Gdzieś znad oparów pierwszej kawy i okruchów zeschniętej drożdżówki poniósł się ogłuszający wrzask. Głośne "Mamaaaaaaaa! - w myśl zasady, że jak trwoga to do matki, uporczywym wrzaskiem zmusiło mnie do porzucenia rozmyśleń nad wyższością zaworów pneumatycznych w pneumatycznych układach hamowania. Jasne, nie?
Co-się-stało?
Roztrzęsiona mała raczka podetknęła mi pod nos coś, co jeszcze ułamek sekundy wcześniej było chochelką, a obecnie przeistoczyło się w dwa liche kawalątka plastyku. Hm. Hmmmm... Wrzask przechodzi w żałosne chlipanie, małe rączki usiłują sklecić do kupy coś, co jeszcze chwilkę temu nalewało lalce zupę z jajka sadzonego i parówek, a obecnie za cholerę nie chce tworzyć jedności. Podsuwają matce pod gardziel z nadzieją w załzawionych oczkach... No, napraw mi... I co ja mam powiedzieć? Wiem, czego nie mogę powiedzieć, a co mi się po głowie kołacze.
"A prosiłam, żeby jej tego chińskiego badziewia nie kupowała, no ale przecie babcia zawsze wie LEPIEJ!"
No, to już wiecie, czemu nie lubię chińszczyzny?
Tytuł cokolwiek mylący, ponieważ w dzisiejszym konsumpcjonizmie bardzo trudno znaleźć coś, co albo nie jest chińskie, albo koło Chin nie przepłynęło w kontenerowcu. W naszym domu jedynym tworem niechińskim jest pewnie Sanczez :P I z pewnością wiele przedmiotów wyprodukowanych w tamtym rejonie odznacza się całkiem porządną jakością i nie stanowi zagrożenia dla zdrowia i życia. Ale to najczęściej da się rozpoznać już na pierwszy rzut oka. Nawet po opakowaniu, dacie wiarę? I to naprawdę nie przypadek, że chochelka od babci pękła a chochelka od cioci Joli służy dzielnie.
Już przy straganie odpustowym prosiłam: Nie kupuj jej tego, bo zaraz się połamie.
Usłyszałam wesołe: Połamie się, to będzie połamane.
Pewnie że tak, spoko, mi nie szkoda!
Ale przy okazji jest popłakane, powrzeszczane, posmarkane, bo dziecko nie rozumie tłumaczenia, że to był badziew (nie posunęłam się nawet do takiego tłumaczenia) i złamał się, bo raczka była zbyt niedelikatna, albo stopa stanęła. I że nie da się skleić bo w najszerszym miejscu było zbyt cienkie. I temu poleci do śmieci i nie płacz już bo masz inne... Bo dziecko akurat w tym momencie nie chce innego ale właśnie to. A tego już nie ma. Reklamacji nikt nie uzna.
Nie myślcie, że ze mnie snobka, co chińskiego nie kupuje. Kupuję, bo często nie mam alternatywy, albo metka nie pozostawia mi wyboru. Nie przemawia przeze mnie też chytrość na zasadzie: "no babcia, wyskocz z kasy, kup wnuczce porządne za 50 złotych a nie za dyszkę, nie rób obciachu". Przemawia za mną bardziej doświadczenie, bo już takie zabawki przerabialiśmy. Czasem ktoś przyniósł, rzadziej dostało się po innych dzieciach, niektóre się kupiło i bardzo żałowało. Ostatnio udało mi się powstrzymać przed kupnem odpustowego badziewia zabawka i na to miejsce poszłam do sklepu, kupiłam też chińskie, ale troszkę trwalsze. Nawet jakiś atest jest, choć całkiem możliwe że chiński :D Moje doświadczenie podszeptuje "nie" i chciałam się z babcią podzielić. Ale babcia nie słuchała, a czasem młodszego też warto do głosu dopuścić...
Efekt: pół godziny wycia. Może było warto, skoro wcześniej było pół godziny radości z plastykowych naczynek?
Kiedy łzy zostały już otarte, a plastykowe szczątki odprowadzone do żółtego worka na surowce wtórne, dziecko powróciło do kuchni i przygotowało dla mnie rybę z parówkami. Zostałam nakarmiona przy pomocy chochelki od cioci Joli (solidniejsza, grubsza, bardziej różowa) po czym wróciło do zabawy, a ja do zaworów pneumatycznych.
Po chwili moich uszu doszedł kolejny wrzask.
Poszedł cedzak od kompletu...
dobrze, że masz sygnalizator takich usterek, bo te połamane plastiki są diablo ostre. Przynajmniej zabierzesz w porę... :)
OdpowiedzUsuńTo samo pomyślałam, dobrze że nie złamało się w buzi...
