżyły wojenną zawieruchę i późniejsze lata. Moja mama była pierwszym dzieckiem narodzonym po wojnie. 

W tamtych czasach dziadek uprawiał dość znaczne gospodarstwo, jednak przy tak licznej gromadzie dzieci, nie było lekko. Poza powożeniem koniem pracował również na kolei, przez co w czasie wojny spotkały go poważne nieprzyjemności. Jak wspominały moje ciotki, babcia nie miała z dziadkiem lekkiego życia. Dziadek pił, chadzał na karty i awanturował się w domu. Jak to kiedyś przyznała jedna z sióstr mojej mamy, babcia miała do niego anielską cierpliwość i nie dała powiedzieć na niego złego słowa. Kiedy pił i wrzeszczał, przytulała, odciągała uwagę od dzieci i... rodziły się kolejne maluchy. 

W czasie wojny dziadek pracował jako dróżnik. W tym czasie przez wieś przejeżdżały pociągi wiozące węgiel dla Niemców. Dziadek specjalnie zamykał semafor, by pociąg się zatrzymał, a wtedy ludzie otwierali wagony i węgiel wysypywał się na tory. Z węgla tego korzystali ludzie z całej wsi, ale Niemcy szybko się połapali i przyszli po dziadka. Został wywieziony w kierunku Oświęcimia. Słysząc to babcia, nie namyślając się długo, załadowała na wóz całą czwórkę dzieci i ruszyła  w ślad za dziadkiem, powożąc Kasztanem. Nie wiem, jaki miała plan, ale z  pewnością zamierzała błagać o litość dla dziadka. Babcia była stanowczą kobietą, nie bała się Niemców. Jednak jak się okazało, wcale nie musiała starać się o uwolnienie dziadka, ponieważ ten poradził sobie znakomicie. Co zrobił? Najzwyczajniej w świecie upił niemieckich żołnierzy, co było doprawdy niespotykane przy ich dyscyplinie. A jednak babcia spotkała go w połowie drogi, gdy wracał pieszo do domu. W późniejszym czasie dziadka aresztowano ponownie, a babci w tym czasie przytrafiła się inna historia. 

Zbliżał się już koniec wojny, kiedy babcia znalazła w ogródku rosyjskiego żołnierza i jego konia. Żołnierz ukrywał się przed Niemcami, był ranny i nie był w stanie poruszać się o własnych siłach. Babcia zabrała konia do własnej stajni, a żołnierza ukryła w piwnicy. W tym czasie Rosjanie traktowani byli jeszcze jako wybawiciele, a Niemcy byli najzacieklejszym wrogiem. Myślę jednak, że moja babcia nie odmówiłaby pomocy żadnemu rannemu człowiekowi. Na  temat ukrywającego się w piwnicy żołnierza nie wiedział nikt z rodziny. Niemcy przeszukiwali obejście, a nawet grozili, że je spalą. Babcia osobiście siedziała na zydelku i skrobała ziemniaki, tarasując wejście do piwnicy. Kiedy Rosjanie wypierali Niemców z naszych terenów w styczniu 1945 roku, żołnierz wyruszył w dalszą drogę. W podziękowaniu zostawił babci swojego konia, który również odniósł w walce rany. 

Czasami zastanawiam się, skąd ludzie czerpali siłę, by przeżyć takie dramatyczne wydarzenia. Wyobrażam sobie moją babcię, jak na drabiniastym wozie, z czwórką malutkich dzieci rusza za dziadkiem. Myślę, że musiała go bardzo kochać, choć przecież wcale nie traktował jej dobrze. Chociaż... ciotka mówiła, że babcia dla niego zawsze była Wiktusią... więc może jednak? 

Proszę nie nawiązujcie tutaj do opowiadania M. Jak widzicie to zupełnie inna historia, chciałam ją zamieścić tutaj i podzielić się z Wami na otwartym blogu losami mojej rodziny, a przede wszystkim mojej dzielnej babci. Mam nadzieję, że moja córka, narodzona sto lat później, będzie równie silna, jednak życie nie napisze dla niej tak trudnych scenariuszy...

ps. Coś niecoś zmieniłam :) Musiałam, same rozumiecie :)

wtorek, 10 marca 2015

Wyją syreny...

Wystarczyło, że od dwóch dni pogoda się poprawiła, a już co poniektórym słoneczko za bardzo przygrzało. Syreny strażackie wyją właściwie bez przerwy, w powietrzu unosi się charakterystyczny zapach (smród!) wypalanej trawy. Wiem, że do piromanów nic nie dociera. Chyba w momencie, kiedy widzą kawałek wysuszonej trawy, coś ich ściska, póki nie wyciągną zapalniczki i nie podpalą. I mogą sobie wmawiać, że to dla użyźniania ziemi. Taaaa, tylko po co, skoro to wszystko są nieużytki i nikt na nich nic nie uprawia? 

