wtorek, 31 marca 2015

Ja (też) wolę gwiazdkę..

Święta Wielkanocne nie należą do moich ulubionych, zdecydowanie bardziej wolę Boże Narodzenie. Ale uwaga: ostatnio odkryłam, dlaczego tak jest. Same Święta Wielkanocne są przecież radosne, zielone od trawki i żółte od kurczaków, ukwiecone narcyzami i forsycją, no piękne są przecież! Ale w dużej mierze kojarzą mi się ze smutną i ponurą otoczką Wielkiego Postu, Drogi Krzyżowej i Gorzkich Żali. Jak bardzo lubię chodzić do kościoła, tych nabożeństw nigdy nie lubiłam, zawsze były bardzo przygnębiające, a na dodatek strasznie bolały po nich kolana... Zanim przeżegnacie się na widok mojego postu, weźcie pod uwagę, że są to skojarzenia dziecka, które na długie lata zakorzeniło się gdzieś w środku i rzutuje na Bogu ducha winną Wielkanoc :))

Wielkanoc przez długi czas kojarzyła mi się bardzo negatywnie jeszcze z jednego powodu: podczas tych świąt zawsze działo się w rodzinie coś złego. Niekoniecznie w mojej, ale kiedy zaczęłam spotykać się z Kocurzastym, to jego rodzina stała się tak jakby moją. I tak właśnie było: w jedne święta pędziliśmy na dyżur dentystyczny z Kocurem, w inne zdarzył się wypadek samochodowy, jeszcze kiedyś wracającego ode mnie Kocura napadło trzech typków i dobrze, że uszedł z życiem, innym razem teść za dużo wypił i strugał chojraka. Zawsze było coś. Odpukać odkąd jesteśmy małżeństwem i urodziła się Mili jest spokojnie. Oby tak zostało...

No to może jeszcze trochę o zwyczajach wielkanocnych. Kiedy żyła jeszcze mamcia, często wybierała się na misterium męki pańskiej do pobliskiego klasztoru. Ja także chciałabym kiedyś pójść, choć nie wiem, czy to widok dla takiego wrażliwca. W Wielki Piątek zawsze pościmy (oczywiście poza Mili), jemy tylko lekkie śniadanie i bardzo lekką kolację. Gotujemy także jajka w obierkach z cebuli. I bardzo dobrze, że zaczęłam pisać tę notkę, bo znów choinka jasna zapomniałam nazbierać łupin. Może lecieć dziś do sklepu i żebrać! Pieczemy ciasta i robimy sałatki. W Sobotę Wielkanocną staram się mieć już wszystko porobione i tylko lekko posprzątać dom i przygotować koszyk, ale nie zawsze mi wychodzi. Rano nie jemy (znów poza Mili), na 11,00-12,00 idziemy z koszykiem na święcenie pokarmów. Wspomnę jeszcze, że kiedy byłam mała w sobotę właśnie babcia przynosiła o świcie wody ze studni żebym umyła w niej buzię. Miało mi to zapewnić urodę :) Chyba nie za bardzo chciałam się w niej myć, bo mam dużo zmarszczek...

Mili nie ma swojego koszyka, ponieważ nie ma póki co ochoty go nosić. My mamy duży koszyk, a w nim: jajka, baranka, kiełbaskę, kawałek szynki, mandarynkę, sól,buraczki, babkę, chleb, czasem także królika z czekolady, ale to zależy czy Mili dostanie, bo ja jej nie kupuję, bo od razu by zjadła :P Koszyk dekorujemy bukszpanem i jeśli pogoda na to pozwala, między bukszpan wtykam kwiatek narcyza ze starego ogródka babci. Taka moja tradycja, ale w tym roku chyba nic z tego. Co roku powtarza się taki scenariusz, mamy wychodzić z domu i okazuje się, że zapomniałam przygotować serwetki, więc tnę ją na szybkiego z kawałka firanki. Co roku to samo, muszę potem obcinać firankę na krótko, albo wyrzucać, albo idziemy bez serwetki :P

Stara rodzinna legenda mówi, że kiedy byłam małym dzieckiem i święciłam koszyczek, ksiądz pochylił się nade mną i zapytał: No i co ty tam masz w tym koszyku? Na te słowa wysypałam mu wszystko pod nogi. Teraz dzieci są jakby inne :) Mila cały czas patrzy, żeby dorwać się do jajek! W ich obliczu nawet królik z czekolady nie robi wrażenia!

Po powrocie z kościoła sprzątamy to co Uszate Psisko narozrabiało, kiedy nas nie było i siadamy do śniadania. Dziecko jest w swoim żywiole, tyle jajek na stole! Wielkanoc to dla nas trochę leniwe święta, dużo jemy i odpoczywamy. W odwiedziny chodzimy tylko do babci, albo ona do nas. W święta bardzo wyraźnie odczuwa się, gdy nie ma się rodziny i wtedy najbardziej brakuje mi mojej mamy. 

