Sobota, czyli dzień, kiedy pozwalam sobie na przestępstwo w postaci kawy na pusty żołądek i mam trochę więcej czasu na blogi. Przy okazji podzielę się z Wami również pewną historią...
Katarzyna mieszkała w niewielkiej wsi w podgórskiej okolicy. Właściwie to nawet nie była wieś, bo zaledwie kilka domów. Wszyscy się znali i wszystko o sobie wiedzieli. Jeśli komuś słabo obrodziły ziemniaki, to sąsiad dał trochę ze swojego pola, jak kobieta pojechała do szpitala dziecko rodzić, sąsiadka brała starsze dzieciaki i przez dwa dni pilnowała, żeby do szkoły chodziły i obiad ciepły zjadły. Pewnie, że plotkowało się na tego i tamtego, ale ludzie żyli w zgodzie i wzajemnie się szanowali, bo do najbliższej wsi mieli dosyć daleko, o mieście już nawet nie mówiąc i wiedzieli, że właśnie na siebie mogą liczyć.
Kasia wychowała się w biednej - jak wszystkie okoliczne - rodzinie, ale w przeciwieństwie do innych dzieciaków ze wsi marzyła, że pewnego dnia wyrwie się z małej wsi i zamieszka w ładnym domku w mieście. Godzinami potrafiła opowiadać, jakie firanki powiesi w kuchni i z jakich filiżanek będzie pić prawdziwą kawę. Sklepowa z sąsiedniej wsi przynosiła Kasi kolorowe czasopisma i dziewczyna wykleiła gruby zeszyt zdjęciami eleganckich domów, pięknych sukienek i modnych fryzur. Dziewczynie marzył się ten piękny świat z kolorowych gazet, a ponieważ ani pięknego domu, ani modnych ciuchów nie miała, pozostały jej tylko te fryzury i szybko stało się jasne, że ma do tego rękę i potrafi uczesać najpiękniej w całej wsi.
Po ukończeniu ósmej klasy tamtejsze dziewczęta obierały dwie drogi: zawodową szkołę fryzjerską lub zawodową szkołę krawiecką. Oczywistym było, że Katarzyna skieruje kroki do tej pierwszej. Do szkoły było daleko, więc dziewczyna w tygodniu pomieszkiwała u ciotki, ale na niedzielę zawsze wracała do domu, czesząc okoliczne kobiety w najbardziej wymyślne loczki i koczki. W zamian wciskały jej a to trochę jajek, a to litr mleka, co kto miał, to przyniósł. I dziewczyna się cieszyła, bo dzięki tym darom matce było lżej i kobiety na wsi się cieszyły, bo dzięki Kasi mogły w niedzielę do kościoła paradować w świeżej fryzurze.
Po ukończeniu szkoły Kasia zaczęła pracę w miejskim salonie fryzjerskim, w którym przez te lata miała praktykę. Właścicielka zakładu - miła i starsza już pani - wiedziała, że w swoim saloniku ma prawdziwy skarb. Katarzyna miała doskonałą rękę do włosów, potrafiła pięknie ciąć, modelować, kolor nakładany przez jej dłonie zawsze miał pożądany efekt. A przy tym nie bała się nowości, nakłaniała szefową na unowocześnione sprzęty, zmianę wystroju i szkolenia. Salonik zdobył coraz więcej klientek, ale właścicielka nie miała już zdrowia do prowadzenia biznesu i zaproponowała Kasi, by ta odkładała pieniądze i po upływie dwóch lat przejęła salon. Kasia była zachwycona propozycją, nareszcie czuła, że jest o krok od spełnienia swoich marzeń. Tych z domkiem i filiżankami.