Nie dociera, że w trawach żyją różne mniejsze i większe zwierzątka. No, kto by się tam żabą przejmował, co nie? Nie dociera, że we wsi śmierdzi, że nie można okna otworzyć, już o praniu nawet nie mówiąc! Nie docierają mandaty, zresztą przecież jak podpali to patrzy z daleka, nie czeka, jak straż przyjedzie. Znam przypadek, gdy jeden taki gagatek podpalił, a potem usnął w tym co podpalił. Szkoda, że go procenty nie zmogły, zanim znalazł w kieszeni zapałki. 

W pobliżu domu mojej teściowej podpalili całą skarpę. Co prawda ten co podpalił, tłumaczył, że przecież podpalił kilkaset metrów dalej, z dala od domów i tak dalej... Wyobraźni mu nie starczyło, by się domyślić, że na takim wysuszonym zajmuje się błyskawicznie, a że skarpa stroma, to nawet straż nie ma jak dojechać. Takiego ognia jeszcze nie widziałam. Paliły się wysuszone krzaki ostrężnic, drzewa, łąka, od dołu zaczęło podchodzić do ludzkich ogródków... koszmar. 

Sezon na wypalanie traw się zaczął, niestety. Tak, mój teść też już planuje. Przecież bez wypalania świeża trawa nie wyrośnie, co nie?

sobota, 7 marca 2015

Kocurzaści gotują: Pikantna zupa z soczewicy

Zakochałam się dziś miłością gwałtowną i świeżą. I wcale nie w facecie (odpukać nadal kocham swojego własnego), ale w soczewicy. Póki co w czerwonej, ale w przyszłości będę chciała kupić także zieloną. Soczewicy chciałam spróbować od dawna, ale trochę odstraszała mnie cena. Niepotrzebnie, bo okazało się, że do zupy potrzeba jej niecałą szklankę, czyli wyjdzie taniej niż w przypadku fasolki po bretońsku. I na pewno zdrowiej, bo się okazało moje kochane, że taka soczewica jest jak prawdziwa skrzynia skarbów i wspaniale kryje zapotrzebowanie na żelazo, miedź, cynk, magnez i witaminy z grupy B! Czyli naprawdę warto po nią sięgać :)

A ja bym pewnie nie sięgnęła, gdyby mi się nie zrobiło żal. Pewnie spytacie kogo. Ano mojej pani ze sklepiku wiejskiego, która od pewnego czasu zaczęła sprowadzać takie różne cudeńka jak soczewica właśnie, sól himalajska i inne różne zdrowe rzeczy. I przykro mi się zrobiło, że toto leży i nikt nie kupuje. No, to ja kupuję. Z korzyścią dla pani, sklepu i zdrówka naszego. 

Z soczewicy postanowiliśmy ugotować zupę, rozgrzewającą jeszcze, prawie na koniec sezonu,  bo wkrótce wiosna i nie będzie ochoty na takie zupki. Trzeba korzystać, bo gotuje się to samo, a do tego jest smaczne. Musicie wybaczyć brak zdjęcia, ale wyszły nieładne, chyba coś aparat szwankuje :(


Pikantna zupa z czerwonej soczewicy

Potrzebujemy:

- 1 dużą cebulę 
- 1 ząbek czosnku
- 3 nieduże marchewki 
- 1 pietruszkę
- kawałek selera 
- listek laurowy
- 3 ziemniaki 
- 1 czerwoną paprykę
- 1/2 żółtej papryki
- puszkę pomidorów w zalewie 
- 3/4 szklanki soczewicy czerwonej (jeśli chcecie bardziej gęstą zupę, dajcie szklankę)
- 2 łyżki masła
- sól, pieprz, papryka słodka i ostra
- kawałek chili ( w naszej wariacji, bo lubimy na ostro)


Cebulkę, marchew, pietruszkę, selera - kroimy w kostkę i podsmażamy na maśle, do tego dodajemy zmiażdżony lub posiekany czosnek. Jeśli lubicie drobne warzywa w zupie, możecie trzeć na tarce o dużych oczkach, oczywiście poza cebulą i czosnkiem. Warzywa podsmażamy do miękkości, następnie zalewamy 2 litrami wrzątku i wrzucamy pokrojone w kostkę papryki i ziemniaki. Dorzucamy listek laurowy, można dać kostkę rosołową. Gotujemy 10-15 minut i dokładamy pomidory wraz z zalewą, a  po kolejnych 10 minutach - soczewicę bardzo dokładnie opłukaną na sitku. Soczewica nie musi się długo gotować, trzeba ją często sprawdzać i mieszać, po około 20 minutach zupa jest prawie gotowa. Trzeba ją jeszcze doprawić przyprawami i ewentualnie wkroić chili. Zupa jest bardzo gęsta i sycąca. Świetnie smakuje z chlebkami pita i grzankami. Następnym razem sprawdzimy wersję z kurczakiem, dziś była bezmięsna :)

Smacznego!