Kiedy zaczyna się weekend, człowiekowi się wydaje, ojacie ale wolnego mam!
Mówię to na postawie doświadczeń z przeszłości, bo teraz ktoś mógłby powiedzieć: "Przecież ty masz zawsze wolne! Siedem dni w tygodniu! Trzysta sześćdziesiąt pięć lub sześć w roku!" Każdy, kto jednak by tak powiedział, proszony jest o wzięcie do domu dwulatki z jej fantazyjnymi pomysłami i humorami, jakich nie powstydziłaby się zaatakowana hormonami nastolatka.
Tak, moi kochani.
Bycie matką nie jest prostą sprawą, wymaga dużej organizacji, jeszcze większego sprytu, ogromnej przebiegłości i anielskiej cierpliwości. A już bycie matką w tych czasach? Ale o tym napiszę innym razem (wiem, zawsze obiecuję, a potem nie piszę...) W każdym razie czasami mi się wydaje, że mniej umęczona byłabym po ośmiu godzinach w Wylęgarni. Serio :)
No, nieważne. Wróćmy do tematu... tak jak mówię, na początku weekendu myślę sobie: Ale fajnie, mam męża przez dwa dni, ale się nim nacieszę... Uwielbiam z nim spędzać czas. Wiadomo, że nie spędzamy go jak za starych czasów, kiedy byliśmy sobie sterem żeglarzem i okrętem, mogliśmy jechać gdzieś w Polskę, albo cały boży dzień grać na playstation w skoki narciarskie... Jednak to, że jest gdzieś koło mnie, działa tak jakby kojąco, jest mi przyjemniej i ... po prostu się tym cieszę :)
Do czasu.
Ranek należy do mnie. Wykorzystuję to, że Mila i Kocur dolegują. Mnie szkoda czasu. Przecież trzeba wypić kawę. Pobuszować w internecie. Napisać co nie co. Mam całą kuchnię dla siebie. I psa oczywiście, bo pies to mój wierny towarzysz, siedzi u stóp i pilnuje. Delektuję się więc ciszą i spokojem, kawą i psem. Aż tu nagle...
- Kiciu, trzeba przewinąć młodą.
- Gdzie jest pilot od tv?
- Robisz herbatę?
- Gdzie jest moja czarna koszulka?
- A spodnie od dresu?
- Idziesz do sklepu?
No, jakby to powiedzieć... moja irytacja rośnie. To już nie jest mój ranek. Już się nie cieszę tak bardzo z tego, że mąż ma wolne i jesteśmy razem. Bo on mi nudzi nad uchem. Domaga się odpowiedzi na tak dziwaczne pytania jak: czy mamy w domu jajka lub barszcz czerwony. Wciągam buty i biegnę do sklepu. Psa nie zabieram. Nadal jest na wsi persona non grata, ale panie ze sklepu go lubią. Zawsze dostaje zeschnięte wędliny i stare pasztetówki. Chyba dlatego, że pijaki się go boją i jak tylko wiążę go pod sklepem, to odchodzą :) Ale rano go nie zabieram, bo jest duży ruch, jeszcze go ktoś najedzie na parkingu... Ludzie na parkingach sklepowych zamieniają się w bestie. Jakby kwestia pozycji w kolejce była sprawą życia lub śmierci...
Kiedy wracam do domu z zakupami, przygotowujemy sobie śniadanie. Moja irytacja mija. Może była dziełem głodu? Ale nie... bo mój mąż z najbardziej niewinną miną na świecie pyta mnie, czy będę gotować obiad. Miałam w planach, naprawdę... ale tak się zdenerwowałam, że nie ugotuję. Posyłam mu więc jadowite spojrzenie i rozsiadam się z córką na kanapie. I z książką. Mówiąc że nie mam czasu gotować. I proponuję, że może sam ugotuje? Nie jest głodny, hm, tak myślałam :))
Popołudnie. Nadal cieszymy się swoim towarzystwem. Tym razem dochodzę do wniosku, że pomidorowa z lanymi kluskami nie jest znowu takim wyczynem, dwie minuty roboty, a potem niech się samo gotuje. Czyli wychodzi na to, że jednak będzie obiad, stwierdza mój kochany mąż. Zwariował, czy co? Jakbym mogła skazać Milę na dzień bez obiadu? Wiadomo, że będzie :) Kocurzasty stoi jednak na środku kuchni z pętkiem kiełbasy zwyczajnej i nieszczęśliwą mina. Myślałem, że sobie usmażę kiełbasę. To przecież smaż. Ale nie wiem, gdzie jest patelnia. No, jak to gdzie? W kuchni!
Siedzę na podłodze z Milą i czuję, że za chwilę parsknę śmiechem. Patrzę na tego mojego kochanego męża i podziwiam jak się stara nie zapytać, gdzie w kuchni może być patelnia. Wie, że jestem już zirytowana na maksa. Kocham tego wariata, kocham jego niezdecydowaną minę, i to że mi daje ugryźć swoją kiełbaskę z patelni. I nawet te irytujące pytania kocham. No bo skąd on może wiedzieć, że patelnię trzymam w nieczynnym piekarniku, pod stertą zeszytów z przepisami?
Sobota minęła. Trochę ją straciliśmy. Jest jeszcze niedziela na cieszenie się sobą. Na szczęście w niedzielę nie padają głupie pytania, ani jeszcze głupsze odpowiedzi. Jajka są w lodówce, patelnia stoi na widoku, a obiad jemy o pierwszej :)
he he weekendy właśnie tak szybko mijają ;-)
OdpowiedzUsuńZbyt szybko
UsuńMoj K. tez potrafi takie dziwaczne pytania zadawac ;)
OdpowiedzUsuńNo, co oni z tymi pytaniami mają?
Usuń:D
OdpowiedzUsuńhehe :))
UsuńJa miałam dłuższy weekend bo w poniedziałek byłam w domu :) Z chorym dzieckiem, więc bez szału ale zawsze to krótszy o jeden dzień roboczy tydzień (ale mi się zakręcone zdanie udało ;)
OdpowiedzUsuńWażne, że dotarłam do sensu. Jak Martyś?
UsuńJa mam podobnie,nie moge doczekac się kiedy wróci do domu a jak juz jest mam ochote go zagryźć po kolejnym :"Baaaa....gdzie jest...." itd. Ach ci faceci:)
OdpowiedzUsuńO, właśnie w tym sęk... :)
UsuńProza dnia codziennego.. Ale chciałabym tak :) Chociaż pewnie, jak się tak żyje razem, to co jakiś czas pewne cechy partnera są irytujące, ale z kolei, gdy się tylko ze sobą chodzi, to tak tęsknota..:P
OdpowiedzUsuńBędziesz miała, będziesz :))
UsuńNo właśnie :)
OdpowiedzUsuńMęska nieporadność jest urocza. Do czasu.
OdpowiedzUsuń