W tym czasie zaszły również zmiany w jej prywatnym życiu, zdecydowała się poślubić swojego wieloletniego narzeczonego, z którym zaczęła się spotykać jeszcze, kiedy chodziła do szkoły zawodowej. Chłopak był całkiem zmyślny, prowadził własną firmę budowlaną i raz dwa zaczął stawiać ich wspólny domek. Ślub odbył się w maleńkim kościółku, do którego dziewczyna chodziła jako dziecko. Kasia miała modną sukienkę z salonu mody ślubnej i własnoręcznie się uczesała. Wesela nie robili, bo im było szkoda pieniędzy - ona odkładała na salon, a on budował dom - ale w kościele stawili się wszyscy mieszkańcy małej osady. Kasia nazbierała życzeń i kwiatów zebranych prosto z ogródka, była wzruszona i dziękowała, zapraszając niedawne sąsiadki do odwiedzin w mieście i własnym salonie.
Po upływie dwóch lat i kilku miesięcy, właścicielka salonu przeszła na zasłużoną emeryturę, a Kasia spłaciła biznes i stała się jego właścicielką. Praca sprawiała jej wielką przyjemność. Codziennie jako pierwsza zjawiała się w salonie i przygotowywała się na nadejście klientek. Wiele pań lubiło się u niej czesać, więc nie narzekała na brak pracy. W salonie zjawiały się również sąsiadki ze wsi, ilekroć tylko zjawiały się w mieście. Kasia z rozczuleniem patrzyła na ich zgarbione sylwetki i zniszczone od ciężkiej pracy ręce. Myła i czesała ich włosy, wysłuchując wiejskich ploteczek. A kobiety ze wsi z dumą powtarzały: To nasza dziewczyna. Z naszej wsi. I tak jej się udało, własny salon fryzjerski ma!
A Katarzynie rzeczywiście się powodziło. Razem z mężem wprowadziła się już do nowego domu. W kuchni powiesiła rolety, bo były modne i bardziej praktyczne. Poza tym firanki, o których kiedyś marzyła, były zbyt skromne i nie pasowały do eleganckiego wystroju willi. Ale kawę piła z filiżanki, tak jak chciała. Prawdziwą kawę z prawdziwego ekspresu.
Również salon przeżywał prawdziwe oblężenie i Katarzyna musiała zatrudnić dodatkowe fryzjerki. Sama czesała tylko wyjątkowe klientki, bo od kilku miesięcy spodziewała się dziecka i nie mogła zbyt długo wystać przy fotelu. Codziennie wieczorem mąż przyjeżdżał pod salon i samochodem zawoził ją do domu. Pewnego wieczoru, kiedy Kasia wsiadała do samochodu, skinęła jej ręką jakaś kobiecina.
- Kto to? -zapytał mąż
- To pani Młynarczykowa z naszej wsi. Pewnie przyszła się uczesać. Dziś musi się nią zająć ktoś inny.
- Stać ją na czesanie w naszym salonie? - zdziwił się mąż.
Katarzyna nie odpowiedziała, ponieważ nie chciała przyznać się przed mężem, że od sąsiadek ze wsi bierze tylko symboliczne kwoty. Jednak na myśl, że zatrudniona fryzjerka zawoła od kobiety pełną kwotę poczuła ucisk w brzuchu. Czym prędzej zawróciła do salonu i szeptem wydała pracownicy odpowiednie dyspozycje. Kiedy wróciła do samochodu, mąż nie krył rozdrażnienia.
- A nie uważasz, że te kobieciny psują nam opinię? Co inne klientki powiedzą? No, popatrz na nią!
I Katarzyna spojrzała na sąsiadkę oczyma męża. Zobaczyła przedwcześnie postarzałą kobietę, która nie ukończyła jeszcze 50 ale wyglądała na dziesięć lat więcej. Niedzielny płaszcz z grubej niebieskiej tkaniny smętnie zwisał z fotela. Stopy obute w zniszczone trzewiki pokryte błotem, bo do wsi prowadziła nieutwardzona droga. Nagle poczuła zawstydzenie, a równocześnie złość na męża, że jej to uświadomił.
