Babcia Wiktoria urodziła się w 1912 roku, czyli równe sto lat przed swoją prawnuczką, a moją córką. Była jedną z czwórki rodzeństwa, pierwszą córką. Najmłodszy brat zmarł w bardzo młodym wieku, już jako staruszka babcia często go wspominała i nigdy nie mówiła o nim inaczej, jak Szczepanek.
Babcia urodziła się w małym domku, jakieś dwa kilometry od miejsca, w którym obecnie mieszkam. Pewnego dnia przechodziłam obok miejsca, w którym kiedyś stał dom moich pradziadków. Było upalne czerwcowe popołudnie, idąc upajałam się zapachem lip i gęstych roślin rosnących nad rzeką. I nagle poczułam obecność mojej babci. Po prostu nagle zaczęłam intensywnie o babci myśleć i oczyma wyobraźni ujrzałam ją jako małą dziewczynkę. Jak wyglądało jej życie w niewielkim biednym domku? Czy kiedy była dwuletnim berbeciem moja prababka sadzała ją na miedzy, by mieć na oku w czasie pracy? Od tamtej pory często wracałam myślami do babci Wiktorii.
Tak naprawdę wiem o jej życiu bardzo niewiele. Kiedy byłam już na tyle duża, by słuchać opowieści o jej życiu, zachorowała. Zresztą dorastające dzieci rzadko chcą słuchać wspomnień starszych ludzi. Po dwudziestu latach lub więcej tego żałują, ale wtedy niewiele już mogą zrobić. Niemniej pewne historie z życia mojej babci w rodzinie przetrwały, jak chociażby te wojenne. Babcia przeżyła dwie wojny światowe, podczas pierwszej była małym dzieckiem, podczas drugiej młodą mężatką i matką.
Około 1930 roku babcia poślubiła dziadka i zamieszkała w gospodarstwie, w którym obecnie stoi nasz dom. Dziadek był od babci starszy o niemal dziesięć lat. W 1932 roku urodziła się ich najstarsza córka, Maria. Do 1939 roku, kiedy wybuchła wojna, babcia urodziła dziadkowi czworo dzieci, w ciągu wojny urodziło się jeszcze dwoje, a po zakończeniu wojny jeszcze czworo. W sumie szczęśliwa dziesiątka, wszystkie przeżyły wojenną zawieruchę i późniejsze lata. Moja mama była pierwszym dzieckiem narodzonym po wojnie.
W tamtych czasach dziadek uprawiał dość znaczne gospodarstwo, jednak przy tak licznej gromadzie dzieci, nie było lekko. Poza powożeniem koniem pracował również na kolei, przez co w czasie wojny spotkały go poważne nieprzyjemności. Jak wspominały moje ciotki, babcia nie miała z dziadkiem lekkiego życia. Dziadek pił, chadzał na karty i awanturował się w domu. Jak to kiedyś przyznała jedna z sióstr mojej mamy, babcia miała do niego anielską cierpliwość i nie dała powiedzieć na niego złego słowa. Kiedy pił i wrzeszczał, przytulała, odciągała uwagę od dzieci i... rodziły się kolejne maluchy.
W czasie wojny dziadek pracował jako dróżnik. W tym czasie przez wieś przejeżdżały pociągi wiozące węgiel dla Niemców. Dziadek specjalnie zamykał semafor, by pociąg się zatrzymał, a wtedy ludzie otwierali wagony i węgiel wysypywał się na tory. Z węgla tego korzystali ludzie z całej wsi, ale Niemcy szybko się połapali i przyszli po dziadka. Został wywieziony w kierunku Oświęcimia. Słysząc to babcia, nie namyślając się długo, załadowała na wóz całą czwórkę dzieci i ruszyła w ślad za dziadkiem, powożąc Kasztanem. Nie wiem, jaki miała plan, ale z pewnością zamierzała błagać o litość dla dziadka. Babcia była stanowczą kobietą, nie bała się Niemców. Jednak jak się okazało, wcale nie musiała starać się o uwolnienie dziadka, ponieważ ten poradził sobie znakomicie. Co zrobił? Najzwyczajniej w świecie upił niemieckich żołnierzy, co było doprawdy niespotykane przy ich dyscyplinie. A jednak babcia spotkała go w połowie drogi, gdy wracał pieszo do domu. W późniejszym czasie dziadka aresztowano ponownie, a babci w tym czasie przytrafiła się inna historia.
Zbliżał się już koniec wojny, kiedy babcia znalazła w ogródku rosyjskiego żołnierza i jego konia. Żołnierz ukrywał się przed Niemcami, był ranny i nie był w stanie poruszać się o własnych siłach. Babcia zabrała konia do własnej stajni, a żołnierza ukryła w piwnicy. W tym czasie Rosjanie traktowani byli jeszcze jako wybawiciele, a Niemcy byli najzacieklejszym wrogiem. Myślę jednak, że moja babcia nie odmówiłaby pomocy żadnemu rannemu człowiekowi. Na temat ukrywającego się w piwnicy żołnierza nie wiedział nikt z rodziny. Niemcy przeszukiwali obejście, a nawet grozili, że je spalą. Babcia osobiście siedziała na zydelku i skrobała ziemniaki, tarasując wejście do piwnicy. Kiedy Rosjanie wypierali Niemców z naszych terenów w styczniu 1945 roku, żołnierz wyruszył w dalszą drogę. W podziękowaniu zostawił babci swojego konia, który również odniósł w walce rany.
Czasami zastanawiam się, skąd ludzie czerpali siłę, by przeżyć takie dramatyczne wydarzenia. Wyobrażam sobie moją babcię, jak na drabiniastym wozie, z czwórką malutkich dzieci rusza za dziadkiem. Myślę, że musiała go bardzo kochać, choć przecież wcale nie traktował jej dobrze. Chociaż... ciotka mówiła, że babcia dla niego zawsze była Wiktusią... więc może jednak?
Proszę nie nawiązujcie tutaj do opowiadania M. Jak widzicie to zupełnie inna historia, chciałam ją zamieścić tutaj i podzielić się z Wami na otwartym blogu losami mojej rodziny, a przede wszystkim mojej dzielnej babci. Mam nadzieję, że moja córka, narodzona sto lat później, będzie równie silna, jednak życie nie napisze dla niej tak trudnych scenariuszy...
ps. Coś niecoś zmieniłam :) Musiałam, same rozumiecie :)
Piękna historia. Moja babcia tez przezyla obie wojny i nasluchalam sie w dziecinstwie wielu ciekawych historii z tamtych czasow.
OdpowiedzUsuńciekawa historia
OdpowiedzUsuńTwoja babcia byla bardzo dzielna kobieta!
OdpowiedzUsuńMoje babcie rowniez przezyly obie wojny swiatowe, ale zadna nie lubila tamtych czasow wspominac, wiec tak naprawde znam tylko ich powojenne losy...
Pomyślałam sobie właśnie, że ja praktycznie nic nie wiem o moich babciach, nie mówiąc już o prababciach...
OdpowiedzUsuńTo musiała być naprawdę odważna kobieta.
Niesamowita historia... Babcie to jednak sa niesamowite. Ja tak boje sie o moją, bo ona z dnia na dzień gaśnie mi przed oczami...
OdpowiedzUsuńPS. Widzę, że Ci się nie uaktualnia mój nowy blog na blog rollu, ale jakby co to jestem, piszę... pozdrawiam... :-)