Usuńa cedzaka od cioci Joli nie było?:D
OdpowiedzUsuńNie, ale jest łopatka do kotlecików :)
Usuńnikki
Też nie lubię chinszczyzny;) Kiedyś kupiłam sosjerkę, która pękła po pierwszym myciu w ciepłej wodzie:):)
OdpowiedzUsuńNo i rzeczywiście, odłamków trzeba się wystrzegać;) Megaostre;)
No, niestety :(
UsuńO nieszczęście nietrudno :/
Tutaj to jest sztuka znalezc cos NIE chinskiego i w przystepnej cenie... Ale staram sie jak moge... A dzieciakom juz w ogole kupuje zabawki jak najmocniejsze, bo wiem na co moje Potworki stac. :) I jakos mam szczescie (?), ze Bi i Nik zniszczyli wiecej domowych sprzetow niz swoich zabawek. Wlasciwie to tylko jedna zostala autentycznie zepsuta. Nik rzucal namietnie zabawkowym komputerkiem Bi, az w koncu rzucil nim o jeden raz za duzo. :D
OdpowiedzUsuńMila niestety jest psujem i musi mieć zabawki porządniejsze. I chyba wszystkim da radę, więc tym bardziej muszę uważać, co dostaje :P
UsuńU nas w tzw. funciakach to wysyp takich zabawek, wiekszosci nawet nie kupuje, bo mi nawet tego jednego funta szkoda, bo doloze pare funtow wiecej i mam cos, co posluzy, a nie rozleci sie juz podczas pierwszej zabawy ;) Dobrze, ze tego plastiku sobie w oko nie wlozyla, bo by dopiero mogla stac sie tragedia.
OdpowiedzUsuńDokładnie, wychodzę z tego samego założenia. I wolałabym, żeby ta dyszka wylądowała w skarbonce, jako dokładka do huśtawki, niż teraz w worku na odpady. Ale już się przyzwyczaiłam, że nie przegadam.
UsuńJa już od dłuższego czasu nie patrzę na miejsce produkcji, bo wiem co zastanę, bardziej skupiam się na tym czy robi na mnie wrażenie solidnego, czy takiego co się rozleci od samego wypakowania :P
OdpowiedzUsuńDlatego ostatnio byłam zaskoczona jak na Jasia skarpetkach i czapce znalazłam Made in POLAND!!!
Swoją drogą, czy to nie dziwne, że człowiek jest zaskoczony, że coś jest wyprodukowane w jego kraju?
Ciężko, ciężko znaleźć polskie, naprawdę :( Niestety, rządzi kasa a czy lepsze czy gorsze - bardziej opłaca się robić tam.
UsuńJa szukam butów made i poland ale zostaje mi chyba wyjazd do Łodzi albo allegro, bo u mnie ciężko ciężko....
OdpowiedzUsuńBuciki ostatnio kupuję w komisie, więc tam nie przebieram za bardzo bo nie ma jak. Ale jak Mili nóżka podrośnie będziemy kupować u szewców tu u nas :)
UsuńA znajdz teraz cos co w czajnie nie bylo produkowane, graniczy z cudem, a jak jest to czlowieka przewaznie nie stac.
OdpowiedzUsuńToteż właśnie o tym piszę, że nie ma czasem wyjścia, ale nawet i te chińskie dzielą się na lepsze i badziewie. A teraz to już w ogóle od buców nie będę kupować.
UsuńJa tak kompletnie nie na temat, ale Twój blog chyba nie lubi mojego. Co próbuję go dodać do moich linków, to mi się nie udaje. Coś się chyba pozmieniało i nie nadanżam, albo nie wiem o co chodzi.
OdpowiedzUsuńMnie chińszczyzna odrzuca zapachem. Te ciuchy w Tesco czy innych hipermarketach, te buty z gumy... Nie chodzi o to, że tanie, tylko o ten materiał. Jeszcze nie nosisz, a już się nie nadaje do niczego, tylko do wyrzucenia. But obetrze albo uczuli, a ubranie - spocisz się po minucie chodzenia.
Nie, to bloger nas nie lubi :( Probowałam dodawać linki na książkowym i dooopa. Muszą naprawić :)
UsuńA Ty widziałaś co te chińskiej chu.... robią psom?
Choćbym miała chodzić goła nie kupię już nic chińskiego. Niech buce z głodu się posrają !!!
Widziałam... Trudno będzie kupić coś nie made in China. Chociaż nie - ciuszki z ciucholandów bez problemu znajdzie się z innej produkcji (namiętnie sprawdzam metki, ale nie te "markowe", tylko te mówiące o składzie materiału i gdzie zmajstrowali ów ciuch), kosmetyki to samo, resztę też się dokompletuje. Damy radę.
Usuń