Od tamtej chwili choć nie chciała tego sama przed sobą przyznać, odczuwała rozdrażnienie, kiedy w salonie zjawiały się klientki ze wsi. Starała się nie patrzeć na najlepsze ubrania, które przywdziewały, wybierając się do miasta, bo widziała, że są to stare szmaty, jakich sama by nie założyła. Pewnego dnia, kiedy czesała jedną z nich, napotkała w lustrze zgorszone spojrzenie klientki siedzącej w fotelu obok i zrozumiała, że mąż ma rację. Jeśli czegoś nie zrobi, stracą wszystko, na co tak długo pracowali. Od tamtej pory przebywanie w salonie już jej nie cieszyło. Zatrudniona recepcjonistka siedząca za lśniącym kontuarem umawiała wizyty, a Katarzyna spędzała czas w pokoiku na zapleczu, wertując strony internetowe i planując, jak urządzi dziecinny pokoik.
Któregoś dnia, kiedy siedziała na zapleczu, usłyszała znajomy głos Młynarczykowej. Recepcjonistka najwyraźniej była zdumiona, że kobiecina w lichym ubraniu pcha się do salonu pani Katarzyny, najlepszego w mieście. Podała klientce ulotkę z cennikiem i poleciła zastanowić się, jaka usługa ją interesuje. Katarzyna usłyszała zduszony głos sąsiadki.
- Czesanie za 100 złotych? Tyle pieniędzy?
- Tak, świadczymy usługi o najwyższym standardzie - odparła wyniośle recepcjonistka. - Zapisać panią?
- A czy jest Kasia?
- Pani Katarzyna przyjmuje tylko umówione wcześniej klientki.
- Ale czy jest? - dopytywała Młynarczykowa.
- Zapisać panią? - powtórzyła recepcjonistka
- Nie, na razie nie. Dziękuję.
Katarzyna przez maleńkie okienko obserwowała, jak sąsiadka wychodzi na ulicę i wiąże na głowie chusteczkę. Po chwili jej przygarbione plecy zostały połknięte przez tłum ludzi.
Od tamtej pory w salonie Katarzyny nie zjawiła się już żadna sąsiadka ze wsi. Kobieta rozluźniła się, praca znów zaczęła sprawiać jej przyjemność. Choć trzeba przyznać, że nie miała zbyt wielu okazji układania fryzur, bo w tym czasie urodziła dziecko i zajęła się jego wychowaniem. Niemniej miała świetne pracownice i salon kwitł, inwestowano w nowe wyposażenie, szkolenia i najlepsze kosmetyki do pielęgnacji włosów. Mówiono, że to najnowocześniejszy salon fryzjerski w promieniu stu kilometrów i wiele pań pokonywało szmat drogi, by czesać się właśnie tutaj.
I wtedy na Katarzynę spadł cios.
Zaczęły nadchodzić wezwania do uregulowania niezapłaconych rachunków, także znajomi zaczęli upominać się o spłatę zadłużenia. Jakiego zadłużenia? - dziwiła się kobieta - Przecież mieli dwie świetnie prosperujące firmy! Wtedy na jaw wyszło, że mąż Katarzyny od pewnego czasu jest uzależniony od hazardu i przegrał na automatach cały ich majątek! Zaciągnął pożyczki pod zastaw firmy, domu, a nawet salonu fryzjerskiego, na którego akcie własności figurował. Katarzyna znów nie miała nic.
Na domiar złego nierozsądny małżonek czmychnął za granicę, zasłaniając się potrzebą zarobku i zostawił ją z małym dzieckiem i wierzycielami pukającymi do drzwi. Kiedy pewnego dnia na ulicy zaczepił ją agresywny mężczyzna ze wschodnim akcentem, insynuując, że może odpracować zadłużenie męża, czym prędzej spakowała siebie i dziecko i postanowiła się wynieść.
Jedynym miejscem, w jakim kiedykolwiek czuła się bezpieczna, był dom matki, która zmarła przed paroma laty. Na myśl, że musi wrócić pomiędzy ludzi, którymi wzgardziła, Katarzyna poczuła wielką gulę w dole brzucha. Wstydziła się. Ale nie miała wyjścia, agresywni wierzyciele mogli zjawić się w każdej chwili. Wyjeżdżając zabrała jedną walizkę z rzeczami dla siebie i dziecka. Na samym wierzchu ubrań położyła cieniutką, porcelanową filiżankę.
