Przyjemny plan zaadaptowałam sobie na potrzeby weekendu. Postanowiłam pić dużo kawy i pisać, pisać, pisać... A do tego jeszcze czytać i oglądać serial. Powtórkę z Cieni Calendy sobie zrobiłam i ponownie się wciągnęłam na maksa. Nic to, że dobrze pamiętam, jak się skończyło. Już sama atmosfera małego hiszpańskiego miasteczka fajnie na mnie działa :)
Mój katar miał jednak co do weekendu inne plany. Zdecydował sobie, że weekend należy do niego. On zajmuje wszelkie strategiczne pozycje, powoduje cieknięcie, drapanie, swędzenie, pieczenie i obrzęk. Zaprasza na weekendowe spotkanie pudełko chusteczek higienicznych i wspólnie robią imprezę. A ja mam się przyłączyć i właściwie nie mam nic do gadania, bo zdecydowano beze mnie.
Kocur mnie straszy świńską grypą, Mila mnie straszy pokasływaniem, a ja łudzę się resztkami nadziei, że coś jednak z tego walentynkowego weekendu skorzystam. Może napiszę nawet jakąś scenkę miłosną lub kryminalną? Uczczę walentynki tym, co lubię robić. Bo na miłosne ekscesy z własnym mężem chęci brak - nie żeby była ochota na ekscesy z mężem cudzym. W myśl zasady, że jak pierdzieli się wszystko to wszystko, a jak cieknie to cieknie, z okazji walentynek fundnę sobie tampony...
Bo tego typu rzeczy zawsze wiedzą kiedy się pojawić - wtedy gdy nie powinny :P
OdpowiedzUsuńZdrówka życzę :)
Zdrówka. Mam nadzieje, że scena jakaś powstała, a jutro jednak jakieś bardziej miłosne świętowanie sie zdarzy:-)
OdpowiedzUsuńOooooj biedna Ty... Zdrowiej kochana!
OdpowiedzUsuńA bo te wszystkie "lejce" wiedzą kiedy przyjść by człowieka krew zalała :P
OdpowiedzUsuńmówisz, że po zimie się rozszczelniłaś... no cóż... stare rury z nas :D
OdpowiedzUsuńno u Was, na południu Polski faktycznie coś niedobrego szaleje!!
OdpowiedzUsuńale i do nas zaczęło docierać
zdrówka zatem
A ja tak się cieszyłam, że nie mam kataru i masz babo placek, od soboty mam nos koloru czapki świętego mikołaja i tyle zużytych chusteczek, że chyba bym nimi mogła wyłożyć drogę od siebie do Ciebie... Niech już będzie lato!!!
OdpowiedzUsuń