Jak widzicie, pozostaję w świątecznym klimacie :) Dziś troszkę o choince :)
Święta w naszym domu zawsze były obchodzone bardzo tradycyjnie. Od rana zachowywaliśmy post. To znaczy kiedy byłam małą dziewczynką, mnie to nie dotyczyło. Jednak nie byłam wielkim smakoszem, post mi odpowiadał i chętnie rezygnowałam z jedzenia w południe. Przecież było tyle interesujących rzeczy do zrobienia, to po co myśleć o jedzeniu i tracić na nie czas?
Choinkę ubierało się u nas w Wigilię. No, chyba że wigilia wypadała w poniedziałek, to mamcia pozwalała ubrać drzewko w niedzielę, bo było dużo czasu. Ale zapalić lampek nie pozwalała wcześniej, niż około szesnastej w Wigilię, można było tylko sprawdzić, czy światełka działają i czy są równo ułożone na choince. Oczywiście ubieranie choinki przypadało w udziale najmłodszej w rodzinie, czyli mnie. Kiedy byłam mała, najczęściej mieliśmy żywe drzewko, potem zastąpiła je sztuczna choinka, którą trzeba było porządnie wyszorować w miednicy z ludwikiem. To także należało do mnie, czym już nie byłam tak zachwycona. No i nasza choinka pachniała miętą, nie lasem :)
Kiedy choinka lśniła już czystością, ktoś dorosły zakładał światełka, a ja już przebierałam nogami ze zniecierpliwienia. Czasami mamcia się zagalopowała i zaczęła wieszać bańki na gałązkach. U nas w domu były bańki, nie bombki :) Czasami mnie poprawiała i coś przewieszała po swojemu. W jednej i drugiej sytuacji okazywałam swoje niezadowolenie. To była moja choinka i koniec!
Poza kolorowymi bańkami mieliśmy także szklane sopelki, srebrne i złote łańcuchy, plecione bańki ze srebrnego drucika, zawieszki w kształcie gwiazdy betlejemskiej, szklane mikołaje i dwa łabędzie. Te łabędzie były moimi ulubionymi, białego lubiłam bardziej niż czerwonego i zawsze musiałam powiesić go z przodu. Na choince wisiały też cukierki, a czasami cukrowe laski w błyszczących papierkach, których nie lubiłam, bo aż cierpły od nich zęby, takie były słodkie... No, a na gałązkach, oparte o pień, stały sobie tabliczki czekolady. Zawsze na choince musiała stać chociaż jedna czekolada. Mamcia tego też pilnowała i na ogół po mikołajkach mówiła: Nie zjedz wszystkiego, zostaw sobie czekoladę na choinkę. Cukierki podjadaliśmy już w Wigilię po wieczerzy i czasem wisiały same papierki :)
Był także okres, gdy z choinki obowiązkowo zwieszało się anielskie włosie. Pięknie się mieniło w blasku światełek, ale nie lubiłam go. Moja babcia miała włosy w takim samym srebrnym odcieniu i zawsze mi się wydawało, że je zgubiła, gdy wstawała z łóżka.
Tak, jak pisałam wyżej, mamcia bardzo pilnowała, żeby światełka na choince zapalić, gdy zapadnie zmierzch w dzień Wigilii. W pokoju panował wtedy półmrok, wszyscy kręcili się po kuchni, podjadając ukradkiem coś z garnków, choć mama odganiała. Kiedy więc zapaliło się choinkę, dom nabierał niezwykłego charakteru, cudownego klimatu, od razu czuło się, że to nie jest normalny dzień. I rzeczywiście, zaraz nakrywano do stołu, rozkładano talerze, nie zapominając o nakryciu dla niespodziewanego gościa, krojono chałkę, a na białym talerzyku kładziono opłatek. Jeszcze parę chwil i wszyscy zbierali się przy stole, odświętnie ubrani, nieco skrępowani i ze wzruszeniem łamiącym gardła. Zaczynała się Wigilia i było naprawdę pięknie...
A choinka towarzyszyła nam aż do Matki Boskiej Gromnicznej. Tego pilnowałam ja :) Uwielbiam drzewko Bożonarodzeniowe i zawsze chcę się nim cieszyć jak najdłużej...
Miłe wspomnienia, ja tez jak byłam mała święta miały jakiś większy sens i więcej smaku, teraz jakos mi wszystko jedno...
OdpowiedzUsuńFajnie jest tak powspominać, a ten pomysł z czekoladą na choince jest świetny. Cukierki powieszone na gałązkach zawsze wytrzymują do Gromnicznej, podobnie jak Ty mamy choinkę tak długo, ale nie jestem pewna, czy czekolada by tak wytrzymała :)
OdpowiedzUsuńJa pamiętam wielkie, żywe drzewka z dzieciństwa :) Potem przyszła sztuczna. Też ubieraliśmy w Wigilię dopiero, zazwyczaj rano :) My sami w ostatnich latach kupowaliśmy choinkę dzień przed Wigilią i zanim odtajała to też nie dało się wcześniej ubrać. W tym roku wyjątkowo wcześniej.
OdpowiedzUsuńu nas też się stawiało czekoladę:) czy już zakręciłaś Mili papiloty?;))
OdpowiedzUsuńu nas też z drzewkiem czekało się do Wigilii - aż się cieszę na reakcję gzubka;))
OdpowiedzUsuńSuper masz wspomnienia z dzieciństwa, co do świąt :) U mnie też choinkę ubiera się w wigilię rano, chociaż w tym roku już to chyba zmienię i ubiorę w poniedziałek, bo w dzień wigilii będę gotować :)
OdpowiedzUsuńA może opisz jak po ślubie wyglądają Twoje święta?:)
piękne są takie wspomnienia, dlatego warto je pielęgnować :) i teraz przekaż to Mili :)
OdpowiedzUsuńChoinkę ubrałam wczoraj. Taką niedużą, 80 cm. Miał to zrobić siostrzeniec, ale jak się dowiedział, że ta gęsta jest dla dziadka, to sobie odpuścił i mojej "łysej" osiemdziesiątki nie ubrał, więc w moim pokoju jest tylko uszyta przeze mnie choinka do przytulania. Prawdę mówiąc, drugiej nie chciało mi się ubierać, zwłaszcza że od lat marzy mi się pleciona choinka w kształcie stożka z lampkami prześwitującymi od środka. Wcześniej mieliśmy sztuczną choinkę, 1,8 m. Teraz leży w szafie, bo bombki się wytłukły, a te które zostały na małą wystarczają - niektóre z nich są starsze ode mnie. Żywą choinkę mieliśmy tylko raz - dziękuję, wystarczy. A w skrzyni skarbów, czyli w drewnianej walizce, z którą dziadek wrócił po wojnie, znaleźć można ostanią cukrową laskę w błyszczącym papierku, pamiętającą lata mojego dzieciństwa.
OdpowiedzUsuńCzy lubię Święta? Święta chyba tak, Wigilię - niekoniecznie.
Piękne wspomnienia :)
OdpowiedzUsuńZdrowych i spokojnych świąt Wam życzę :)
OdpowiedzUsuńPiekne wspomnienia :) Ja tez mam kilka cudownych wspomnien zwiazanych z tym swiatecznym okresm ;) I mniej cudownych, kiedy kazde swieta oznaczaly pijanego ojca ... no coz, zycie ;)
OdpowiedzUsuń