Pierwszy raz od świąt Bożego Narodzenia udało mi się wstać razem z Kocurzastym tuż po piątej. Zdążyłam zrobić sobie kawę, łyknąć tabletkę i nawet włączyć laptop i plik ze zleceniami. Na więcej niestety nie miałam co liczyć. Dziecko urządziło sobie pobudkę o pół do szóstej i zażądało kakałko. Zero współpracy, zero synchronizacji z ludem pracy!
Próbowałam utulić, nie udało się. Gdzieś za kwadrans szósta stwierdziłam, że bez sensu usypiać, jak za pół godziny pasuje budzić do przedszkola. Zrobiłam kakałko. I myślałam, że zostawię naczynie w dłoniach dziecięcia mojego i pójdę sobie do pisania. W międzyczasie zrobię repetę, bo naczynie malutkie, a brzuszek swoje potrzeby ma. I dziecię po raz kolejny odmówiło współpracy: Mama, z tobą! - usłyszałam i czy można odmówić? Do za kwadrans siódma czytałyśmy bajki.
Po powrocie z przedszkola palenie, druga kawa i robota. O dwunastej śniadanie i notka na bloga. Idę skrobać dalej i pilnować, żeby nie zapomnieć dodać koperku do koperkowej. Nie uśmiecha mi się pracować w sobotę, mam przyjemniejsze rzeczy do pisania. A przynajmniej bardziej mnie korcące :P
widzę, że dzisiaj wszyscy chętni do takiego wczesnego wstawiania, nie tylko u Was, bo i u mnie też. Krzysiek pierwszy, ja za nim i tak dalej ;)
OdpowiedzUsuńale kakałka nic nie wołał ;)
Ja tam bym pospała chociaż z godzinkę, ale mały ludź o 7 wypluł smoczka, (próbowała mi go później wcisnąć) i z krzykiem "Tata!!" ani myślała o spacyfikowaniu, po obudzeniu okrzykami "Tata, tata, tata" całego domu, zarządała "Miś" i "Pu" (poduszka) i zgramoliła się z łóżka.
OdpowiedzUsuńA ja dziś męki i katusze przechodziłam żeby wstać przed 6 i już mi się buzia do ziewania co chwilę otwiera. Jak dobrze że jutro piątek :)
OdpowiedzUsuń