Nie kultywujemy lanego poniedziałku i całe szczęście... To chyba najbardziej bezsensowna dla mnie tradycja, choć oczywiście kiedy było się dzieckiem, myślało się zupełnie inaczej i ganiało się w przemoczonych portkach po całej wsi. Dawniej kiedy szło się do kościoła nawet koło remizy strażackiej strach było przejść, bo stali autem i polewali babcia, dziadek czy młoda dziewczyna. Oczywiście dziewczyny najwięcej :)) Teraz co najwyżej psikamy się wodą z końcówek palców, to już ksiądz kropi więcej w kościele :))

Chciałabym Was na koniec prosić, byście weszły TUTAJ! i zapoznały się z pewną akcją. 5 zł przekazane na to cierpiące dziecko to zaledwie parę jajek czy kawałek kiełbaski mniej... No a jaja i tak są niezdrowe a kiełbasa sztuczna, więc? :)

7 komentarzy:

  1. ostatnio przeanalizowałam słowa pieśni wielkopostnych - co za okrucieństwo!

    OdpowiedzUsuń
  2. U mnie w domu do kosciola chodzilo sie rzadko. Najczesciej na Boze Narodzenie. Na Wielkanoc, obecnosc w kosciele byla "zaliczana" tylko dzieki swieceniu jajek. ;) I szczerze, to wcale mi to nie przeszkadzalo. Nie mialam ochoty ani na Droge Krzyzowa, ani Gorzkie Zale. Juz rekolekcje ciezko mi bylo przetrwac, ale katechetki nas znaly i sprawdzaly kto chodzi. ;)
    Dzieki jednak nie-religijnosci rodzicow, Wielkanoc w dziecinstwie mialam niemal swiecka i wspominam ja rewelacyjnie! :) Malowanie jajec, czekanie na "zajaczka", w poniedzialek lanie siebie, rodzicow, kuzynostwo, wujka, ciocie oraz babcie - dla dziecka to byl szal po prostu! :)
    Odkad doroslam tez Wielkanoc juz tak nie cieszy. Co prawda tutaj mszy jest tak malo, ze Gorzkich Zali nie ma wcale, a Droga Krzyzowa jest w takiej godzinie, ze nie dalibysmy rady dojechac, wiec dalej nikt mnie nie katuje codziennym lazeniem do kosciola. Ale za to Wielkanoc to tylko jeden dzien. Kiedys mielismy wolny Wielki Piatek, wiec przynajmniej mial czlowiek dlugi weekend. Teraz nawet w piatek pracuje, a o lanym poniedzialku nikt tu nawet nie slyszal... Zawsze czuje sie zobligowana chociaz "cos" tam upiec i ugotowac, ale w myslach przeklinalam, ze szkoda zachodu na taka bardziej-uroczysta niedziele.
    Teraz sa oczywiscie Potworki, wiec dla nich chce sie troche bardziej postarac. W piatek chyba wezme pol dnia wolnego, zeby na spokojnie pomalowac z Bi jajka oraz posprzatac. W sobote moze cos tam pomoge tesciowej w kuchni, ale raczej oddeleguje meza. Przygotuje upominki dla dzieci od zajaca. Napelnie plastikowe jajeczka lakociami i porozkladam w ogrodku. Niech chociaz moje maluchy maja troche radosci. Ich Swieta, przy braku kuzynostwa, nigdy nie beda tak wesole jak moje, ale mam nadzieje, ze az tak tego nie odczuja...

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja lubię Wielkanoc, bo jest wiosennie, ciepło kolorowo.. a przynajmniej tak powinno być, bo w tym roku to nie bardzo. Zapowiadają u nas śnieg z deszczem, więc nieciekawie. Ale lubię Wielkanoc za jej tradycję- święconka, pyszne potrawy, dzielenie się jajkiem, szukanie "zajączka" i nawet ten "lany poniedziałek" fajny jest- w końcu to tylko raz w roku ;) Można się też cieszyć, bo dlugi wolny weekend będzie, a to chyba każdy lubi ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja pod tym względem zawsze byłam inna. Od dziecka uwielbiałam Gorzkie Żale, Drogę Krzyżową i tą całą otoczkę Wielkiej Nocy, sobotnią uroczystość poświęcenia ognia i wody, a że zawsze zostawaliśmy już na mszy na niedzielę, to zaraz po niej nastawało radosne "alleluja" :) Tego najbardziej mi brakuje odkąd są dzieciaki, bo w tym roku już się nie wyrwę na te wszystkie, jakby nie było przydługie obchody, bo nie mogę pozbawić Jasia jadłodajni :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja lubię Wielkanoc Lubie święta i religijna otoczkę nie przeszkadzało mi to należałam przez wiele lat do scholi. ...teraz święta Juz nie są jak kiedyś no my z dala od rodziny i wieczny problem jak spędzamy święta ....

    OdpowiedzUsuń
  6. Melduję, że dotarłam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Lubie Wielkanoc za kolory :)

    OdpowiedzUsuń

Chcesz to, pisz :) Byle z sensem :)