poniedziałek, 30 listopada 2015

Weekend z szarlotką

Jakkolwiek głupio to zabrzmi, ubiegłotygodniowy pogrzeb narobił mi apetytu na szarlotkę. Wszystko przez stypę, na której podano wprost nieziemskie ciasto z jabłkami. Sama stypa bardzo mnie rozczarowała, przyzwyczaiłam się, że na stypach rozmawia się o zmarłym, przytacza różne anegdotki z przeszłości. Tam nie. Po prostu nas nakarmiono (obłędnie i nieprzyzwoicie, zważywszy na okoliczności, dobrze) i wypuszczono do domu. A mnie przed oczyma i na języku pozostała szarlotka. Może to i dobrze? Ciocia nie będzie mi się kojarzyć z alzheimerem, starością, chorobą, ale właśnie z ciastem z jabłkami?

W weekend przystąpiłam do działania. Pamiętacie, jak piekłam ciasto (czereśniowe) z Milą? Tym razem było podobnie. Kocurzasty ulotnił się z domu, ja zabrałam się za przeszukiwanie szafek w poszukiwaniu składników (zawsze czegoś braknie, tym razem cynamonu), a dziecko podreptało do półki z książkami i przyniosło bajkę o Czereśniowym cieście. Ja zagniatałam ciasto, a ona z poważną miną zasiadła przy stole i wertowała książeczkę. Albo ewentualnie podbierała mi surową mąkę, albo jeszcze wyjadała rodzynki i powtarzała "Mieszamy, mieszamy". Nie cierpię wyrabiać ciasta kruchego, ale znalazłam rewelacyjny przepis, ciasto jest mięciutkie i szybko się zagniata. Już myślę, jak wykorzystać je przy okazji świąt i chyba już wiem :))

Ciasto wyszło doskonałe!
Już w sobotę opitoliłam jeden rządek. Później drugi rządek, a następnie trzeci. Na niedzielę zostało troszkę mniej niż pół, a musicie wiedzieć, że wcinałam sama. Kocurzasty nie lubi ciast, zatem zjadł (z łaską) jeden kawałek. Mila zawiązała ze mną spółkę i zbierała z ciasta (mojego) cukier puder, a ja jadłam i jadłam... wieczorem w niedzielę również okazała łaskę i podziubała kawałek ciasta (bez jabłek). Leżąc w łóżku i czekając na Kocurzastego, który był na meczu (przerżnęły patałachy), zjadłam kolejny rządek i na talerzyku zostały dwa kawałki. Prawie na rano do kawy i po szarlotce. 

Rano obudziło mnie mlaskanie. Otworzyłam jedno oko i cóż ujrzałam? Ciastem z talerzyka poczęstował się pies. Smak docenił, zjadł nawet jabłka. Niemniej ochrzan chwycił solidny, nie że mu żałuję, ale jak się chce jeść szarlotkę w łóżku, to się bierze talerzyk! A teraz nie dość, że nie mam szarlotki, to jeszcze wolnego dnia, bo muszę prać...


7 komentarzy:

  1. Ależ mi smaka narobiłaś, ech...Domowe ciasto, mniam... No u mnie jest podobnie, tyle że ja sama nie piekę, ale każdą ilość jaka jest w domu, to pochłaniam sama. Kursując ;D

    OdpowiedzUsuń
  2. Dlatego ja bardzo rzadko coś piekę, bo później chodzę i zajadam, a dupa rośnie - jak to mówi Klarka :)

    OdpowiedzUsuń
  3. no to powinnaś się cieszyć, że smaczna była bo ją zjadł a nie marudzić ze pranie itd w końcu nie ma niż gorszego niż wypiek którego nikt nie chce jesć:D

    OdpowiedzUsuń
  4. że sama dużą blachę opitoliłaś ciasta? Matuchnu! masz spust, muszę przyznać :P
    a pies, mało kulturalny :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Zapraszam na szarlotkę do mnie - często robię :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Mniam, mniam, szarlotka, pycha! Ale ostatnio upieklam drugi tydzien pod rzad I sama musialam ja jesc, bo wszystkim sie przejadla... Niewdziecznicy... ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Mmmm nabrałam ochoty na szarlotkę :)

    OdpowiedzUsuń

Chcesz to, pisz :) Byle z sensem :)