Do wsi zajechała o zmroku i mimo, że nic nie widziała, czuła, że jest obserwowana. Tej nocy niewiele spała, miała wrażenie, że ktoś kręci się po obejściu, zatęchły zapach niewietrzonego domu szczypał ją w nos, ale bała się otworzyć okna.
Kiedy nad ranem wyszła z domu, przed drzwiami stał dzbanek świeżo wydojonego mleka. Płakała nad tym mlekiem, siedząc na progu i przypominając sobie szerokie koło, jakie zatoczyła, by znów znaleźć się w tym samym miejscu. Sąsiedzi przyjęli ją, jakby nigdy nie wyjeżdżała, jakby nie była właścicielką pięknego salonu i nie robiła cięć włosów za sto złotych. Patrzą, jak jej synek biega boso po ogrodzie, a w soboty przychodzą, by ułożyła im loczki nowoczesną lokówką. Nasza dziewczyna wróciła, mówią.
Boziu..to prawdziwa historia??
OdpowiedzUsuńjak los potrafi być przewrotny...
Dla nas to bajka, ale dla kogoś to prawdziwa historia. Bo życie takie przewrotne bywa właśnie.
Usuńnikki
Ta historia, nie wiem czy się wydarzyła, ale wiem, że właśnie dzieje się w moim życiu. Może jej bieg jest troszkę inny, ale sens zawsze taki sam. Popłakałam się...
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że u ciebie wszystko okej :*
Usuńnikki
Niestety bajka czy nie dużo w niej prawdy.Życie bywa przewrotne - jedni powiedzą złośliwe inni sprawiedliwe.Jedno wiem na pewno- ta historyjka uczy pokory.Jak powiadała babcia zawsze - nie należy pluć do własnego talerza.Ja też sama nie raz narzekam na siostry G i ogólnie na to miasteczko- a prawda przecież taka ,że wiele im zawdzięczam.Gdyby większości z nas udało się dostrzec takie historie wokół nas może byłoby łatwiej na świecie?
OdpowiedzUsuńNie wiem, Basiu. Zbyt często jesteśmy zapatrzeni w czubek własnego nosa.
Usuńno niestety, raz na wozie, raz pod wozem; dobrze, jak się ma do czego wrócić
OdpowiedzUsuńI że w jednym kawałku!
UsuńTo ja znam podobną "bajkę". Podobną bo "nasza dziewczyna" jak na razie przez te wszystkie lata z dumą wita nawet te mniej wytworne klientki, chwaląc się niemal nimi, że to moja sąsiadka. Na szczęście pozostała tą dawną dziewczyną.
OdpowiedzUsuńOczywiście los jest przewrotny i nie wiadomo co się jeszcze wydarzy....
To dobrze, że ma takie podejście. Ja też na szczęście znam masę takich ludzi :)
UsuńHistoria z życia cudownie opisana ;-)
OdpowiedzUsuńDziękuję :)
UsuńNigdy nie wiadomo co kogo spotka. Nawet najlepsza fortuna może się kiedyś od człowieka odwrócić i dopiero wówczas przekona się, kto tak naprawdę stanie za nim "murem"
OdpowiedzUsuńDokładnie, los niesie takie niespodzianki, że czasem aż włos się na głowie jeży :)
UsuńTeż chciałam zapytać czy to prawdziwa historia... Ale faktycznie takich historii w życiu zdarza się wiele.
OdpowiedzUsuńWszystkie te historie są na swój sposób prawdziwe. Bo gdzieś komuś kiedyś... się zdarzają :)
UsuńOstatnio, przy okazji rozliczania podatkow, rozmawialismy ze znajomym ksiegowym. Opowiadal miedzy innymi, ze jego ojciec od malego wpajal mu, ze kazdemu czlowiekowi nalezy sie szacunek, bez wzgledu na jego wyksztalcenie czy stan majatkowy. Czlowiek ten wybil sie z klasy sredniej i zostal wlascicielem sporej firmy. Zatrudnial okolo 50 osob i znal imie kazdego pracownika, od managerow po sprzataczki. Postawa godna podziwu!
OdpowiedzUsuńKurde wzruszajaca ta historia :(
OdpowiedzUsuń